owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Dopiero kiedy zamieszkaliśmy na wsi zaczęłam się orientować co i jak się uprawia. Do tej pory byłam przekonana, że olej rzepakowy, produkt polski, jest zdrowy. Nie jest. Jak większość ludzi,  uległam reklamie, nie wnikając w sedno.

Rzepak jest jedną z najbardziej zatrutych opryskami roślin uprawnych. Sam roundup z bardzo szkodliwym glifosadem jest stosowany dwukrotnie – przed siewem na chwasty, by nie konkurowały z młodym rzepakiem i po zakończeniu dojrzewania rośliny, rzepak za jego pomocą jest zasuszany (martwa roślina jest podobno łatwiejsza do koszenia). Do tego trzeba dodać opryski na tak zwanego robaka, dwa razy w czasie wegetacji, oprysk na choroby grzybowe, no i na sklejanie – to ostatni oprysk, który ma zapobiec samoczynnemu wypadaniu ziaren z dojrzałych strąków.

Tak oto jest uzyskiwany olej, który potem możemy kupić trzy razy taniej niż na przykład olej z pestek winogron. Sama dużo go używałam, także do ciast jako zamiennik masła i margaryny. Nie będę.

Ostatnio usłyszałam, że w jednym z marketów kurczaki będą sprzedawane po cztery złote za kilogram. Zgroza!

Zakładając że producent dostanie z tego jedną czwartą, czyli złotówkę ( bo tak zwykle jest, że pośrednicy i sklep biorą gros zysku), to trzeba  zapytać: CO JADŁ TEN KURCZAK PRZEZ SZEŚĆ TYGODNI CHOWU, że można go sprzedać w tej cenie? A gdzie się mieszczą koszty prowadzenia hodowli? 

To po prostu nie może być zdrowe jedzenie. Pomijając nawet  gehennę życia samych ptaków, strach myśleć co jest w tym mięsie. Nie kupujcie takiego jedzenia.

W naszej okolicy od jakiegoś czasu funkcjonuje spółdzielnia socjalna, zajmująca się suszeniem ziół i przetwarzaniem  ich na herbatki, syropy i soki. Można by pomyśleć, że idealna działalność w idealnym miejscu. Ksiądz założył tę spółdzielnię mając nadzieję, że stworzy miejsce pracy dla licznych tu bezrobotnych i liczył na entuzjazm i zaangażowanie, a spotkało go ogromne rozczarowanie.

Nie wdając się w szczegóły, można powiedzieć, że twór prawny o nazwie spółdzielnia socjalna jest opłacalny tylko dla instytucji doradczych, które opiniują  działanie spółdzielni i decydują o rozdziale środków unijnych oraz innych dotacji. Te firmy żyją dostatnio biorąc sowite wynagrodzenia za szkolenie pracowników czy też członków spółdzielni socjalnych (to nie to samo). W ciągu dwóch lat na szkolenia ta biedniutka spółdzielnia zielarska musiała zapłacić ponad pięćdziesiąt tysięcy za takie szkolenia. Oczywiście nie z wypracowanych środków, ale z dotacji celowej, przy tym dla porównania dodam, że w tym samym czasie prezes i pracownicy na spółdzielczych umowach o pracę byli zatrudnieni tylko na jedna ósmą etatu, bo nie było środków na wyższe płace.

Założenie dla działania spółdzielni socjalnych jest takie, że mają przywracać na rynek pracy osoby długotrwale bezrobotne lub wykluczone z powodu niepełnosprawności, narkomanów, alkoholików, bezdomnych czy też matki powracające na rynek pracy. Przez pierwsze dwa lata spółdzielnia dostawała dotacje na zatrudnione osoby – częściowo na ich wynagrodzenie i na składki. Dodatkowo za każdą zatrudnioną osobą szła dotacja w postaci możliwości zakupu wyposażenia i urządzeń, które stworzą stanowisko pracy oraz nisko oprocentowane kredyty na budowę i rozbudowę bazy. Nasza spółdzielnia korzystała z jednego i drugiego. Zakupili busy do przewozu ziół i osób, wybudowali suszarnię ziół, wyposażyli kuchnię do przerobu.

Był tylko jeden problem – członkowie spółdzielni  nie pracowali. Od czasu, kiedy na szkoleniu dowiedzieli się, że i tak muszą dostawać pieniądze, bo na to spółdzielnia dostała dotację, niektórzy w ogóle przestali się pokazywać w spółdzielni, a inni  łaskawie przebywali na terenie przez dwie godziny dziennie, ale o pracy nie było mowy. Pracował zarząd. Skup ziół, uprawa i zbieranie z własnego pola, suszenie, pakowanie, udział w jarmarkach – to wszystko robiły dwie, trzy osoby i to po godzinach swojej normalnej pracy, bo oni akurat nie są bezrobotni.

A ci zatrudnieni bezrobotni doczekali do końca dwuletniego okresu i przeszli na zasiłek ( bo już im się należał) albo „pomostówki” i tyle ich widziano. A  „na deser” ksiądz  dowiedział się, że w trzecim roku działalności musi poddać się lustracji,  która go będzie kosztować  od trzech i pół do sześciu tysięcy złotych. O tym jakoś nikt z doradzających firm mu wcześniej nie wspomniał.

Z ustawowego założenia zysk spółdzielni socjalnej może być przeznaczony tylko na zatrudnianie kolejnych bezrobotnych i na wyposażenie. Nie ma podziału zysku, jak to jest w normalnych spółdzielniach. Aby spółdzielnia mogła istnieć, musi mieć co najmniej pięciu członków, z którymi musi pozostawać w stosunku pracy, czyli płacić wynagrodzenie i wszystkie odpowiednie składki. Sytuacja spółdzielni jest gorsza niż każdej innej działalności gospodarczej, bo jej działania ( czytaj: płacenia składek) nie można  zawieszać ani przerywać, chociaż  spółdzielnia zielarska z konieczności ma charakter sezonowy.

Zaczęłam się interesować losami innych spółdzielni. Byłam ciekawa czy komuś się  udało  i czy się opłaca. Okazało się, że kilka spółdzielni całkiem dobrze sobie radzi, ale wszystkie świadczą usługi i to w mieście. W zasadzie osoby prowadzące swoje działalności gospodarcze ( fryzjer, cukiernik, ogrodnik, itd.) połączyli się w spółdzielnię i robią to, co przedtem, tyle, że wspólnie mogą korzystać z dotacji na rozbudowę i tanich kredytów. Na wsi to się chyba nie może udać.

 ANEKS

Przyszła wiosna i kolejny sezon zbierania ziół. Postanowiłam na własnej skórze przekonać się jak to jest. Wydaje się, że praca lekka, jak powiedziała jedna pani – nie trzeba myśleć, no i kasa leży blisko domu, w lesie, w każdym rowie i na każdej łące.

Zabrałam się za zbieranie kwiatów czarnego bzu. Spółdzielnia płaci złoty pięćdziesiąt za kilogram. Wzięłam taczkę i objeździłam okoliczne krzewy bzu na naszym terenie, nad jeziorem i w lesie. Gryziona przez komary, muchy i gzy, zrywałam rozkwitnięte baldachy kwiatów przez dwa dni. W sumie zabrało mi to około dziesięciu godzin i okazało się, że zebrałam osiemnaście kilogramów. Czyli zarobiłam dwadzieścia siedem złotych, co daje dwa siedemdziesiąt na godzinę. Jednak skorzystałam z podwiezienia samochodem do spółdzielni  (jakieś piętnaście kilometrów w jedną stronę), więc gdyby odjąć koszty paliwa, zarobiłabym złoty siedemdziesiąt za godzinę pracy.

No nie jest to zachęcająca kalkulacja i jakby mniej się dziwię, że nie ma chętnych do zbierania ziół.

ZOŚKA

1 komentarz

Nikomu nie życzę, by z facebooka dowiedział się o śmierci bliskiej osoby. A tak właśnie się stało. Wśród całej zamieci wiadomości ważnych i mniej ważnych, nagle zobaczyłam legitymacyjne zdjęcie Zośki z lat osiemdziesiątych, a pod nim krótką notatkę, że zmarła 25 maja… kierowniczka produkcji telewizyjnych spektakli teatralnych i filmów…w dorobku… O Boże! To nie może być prawda! To jakiś diabelski żart, przecież bym wiedziała…, czułabym…

Złapałam za telefon i zadzwoniłam do Zośki. Nie odebrała.

Napisałam wiadomość do Kazika z pytaniem: „Czy to prawda?” I miałam wielką nadzieję, że spyta: „Ale co?” Niestety, potwierdził, że nie ma już z nami Zosi.

Zośka była blondynką  w typie urody Catherine Deneuve. Bardzo podobała się mężczyznom. Mój Jacek mówił o niej zawsze: piękna Zocha. Miała w sobie dystynkcję damy i pewnego rodzaju powściągliwość i niedostępność, szczególnie wobec obcych,  a jednocześnie miała w sobie ogromne pokłady dziecięcego zachwytu i radości życia. Była bardzo świadoma tego, jak żyje, co robi i jakich dokonuje wyborów. Zawsze lekko uśmiechnięta, często w rozmowach służbowych zasadnicza, prywatnie była wulkanem radości, a jej cudowny chichot będzie mi towarzyszył w pamięci do końca.

Zosia była niezwykłą kobietą. Mądrą, odważną, trochę szaloną. Nietuzinkową. W latach osiemdziesiątych sama przejechała Maluchem  całą Europę. Będąc dwudziestoparoletnią dziewczyną zaprzyjaźniła się   w Szwecji z siedemdziesięciolatką i sekundowała jej miłości, podczas gdy większość młodych ludzi patrzyłaby z niesmakiem na bliskość starych ludzi, bo Zośka już wtedy wiedziała, że na miłość nigdy nie jest za późno. Zośka zawsze żyła na sto procent. Zachłystywała się pięknem przyrody, gdy jeździła po świecie, ale doceniała też łagodne chwile w swoim malutkim ogródku przy domu. Podziwiała przestrzenie Australii  i z  takim samym zachwytem pochylała się nad małym kamykiem. Świętowała życie w każdym jego przejawie.

Uwielbiała  swoją pracę i doceniała fakt, że może współtworzyć spektakle i filmy. Świadomie nie zatopiła się w reklamie. Dla Zosi było bardzo ważne, by to, co robi, miało wartość, by niosło przesłanie. Zawsze obdarzała zaufaniem twórców, z którymi pracowała i wierzyła w ich sukces. I to nie był żaden marketing, tylko prawdziwe oparcie i zaangażowanie.  Nie wszystkie produkcje okazywały się tego warte, ale Zosia i tak zawsze starała się w nich odnajdywać te lepsze strony. Czy to była produkcja dla wielkiej gwiazdy, czy niszowego reżysera, który w środowisku uznawany jest za niebezpiecznego świrusa, Zosia przede wszystkim widziała w nich artystów i razem z nimi zagłębiała się w dramaty ludzi. Zawsze głęboko przeżywała czyjeś cierpienie, miała bardzo wrażliwy układ współczulny.

Natomiast Zośka nie znosiła obłudy, bezmyślności i chamstwa. Brzydziła się  polityką. Niestety przez ostatnie lata spotkała wielu nieuczciwych ludzi w branży. W tej chwili przy pracy w filmie bardzo często spotyka się oszustów, co także przytrafiało się Zosi i miała wtedy wielki problem, jak zmusić tak zwanego producenta, by zapłacił ludziom za pracę. Boleśnie to przeżywała i nigdy się nie pogodziła  ani z nieuczciwością, ani z bylejakością, do której często zmuszała nadmierna pazerność producentów i zatrudnianie znajomych królika. Ale miała też świadomość granic swoich możliwości.

Zosia była perfekcjonistką w każdej dziedzinie. Pamiętam kolejne wynajmowane przez Zosię mieszkania – wszystkie doprowadzała  do stanu idealnej czystości; lubiła białe ściany i dużo światła słonecznego, które przecież ujawniłoby każdy okruszek. A później  tak pięknie i czysto  urządziła swój dom. Przy tym Zosia nie ulegała modom. Miała swój styl, który nie poddawał się żadnym koniunkturalnym ocenom.

Prywatne życie Zośki mogłoby być kanwą scenariusza filmu romantycznego. Nie ma się co nadymać, każdy chce być szczęśliwy i kochać, a naprawdę niewielu jest to dane. Zośka miała szczęście i, co prawda dość późno, ale znalazła swoją drugą połówkę jabłka. Książę jeździł łazikiem, a nie na białym koniu, ale porwał i zauroczył. Kazik,  jako rasowy epuzer,  jechał pięćset kilometrów tylko po to by dać Zosi bukiet kwiatów i zjeść razem śniadanie.  Pokazał jej  cudowności przyrodnicze, zabierał w miejsca, o których istnieniu większość ludzi nie ma nawet pojęcia. Razem zwiedzali świat, ale też o każdej porze roku jeździli nad ukochany Bałtyk. Bo Zośka bardzo kochała morze, chociaż wychowała się na południu Polski.

Oboje szanowali swoją odrębność, szanowali swoją pracę, która często oddalała ich przestrzennie, ale za to wspólny czas traktowali zawsze jak święto. Kazik jest…był… jednak jest dla Zosi najważniejszym człowiekiem, więc pewnie dlatego zdecydowała, by każdą z chwil, które jej zostały, spędzić tylko z nim. Nikomu nie powiedziała o swojej chorobie. Strasznie mnie  zabolało, że nic nie wiedziałam, ale teraz myślę, że czuła, jak mało ma czasu i jak wiele spraw do przygotowania do drogi, więc rozumiem  i szanuję jej decyzję. Szczególnie w dzisiejszych czasach, gdzie wszystko, nawet umieranie, dzieje się pod okiem kamer, Zosia dała nam lekcję jak  ochronić prywatność, jak zachować dla siebie to, co najistotniejsze, najintymniejsze. Wierzę też, że dzięki Kazikowi nie bała się, bo do końca trzymał ją za rękę…

Niestety Zosia bardzo wcześnie poczuła oddech śmierci. Jako nastolatka straciła mamę, niedługo potem brata. Kilkanaście lat temu w najdłuższą drogę odprowadziła swojego tatę, a i wielu przyjaciołom towarzyszyła w pożegnaniach bliskich. Obcowanie ze śmiercią buduje szacunek dla życia, ale też daje bolesną wiedzę, jak to jest.

Zośka, moja przyjaciółka od trzydziestu lat. Połączyła nas praca przy filmie, ale potem rozjechałyśmy się w różne strony. Jednak stałyśmy się sobie bliskie i wspierałyśmy się w trudnych decyzjach, towarzyszyłyśmy sobie w ciężkich chwilach, opowiadałyśmy o najważniejszych sprawach. Ostatnio to nie było zbyt często, ale  co jakiś czas ucinałyśmy sobie godzinną rozmowę przez telefon. Ceniłam te rozmowy dlatego, że nie gadałyśmy o pierdołach, ale o tym, co najważniejsze dla człowieka – o sensie, o miłości, o zdrowiu, o szczęściu i o drodze do boga. Oczywiście planowałyśmy, że  przyjadą z Kazikiem na to nasze odludzie, ale ciągle coś stało na przeszkodzie.  Wystarczała mi świadomość, że zawsze mogę zadzwonić.  Nie miałam nawet mglistego przeczucia, że może nie być na to czasu. Planowałyśmy przecież, że na emeryturze, otoczone kwiatami, każda w swoim ogrodzie   będziemy spisywać anegdoty filmowe i rozpieszczać nasze zwierzaki…

Jestem Ci wdzięczna, Zosio ( lubiła kiedy tak do niej mówiłam), za przyjaźń,  dobre serce i  Twą czystą duszę. Dziękuję, że byłaś.

dedykuję Hani

Mija pięć lat od momentu, gdy porzuciliśmy swoje miejskie życie i zamieszkaliśmy na wsi. Czas na jakieś podsumowania. Muszę przyznać, że ocena nie jest jednoznaczna, bo nie było i nie jest łatwo. Jeśli się zważy trud i troski, to  było ich niemało i pewnie jeszcze wiele przed nami.

Ale i tak codziennie błogosławimy los, opatrzność, energię kosmiczną, z wdzięczności, że możemy mieszkać w takim pięknym miejscu. Każdego ranka z zachwytem witamy kolejne kwiaty w ogrodzie, wysłuchujemy ptasich koncertów, podglądamy sarenki i płoszymy ( oczywiście niechcący) zające.  W szczególny sposób  majowe wybuchowe przemiany pochłaniają naszą uwagę. I stale odkrywamy coś nowego. Mogło by się wydawać, że kolejna wiosna, kolejny cykl w przyrodzie to tylko powtórka z lat ubiegłych. Może dla przyrody tak, lecz  my pewnie dojrzewamy, by zauważać nowe zjawiska i żyjątka.

Na przykład wczoraj usłyszeliśmy bardzo charakterystyczny głos, silny i nieziemski. Akurat była u nas sąsiadka i mówi, że to samiec rzekotki. A głos był tak mocny, że płazik musiał być gdzieś bardzo blisko. No i rzeczywiście, siedział na listwie ganku wśród dzikiego wina i nawoływał swoją partnerkę tak, że mogła być kilometry dalej i by usłyszała. Intensywnie jasnozielony z napompowanym balonikiem podgardla, no stworek nie z tego świata. Rzekotki są piękne i podobno już rzadkie. Mam tylko nadzieję, że kotki nie upolują rzekotki…

A przedwczoraj zawitała do nas para bocianów, krążyły nad domem kilka razy, jakby szukały miejsca na gniazdo. My byśmy nie mieli nic przeciwko temu, ale nasza suczka była innego zdania i przegoniła boćki głośnym szczekaniem. Do głosu żurawi już się przyzwyczaiła, ale jak tylko siądą gdzieś blisko na łące, to je straszy szczekaniem. Taki z tej naszej Tusi kundel terytorialny.

Nasze życie tutaj nie składa się tylko z  przyjemności. Codziennie trzeba ciężko pracować. A praca w ziemi jest naprawdę trudna, szczególnie gdy nie używa się maszyn i chemii. Przy najcięższych robotach pomagają nam sąsiedzi, ale jednak gros prac trzeba wykonać ręcznie, na kolanach, bo miejski kręgosłup zupełnie sobie nie radzi ze stałym pochyleniem.

Kiedyś się zastanawiałam dlaczego stare kobiety na wsi mają taką jednakowo przygarbioną postawę. Teraz już wiem. To sadzenie, pielenie, zbieranie płodów powoduje, że w końcu nie uda się im całkiem wyprostować. Pokorny ukłon przed matka naturą, która nas karmi.

Ale próbujemy podratować trochę swoje kręgosłupy, jeździmy na rehabilitację do pobliskiego miasteczka. Tam dopiero widać jak ciężka praca niszczy ludziom zdrowie. I choć w tej przychodni są stosowane tylko naprawdę podstawowe zabiegi, to i tak ludzie są zadowoleni, bo do tej pory nie mieli żadnych możliwości rehabilitacji, a ten termin kojarzył się jedynie z pobytem w szpitalu. Jeśli więc uzyskają nawet niewielką ulgę, to sam fakt, że ktoś dba o ich samopoczucie jest tu całkiem nowym zjawiskiem i jest doceniany.

Ogromna jest różnica między poziomem usług medycznych w dużych miastach i na wsi. Na pewno trzeba się liczyć z taką ceną przeprowadzki na wieś. My od pięciu lat jeździmy do naszego lekarza dwieście pięćdziesiąt kilometrów, ale -  po pierwsze – warto, bo to dobry doktor i zna nas od lat, a po drugie  – na szczęście jeździmy autostradą, co zdecydowanie przyśpiesza  drogę.

Za to mamy dostęp do dobrego jedzenia, do  polskich odmian owoców, ekologicznych warzyw, do „chodzonych” jajek, a i drób dla Jacka szczęśliwie sobie żyje zanim przyjdzie ten dzień… W lesie są maliny i grzyby, a nawet żurawiny. Raj na ziemi.

Ale nie ma pracy. Kompletnie. Trudno trafić w rynek usług, bo – poza stricte budowlanymi – nie ma na nie zapotrzebowania. A coś takiego jak projektowanie wnętrz jest zbędne. Ważny jest projekt z pieczątką, a już co na tym projekcie jest nie ma znaczenia, bo i tak się potem zrobi po swojemu. Trzeba więc za pracą jeździć albo za granicę, albo do dużego miasta.

Kiedy jest nam źle i tracimy nadzieję, często mówimy sobie, że za późno się zdecydowaliśmy, że gdyby dziesięć lat wcześniej, to sił by było więcej i tak dalej, i tak dalej… Ale tak naprawdę NIGDY nie jest za późno na zmiany. Jak sobie pomyślę, że pozostając w znienawidzonym mieście, które – jak czułam – codziennie zabija mnie po kawałku, mogłabym tutaj nie dokonać tych wszystkich odkryć, nie doznać  tych wszystkich wzruszeń i poczucia harmonii, to wtedy jestem dumna z mojego męża i z siebie, że znaleźliśmy w sobie odwagę na taki krok. Chociaż wielu ludzi stukało się w czoło, a nawet część rodziny do dziś tego nie pochwala.

Domu jeszcze nie skończyliśmy, bo… patrz wyżej, czyli nie było pracy. Bywały  w związku z tym trudne momenty, kiedy już byliśmy bardzo blisko granicy, za którą jest rozpacz, brakowało nam pomysłów jak się wydobyć z kłopotów. Ale wtedy modliłam się o ratunek i zjawił się ANIOŁ. Nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć, ale nie pierwszy raz w życiu przekonałam się, że jak się czegoś bardzo pragnie i się o to prosi, to się dostaje.  Ale trzeba wierzyć w Anioły.

Dzięki Aniołowi udało nam się przetrwać najgorszy czas i znowu mogę żyć tak jak chcę. Nie muszę niczego udawać, grać jakiejś roli, jak to było w mieście. Wiem, że dla niektórych ludzi taka gra to sól życia, ale dla mnie to była udręka. Wiejskie życie daje mi poczucie harmonii i szczęścia. Mogę sadzić drzewa, komponować ogród,  hodować warzywa, zrywać owoce, spacerować z psem i kotami, podziwiać chmury na niebie. Bardzo jestem za to wdzięczna.

Kiedyś ktoś powiedział, że aby najlepiej panować nad rzeczywistością, trzeba ją stworzyć. I tak od dziesiątków lat grupka polityków rządzących światem, wspierana przez różnej maści marketingowców, urządza nam świat; stwarza potrzeby, których nie mamy, wymyśla mody, które deformują nasze ciała, przy tym odsuwa nas od innych ludzi, zastępując bliskość i kontakt anonimowym bytem w sieci. Tylko dlaczego my się dajemy tak zniewalać?

Człowiek bez wątpienia jest zwierzęciem stadnym. Każdy członek stada musi przestrzegać pewnych reguł, hierarchii, bo inaczej z tego stada zostanie usunięty.W każdym stadzie ktoś musi być Alfa, a ktoś Omega. Ale nawet Omega, chociaż je ostatni, ma ochronę ze strony  stada, ma funkcje do wypełnienia, jest potrzebny. Alfa zawsze czuwa, jest silny i w razie czego będzie walczył za stado do ostatka. Stado chroni swoje młode, uczy je, wychowuje, szkoli do walki o przeżycie, bo przetrwanie jest celem nadrzędnym stada.

A jak to jest u ludzi?

Współczesne ludzkie samce alfa to politycy, menedżerowie, mafiozi. Ale nasze samce alfa same nie walczą, one mają od tego wojsko, policję, bandytów. Używają ich też nie do obrony stada, a do ochrony własnych interesów. Żaden z nich nie martwi się losami przeciętnych członków stada, a omega z góry są skazane na zagładę, bo Alfa udają po prostu, że ich nie ma.

Hitler wymordował  sześc milionów Żydów i kilka milionów ludzi innych narodowości. Stalin dwadzieścia milionów obywateli Związku Radzieckiego zagłodził lub zamienił na mięso armatnie. Teraz, na naszych oczach, bo przecież to swoisty serial telewizyjny, przywódcy koreańscy zamieniają cały naród w bezwolne zombies, w Afryce dzieci są wykorzystywane  jako zabójcy przeciwko innym plemionom, Chińczycy w świetle lamp zabijają niepokornych, a reszta stada milczy.

W tym naszym ludzkim stadzie nikt nie czuje się bezpieczny, z wyjątkiem przywódców. I – o ile to nie jest dziwne w przypadku rządów sadystycznych satrapów, którzy bezprawnie zawładnęli narodem – o tyle szokuje w krajach, gdzie władcy są wybierani zgodnie z zasadami demokratycznymi, jak by się wydawało, ale sięgnąwszy po władzę obrastają w aparat represji i sieją strach, podpierając się  legitymacją od wyborców.

Tak się dzieje na poziomie krajów, ale i w mniejszej skali – na poziomie powiatów czy gmin. Władza jest najgorszym narkotykiem, bo nie dość, że uzależnia samego władcę, to jeszcze otumania jego popleczników. Władza  nakręca krąg zależności. Widać, jak zmieniają się poglądy w zależności od przysłowiowego punktu siedzenia.

A co na to reszta stada? Cóż, część stara się przypodobać władcy, licząc na jakieś profity, a pozostali odwracają się z niesmakiem, ale odchodzą w milczeniu. Bardzo rzadko znajdzie się ktoś, kto odważy się stanąć przeciw władcy. W końcu to właściwie gest samobójczy, bo jaśnie panujący posiada aparat i na pewno nie będzie się biernie przyglądał buntowi. Ale jeśli ten odważny jednak się znajdzie, to próbuje walczyć metodami prawnymi, a wtedy z punktu nie ma szans na sukces, bo władca na pewno sięgnie po wszystkie formy działania, jakie będą dogodne i nie będzie się kierował takimi wartościami, jak praworządność czy uczciwość, nawet jeśli będzie miał ich pełną gębę. Więc jeden buntownik na pewno niczego nie zdziała. Potrzebna jest lawina…

A kiedy już nawet przyjdzie lawina i zrzuci władcę z piedestału, to nowa władza bardzo często migiem wchodzi w buty dawnej władzy i znowu traci kontakt z resztą stada.

Trudno uwierzyć, że – z punktu widzenia biologii -  zachowanie człowieka jako gatunku, ma jakiś sens. Inne gatunki dostosowują się do zmieniających się warunków środowiskowych. Człowiekowi się wydaje, że panuje nad przyrodą, więc nie musi się z nią liczyć. Są nas miliardy, toteż pojedynczy człowiek nie ma żadnej wartości dla rządzących stadem. Zafundujemy sobie jeszcze wojny religijne, morze nienawiści i okrucieństwa, zniszczymy świadectwa kultury, a potem już tylko przyroda pozamiata resztę i piaskiem zasypie ślady.

Przed Urzędem Skarbowym w Nowym Mieście Lubawskim, w ramach remontu drogi, zlikwidowano miejsca parkingowe. Nie ma przy tym żadnego miejsca parkingowego dla niepełnosprawnych – ani przed urzędem, ani na podwórku na jego zapleczu.

Przed urzędem  chodnik jest bardzo szeroki ( kiedyś mieściła się tu zatoczka z miejscami parkingowymi) i wyłożony kostką, ale jeśli tylko ktoś się odważy postawić tam auto, natychmiast pojawia się straż miejska i łoi mandaty.

Na podwórku urzędu stoją samochody pracowników, a petenci… Jak widać w tym urzędzie skarbowym, jak za dawnych czasów, petenci są tylko złem koniecznym, a niepełnosprawni – tylko kłopotem. Co prawda na ścianie przy schodach wejściowych wisi tablica z informacją, by niepełnosprawni dzwonili w sprawie wejścia, a obok znajduje się przycisk dzwonka.  Nikt jednak się nie zastanowił jak ci niepełnosprawni maja się tam dostać.

Tak się składa, że petentami urzędu są osoby z całego powiatu,  a więc  i z miejscowości, które znajdują się ponad trzydzieści kilometrów od urzędu. Do Nowego Miasta Lubawskiego nie dojeżdżają pociągi. Korzystanie z samochodu jest tu koniecznością. Petentami są także osoby z niepełnosprawnością ruchową. Wydawało by się, że  ich ułomność nie powinna być powodem do dyskryminacji.

Gdybyż tak  można było załatwić wszystkie sprawy przez internet. Niestety, niektóre funkcje nie są dostępne na platformie ePUAP, przynajmniej w tym urzędzie, więc wizyta w urzędzie nie jest jakimś widzimisię.

Tyle się mówi i pisze o ułatwieniach dla niepełnosprawnych, o likwidacji barier architektonicznych. Jest wiele programów unijnych mających wyrównywać szanse i przywracać ludzi wykluczonych z różnych powodów do normalnego uczestnictwa w życiu społecznym. A tu prosta sprawa – albo ktoś nie pomyślał, albo uznał, że miejsce parkingowe z kopertą popsuje mu perspektywę ulicy. Ani naczelnik urzędu, ani władze miasta czy straż miejska nie podejmują żadnych działań.

Szukałam w sieci przepisów dotyczących tego problemu. Jest tylko ustawa z 1985 roku, która reguluje sprawę miejsc parkingowych na drogach publicznych oraz w regionach zamieszkania. Nie znalazłam niczego na temat obowiązków urzędów w tym względzie. Sami więc będziemy musieli złożyć wniosek o stworzenie takiego miejsca do zarządu dróg, bo – jak widać – z urzędu nikt nie ma obowiązku myśleć o  niepełnosprawnych petentach.

 

Wreszcie spadł śnieg. To wybawienie dla wypalonej  suszą zeszłego lata ziemi. Nawet deszcze nie są w stanie nawodnić ziemi tak, jak śnieg. Śnieg jest także kołderką dla roślin. Pod jego ochroną nie są im straszne żadne, nawet najgorsze mrozy.

Na początku tej zimy przyszły mrozy poniżej 15 stopni i to zniszczyło wiele upraw. Rolnicy mówią, że rzepak zmarzł zupełnie i trzeba będzie na wiosnę siać coś innego. Pytałam, czy ubezpieczenie to im wyrówna. Podobno na ziarno powinno wystarczyć. Ale nie wszyscy są ubezpieczeni. Narzekają, że stawki ubezpieczeń są tak wysokie, że muszą wybierać, czy się ubezpieczyć od mrozu czy od suszy, bo obydwa ubezpieczenia pochłonęłyby cały zysk z uprawy.

Śnieg, topniejąc, powoli nawilża glebę. Wtedy woda nie spływa do rowów czy kanalizacji, a rzeczywiście wsiąka w ziemię. Zresztą pod śniegiem nawet sama ziemia odmarza. Dlatego krety mogą swobodnie pod nią buszować, wyrzucając od czasu do czasu czarny kopiec na biały dywan.

Pod śniegiem myszki wędrują tunelami. Pozornie daje im to poczucie bezpieczeństwa, ale lisy, koty dobrze je słyszą i polują nurkując w śniegu, co może wygląda malowniczo, ale kończy się krwawo.

Inne zwierzęta jakoś radzą sobie – sarny rozkopują śnieg na polach, by dostać się do oziminy czy rzepaku. Bażanty wydeptują sobie takie kręgi i dookoła objadają zielone pędy. Ale chyba  leśne zwierzęta nie lubią brodzenia w śniegu, bo jeśli tylko odgarnie się ścieżkę na ich trasie, to skwapliwie z niej korzystają.

Na śniegu widać ślady. Łatwo więc zobaczyć jakie zwierzaki nas odwiedzają. Tropy sarny, jelenia, łosia, zająca czy bażanta są dość oczywiste. Natomiast zdziwiły mnie ślady wydry. Wyglądają jak odciski łap całkiem sporego psa, a charakterystyczne jest to, że wydra idąca na polowanie  właściwie nie zagłębia się w śniegu, natomiast jej powrotny szlak, kiedy wraca ze zdobyczą, jest głęboki i wygnieciony na całą szerokość jej wydrzej mości. Tu mówią – jak na stawie jest wydra, to wyciągnie całą rybę. A wybiera stawy, bo w nich łatwiej dogonić zdobycz niż w jeziorze. Jej zbójeckie prawo.

No, a poza wszystkim, śnieg daje w zimie światło. Dzięki niemu wydaje się, że dłużej jest jasno na dworze. No i wiejski krajobraz staje się bajkowy, wyciszony, otulony, spokojny.

Od lat Jacek ma problem z nadwagą, a od czasu stosowania insuliny wpadł w zaklęty krąg tycia. Oczywiście próbowaliśmy różnych diet. Przez kilka miesięcy nie jadł pieczywa. Potem jadł małe porcje pięć razy dziennie. Jeszcze później jadł tylko dwa razy dziennie. Odstawił słodycze. Zaczął jeść więcej warzyw i owoców. Wszystkie te próby na początku dawały pozytywny efekt, ale to trwało bardzo krótko i szybko wracał do pierwotnej wagi. Bo szanowny organizm przestawiał się na tryb oszczędzania i tylko czekał kiedy sobie odbije ( typowy mechanizm efektu jo-jo), a dodatkowo insulina blokowała chudnięcie.

Od czasu przeprowadzki na wieś Jacek codziennie choć trochę pracuje fizycznie. Teraz już wiemy na pewno, że ruch jest jedynym jego sprzymierzeńcem, tylko dzięki wysiłkowi fizycznemu udaje mu się wygrywać ze spiralą nadwagi. Dzięki niemu stracił dziesięć centymetrów w pasie. Ale trzeba wiedzieć z jakim to wiąże się dla niego trudem. Spróbuj sobie wyobrazić ty, człowieku przeciętnej wagi, że masz na sobie dodatkowo worek ziemniaków i każdą czynność musisz wykonać dźwigając ten worek, przy każdym ruchu. Kręgosłup, stawy, biodra wykonują o wiele za ciężką pracę i organizm robi wszystko, by cię zniechęcić do tego wysiłku. Daje ci sygnały bólowe, dręczy, dokucza. Wrzeszczy: nie, nie rób tego, idź posiedzieć w spokoju! Ale trzeba się przemóc, zagryźć zęby i brnąć w ból z tym workiem na plecach… 

A kto sobie zada trud, by wczuć się w położenie człowieka z nadwagą? Otyły człowiek jest zawsze najprostszym pretekstem do robienia żartów, a etykietka „Gruby” zastępuje jego imię. Nikt się nie zastanawia co czuje podmiot dowcipów. Nie mówimy przecież garbatemu „Garbusie” , a kulawemu „Kaleko”, ale „ty, Gruby” jest na porządku dziennym.

A osobną kategorią dyskryminacji jest stosunek lekarzy do osób z nadwagą. Niejeden raz Jacek wychodził z badania lekarskiego totalnie zdołowany, bo – jak mówił – był traktowany jak kawał słoniny. A kiedyś sama byłam świadkiem, jak lekarz wykonujący biopsję przekonywał Jacka, że otyłość jest tylko winą jego samego, bo przecież w obozach hitlerowskich nie było grubych ludzi… W swoim zadufaniu, pan doktor pomylił życie z umieraniem w obozach zagłady. Taki z niego lekarz, szkoda gadać. Niestety nie jest to odosobniony przypadek. Z reguły medycy wykorzystują otyłość jako pretekst, by nie pomóc pacjentowi i odesłać go z kwitkiem. „Niech pan przyjdzie, jak pan schudnie…”.

Nie pozostaje nam nic innego, jak samodzielnie walczyć z upartym wrogiem. Sama byłam kiedyś dużo szczuplejsza, więc wiem jak trudno zaakceptować dodatkowy ciężar. Jacek  codziennie  dzielnie dźwiga swój worek, a ja staram się go wspierać w tych wysiłkach. Widzę ile go to kosztuje, ale ciągle mamy nadzieję, że w końcu worek będzie trochę lżejszy. 

Marta i Michał prowadzą gospodarstwo ekologiczne. Mieszkają w takim zakątku,  który widziało może ze sto  osób. Pięknie tam. Pola kolorami układają się po wzgórkach, w dole małe ale bardzo czyste  jezioro, a wszystko to otulone lasem. Nie widać drogi ani innych gospodarstw. Tak mogło tu wyglądać i pięćset lat temu. Jedyny symbol współczesności to słup elektryczny. Ale stoi na uboczu, jakby się wstydził zakłócić piękno krajobrazu, który aż prosi się o uwiecznienie na płótnie.

Poznali się całkiem niedawno, choć mieszkali w pobliżu całe życie. Na wiejskiej imprezie. Michał zobaczył w tłumie niewysoką urodziwą dziewczynę, która ma w sobie takie pokłady wdzięku, że mogłaby obdzielić nim tuzin panienek. On – wysoki, spokojny,  zrównoważony – już nie odpuścił. Ślub przypieczętował początek ich wspólnej drogi. Zamieszkali w tym zaczarowanym zakątku, razem z rodzicami Marty.

Obydwoje docenili wyjątkowość tego miejsca i jego nieskażenie cywilizacyjnym śmieciem. Postanowili uprawiać ziemię ekologicznie, bez sztucznych nawozów i ciężkiej chemii. W Marcie ujawniła się jakaś tajemna wiedza, którą pewnie odziedziczyła po przodkach, a raczej po prababkach, bo znajomość ziół i ziołolecznictwa była przecież dawniej domeną  „babek” wiejskich czy wiedźm. Marta sypie z głowy łacińskimi nazwami ziół, jak z rękawa, a kiedy ją spytać skąd je zna, to mówi, że nie wie. Ale dużo czyta, cały czas się dokształca, teraz już nie z tajemnych ksiąg, a raczej z internetu. I zaraża Michała kolejnymi pomysłami. Od niedawna prowadzą  pasiekę. Miód mają znakomity, niechrzczony. Do tej pory nie miałam pojęcia, jakie istnieją możliwości oszukiwania na miodzie i z pełną ufnością kupowałam miód od gospodarzy, którzy mieli ule, zakładając, że jest w stu procentach naturalny, pełnowartościowy i leczniczy. Jako klasyczny mieszczuch uważałam, że można zabrać z ula wszystko, co pszczoły wyprodukują. Dopiero od Marty dowiedziałam się, że powinno się zostawiać pszczółkom co najmniej jedną piątą wytworzonego miodu, bo w nim, poza wartościami odżywczymi, są leki dla pszczół i to jest właśnie najlepsza ochrona pasieki przed chorobami.

Okazuje się, że inni pszczelarze potrafią zabrać pszczołom wszystko i dać im w zamian syrop z cukru, z którego one oczywiście będą korzystać jako z pokarmu, ale nie znajdą w nim składników leczniczych.  Zwycięża chciwość, której nawet nie równoważy dbałość o przyszłość pasieki.

Miód Marty i Michała nie jest taki czyściutki i przeźroczysty, jest mętny i szybko się krystalizuje, ale to jest właśnie naturalny proces, który świadczy o stuprocentowej naturalności produktu. Nie dajcie się nabierać na bursztynowy przejrzysty płyn w słoikach z napisem miód, który nawet po dwóch latach wygląda tak samo. Miód jest płynny bardzo krótko po zbiorach lub po ogrzaniu ( powyżej czterdziestu stopni traci wiele na wartości, więc ten ogrzany też niewiele wart). Pakują tam syrop, pewnie z jakimś barwnikiem i sprzedają  za połowę ceny prawdziwego miodu. Prawdziwy miód nie może być tani! Ale też prawdziwy miód się nigdy nie psuje.

Na własnej skórze przekonałam się o cudownych właściwościach propolisu, kolejnego pszczelego wytworu. Paskudnie skaleczyłam sobie palec przy paznokciu, sięgając  do pudełka z paczkami orzeszków w Biedronce (sic!). Przecięcie papierem zawsze słabo się goi, a tu jeszcze nie wiadomo ile rąk dotykało tej tektury i zaczęło się paprać, mimo użycia wody utlenionej i maści z antybiotykiem. Po trzech dniach już miałam opuchliznę, ropę, po pięciu – pulsowanie palca i narastającą ziarninę. Moczyłam  palec we wrzątku ze strachu przed zastrzałem, ponieważ kiedyś na wakacjach skaleczyłam się ością, a skończyło się u szpitalnego rzeźnika w białym fartuchu, który na żywca przeciął mi palec i jeszcze był oburzony, że się zwinęłam z bólu tak, iż znalazłam się głową pod stołem. Nigdy nie zapomnę…

Marta przyniosła fiolkę z propolisem rozpuszczonym w spirytusie. „Namoczyć gazik, zawinąć palec i za trzy dni będzie po wszystkim” -   powiedziała. I tak się stało. Z zafascynowaniem oglądałam etapy poprawy. Dziś nie ma śladu, a przecież wcześniej widziałam jak palec się deformował.

Marta z Michałem uprawiają owies nagi. To taka odmiana, która nadaje się na płatki owsiane. By otrzymać certyfikat o ekologiczności uprawy co roku muszą się poddawać kilkukrotnej kontroli, no i… sporo za to zapłacić. Okazuje się, że ekologia w polskim wydaniu to kosztowne hobby. Certyfikaty kosztują, a nie ma żadnej pewności zbytu, nie ma organizacji, które by skupowały ekologiczne płody i zajmowały się dystrybucją, płacąc godziwe pieniądze. Pojedynczy rolnik nie ma szans zarobić na takiej produkcji i musi zaakceptować każdą cenę, jaką dostanie, jeśli nawet nie pokrywa ona kosztów produkcji. Więc ludzie szybko rezygnują z ambicji wytwarzania ekologicznej żywności.

Naturalne środki ochrony roślin wymagają wiele zachodu i bardzo dużo pracy. Wiem to już na pewno, bo doświadczyłam na własnej skórze, walcząc w tym roku z zarazą ziemniaczaną, która atakowała moje pomidory. Dzięki poradom Marty miałam w końcu niezłe zbiory, ale ile zmartwień i oprysków z ziół i pokrzyw. To się nie da zmieścić w cenie pomidorów, bo nikt tego nie zapłaci. Tak można się tylko starać na własny użytek, dla  zdrowia własnej rodziny.

Zresztą smutna prawda wygląda tak, że rolnicy, którzy uprawiają warzywa na rynek, mają odrębne warzywniki dla własnego stołu. Jarzyny na sprzedaż są piękne i wybujałe, bo lane chemią bez ograniczeń. Te na własny użytek na pewno są zdrowsze, bo traktowane preparatami chemicznymi w znacznie mniejszym stopniu. Choć i tak zawsze jakaś chemia jest używana, bo przekonanie, że bez tego nic się nie uchowa, jest wszechobecne.

Kiedyś Michał zrobił mi wykład na temat uprawy rzepaku. Przeraziłam się. Nie miałam pojęcia, że w naszym – wdzięcznie się kojarzącym – oleju rzepakowym jest tyle świństw chemicznych. Rzepak sieje się na jesieni i już wtedy leje się chemię na chwasty, jeżeli dobrze rośnie, to jesienią może już osiągnąć wysokość powyżej dwudziestu centymetrów, a wtedy trzeba polać środkiem hamującym wzrost, bo jeśli zbyt  się rozrośnie, to stworzy warstwę, pod którą zacznie się rozwijać grzyb, więc na grzyba też pryskamy. Na przedwiośniu jest zawsze niebezpieczeństwo wymarznięcia, ale na to nie ma rady,  natomiast jeżeli się uda przetrzymać mrozy, to na wiosnę pryskamy  na robaka, no i na chwasty… Matko! Przecież to wszystko nie znika za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tylko zostaje w ziarnach, a potem w oleju. I tak też jest ze wszystkimi zbożami. Nagminnie używany jest roundup i nadal panuje przekonanie, że on się rozkłada w ziemi. Mimo, że już od jakiegoś czasu  zniknęły z opakowań informacje, że jest biodegradowalny.

Innym problemem jest jeszcze grzebanie w genetyce. Dzisiejsza pszenica zawiera pięć razy więcej glutenu niż dawniej.  Praktycznie cała uprawiana kukurydza to jest GMO. Zniszczono stare odmiany jabłek, wprowadzając w latach siedemdziesiątych ich genetyczne mutacje, z których dziś niewiele w ogóle przypomina smakiem prawdziwe jabłka.

W gospodarstwie Marty rosną takie odmiany jabłoni, o jakich nawet nie słyszałam. To jeszcze zasługa dziadków, bo drzewa mają ponad osiemdziesiąt lat. Marta przycięła je, więc znowu dobrze owocują. Sadzi też zaszczepione stare odmiany. W okolicy mamy szkółkę, która odtwarza stare drzewa owocowe. 

Miło się patrzy, jak obydwoje krzątają się w gospodarstwie. Mają sporo zwierząt, ale wszystkie żyją wolno – kaczki, kury, gęsi, perliczki łażą gdzie chcą, dziobią co chcą. Mama Marty mówi, że kura potrafi wybrać się na wycieczkę nawet dwa kilometry od domu. Swoją drogą nie zawsze uda jej się wrócić, bo lis tylko na to czeka. Krowy ( stara odmiana Jersey) wyprowadza się na łąkę, pieski i koty mają obowiązki, ale dostają w zamian i jedzenie, i miłość.

A wieczorami Marta plecie wianki. Piękne kolorowe dekoracje z ziół, zbóż, gałęzi krzewów i owoców. W sezonie robi nalewki z płatków róży, konfitury z zielonych pomidorów. Marta to taka nasza wiejska czarownica, zielarka, o niedzisiejszej urodzie, która dobrze się wpisuje w średniowieczny kostium.

Żyją z Michałem w swoim zakątku, jakby na innej planecie. Zakochani, szczęśliwi, ale inni niż  okoliczni mieszkańcy, którzy uważają ich trochę za dziwaków.