Padało. Pan Andrzej czekał na nas . Przyjechał autem terenowym z warszawską rejestracją. Nie wróżyło to nic dobrego. Pojawił się też pan Stanisław, miejscowy rolnik, któremu pan Andrzej powierzył pieczę nad domem pod swoja nieobecność, a który teraz przyniósł klucze. Chałupa, ociekająca deszczem, nie miała w sobie nic zapraszającego, a otwarcie drzwi i rzut oka do środka tylko pogłębił to wrażenie. No i smród – okropny; brud wymieszany z myszami, kurz i stęchlizna.

Nie spodobało mi się to, co zobaczyłam i poczułam, ubrałam więc kalosze i poprosiłam pana Stanisława, aby zaprowadził mnie nad jezioro, bo z daleka było je widać, ale te trzysta metrów między nami były zarośnięte trawami po pas, a samo jezioro przesłonięte opaską krzewów i żadnej widocznej drogi.

Szliśmy dziwnymi zakosami, najpierw przez pole, potem nad stawem sąsiadów, a w końcu przez ols, który tu podobny jest do dżungli, bo opleciony dzikim chmielem, który potrafi skutecznie podciąć nogi. Na dodatek teren był grząski ( bez kaloszy ani rusz). Dotarliśmy do jeziora, jeziora zarośniętego trzciną, weszłam na stary pozałamywany pomost, a tam lilie wodne biało-różowe pływają sobie od niechcenia, teraz zwinięte z powodu deszczu, a na pomoście leżą skorupy po rakach, a dookoła kompletna cisza. Podobało mi się.

W tak zwanym międzyczasie Jacek zwiedzał dom . Awa towarzyszyła mu dzielnie, biegając nawet po wątpliwej trwałości schodach na strych. Ja też tam weszłam, ale przeraziło mnie składowisko starych gratów, szmat, pajęczyn. Taki sam śmietnik zastaliśmy w części gospodarczej domu. Żadna z tych rzeczy nie miała uroku staroci, jakie spodziewamy się znaleźć wchodząc do takiego starego domu. Tylko Jacek wypatrzył stary kask motocyklowy, tak zwany orzeszek w kolorze niebieskim ( głęboki socjalizm), który na pewno chciałby zachować.

Pokoje były częściowo opróżnione, ściany z lamperiami olejnymi, brudne niewiarygodnie, połamane deski podłogi, smętne resztki firanek i stare zdjęcie, a na nim pociągła twarz młodego człowieka – jak się okazało – jednego z braci alkoholików, którzy tu kiedyś mieszkali. I smród wszechobecny. Brrr…

Ale jest prąd i jest woda, bo niedawno gmina zrobiła wodociąg.

Za to przed domem stare jabłonie, przy drodze jaśmin i bzy. I przestrzeń dookoła, piękna i spokojna, mimo że w załzawionym krajobrazie.

Porozmawialiśmy o cenie, umówiliśmy się, że damy odpowiedź w ciągu tygodnia. I tak się rozstaliśmy.

Wróciliśmy nad morze i właściwie zapomniałam o Warmii, bo już po drodze uznaliśmy, że cena jest dla nas za wysoka i  uznałam , że  to miejsce nie spełnia naszych oczekiwań ( nie wiedziałam jeszcze jak to miejsce  zapadło w serce Jacusiowi).

Wiosna 2010

Wiosną, ponieważ jednak bardzo brakowało nam kontaktu z przyrodą i szczerze obmierzło nam miasto,  zdecydowaliśmy się na gruntowną inwestycję na naszej podmiejskiej działce rekreacyjnej. W maju mieliśmy już za sobą większość prac modernizacyjnych, właśnie kończyłam  urządzać oczko wodne, a tu dzwoni pan Andrzej i oświadcza, że nie znalazł jeszcze nabywcy, a cena spadła. Dla mnie to nie było olśnienie, a raczej zmartwienie, bo przecież sporo naszych oszczędności zużyliśmy na unowocześnienie podmiejskiej działki. Ale Jacka zelektryzowała ta wiadomość, a ponieważ „gdzie ty Kaju, tam ja – Kaja”, zaczęliśmy poważnie myśleć o kupnie siedliska.

Jestem realistką w sprawach finansowych, może dlatego, że zbyt wiele razy spotkało mnie w tej materii twarde zetkniecie z podłożem. Wspierani wiedzą naszego przyjaciela prawnika, postanowiliśmy najpierw sprawdzić czystość oferty, pojechaliśmy więc do gminy, starostwa i pozbieraliśmy wszystkie dokumenty. Oferenci okazali się być uczciwi, a nieruchomość bez obciążeń. Na dodatek absolutnie zszokowani byliśmy przyjęciem w urzędzie gminy, gdzie urzędnik, do którego właśnie mieliśmy trafić, ale o tym jeszcze nie wiedzieliśmy, sam zgarnął nas z korytarza, był miły, profesjonalny  i  odpowiedział na wszystkie nasze pytania.

I tak tu właśnie jest – i w gminie, i w powiecie. To jest małe środowisko i ludzie się znają, więc urzędnicy nie są anonimowi i – nawet gdyby chcieli mieć muchy w nosie – to nie mogą sobie na to pozwolić. To najlepsze lekarstwo na uprzejmość. Nie twierdzę, że wszyscy tu w urzędach są superkompetentni, ale są mili i starają się. Jakież to odmienne od doświadczeń z dużych miast!

Podczas tego pobytu zamieszkaliśmy w pobliskim zajeździe, ale oczywiście zwiedzaliśmy okolicę, no i raz jeszcze odwiedziliśmy siedlisko, tym razem skąpane w słońcu, z kwitnącym bzem. Okolica piękna, jezioro kuszące, choć trudno dostępne, ludzie mili, no ale dom… okropny.

Tym razem po otwarciu drzwi domu na powitanie spod schodów wybiegła myszka z małym myszkiem w pyszczku. Widocznie zburzyliśmy jej spokój i wpadła w popłoch, decydując się na gwałtowne przenosiny gniazda, tylko dokąd by tu…


Ale postanowiliśmy, że kupujemy.