Dwa lata mijają od dnia, kiedy porwaliśmy się na szaleństwo, porzuciliśmy nasze wygodne gniazdeczko w dużym mieście i przeprowadziliśmy się na wieś warmińską, …głuchą wieś, jak by wielu powiedziało.
Znajomi, rodzina patrzyli ( i patrzą) na nas jak na idiotów. No bo jak można mając 50, 60 lat wyjeżdżać z miasta, gdzie jest blisko do lekarza, sklepy na każdym rogu, oszałamiający świat marketów i tyle innych atrakcji. No przecież można pojechać w weekend na działkę, ale tak…
A my kupiliśmy kawał ziemi ze starą chałupą i pierwszą zimę spędziliśmy w naprawdę trudnych warunkach. I, chociaż nie jest łatwo, codziennie budzimy się z zachwytem patrząc na las, jezioro i pola, chłoniemy cudowna ciszę w nocy i głosy ptaków w ciągu dnia.

A było tak…

Jesień 2009

Jak co roku, pojechaliśmy we wrześniu nad morze. Zawsze jeździliśmy po sezonie, bo wybrzeże Bałtyku bez ludzi jest najpiękniejszym zjawiskiem świata. No i jeszcze – nasze zwierzaki jeżdżą z nami i dla nich też jest istotne, by dokoła była cisza i spokój. Wtedy była jeszcze z nami Awa, sznaucerka olbrzymka i dwa koty, czarno-biały Cichosza i szarobury Pędzel.
A Pędzla rok wcześniej znaleźliśmy umierającego właśnie na parkingu przy zachodniej plaży, ale to osobna historia.
Tak więc spędzaliśmy wakacje nad Bałtykiem. Długie wakacje, cudowne siedem tygodni spacerów po plaży i zbierania grzybów ( bo jesteśmy maniakami grzybobrania,…no dobra, przede wszystkim ja jestem, ale męża zaraziłam tą pasją). A ponieważ już od jakiegoś czasu marzyło nam się znalezienie nowego miejsca na ziemi ( bo szczerze nie lubiliśmy wielkiego miasta), w tym roku postanowiliśmy rozejrzeć się i poszukać siedliska, działki czy kawałka lasu do kupienia i osiedlenia się „na stare lata”.
Okazało się, że marzenia muszą pozostać w tej sferze, bo wszystkie oferty były poza naszym zasięgiem finansowym, a – przy okazji – zorientowaliśmy się jak tamtejsze społeczności niechętne są nowym osiedleńcom, traktując ich od razu w kategoriach zagrożenia własnych interesów. A to nie nasza bajka. Obydwoje mamy taki układ współczulny, ze bardzo źle funkcjonujemy w atmosferze podejrzliwości, zawiści, zazdrości.
Któregoś wieczoru Jacek, mój mąż, nie mówiąc mi nawet o zmianie kierunku poszukiwań, wpisał w wyszukiwarkę: działka nad jeziorem. Zadzwonił, umówił się, a potem powiedział, ze zabiera mnie na wycieczkę. Był koniec października, mżyło i padało na zmianę. Nie byłam zadowolona, wydusiłam z Jacka wreszcie, że jedziemy zobaczyć działkę nad jeziorem na Warmii, że to ponad 200 km. Ale jakoś w okolicach Grudziądza zaczęło się robić interesująco. Nigdy wcześniej nie byłam na Warmii; za Mazurach oczywiście tak, Kujawy, Bory Tucholskie zjeździłam jeszcze w dzieciństwie, Kaszuby też trochę znałam, Pomorze znakomicie, ale Warmię – nie. A przecież zjeździliśmy z Jackiem prawie całą Polskę, bo on jest scenografem i często towarzyszyłam mu podczas dokumentacji do filmów.
Znaleźliśmy się nagle wśród pagórków przetykanych lasami i jeziorami. No i otworzyło się niebo… to znaczy przestrzeń. Skończyły się ciasno zabudowane wsie wzdłuż drogi, właściwie jedna przechodząca w drugą, jak w środkowej Polsce, a kiedy byliśmy na górce, to było widać het… No pięknie! Na szczęście lubię jesień i deszcz. Uzależnionym od słońca pewnie aura odebrałaby możliwość takiej oceny rzeczywistości. Ale mnie to nie przeszkadzało, podziwiałam widoki.
Dojazd nie był łatwy, ale pan Andrzej wyjaśnił Jackowi przez telefon jak powinien szukać drogi, no a mąż, jako stary wyjadacz w poszukiwaniach terenowych, trafił bez specjalnych problemów. Tylko raz musieliśmy pytać gdzie skręcić w polną już drogę, bo kierunkowskazów to tu nie ma zbyt wiele. Jak mówi Jacek – boją się Niemca.
Dojechaliśmy do wsi, a potem jeszcze przez las dwa kilometry i już jest ten przysiółek, a na jego granicy, pod lasem – stara chałupa, zatopiona prawie całkowicie w wysokich trawach, krzewach i drzewach, widać, że od dawna nikt tu nie mieszkał.