Od lat Jacek ma problem z nadwagą, a od czasu stosowania insuliny wpadł w zaklęty krąg tycia. Oczywiście próbowaliśmy różnych diet. Przez kilka miesięcy nie jadł pieczywa. Potem jadł małe porcje pięć razy dziennie. Jeszcze później jadł tylko dwa razy dziennie. Odstawił słodycze. Zaczął jeść więcej warzyw i owoców. Wszystkie te próby na początku dawały pozytywny efekt, ale to trwało bardzo krótko i szybko wracał do pierwotnej wagi. Bo szanowny organizm przestawiał się na tryb oszczędzania i tylko czekał kiedy sobie odbije ( typowy mechanizm efektu jo-jo), a dodatkowo insulina blokowała chudnięcie.

Od czasu przeprowadzki na wieś Jacek codziennie choć trochę pracuje fizycznie. Teraz już wiemy na pewno, że ruch jest jedynym jego sprzymierzeńcem, tylko dzięki wysiłkowi fizycznemu udaje mu się wygrywać ze spiralą nadwagi. Dzięki niemu stracił dziesięć centymetrów w pasie. Ale trzeba wiedzieć z jakim to wiąże się dla niego trudem. Spróbuj sobie wyobrazić ty, człowieku przeciętnej wagi, że masz na sobie dodatkowo worek ziemniaków i każdą czynność musisz wykonać dźwigając ten worek, przy każdym ruchu. Kręgosłup, stawy, biodra wykonują o wiele za ciężką pracę i organizm robi wszystko, by cię zniechęcić do tego wysiłku. Daje ci sygnały bólowe, dręczy, dokucza. Wrzeszczy: nie, nie rób tego, idź posiedzieć w spokoju! Ale trzeba się przemóc, zagryźć zęby i brnąć w ból z tym workiem na plecach… 

A kto sobie zada trud, by wczuć się w położenie człowieka z nadwagą? Otyły człowiek jest zawsze najprostszym pretekstem do robienia żartów, a etykietka „Gruby” zastępuje jego imię. Nikt się nie zastanawia co czuje podmiot dowcipów. Nie mówimy przecież garbatemu „Garbusie” , a kulawemu „Kaleko”, ale „ty, Gruby” jest na porządku dziennym.

A osobną kategorią dyskryminacji jest stosunek lekarzy do osób z nadwagą. Niejeden raz Jacek wychodził z badania lekarskiego totalnie zdołowany, bo – jak mówił – był traktowany jak kawał słoniny. A kiedyś sama byłam świadkiem, jak lekarz wykonujący biopsję przekonywał Jacka, że otyłość jest tylko winą jego samego, bo przecież w obozach hitlerowskich nie było grubych ludzi… W swoim zadufaniu, pan doktor pomylił życie z umieraniem w obozach zagłady. Taki z niego lekarz, szkoda gadać. Niestety nie jest to odosobniony przypadek. Z reguły medycy wykorzystują otyłość jako pretekst, by nie pomóc pacjentowi i odesłać go z kwitkiem. „Niech pan przyjdzie, jak pan schudnie…”.

Nie pozostaje nam nic innego, jak samodzielnie walczyć z upartym wrogiem. Sama byłam kiedyś dużo szczuplejsza, więc wiem jak trudno zaakceptować dodatkowy ciężar. Jacek  codziennie  dzielnie dźwiga swój worek, a ja staram się go wspierać w tych wysiłkach. Widzę ile go to kosztuje, ale ciągle mamy nadzieję, że w końcu worek będzie trochę lżejszy.