Kiedy mieszkałam w mieście  Łodzi wyprawa do Biedronki wyglądała tak: wyjazd z parkingu – no, czy ktoś mnie puści – jadę – skręt w lewo – trzeba przepuścić tego z przeciwka, bo znowu zastawili pół jezdni – teraz jadę kawałek i znowu stop, bo ktoś jedzie z przeciwnego kierunku – dojechałam do ulicy z tramwajami, trzeba czekać aż skończy się rządek aut puszczonych przez światła albo zatrzyma je tramwaj na przystanku – w końcu jest dziura, to szybko skręcam w prawo ( w lewo było by znacznie dłużej) – dołączam do rządku samochodów i powoli dojeżdżamy do pierwszych świateł – przepuszczamy pieszych i  teraz szybko rura, bo za plecami tramwaj, a tam zwężenie jezdni i znajdzie się na naszym pasie ( nerwowo) – byle do następnych świateł. Tam skręt w lewo, wiec trzeba cierpliwie czekać aż ci z przeciwka  będą mieli żółte i szybko przeskoczyć, oczywiście pod warunkiem, że skręcający w prawo tramwaj nas nie zablokuje. Teraz na prawy pas i skręcamy, by zaraz zawrócić już na Biedronkowy parking.

Ale tam dopiero wyścigi i walka o wolne miejsce. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo z tyłu też można oberwać od opuszczających miejsca parkingowe. Uff. Udało się wcisnąć.  Tylko ostrożnie otwieramy drzwi, bo ciasnota i można zadrapać sąsiednie auto.

No ale cel osiągnięty. Wchodzę do środka, a tam zaduch, tłok, stale mnie ktoś potrąca, z dużym wózkiem trudno się przecisnąć ( oczywiście wózek przed sklepem odpięłam monetą). Już mam dość. Szybko ( jak się da) wrzucam potrzebne rzeczy i do kasy. A tam oczywiście kolejka…

Tak to było kiedyś. A teraz? Najpierw droga gminna. Zakręty – górki – dołki – kwitnące drzewa – łany zbóż, sarenki łażą nad jeziorem – trzeba zwolnić i przepuścić kicającego zająca. Czasem się spotka na drodze sąsiadkę za kółkiem albo na rowerze, to człowiek przyjaźnie pomacha. Przywita się pracującego w polu sąsiada. Miło jest. Droga wąska, wiec często trzeba zjechać na bok i przepuścić tego z przeciwka, ale to jest tak naturalne jak oddychanie.

Koło kapliczki skręcamy na drogę powiatową. Aleja starych jesionów wzdłuż asfaltu( jeszcze nie wycięli), łany kwitnącego rzepaku , a obok  „wiejskie perfumy”, kiedy akurat ktoś roztrząsa obornik. Trzeba się zatrzymać na stopie przed przejazdem kolejowym. Z lewej rozlewiska, a tam gęsi i żurawie. Na horyzoncie wiatraki, to  nowe elementy krajobrazu, niespecjalnie piękne, ale na szczęście daleko.

Wjeżdżam do miasteczka. Biedronka przy głównej ulicy. Na parkingu jakieś miejsce  zawsze czeka. Wózki nie są przypięte, bo nikomu by nawet do głowy nie przyszło, by wózka po zakupach nie odstawić na miejsce. Tu prawie wszyscy się znają, więc liczą się z tym, jak na nich patrzą inni. A panie w Biedronce też milsze i miejsca jakby więcej, powietrze czystsze i nawet kolejki krótsze.

Ta droga do sklepu w mieście to były tylko dwa kilometry. Teraz muszę ich zrobić dziewięć, ale nie mam żadnych wątpliwości którą wolę.