Siedem godzin trwała podróż po ocalenie. Doktor Michał, tak jak obiecał, przyjechał zaraz, jak tylko dotarliśmy. Wziął mnie w dłonie i powiedział: „ Nie chcę Was martwić, ale nie wygląda to dobrze. Ale będziemy próbować.” Doktor zawiesił kroplówkę na lampie, odciągnął mi skórę na plecach. „O, widzicie, on jest tak odwodniony.” – powiedział. Skóra została w tym samym miejscu, sztywna jak blacha. „ Będzie nawet trudno wbić igłę.”

I tak było. Trzeba było  brać grubsze igły, by zrobić mi zastrzyk czy podać kroplówkę.

Tamtej pierwszej kroplówki prawie nie pamiętam. Czułem, że coś się ze mną dzieje, że jestem w nowym miejscu, ale pachniało tam  psem Awą i czarnym kotem Cichoszą, więc instynkt nie zmuszał mnie już do próby ucieczki w mysią dziurę. Zresztą i tak bym nie dał rady. Przecież nic nie widziałem.

To było trzydziestego października. Dwa dni później było Święto Zmarłych. Mimo to doktor przyjechał na kolejną kroplówkę, bo państwo próbowali mi sami ją podać, ale pani tak niefortunnie wbiła igłę, że poczułem ją w kręgosłupie i odruchowo ugryzłem ją w palec. Mocno, ale przecież nie chciałem, to się nie liczy, to było w samoobronie!

Po kilku dniach doktor Michał stwierdził poprawę i pozwolił przejść na normalne karmienie i podawanie antybiotyków w  jedzeniu. Pani gotowała rosołek i rozpuszczała tabletkę, a ja posłusznie wypijałem wszystko, chociaż wiedziałem, że tam jest coś dosypane. Ale ufałem państwu i bardzo chciałem żyć.

Powoli nabierałem sił i zacząłem zwiedzać nowy dom. O dziwo Cichosza już mnie nie atakował. Widać uznał, że nie stanowię dla niego zagrożenia. Wiedział, że oślepłem. Miał dobry charakter, poczuł się gospodarzem  i powiedział, że mi wszystko pokaże. I rzeczywiście, przeciągnął mnie po wszystkich meblach, parapetach, tak że po tygodniu miałem już mapę mieszkania w głowie. Tylko jak ktoś przestawił krzesło albo postawił torbę, to waliłem głową, ale starałem się  być ostrożny, a i Cichosza ostrzegał jak mógł. Postanowiłem uznać Cichoszę za brata. Niewiele dobrego spotkało mnie od rodzonych braci, tych, którzy przeżyli, a ten kotek, starszy ode mnie o rok, jest naprawdę dobry, opiekuńczy, nigdy nie odepchnął mnie od miski, no i w ogóle fajny kumpel. Jak brat.

Była jeszcze pani Awa. Do niej nie miałem śmiałości i sam nie mogłem uwierzyć, że wtedy wskoczyłem jej pod pysk. Ona ma ze czterdzieści pięć kilo  i   jest ogromna. Ale to starsza pani   i – chociaż ma dobry charakter – to nie bardzo lubi, żeby gówniarze kręcili jej się pod nogami. Zasadniczo schodzę jej z drogi, czasami jednak niestety wpadam na nią, wtedy karci mnie warknięciem. Uciekam.

Kolejne wizyty doktora potwierdzały moje szanse na wyzdrowienie. Państwo dziękowali doktorowi za pomoc, ale on skromnie odpowiadał: „ Ten kot sam się leczy, musi mieć bardzo silne geny, żeby wylizać się z takiego stanu”. Ale tam! Geny genami, ale gdyby nie doktor Michał, to i starania państwa nic by nie pomogły. Kocham go za uratowanie mi życia! Nie postawił na mnie krzyżyka, jak tamci w Lęborku. Doktor Michał, poza ogromną wiedzą, ma serce na właściwym miejscu, o czym przekonał nas jeszcze nie raz.

Jakoś po dwóch miesiącach chore oko się obkurczyło prawie do normalnych rozmiarów. Doktor nam wytłumaczył, że nerwy wzrokowe u kotów są ze sobą splecione, więc zwykle przy uszkodzeniu jednego oka, kot nie widzi na oba. Tak było i ze mną. Dlatego doktor chciał uniknąć usunięcia gałki ocznej  i próbował wyleczyć zakażenie nieinwazyjnymi środkami. Ale pomógł nam jeszcze przypadek, który wydawał się tragiczny, a przyniósł zbawienny skutek. Któregoś dnia biegłem dość nieostrożnie i nadepnąłem na głowę śpiącej Awy. Ona zerwała się gwałtownie ze szczekaniem, a ja z przerażenia wylądowałem pyskiem na szafie. Boże, jak to bolało! Uderzyłem chorym okiem o drzwi, oko pękło, wpadłem do łazienki, dookoła pełno krwi, pani krzyczy z przerażenia, a ja wyję w niebogłosy, aż się Awa schowała pod biurko. Pani utuliła w końcu moją rozpacz i przerażenie. Potem doktor orzekł, że właściwie dobrze się stało, bo oko się oczyściło, pękł wrzód (a nie oko) i teraz szybciej powinna nastąpić poprawa. Dzięki temu po niedługim czasie prawym okiem zacząłem zauważać plamy światła. Pani powiedziała, że źrenica prawego oka zaczęła działać.

Wreszcie uwierzyłem, że będę zdrowy. Co prawda doktor nie dawał szansy lewemu oku, bo tam wszystko było wymieszane jak kogel-mogel, ale nerwy wzrokowe uratowane, więc miałem szansę            patrzeć chociaż trochę, chociaż jednym. Wtedy postanowiłem się usynowić…, to znaczy uznać panią i pana za  mamę i tatę. Miałem co prawda swoją kocią mamę; mama była śliczną  czarno-białą kotką, ale ona rodziła dzieci dwa razy do roku , więc była drobna i słaba, nie potrafiła mnie obronić. Kociego ojca nigdy nie poznałem i to pewnie – na szczęście, bo jego pojawienie  oznaczałoby kłopoty dla wszystkich maluchów. Wystarczyło, że widziałem popłoch kiedy wujek Pumak przychodził z lasu i wyjadał nam lepsze kąski. W nocy przybiegał z lasu, zeskakiwał z dachu

baru, a stado rozpierzchało się we wszystkie strony. Pumak był wielkim czarnym kotem leśnym, miał grube futro, ostre pazury i żadnych skrupułów. Nawet pani przeraziła się kiedy zjawił się sycząc w trakcie karmienia któregoś wieczoru jesienią.

Teraz mieszkałem w mieście z państwem i od czasu, jak zachorowałem,  nikt już nie mówił, że będę musiał odejść. Uznałem, że czas się odwdzięczyć mamie i tacie i uznać ich za rodzinę.

cdn.