Wyjazdy na wieś były niewątpliwą atrakcją dla wszystkich członków stada, ale w mieście też nam się nie nudziło. Nasi ludzie mieli swoją pracę i inne sprawy, a my z bratem swoje gonitwy i zapasy, różne zabawki,  wygrzewanie się na słońcu i słodkie obżarstwo. A do tego rytuały. Codziennie wieczorem właziłem na stół albo biurko ( zależy, gdzie tato akurat siedział) i układałem się na lewym ramieniu taty, zawsze na lewym, tym samym, na którym pierwszy raz położył mnie sobie w Łebie. Mościłem się tak, mruczałem  i zasypiałem. Często po prostu przeszkadzałem mu w pracy na komputerze, ale on, biedny,  znosił to bez skargi, bo go to okropnie wzruszało. A kiedy nie było taty, to uwalałem się na ramieniu mamy. Obydwoje głaskali mnie wtedy, było  bezpiecznie, przytulnie i miło. Pełny komfort.

No i oczywiście spaliśmy wszyscy razem. Tato zamówił wielkie łóżko, które było jak wyspa na morzu. Wieczorem wszyscy złaziliśmy się tam. Awa spała przytulona do taty, a my z bratem zwykle po obu stronach głowy mamy, a czasem przytuleni do siebie.

Tak minęło lato, a we wrześniu rodzice zabrali nas wszystkich na wakacje. Jechaliśmy do Łeby! Cichosza znowu był nieszczęśliwy, a ja też trochę marudziłem w czasie tak długiej podróży, ale jak tylko poczułem znajome zapachy okolic Parku Słowińskiego, to przestałem się wiercić i już tylko wciągałem znajome powietrze.

Nasi ludzie wynajęli to samo mieszkanie, co przed rokiem, ale nie miałem złych skojarzeń. Czułem się dobrze, a mętne wspomnienia dzieciństwa intrygowały mnie możliwością konfrontacji tamtego mnie i dzisiejszego.

Tato zrobił nam konstrukcję z siatką na tarasie, żebyśmy mogli jak najwięcej przebywać na powietrzu, ale jednak bezpiecznie oddzieleni od tubylczych kocurów, które codziennie grasowały pod domem ( w końcu były u siebie). Ganialiśmy się z bratem, polowaliśmy na siebie nawzajem, a potem godzinami rozszyfrowywaliśmy wiadomości niesione wiatrem znad  mokradeł  i od morza.

Któregoś popołudnia mama zabrała mnie na smyczy na zachodnią plażę. Pozwoliła mi spokojnie obwąchać wszystkie znajome kąty na parkingu, gdzie spędziłem dzieciństwo, byliśmy też razem nad samym brzegu morza. Było pięknie, wcale się nie zestresowałem, miałem już w sobie pewność, że jestem pod dobrą opieką, więc mogłem bez emocji powracać do wspomnień. Czułem, że moje rodzone stado jest w pobliżu i wiedziałem też, że jest tam moja kocia mama, to znaczy ze przeżyła kolejną zimę i pewnie urodziła kolejne dzieci.

Usłyszałem potem jak mama mówiła pani Magdzie, od której ludzie wynajęli mieszkanie, że znów jest pięć małych kociąt z drugiego miotu i trzeba coś zrobić…Pani Magda podjęła wyzwanie i zgodziła się przyjąć dwa, trzy kotki. Miała duży dom z ogrodem koło Słupska. Tylko… no właśnie, trzeba było te kotki złapać. Tato znów stanął na wysokości zadania. Przygotował siatkę i rękawiczki i pojechali z mamą na parking. Pani Magda z mężem czekała z transporterem przed domem.

Mama nalała mleko do dużej miski, oczywiście zaraz kocia czereda wyłoniła się z kątów i rzuciła do miski. Wtedy tato zarzucił siatkę… Podobno panika była nieprawdopodobna. Większe koty pouciekały od razu, a z maluchów udało się złapać tylko szaro-białego pręgowanego kotka, który z przerażenia darł się wniebogłosy i próbował drapać. Pani Magda zabrała więc tylko tego jednego dzikusa. Potem relacjonowała mamie przez telefon, że Lenor (dzieci dały mu takie imię, bo był bardzo puszysty) dość szybko się oswoił i codziennie przychodził do dzieci na głaskanie. Niestety kilka miesięcy później dowiedzieliśmy się, że Lenor nie przeżył spotkania z samochodem. Pani Magda znalazła go na ulicy przed domem, był jeszcze ciepły…

Mama powiedziała wtedy, że już nie będzie zabierać żadnego kotka z parkingu przy plaży. Napisała do stowarzyszenia opieki nad zwierzętami w Lęborku i opowiedziała im jaka jest sytuacja kotów w tym miejscu. Tacy mili państwo, którzy prowadzą sklep wędkarski w Łebie zobowiązali się zimą dokarmiać tamte  koty. To się chyba udało, mieliśmy później relacje od znajomych. Teraz podobno ktoś postawił dla nich nawet domki na zimę.

cdn.