Wiem, że od czasu mojego uwolnienia rodzice mieli sporo stresów.  Starałem się nie przysparzać im zmartwień, ale nie zawsze się udawało. Któregoś dnia postanowiłem zwiedzić las. Nasza łąka kończyła się pod lasem, ale chciałem zobaczyć co jest dalej. Powędrowałem, przedzierając się przez gałęzie, krzaki i paprocie. Tam inaczej pachniało niż w nadmorskim lesie. Nie było tyle iglastych drzew, no i na poszyciu nie czułem zbyt dużo mchu, za to więcej liści.

Szedłem długo. Wydawało mi się, że cały czas robię w głowie mapę do powrotu. Niestety zgubiłem się. A czułem, że nadchodzi wieczór, bo zmieniał się zapach powietrza i wilgoć osiadała na wszystkim. Wcisnąłem się w jakieś zagłębienie pod krzakiem i postanowiłem przeczekać, nie mając pojęcia jak uda mi  się wykaraskać z tej opresji. Słyszałem, że las ożywa. Duże zwierzęta ruszały na żer, a spod ziemi wychodzili różni nocni łowcy. Miałem nadzieję, że nie zainteresują się mną, ale trochę się bałem. Była już  noc.

I wtedy usłyszałem!

Kiedy nie pojawiłem się w domu wieczorem, rodzice zaczęli mnie szukać. Najpierw sprawdzili wszystkie znane miejsca, a potem jechali wzdłuż lasu i  wołali, gwizdali. Byli za daleko żeby mnie usłyszeć, ale ja natychmiast namierzyłem kierunek i – nie bacząc na nocne zagrożenia – zacząłem się przedzierać w stronę domu. Po północy wołanie ucichło, ale ja już wiedziałem gdzie jestem. Nad ranem dotarłem do domu, wlazłem na parapet i czekałem. Jaka była radość, jak mnie tam odkryli! A ja rzuciłem się na jedzenie. Jaki ja byłem głodny!

Po tej przygodzie  trzymałem się już naszego terenu, za to rodzice reagowali nerwowo, jak tylko nie pojawiłem się o zwykłej porze przed domem. Rodzice brali wtedy latarkę i mnie szukali. Czasem, przyznaję, przysnąłem w krzakach albo zagapiłem się przy jakiejś obiecującej norce. Kiedy poświecili latarką, to od razu wiedzieli,  że to ja, bo tylko jedno oko odbijało światło.

Któregoś razu mama długo szukała mnie  latarką, nawoływała, gwizdała i nic. W domu nerwowo, Tusia od razu wyczuła napięcie i też biegała z mamą szukać. Ale nie znalazły. Rozpacz. Była już głęboka noc, kiedy mama przypomniała sobie, że ostatni raz widziała mnie, kiedy układała rzeczy w szafie na strychu. Popędziła tam, otworzyła drzwi, a ja wyszedłem z szafy, przeciągając się. Dobrze mi się tam spało.

Rodzice okropnie nie lubili kiedy wychodziłem na drogę. Próbowali mnie przeganiać, a ja nie rozumiałem o co im chodzi. Przecież już nauczyłem się być ostrożny. Uciekałem jak tylko słyszałem nadjeżdżający samochód czy motocykl, nie mówiąc już o traktorach czy kombajnach. Bo kiedy przychodził okres prac polowych, to na drogę wyjeżdżały straszne motorowe potwory i uciekaliśmy z bratem w jakieś zaciszne miejsca albo opiekunowie zamykali nas w domu. Sąsiad zawsze informował kiedy będzie u nas kosił. Mówił, że niektóre koty nie uciekają, a zamierają w bezruchu  ze strachu i  to jest ich zguba. Tak zginęło wielu naszych braci. Straszne.

W ogóle na wsi  nie najlepiej traktuje się zwierzęta. Wszystkie powinny pracować. Koty są od łowienia myszy, a psy od pilnowania obejścia. Krowy mają dawać mleko, a kury znosić jajka. Jak któraś się nie sprawdza, to się ją wymienia na inną. A te niechciane krowy wywożą gdzieś daleko. Przyjeżdżają takie wielkie samochody i słyszymy jak się skarżą, jak nie chcą tam wejść i się bronią.

No i wszystkie muszą schodzić z drogi człowiekowi i jego maszynom. Jeśli któreś z nas nie zdąży, trudno, „dobór naturalny” – mówią. Co roku pod kołami maszyn giną kociaki, szczeniaki. Nikt nad nimi nie płacze. Żadnych sentymentów. Przeżywają tylko te psy i koty, które się boją ludzi i przed nimi uciekają.

Na szczęście nasi ludzie myślą inaczej. Troszczą się o nas, kochają, głaszczą, przytulają. A tamte czasem są głodne, a do lekarza na pewno nikt ich nie zabierze.

Kiedyś przywędrowała do naszego domu chora kotka. Rodzice się potem dziwili,  że żadne z nas nie zdradziło, że ona jest w warsztacie. Przecież my normalnie przeganialiśmy obce koty, nie mówiąc o Tusi, która nie cierpiała takich wizyt. A tu żadne z nas ani mru mru. W końcu mama zauważyła kotkę, która była już okropnie wychudzona, zaczęła ją dokarmiać, ale było za późno. Kotka umarła i jeszcze był problem jak ją wydostać z kryjówki, bo  schowała się w stropie. My koty idziemy umierać w samotności, a inni członkowie stada to szanują. Wiedzieliśmy, że jest chora i dlatego zostawiliśmy ją w spokoju.

cdn.