DIETA

Od ponad dwudziestu pięciu lat nie jem mięsa. Nie jestem jednak wegetarianką, bo jadam ryby i jajka. Porzuciłam mięso z powodu wygody, kiedy w latach osiemdziesiątych były kartki na mięso i okropnie mi nie odpowiadało stanie w kolejkach po krwawe ochłapy. W ogóle stanie w kolejkach było zawsze dla mnie gehenną. Każdy człowiek ma swoje pole integralności, a moje wydaje się być dość duże, bo bardzo boleśnie znosiłam ścisk w tramwaju czy popychanie w kolejkach. Do dziś tak jest, na szczęście przesiedliśmy się do samochodu, a tłumne skupiska raczej kojarzą mi się z tymi przed wejściem do kina czy teatru. Ale nadal mam z tym problem, od razu się duszę.

Ciężko mi również przemóc niechęć wobec dotyku obcego człowieka, takiego jak fryzjerka czy lekarz. Dlatego chodzę tylko do zaprzyjaźnionych. A kiedy już muszę się oddać w ręce obcego lekarza wszystko się we mnie burzy, mam szczękościsk i jestem maksymalnie spięta. Zresztą w większości przypadków spotykam niedouczonego bałwana w kitlu, który ma się za pana boga, nie ma pojęcia o dobrym wychowaniu i na dodatek jest obrażony, ze musi pracować. Nic dziwnego, ze mój organizm reaguje jak na zagrożenie.

Poza bezmięsnością, jestem również bezglutenowcem, więc goszczenie mnie przyprawia zwykle gospodarzy o ból głowy. Ale tu nie! Sąsiadki przyjęły to do wiadomości i zawsze na przyjęciach dostaję swoje potrawy. Dzięki im za to, że uważają takie zachowanie za coś naturalnego. Tu się ludzie wzajemnie szanują, a więc i szanują swoje ułomności. Natomiast w mieście bywało różnie… Najczęściej czułam , że robię kłopot, albo wręcz mnie przekonywano, że nic mi nie będzie jak raz zjem, a czasem dostawałam oszukane jedzenie i potem bardzo cierpiałam, ale to już był tylko mój problem.

Długo nie byłam świadoma, że powinnam być na diecie bezglutenowej. Jako małe dziecko trafiłam do szpitala, gdzie, po badaniach, zdiagnozowano celiakię. Bóg raczy wiedzieć co oni tam ze mną robili,  skoro do dziś mam fobię szpitalną, a do piętnastego roku życia ciągle śnił mi się koszmar, że nie mogę wyjść ze szpitala; stoję na końcu długiego korytarza z wieloma otwartymi wahadłowymi drzwiami (takie wtedy grodziły oddziały, bo można je było popchnąć, na przykład łóżkiem, i się otwierały), a kiedy robię krok w stronę wyjścia, wszystkie drzwi się zamykają z trzaskiem, i …to uczucie spętania, zniewolenia, brrr!

Rodzice trzymali mnie na diecie do siódmego roku życia, bo – zgodnie z ówczesną teorią –  miało mi przejść. Potem przez wiele lat stale mi coś było, kolejni lekarze stawiali kolejne diagnozy, no a kiedy zaczęły się poważne ataki ( najgorszemu wrogowi nie życzę), to zrobiłam różne badania, a przy okazji trafiłam do mądrego radiologa, który mi zasugerował przejście na dietę. Poprawiło się.

W międzyczasie odwiedziłam jeszcze kilku tak zwanych specjalistów, ale żaden z nich nie słyszał o celiakii u dorosłych. Na szczęście miałam mądrego lekarza pierwszego kontaktu. On słyszał, a nawet czytał. Ja też poczytałam w internecie o szwedzkich badaniach, zapoznałam się z różnymi przypadkami ludzi zrzeszonych w stowarzyszeniu. Sporo eksperymentowałam w kuchni, bo lubię gotować i stworzyłam sobie dość różnorodny jadłospis. Jednak po roku ( a dzięki diecie właśnie rok odbudowują się kosmki jelitowe) już tak dobrze się poczułam, że pojadłam sobie pachnących drożdżóweczek z wiejskiej piekarni. No i wtedy miałam taki atak, że modliłam się o śmierć. Nie było już wątpliwości. Nigdy więcej nie będę robić żądnych eksperymentów. Wystarczy, że czasem przez przypadek zetknę się z glutenem i już mam problem.

To nie jest prosta dieta, trzeba czytać absolutnie wszystkie etykiety i czasem dmuchać na zimne, nawet jeśli wprost nie odczyta się zagrożenia. Bo z czego jest skrobia modyfikowana? Ano często z pszenicy. Wydawało by się, że płatki kukurydziane powinny być bezpieczne, a tu figa z makiem – są pokrywane słodem jęczmiennym. I takich kwiatków jest wiele. Nawet w proszku do pieczenia zwykle znajduje się mąka pszenna. Ale daje się z tym żyć. Trzeba mieć tylko świadomość, że bezglutenowcy są narażeni na raka przewodu pokarmowego pięćdziesiąt do stu razy częściej niż pozostali ludzie, więc trochę bardziej trzeba słuchać organizmu.

Gdyby zdarzyło się komuś gościć bezglutenowca, podaję szybki przepis na ciasto.

Przepis na bezglutenowy placek z owocami ( przygotowanie 15 minut):

10 dg mąki ryżowej

10 dkg mąki ziemniaczanej

5 dkg mąki kukurydzianej

5 dkg mąki gryczanej

6 jajek

20 dkg cukru

200 ml oleju

2 płaskie łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia (ja kupuję w Tesco taki na skrobi kukurydzianej)

wanilia lub olejek waniliowy

rodzynki

jabłka i/lub inne owoce.

Jajka ubić z cukrem na biało, dodawać po łyżce mieszanki mąk i oleju. Ciasto powinno być elastyczne, gęstości śmietany. Dodać wanilię i rodzynki. Wylać na blachę ( ja używam blaszkę 25 na 40 cm, wyłożoną papierem do pieczenia) i gęsto powciskać ósemki  obranego jabłka i/lub inne owoce, np. po wierzchu posypuję zmrożoną czarną porzeczką. Piec 40-45 minut w temperaturze 180 stopni – grzanie od dołu lub góra-dół z nawiewem.

Moi znajomi twierdzą, że nie czuje się, by coś brakowało temu plackowi. Smacznego!

A wracając do mięsa, teraz nie jem go ze świadomego wyboru. Przekonałam się też, że   zwierzaki jakoś  to wyczuwają. Nie boją się mnie, często się zdarza, że coś do mnie przytupta, przypełźnie albo na mnie siądzie. Podobno to, co jemy nadaje nam specyficzny zapach. Na przykład opiekunowie słoni nie mogą jeść mięsa, ale jeszcze i pić alkoholu.

A ja jestem domowym alchemikiem i wytwarzam różne eliksiry. Popisową nalewką jest smorodina, ale ona wymaga długiego czarowania. Natomiast podam przepis na szybką wódeczkę z owoców, która jest dobrym lekarstwem przeciwko przeziębieniom.

Nalewka truskawkowo-malinowo-żurawinowa

½ kg mrożonych truskawek

½ kg mrożonych malin

½ kg mrożonej żurawiny

1 l wódki 40 proc.

1 szklanka cukru

Zamrożone owoce zasypać cukrem na sicie i zostawić na noc. Drugiego dnia przetrzeć pozostałe na sicie owoce i dodać do soku, który w nocy z nich spłynął. Taki gęsty moszcz zalać wódką, pomieszać i rozlać do butelek. Postawić w ciemnym miejscu. Przez tydzień codziennie powinno się wstrząsać. Po 7 dniach można pić, a raczej wylizywać z kieliszka. Oczywiście im nalewka starsza, tym lepsza.

Na zdrowie!