owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy w kategorii: Koty

Już jakiś czas temu słyszeliśmy, że w nocy coś skacze na strychu. Myśleliśmy, że może kuna albo inne zwierzątko tak hałasuje. Mamy tam jeszcze przecież nietoperze, wiec się specjalnie nie przejmowaliśmy.
Kiedyś weszłam do warsztatu, a tu wysoko nad moją głową pojawił się czarno-biały pyszczek i zamiauczał. To było jakiś miesiąc temu. Doszliśmy do wniosku, że może kotka od sąsiadów znalazła bezpieczne miejsce na wychowanie młodych. Pogadaliśmy z sąsiadką, a ona potwierdziła nasze przypuszczenia, bo – jak mówi – u nich kocury zagryzają młode, więc kotki muszą je dobrze chować.  Nie wiedzieliśmy jak kotka mogła wejść do warsztatu, ale był otwarty jeden otwór wentylacyjny, więc przypuszczaliśmy, że tędy. Zostawiliśmy jej  jedzenie i wodę i daliśmy spokój.
Jedzenie zniknęło. Woda nie. Zostawiliśmy kolejną porcję karmy, ale ta stała kilka dni, więc w końcu ja zabrałam, by nie stała się zachętą dla myszy.
Za kilka dni znalazłam nasze worki ze śmieciami kompletnie porozrzucane. Kicia pokazała się znowu z miaukiem, wysoko pod sufitem. Ale żadnych odgłosów małych kotków.
Nie rozumiemy co ona właściwie u nas robi, czy w ogóle wychodzi na dwór. W końcu zeszła na dół. Jest strasznie chuda, po prostu szkielecik. Jak Jacek ją zobaczył, to stwierdził, że trzeba odkarmić, bo wiejskie koty ją zabiją.
Znowu ją dokarmiamy. Teraz  już regularnie i zjada wszystko. Pije też. Ale nie wygląda na to, by wychodziła na zewnątrz. Zostawiamy jej na kilka godzin drzwi otwarte i  nic. A najdziwniejsze, że nasze koty nie reagują. One zwykle penetrowały warsztat codziennie, a teraz się nie interesują. Tylko Tusia obwąchuje.

Kompletnie nie rozumiemy sytuacji i nie mamy pojęcia co robić. Czy ona ukrywa się przed światem? Czy to leśna kotka? Czy rzeczywiście ma małe? Trochę już za długo to trwa, by małe były niesłyszalne. A nie mamy dostępu do jej kryjówki, bo to jest miedzy starym stropem i nowym sufitem łazienki. No i co dalej?

 

Minął kolejny tydzień i kotka przestała zjadać karmę. Zniknęła, więc uznaliśmy, że powędrowała w świat.

 

Jakoś tydzień temu  zaczęliśmy czuć w domu nieprzyjemny odór. Drugiego dnia było jasne, że to zapach padliny. Przypuszczaliśmy, że któryś z naszych kotów przyniósł jeszcze żywy fant w postaci myszki czy szczurka i to biedne zwierzątko oddało ducha pod meblami.  Łudziliśmy się, że po dwóch dniach myszka zaschnie i zapach zniknie ( tak podobno jest, jak mówił nam znajomy weterynarz). Ale fetor dochodził jakby z góry, coraz bardziej dokuczliwy. Przejrzeliśmy więc strych i warsztat, ale bezskutecznie. Okropny zapach coraz bardziej wypełniał dom, więc nie było wyjścia i rozebraliśmy fragment stropu. Znaleźliśmy tam  naszą biedną koteczkę, zwiniętą w kłębek na wełnie mineralnej. Niestety w stanie zaawansowanego rozkładu.

Nie rozumiem dlaczego umarła, kiedy miała dostęp do jedzenia i picia. Dlaczego nie miauczała, nie wołała pomocy. Pewnie była chora. Ale czy to prawda, że koty zawsze umierają w samotności? Dlaczego tak jest? Przecież mimo, że była dziką kotką, obdarzyła nas zaufaniem. Czy ona przywędrowała do nas umrzeć w spokoju? No i dlaczego nasze koty w ogóle nie reagowały, nie interesowały się Kicią . Dlaczego suczka nie szczekała i nie anonsowała intruza, chociaż zwykle jest bardzo czujna? Czy nasi czworonożni domownicy wiedzieli, co się dzieje, czy jakimś swoim zmysłem wiedzą i akceptują stan rzeczy?

Tak naprawdę niewiele wiemy o ich świecie, rozumiemy tylko to, co daje się przełożyć na nasze ludzkie zachowania.

Jest mi okropnie smutno, a świadomość, że Kicia umierała bez pomocy tuż nad naszymi głowami jest przytłaczająca. Niby wiem, że nic nie można było zrobić, ale okropnie mi żal.

dedykuję Agacie

Jakoś trzy miesiące  temu zaczęły się ucieczki Pędzla za płot…
Pędzel to nasz ślepy kot, którego historię opisałam w
jednym z pierwszych rozdziałów. Dla jego bezpieczeństwa ogrodziliśmy teren i zawsze uważaliśmy, by nie zostawiać otwartej furtki.

Od jakiegoś czasu Pędzel ze złością przeganiał z ogrodzonego terenu naszego drugiego kota, Cichoszę. Tylko w domu był rozejm, a na dworze ścisły podział, prychanie, gonitwa i walenie łapą. A Pędzel, chociaż niepełnosprawny, jest duży i silny. Biedny Cichoszek skradał się do domu zawsze w stresie i wyraźnie unikał „brata”. Nie załatwiały sprawy nawet przynoszone myszki, Pędzel ewidentnie  był zazdrosny o wyjścia drugiego kota. Zaczęliśmy więc go zabierać raz dziennie na spacery z Tuśką. Najpierw chodził na smyczy, później już wolno, jednak zawsze pod kontrolą.

Ale przyszedł taki dzień, że kot nam zniknął z zagrodzenia. Okazało się, że nauczył się wspinać na słupki przy furtce i spacerował sobie po krawędzi furtki, aż spadał po drugiej stronie. No i tak zaczął zwiedzać wieś… Okropnie się martwiliśmy, byliśmy przekonani, że nie ma szans uchować się na drodze przed samochodami, że dostanie lanie od innych kotów, że psy go poturbują.

Zaczął się więc wyścig zbrojeń. Jacek wymyślał i budował coraz to nowe przeszkody. Najpierw druciki pod kątem utrudniające wejście na górę bramy. Pędzel po kilku dniach nauczył się radzić sobie z nimi radzić. Znowu szukaliśmy go po polach. Potem sąsiad poradził, by pokryć słupki bramy blachą. Pomogło na tydzień. Nauczył się wspinać po samej siatce, omijając słupki. Założyliśmy więc śliskie płyty na siatkę. Trzy dni ( coraz szybciej się uczył) i znowu hulał u sąsiadów, a my umieraliśmy ze strachu. Zdarzyło się, że zgarniałam go z drogi spod jadącego autobusu, szukaliśmy go po nocy, wypatrując w świetle latarki jednookiego, bo tylko jedno jego oko ma wyściółkę odblaskową, drugie wygląda tak, jakby ktoś zmieszał tęczówkę z białkiem na kogel-mogel, i jeszcze jest pokryte białą błoną.

Nasza brama przypominała nieudaną instalację plastyczną, a kot i tak znajdował sposób, by dać dyla. A jeśli nawet był jeszcze za płotem, to chodził wściekły wzdłuż płotu i  aż tupał ze złości. Wydeptał niezłą ścieżkę, pies stróżujący by się nie powstydził. Wiedzieliśmy, że takie napięcie mu nie służy, bo może znowu wywołać komplikacje z pęcherzem ( brzmi to dziwnie, ale koty miewają problemy z zapaleniem pęcherza na tle nerwowym i Pędzel już wcześniej takie zaliczył).

Sytuacja stawała się nie do wytrzymania. Mieliśmy już wizję, że będziemy musieli podawać mu środki uspokajające. Ale zadzwoniliśmy do naszej pani weterynarz, Cioci Mrówki, która w długiej rozmowie rozważyła z nami wszystkie za i przeciw i orzekła, że trzeba kotu dać wolność. Oczywiście ryzykuje, oczywiście z samochodem nie ma szans, ale trzymanie go w zagrodzeniu, kiedy drugi kot buszuje po całej wsi, tak go unieszczęśliwia, że i tak się zaraz objawi jakąś poważną chorobą.

Zdjęliśmy więc przesłony i poprosiliśmy okolicznych sąsiadów, by uważali na niego na drodze. Dyskretnie obserwowaliśmy dokąd idzie. Wyraźnie szedł po śladach starszego „brata”. Znalazł dziurę w ogrodzeniu sąsiada i zaczął tam najpierw zwiedzać liczne – jak tu mówią – szałerki i drewutnie, a potem paradować na podwórku, wśród pięciu psów i dziesięciu innych kotów. Nie mogliśmy uwierzyć, że daje sobie radę. Czasami wraca podrapany, ale wraca. Kilka razy dziennie się odmeldowuje na jedzenie i picie, a o zmierzchu przychodzi na wołanie i grzecznie przesypia całą noc.

Sądziliśmy, że  nie przeżyje tygodnia. A teraz mija miesiąc.  Oby tak dalej.  Pędzel  wypuszcza się w coraz odleglejsze rewiry, ale sąsiedzi dla naszego spokoju donoszą gdzie go widzieli. Takich mamy dobrych sąsiadów! Mówią tu, że „kot przewidział”. Faktycznie robi wrażenie, że widzi, a przecież nie mogło mu się odtworzyć widzenie w zniekształconej gałce ocznej. Może natomiast poprawiło mu się widzenie drugim okiem. Nasz łódzki doktor wzbraniał się przed usunięciem tego chorego oka ( skaza krwotoczna i wrzód wielkości piłki golfowej w gałce ocznej u trzymiesięcznego kota), bo – jak mówił – nerwy wzrokowe kota są splecione i przy usunięciu jednego oka, uszkadza się nerw drugiego. Po cudownym wyleczeniu Pędzla ponad pięć lat temu byliśmy zadowoleni, że to drugie oko po kilku miesiącach w ogóle się uruchomiło, to znaczy zaczęło reagować na światło. Ale do dziś jest tak, że kiedy się Pędzelek zdenerwuje albo przestraszy źrenica otwiera mu się tak, że widać całe dno oka. I wtedy nie widzi. A w lepszych momentach, kiedy źrenica działa prawidłowo, na pewno widzi to, co w oddali. Z bliska nic, bo regularnie wpada na przedmioty, jeśli tam przedtem nie stały, uderza się o samochód czy drzewo. Ale – z drugiej strony – potrafi upolować mysz albo ptaszka. zawsze sądziliśmy, że nadrabia słuchem, ale może faktycznie nastąpiła jakaś regeneracja i lepiej teraz widzi.

W każdym razie – BOŻE, JAKI ON JEST SZCZĘŚLIWY! I kiedy rozważaliśmy nasz dylemat: uwolnić go czy otumanić prochami, to zadaliśmy sobie pytanie, co sami byśmy wybrali, będąc w takiej sytuacji. Wolność ponad wszystko! Nawet jeśli jego życie będzie przez to krótsze, to szczęśliwe. A przecież wszystkim nam chodzi właśnie o to. Na pewno biedne małpy pozamykane w klatkach w zoo wolałyby zamienić swoje wieloletnie więzienie choćby na jeden dzień wolności w swoim naturalnym środowisku. Wystarczy otworzyć klatki. Które ze zwierząt tam pozostaną?

Modlimy się, by mu się  nic nie stało i codziennie wieczorem dziękujemy bogu, że wrócił cały. Mamy nadzieję, że nadal będzie mu sprzyjało szczęście.

 

…7 miesięcy później

Nasz Pędzelek jest cały, zdrowy i bardzo szczęśliwy. Nauczył się wsi, zahacza też o przyległy las, zwiedza odległe pola sąsiadów. Ułożył  sobie stosunki ze zwierzakami z sąsiedniego gospodarstwa na tyle skutecznie, ze nie przychodzi poraniony. Schudł, bo stale jest w ruchu i nie ma śladu nawrotów poprzednich dolegliwości, mimo że na pewno zjada biedne myszki i tym podobne  – zabronione dla kotów z chorobami układu moczowego – przysmaki.

Jest szczęśliwy! Codziennie to okazuje. Wraca na noc, śpi na poduszce obok naszych głów. Kilka razy dziennie głośno melduje swoje przybycie i zajada sucha karmę. Uwielbia być głaskany i przytulany, ale o świcie jest znów gotowy do drogi po nowe odkrycia i  przygody. Niech tak będzie jak najdłużej.

GREMLINS

 

Lato było piękne, Tusia rosła. W sierpniu, jak zwykle spadały nam na głowy meteoryty. Tutaj jest to zjawiskowy spektakl, ponieważ wydaje się, że niebo mamy na wyciągnięcie ręki. Dokoła domu jest duża wolna przestrzeń, na dodatek mieszkamy na górce, więc niewiele elementów przesłania horyzont. Dlatego obserwowanie wygwieżdżonego nieba ma tu wymiar duchowy. A  panuje  czasem taka kompletna, aksamitna cisza,  szczególnie w zimowe noce, o jakiej mieszczanie nie mogą nawet pomarzyć. Kontakt z kosmosem staje się niemal namacalny. To jest medytacja.

Czasem tylko cywilizacja przypomni nam o sobie jakimś satelitą lub odrzutowcem, bo mamy też nad głowami korytarz powietrzny Berlin-Afganistan.

 

We wrześniu noce zaczynają się robić trochę chłodniejsze, ale od rana jest gorąco i właściwie całe życie odbywa się w ogrodzie. Ciągle jeszcze kwiaty kwitną, groszek pachnie, pomidory dojrzewają,  śliwki i jabłka kuszą kolorami, a zachody słońca jak w raju.

Któregoś dnia przechodząc za domem zauważyłam, że coś się poruszyło w stercie drewna. Malutki kotek schował się pod belki. Pomyślałam, że znowu dzika kotka znalazła sobie u nas legowisko, ale postanowiłam się nie wtrącać, bo – jak mówi Jacek – nie można uratować całego świata, a tutejsi mieszkańcy też uważają, że lepiej zostawić to naturze, bo przeżyją tylko najsilniejsze.

Faktycznie, czy chcemy, czy nie w przyrodzie wszystko wzajemnie się zjada. Tutaj niemal codziennie mamy tego przykłady. Nietoperze polują na owady. Koty zjadają myszy i szczury wędrowne. Lisy polują na młode zające. Orły polują na różne zwierzaki, a zimą też na inne ptaki. Osy też są mięsożerne, choć niewielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę. W każdym razie nic się tu nie marnuje. Nawet ” zżerają się stare, bezzębne sielawy, wzajemnie nad sobą się pastwiąc…” – jak śpiewał Jan Kaczmarek.

Kotek czmychnął sprawnie, wiec nic nie wzbudziło moich podejrzeń. Ale następnego dnia zobaczyłam już cztery kotki. Pomyślałam jednak, że matka pewnie poluje, a one wygrzewają się w popołudniowym słońcu.

Trzeciego dnia w czasie spaceru Tusia zaczęła głośno szczekać ( a wtedy jeszcze nie miała tego w zwyczaju) i wyciągać coś z trawy. To coś uciekało i chciało się z powrotem ukryć w trawie. Pomyślałam, że bawi się myszą, ale ona znalazła  kotka. Był wielkości dłoni, ale kiedy go wzięłam do ręki dzielnie zrobił „pchchyyy”. Mieścił się miedzy palcem wskazującym i kciukiem, był bardzo odwodniony i słaby.

Zrozumieliśmy, że z matką coś się musiało stać, bo odszedł jakieś pięćdziesiąt metrów, od miejsca, w którym je poprzednio widziałam.

Jacek się wzruszył kiedy zobaczył to maleństwo, zajął się nim, próbował karmić mlekiem ze strzykawki. A ja poszłam szukać pozostałych. W trawie koło drewna nic nie było. Otworzyłam przybudówkę, a tam, niestety, leżał śliczny czarno-biały maluch, ale martwy. Na dodatek widać było, że umarł z głodu, bo  wydawało się że skóra z futerkiem jest prawie przeźroczysta, a pyszczek miał otwarty, pewnie do końca wołał matkę. To było okropne. Przeszukałam jeszcze okolicę, ale nie znalazłam pozostałych dwóch kociaków. Już musiało coś się nimi pożywić. Nad nami stale krążą ptaki drapieżne, a lisy też podchodzą czasem pod ogrodzenie. Jeśli małe piszczały, to szybko znaleźli je amatorzy.

Czuliśmy się okropnie, bo mieliśmy świadomość, że gdybyśmy zareagowali  w porę, maluchy miałyby szansę. Nie przyszło nam do głowy, ze matka-kotka mogła zostawić małe nam pod opieką, bo sama była w kolejnej ciąży. Dopiero później przypomniałam sobie, że któregoś dnia pojawiła się  na chwilę kotka Składak i miauczała coś do mnie zza płotu, a potem znikła. Może też coś jej się stało, bo od tamtej pory jej nie widziałam. Na zimę do nas nie przyszła, ale to może być też z powodu Tusi. Leśne koty unikają psów.

Kotek był biało-czarny i w dużym stopniu przypominał Kota w Czapce, bo też miał czarny berecik na czubku głowy. Był potwornie chudy, a kiedy się darł, wyglądał  jak mały potworek. Nazwaliśmy go więc roboczo Gremlins, bo tak nam się z filmowymi potworkami skojarzył.

Najpierw poiliśmy go mlekiem z żółtkiem. Na szczęście jadł. Masowaliśmy brzuszek i układ trawienny jakoś ruszył.

Tusia była szczęśliwa, bo miała żywą zabawkę, ale ponieważ była delikatna, Gremlins szybko przestał protestować, kiedy go dręczyła. Zakumplowali się bardzo.

Natomiast koty nie były zachwycone. Czarny po prostu dawał dyla obrażony i wracał tylko na noc, a Pędzel prychał, kiedy tylko poczuł, że mały zbliża się do niego. Gremlins oczywiście lgnął do wujka-kota, bo na pewno bliższy mu był jego zapach niż Tuśki.

Udało się kotka wyprowadzić na prostą. Weterynarz ocenił, że zdrowy, odrobaczyliśmy, odpchliliśmy i odkarmiliśmy. Raz dwa pokazał do czego ma ząbki i wcinał mięso na równi z Tusią. Ale sucha karma smakowała mu równie dobrze, wiec szybko rósł.

Od początku wiedzieliśmy, że Gremlins nie może u nas zostać, bo koty go nie zaakceptowały i dla bezpieczeństwa cały czas sypiał sam w łazience. Bardzo szybko nauczył się czystości i chętnie korzystał z kuwety ze żwirkiem. Miał też fantastyczny zwyczaj sadowienia się na krześle za plecami, grzał mi nerki i mrucząc warczał jak motorek.

Dla takiego słodziaka szukaliśmy domu. Rozpuściliśmy wici mailowo-facebookowe, ale długo nikt się nie zgłaszał. Kotek miał już skończyć dwa miesiące i robiło się nerwowo, bo to jest moment, kiedy powinien opuścić gniazdo, najlepiej też wtedy asymiluje się w nowym domu.

Nieodgadnione są jednak ścieżki losu… Apel o dom dla kota trafił między innymi do mojej koleżanki, która mieszka w Stanach, a ta, via intertnet, przesłała mój list do naszej wspólnej koleżanki z liceum, oczywiście w Polsce, która zaoferowała się przygarnąć Gremlinsa.

Zawieźliśmy więc kotka do nowego domu. Od razu wiedziałam, że trafił najlepiej, jak można. Owinął sobie nowe opiekunki wokół pazura. Dostał nobilitujące imię Kociniak i wyleguje się na poduszkach.

Oczywiście bolało trochę, kiedy go zostawiałam, ale zdecydowanie silniejsze jest uczucie ulgi, kiedy się wie, że kot zyskał prawdziwy dom, ma zapewnioną przyszłość i troskliwych opiekunów. Mam nadzieję, że odpłaci im swoim ciepłem i mruczeniem.

KOT W OLEJU

Nasz kotek Cichosza trzy dni temu wrócił wieczorem kompletnie unurany w starym oleju samochodowym. Nie mamy pojęcia jak on to zrobił. Sądziliśmy, że może siedział pod samochodem z miską olejową, z której ciekło. Ale nie wydaje się prawdopodobne, by nie poczuł, iż taka ilość czegoś bardzo kleistego zlepiła mu futerko. Z natury jest wielkim czyściochem.

Doszliśmy z Jackiem do wniosku, że wdał się pewnie w awanturę z jakimś kotem i wpadł w olejową kałużę w czasie walki. Cichosza, mimo że jest kastrowany, ma duże poczucie terytorializmu ( właściwie odzyskał je dopiero na wsi) i naturę zaczepno-obronną.

W każdym razie wyglądał jak siedem nieszczęść, śmierdział okropnie i, co gorsze, próbował wylizywać to świństwo z futra. Sprawdziłam, czy nic mu nie jest poza tym, ale nie wyglądał na rannego. Zabrałam go do łazienki. Nie był zachwycony, gdy myłam go namydloną gąbką i ścierałam czystą gąbką ( prysznica nie zaryzykowałam, bo już sam jego dźwięk wywołał w Cichoszy panikę). Niestety, te zabiegi niewiele pomogły, zlepiły natomiast futro w tłuste strąki. Kolejną próbę zrobiłam z pomocą Ludwika, co też niewiele dało. Dalej wycierałam więc na sucho. I takiego sklejonego i stłamszonego zapakowałam pod koc, gdzie potulnie przespał noc.

Rano, jak zwykle, chciał wyjść na dwór, ale kiedy zobaczyłam, jak wygląda, to go nie wypuściłam. Futro wyglądało okropnie, a smród wcale się nie zmniejszył. Kot miał też odruchy odbijania, widocznie smarek nie poszedł mu na zdrowie.

Wtedy przypomniałam sobie jak się czyści kapelusze na sucho – mąką ziemniaczaną. Wsadziliśmy z Jackiem kota do miski i „wykąpałam” go w mące. Od razu było widać, że skrobia wiąże smar i powoli zaczęły się wykruszać kluseczki. Potem długo czesaliśmy z włosem i pod włos, co kot znosił z dziwnie anielską cierpliwością. Widocznie zrozumiał jednak, że mu pomagamy. Do dziś jest jeszcze trochę szarawy i ciągle czuć paskudny zapach, ale jest już znacznie lepiej. Odzyskał sprawność, więc wypuszczamy go na dwór i wraca cały. Chciałabym wierzyć, że zrozumiał tę lekcję, ale to się okaże…

 

Za  to piękną historię z kotem  przeżyła nasza sąsiadka Malwina, żona Marcina, o którym już opowiadałam. To jest młode, nowoczesne małżeństwo, mają czteroletniego synka Adasia. Obydwoje wychowali się na wsi i zwierzęta traktowali jako naturalnych kompanów, ale na podwórku. Jak wszyscy tutaj, byli niezmiernie zdziwieni ( i pewnie oburzeni, ale nie dali tego poznać po sobie), kiedy zobaczyli, że nasze koty, nie dość że są w domu, to jeszcze buszują po stole.

Marcin często wyjeżdża do pracy za granicę, bo tutaj nie ma pracy. Bezrobocie w naszym powiecie osiągnęło w tym roku poziom dwudziestu pięciu procent.

A młodzi musieli wyremontować dom po babci, wzięli więc kredyt, no i teraz go spłacają ( płaczą i spłacają , ale też sobie obiecują, ze nigdy więcej…). Jeździ więc Marcin do Skandynawii i zarabia na kredyt i na życie. A Malwina opiekuje się Adasiem i cały czas próbuje znaleźć jakąś dodatkową pracę, bo wie, że długo nie wytrzymają takiego trybu życia – Adaś rośnie i coraz bardziej potrzebuje ojca, a małżeństwu to też nie służy. Szczególnie że – jak wiem z opowieści wyjeżdżających chłopaków – po robocie siadają przy piwie i wymyślają, co też te ich baby robią jako  słomiane wdowy. To jest trucizna, którą sami sobie dolewają do piwa. Potem wyobraźnia działa i sprawdzają żony telefonami o różnych porach, a nie daj boże żeby jej w domu nie zastali… A te żony, urobione po uszy, obciążone najczęściej kilkoma dzieciakami, teściami, rodzicami, marzą tylko aby on już wrócił, to może uda się raz pospać dłużej.

Tym razem Marcin wrócił kilka dni przed wigilią. Zima dopisała, śniegu dość, mrozy solidne, a jeszcze wiatr taki wyje za oknem, …  ale nawet przez ten wiatr Malwina usłyszała przeraźliwe miauczenie pod drzwiami. Otworzyła drzwi, a tam stoi piękny rudo-biały kot z zielonymi oczami i przeraźliwie się drze, licząc że wzbudzi litość. No to ugięła się, wpuściła, nakarmiła, pozwoliła się ogrzać. A kot, jakby tam zawsze mieszkał, natychmiast docenił  podgrzewaną podłogę i zachowywał się przymilnie, próbując też zauroczyć Marcina. Był wieczór w przeddzień wigilii.

Malwina, za mrukliwym przyzwoleniem Marcina,  postanowiła zatrzymać kota, ale wiedziała, że na Święta pojadą na dwa dni do sąsiedniej wsi i nie mogą go zostawić samego. Zresztą nie miała ani kuwety, ani żwirku.  Zabrała go więc do Reni i poprosiła, by przechowała go przez te dni w szopie.

Wydawało się, że sytuacja opanowana, ale kiedy wróciła do domu, pod drzwiami znów rozległo się maaau. Rudzielec wrócił jak bumerang. No i został. Dostał na imię Mikołaj, a Adaś był zachwycony kiedy zobaczył  rano kotka, którego przyniósł Święty Mikołaj. Są teraz kumplami, a rudzielec  okazał się nadzwyczajnie łagodny i spokojny,  cierpliwie znosi wszystkie, czasami zbyt gwałtowne, przytulanki Adasia i koncerty pisków.

Nasze Chmurowo liczy dziewięć dymów, ale gospodarstwa są od siebie oddalone. Znamy wszystkich sąsiadów, ale po tej stronie  górki jakoś znamy się bardziej. Obok nas mieszkają jeszcze Lidka i Piotrek, ale oni na razie tylko czasowo, bo jak dotąd  swój dom traktują jako letni.

Obydwoje piękni. Ona w typie Mii Farrow, szczupła, zgrabna z gładką młodziutką twarzą, on – brunecik przystojniaczek, ale luzak. Mieszkają w Warszawie, a przyjeżdżają tu na wypoczynek. I też uwielbiają to miejsce. Znaleźli je osiem lat temu, postawili drewniany dom i pięknie zagospodarowali otoczenie. Z przyjemnością korzystamy z tego widoku.

 

PĘDZEL

 

Pędzelka znaleźliśmy na parkingu przy zachodniej plaży  w Łebie pod koniec października 2008 roku. Jak co roku, w czasie wakacyjnego pobytu dokarmialiśmy stadko kotów, które zawsze po sezonie zbierają się tam, licząc że w grupie jakoś uda im się przetrwać. Zwykle są to młode kotki z tegorocznych miotów, no i ich matki. Kocury, bardzo dzikie,  zwykle grasują po lesie, ale wpadają na wyżerkę, jak tylko usłyszą samochód. O tej porze roku  niewielu tu turystów, a do miasteczka jest kilometr, zresztą maluchy nawet nie wiedza, że tam jest jakieś miasteczko i port, gdzie można by się wyżywić przy kutrach.  W sezonie małe kotki są dokarmiane, fotografowane, pieszczone, bo dokoła ośrodki wypoczynkowe i dwa  bary, a małe kotki są niewątpliwą atrakcją, ale we wrześniu robi się całkiem pusto.

Przyjechaliśmy z Awą na wieczorny spacer plażą, po drodze wysypaliśmy jedzenie dla kotów, które rzuciły się natychmiast do misek. Były tam dwa maluchy, kilka średniaków, ze dwie matki i zaraz też zsunął się ze słupa czarny kocur,  budząc powszechny lęk ( nigdy nie widziałam takiego grubego futra u kota, to widocznie zimowa szata dzikusa leśnego).  Jak czarny się najadł ( a nic nie robił sobie z naszej obecności), reszta wróciła do misek, ale – jak się okazało – nie wszystkie były dopuszczane. Ponieważ jedzenie trafiało się rzadko, najsłabsze osobniki nie miały prawa dojść do miski. Niestety, takie są prawa stada, szczególnie w stanie zagrożenia głodem. Zresztą i tak niewiele z nich przeżywa zimę.

Wróciliśmy ze spaceru i wsiadamy do auta, a za Awą ( czterdzieści pięć kilo) do samochodu wskakuje około trzymiesięczny kotek. Mieliśmy już kota. Cichosza czekał na nas w wynajętym pokoju, bo nie jest plażowym kotem. I choć nam było przykro widząc determinację kotka, wyjęłam go z samochodu i zostawiliśmy go na parkingu, Tego płaczu, jaki wtedy usłyszałam nie zapomnę do końca życia! Tak rozpaczliwie krzyczał, że aż mnie skręciło. Nie mogłam spać całą noc. Ale wcześniej już usłyszałam ostrzegawcze „nie” od Jacka. On dobrze wie, jakie mam miękkie serce i  czasami stara się być rozsądny za nas dwoje, ale że jest dobrym człowiekiem, najlepszym jakiego znam, potem odpuszcza. Rano uzgodniliśmy, ze pojadę po kotka, nakarmimy go, podleczymy i znajdziemy mu dom. Zaraz też rozesłałam wici po znajomych.

Kiedy przyjechałam na parking, biedak siedział samotnie na murku już kompletnie zrezygnowany,  nie  miał sił się ruszyć, nawet kiedy go zawołałam. Wzięłam więc w ręce to ciałko, które nic nie ważyło, a jak tylko to zrobiłam kotek zaczął mruczeć ( tego też nigdy nie zapomnę). Zawinęłam go w ręcznik i położyłam z tyłu, a on natychmiast zasnął snem kamiennym w ciepłym aucie.

Nie obudził się przez całą drogę do Lęborka, ani kiedy czekałam w kolejce do weterynarza. Dopiero w gabinecie trochę się ożywił, ale nie na tyle aby protestować przy podawaniu leków. A lekarz wpakował w niego antybiotyk, na odrobaczenie i zakropił na odpchlenie. Opatrzył mu też łapkę, bo staw miał solidnie pogryziony i rany na karku. Kazał przyjechać następnego dnia. Wróciliśmy do Łeby. Nakarmiliśmy, napoiliśmy, a  Jacek zrobił mu klatkę z dwóch skrzynek samochodowych z  posłaniem i kuwetką. Tak poznaliśmy go z Cichoszą. A nasz kot oszalał. Syczał, prychał, atakował. Dobrze, ze była klatka.

A mały  cały czas spał z przerwami na jedzenie i picie. Ale kupa była z krwią. Następnego dnia weterynarz powtórzył antybiotyk i na odrobaczenie ( ja jeszcze wtedy nie wiedziałam, ze to zabójcza dawka). Jak tylko wróciliśmy, kotkowi zaczęło puchnąc oko, lał się przez ręce, no umierał. Zadzwoniliśmy po pomoc do naszego kochanego miastowego doktora Michała, który kazał mi sprawdzić kolo śluzówki ( była prawie biała), zalecił  nawodnienie kroplówką z soli fizjologicznej  i obiecał przyjechać jak tylko dotrzemy do domu, bo zdecydowaliśmy się  skrócić pobyt i wyjechać następnego dnia.

Cichosza zupełnie  zmienił stosunek do kotka, razem z Awką leżał obok kocyka z maluchem.

Rano oko kotka było wielkości piłki golfowej. Wyglądał przerażająco. Po drodze podjechaliśmy do weterynarza na kroplówkę, a on po prostu wstrzyknął mu płyn pod skórę, robiąc wielki bąbel.

Do domu jechaliśmy siedem godzin, a kotek leżał bezwładnie na moich kolanach i tylko czarna końcówka jego ogonka ciągle pakowała mi się pod palce, taki pędzelek. No i został Pędzelek.

Doktor  Michał przyjechał, jak obiecał, ale nie dawał nam wielkich nadziei, kiedy go zbadał. Kotek był tak odwodniony, że skóra stała, kiedy się ja odciągało. Ale dał kroplówkę i zastrzyki. Przyjechał do nas nawet we Wszystkich Świętych na kolejną kroplówkę. I w końcu wyciągnął go z agonii.

No ale oko było stracone. Byliśmy przygotowani, że trzeba je będzie usunąć. Powoli się zmniejszało, ale w środku wszystko było wymieszane, a na rogówce strup, jak na wrzodzie. Natomiast drugie oko miało zupełnie otwartą źrenicę; można było obserwować szczegóły anatomiczne na dnie oka. Pędzelek nie widział. No i tu zaskoczył nas Cichosza, zaczął go cierpliwie uczyć całego mieszkania, a Pędzel łaził za nim jak za matką.

Natomiast Awa nie lubiła, jak na nią wpadał i odszczekiwała się.  Tak też się kiedyś stało, a Pędzelek odskoczył tak niefortunnie, ze chorym okiem wylądował na szafie.  To była jatka! Mały uciekł płacząc przerażająco do łazienki, rozpryskując dokoła strumyki krwi i ropy. Awka tez była przerażona, bo nie rozumiała, co się stało, a ja wpadłam w histerię i krzyczałam, bo wydawało mi się, że Pędzelkowi oko wypłynęło.

Na szczęście ono się tylko oczyściło i potem dość szybko wróciło do normalnych rozmiarów. Po kolejnym miesiącu drugie oko zaczęło reagować na światło, źrenica wracała do pracy. A doktor zrezygnował z operacji, bo u kota, jak powiedział, nerwy wzrokowe są  splecione i usunięcie jednego oka właściwie oznacza całkowitą ślepotę. A tak – chociaż plamy światła będzie widział. No i trochę widzi. Z daleka i całkiem blisko ( na szczęście nie widzi gdzie jest koniec siatki, bo przelazłby przez płot).

Czasami tylko, kiedy się zdenerwuje, wystraszy, zdrowa źrenica znów się całkiem otwiera i Pędzelek wpada w popłoch. A tak radzi sobie świetnie, nawet poluje i to skutecznie. Dzięki Doktorze!

Przy okazji kastracji doktor znalazł pod skórą Pędzla śrut ( stąd miał te rany na karku i na boku). Co trzeba mieć w głowie, żeby strzelać do dwumiesięcznego kotka, drodzy mieszkańcy Łeby?

 

Tak więc na razie musieliśmy Pędzla chronić, bo nie było jeszcze ogrodzenia wokół domu, gdzie by go można swobodnie wypuścić, za to Cichosza korzystał z wolności na całego i był w swoim żywiole. Dziwiło nas to nawet bo przecież z pochodzenia był piwnicznym podwórkowym blokowym, nawiasem mówiąc uratowanym przez panią Magdę, która poświęciła życie dla zwierzaków – łowi je po piwnicach, leczy, odrobacza, sterylizuje, jak trzeba i znajduje im domy. Wspaniała osoba, dużo ode mnie młodsza, nie mieszcząca się w żadnych stereotypach. Ma też zawsze kilka psów, bo te też przecież ludzie wyrzucają.

Mam nadzieję, że spotka przyjaciela, który to zrozumie i jej pomoże,  na razie walczy sama.

 

W kuchni zasiatkowaliśmy okno, aby Pędzel z parapetu mógł  obserwować świat ( tak też było w mieście). Aż po drugiej stronie siatki pojawiło się towarzystwo.

 

KSIĘŻNICZKA I NOC LISTOPADOWA

 

Szaro-bura kotka szybko zorientowała się, że u nas znajdzie coś  do jedzenia i towarzyszyła nam w czasie pobytu, spała na progu domu, najbardziej lubiła na poduszeczce, więc dostała na imię księżniczka. Jacek ostrzegał mnie, żebym jej nie przywiązywała do nas karmieniem, bo przecież wyjedziemy i co wtedy. Wiedziałam, ze ma rację, ale jak nie nakarmić kota, który się tego domaga donośnie i widać, ze raczej się nie przejada?

A za Księżniczką przywędrowała czarna ciężarna kotka, którą Jacek nazwał Noc Listopadowa, bo taka była brzydka. Księżniczka była tolerowana przez nasze koty, a Noc Listopadowa – przeganiana. Pewnie czuły, że nosi w sobie obce geny.

Niestety Noc Listopadowa nie przeżyła kolejnego porodu, a Księżniczka już się nie pojawiła, kiedy przyjechaliśmy za miesiąc.