owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy w kategorii: Psy

PASTELEK

 

 

Pastelek był moim pierwszym psem. Był absolutnie nadzwyczajny i wiem, że drugiego takiego pieska  nie będzie w moim życiu.

 

Już jako dziecko chciałam mieć psa, ale w rodzice się nie zgadzali. W dzieciństwie w Bydgoszczy widywałam kudłate pieski, które głęboko zapadły mi w duszę. Wtedy nie wiedziałam, że to jest jakaś rasa. Były biało- szare, w łaty i miały długie futerko, spadające na oczy, i figlarnie zakręcony ogon.

Były to owczarki nizinne, jak się potem dowiedziałam. Właśnie w  okolicy Bydgoszczy  rasa została odtworzona po wojnie przez panią, której nazwiska teraz nie pamiętam. PONy ( skrót od Polski Owczarek Nizinny) miały za sobą długą przeszłość. Podobno towarzyszyły pasterzom w Polsce już w XVI wieku. Widuje się też na przedwojennych zdjęciach z dworów polskich. Trochę inaczej wyglądały niż dzisiejsze wyczesane wystawowe psie modele. Na pewno nikt ich nie czesał, a futerko szarpały  krzaki i trawy, więc było ono zdecydowanie krótsze. Natomiast zawsze były bardzo inteligentne i łatwo się uczyły, co Niemcy, niestety, wykorzystali na ich zgubę, bo szkolili je do zanoszenia ładunków pod czołgi i tak biedaki ginęły.

 

Urodził się  w domu plastyków, jako rodowodowy szczeniak po  suczce Aferze, która była bardzo dobrą matką. Do hodowców trafiłam przez związek kynologiczny. Ponieważ byli to ludzie w moim wieku, łatwo nawiązaliśmy kontakt i mogłam zobaczyć szczeniaki już w drugim dniu po porodzie. Chciałam suczkę, ale urodziły się same pieski, … no trudno, niech będzie, tak już za nim tęskniłam. Trzy pieski dostały imiona: Piwko, Pastel, Piątek. Oczywiście byłam zachwycona małymi niezgrabnymi kluchami, które leżały w kojcu przyklejone do siebie. No i serce mi podpowiedziało – ten! To był Pastel. Zarezerwowałam szczeniaczka i potem wielokrotnie odwiedzałam swojego pupila, obserwując jak rośnie cała trójka, jak zajada i rozrabia. A potem był przegląd hodowlany i hodowcy powiedzieli mi, że piesek, którego wybrałam ma wadę zgryzu, co może oznaczać, że ma i inne wady genetyczne, że oni sprzedadzą mi Piwka, ale zamienią imiona, no bo już się przyzwyczaiłam. A ja się zgodziłam. Przepraszam cię, piesku, mam nadzieje, że było ci lepiej niż u mnie, bo wiem, że trafiłeś do domu z ogrodem.

Kiedy pieski skończyły osiem tygodni, hodowcy przywieźli mi Pastela do domu. Mieszkałam wtedy w wynajętym  w bloku  mieszkaniu na czwartym piętrze. Ale było to już na obrzeżu miasta, więc blisko na pola i łąki.

Najpierw musiał siedzieć w domu ( po pierwszych szczepieniach). Pastelek był rozkosznym,  rozrabiaką, no i był śliczny jak  pluszowa zabawka. Kiedy skończył trzy miesiące wreszcie zaczęły się spacery i nauka posłuszeństwa, z którym na początku nie było  łatwo. Ale rzeczywiście tereny sprzyjały swobodzie, mógł biegać bez smyczy po polach i ganiać się z innymi psami, jeśli takie spotkaliśmy.Przez środek pola przechodził rów z wodą, który raczej przypominał ściek i któregoś dnia Pastelek nie trafił na drugi brzeg, kiedy go przeskakiwał, i wpadł w sam środek nurtu – cały, wraz z uszami. Było to jakieś dwa kilometry od domu, a był chyba listopad, w każdym razie bardzo zimno, włożyłam więc tę ociekającą szmatę pod kurtkę i tak niosłam tego klocka do domu. Największy problem wychowawczy, jak dla każdego szczeniaka, stanowiło oderwanie się od zabawy i powrót na zawołanie.  Był tylko jeden skuteczny sposób – na smakołyk. Tak zaczęło się szkolenie, a kiedy Pastel skończył rok, poszliśmy na kurs na posłuszeństwo i tam, i w domu bardzo pilnie ćwiczyliśmy, z bardzo dobrym skutkiem. Niespodziewanie Pastel nawet dostał na końcowym egzaminie złoty medal, ex aequo z  bokserem.

Od tego czasu pies chodził przy nodze, nie musiałam się szarpać ze smyczą, nawet od suczki z cieczką można go było odwołać. Nie mówię, że od razu…

Bez względu na to gdzie mieszkałam, codziennie rano miał spacer co najmniej godzinny, był więc wybiegany i zadowolony. Miał też swoje psie przyjaźnie i , niestety, antypatie. Pastel był bardzo łagodnym psem, ale zaatakowany – bronił się do ostatniej kropli krwi. A ponieważ był biały i kudłaty (od ukończenia roku futro  miał długie) widocznie kojarzył się z kotem, albo po prostu wzbudzał zazdrość, bo wszyscy psiarze wyciągali do niego ręce: „jaki śliczny”, stale słyszeliśmy.

W każdym razie kilkakrotnie był pogryziony i zawsze, moim zdaniem, była to wina właściciela, który, wiedząc, że ma psa agresywnego,  nie odwołał psa w porę. Kiedyś, a byliśmy zimą w parku,  czarny owczarek niemiecki tak go poranił, że prawie odgryzł mu tylną łapę, a ten biedak nawet nie piszczał, tylko raz zaskowyczał i dalej się bronił. Walczące psy to jest koszmar, trwa to czasem kilka sekund, a skutki są opłakane. Opiekun wilczura przybiegł po chwili, ale już było źle. Usłyszałam; „bo on nie lubi białych…” Rasista jeden! Nie dyskutowałam jednak, tylko zabrałam szybko psa do lekarza.

PONy są niezwykle wytrzymałe na ból. Znamy przypadek, gdy pogryziony owczarek nizinny wykrwawił się u stóp  swoich opiekunów, bo nie okazał bólu, wylizując  rany, które ukryte w gęstym futrze są trudne do zobaczenia.

Pastel uwielbiał nasze wyjazdy na działkę, a ponad wszystko był wniebowzięty nurkując  i brodząc w pobliskiej rzece. Namiętnie też aportował i , oczywiście, „zaganiał stado”, nawet jednoosobowe. Niestety, na działce mieliśmy jedną nieodpowiedzialną sąsiadkę ( jedna wystarczy), która miała bulterierkę i fatalny zwyczaj niezamykania bramy. Już pierwszy raz kiedy suka zobaczyła Pastela na drodze, wyskoczyła przez okno samochodu i mało go nie udusiła. Dopiero właścicielka podniosła ją za nogi i wtedy puściła.

Od tego czasu, mimo prób porozumienia z psychiczną babą, kilkakrotnie byliśmy napadani przez bulterierkę, która wyskakiwała zza bramy lub z lasu. W końcu zaczęłam chodzić z gazem pieprzowym, a spacery były dla mnie stresem zamiast przyjemnością. Przestałam więc przyjeżdżać w sezonie, za to wiosną i jesienią byliśmy tam często. Po kilku latach babsko się wyniosło, ale Pastelka wtedy już nie było.

Kiedy Pastel miał rok, okazało się, że jedno jądro cofnęło mu się do brzucha. Hodowcy namówili mnie na operację, bo miało to grozić rakiem. Żałuję, ze się zgodziłam, bo Pastel bardzo źle to zniósł, a ja, idiotka, zostawiłam go przytomnego u lekarza, bo tak kazali, a nie wiedziałam, że można ( i trzeba!) być przy usypianiu zwierzaka przed zabiegiem. Zawsze potem miał lęk przed zostawieniem u lekarza.

Wnętrostwo jest wadą genetyczną, więc już drugi szczeniak z miotu miał defekt. Zaczęłam drążyć temat i okazało się, ze Afera, mama Pastelka, była kryta siedmioletnim psem, co na reproduktora jest zbyt zaawansowanym wiekiem ( ale wtedy nic o tym nie wiedziałam, nie orientowali się też młodzi hodowcy, za to związek kynologiczny, który kieruje do krycia, powinien wiedzieć to doskonale!). Ponadto dowiedziałam się, że po wojnie rasa została odtworzona od jednego samca, Smoka z Kordegardy, więc wszystkie PONy są ze sobą blisko spokrewnione, za  blisko, by uniknąć chorób genetycznych.

 

Mój pies nie miał szczęścia do weterynarzy. Niestety, nie znałam wtedy doktora Michała. A byliśmy później skazani na częste kontakty z weterynarzami, bo okazało się, że Pastel jest jeszcze uczulony na pyłki traw! Nie do wiary, taki łąkowo-polny pies! Po każdym pobycie na wsi wylizywał sobie łapy do krwi, robiły mu się okropne rany. Próbowaliśmy wszystkiego, co wtedy było dostępne. Miał autoszczepionkę, kąpiele w mydle chirurgicznym, ale pomagały tylko sterydy. No i w efekcie te sterydy załatwiły mu wątrobę i nerki. A dodatkowo spowodowały otyłość. Biedak przez całe życie miał wydzielane jedzenie. Bardzo mi przykro, że mój ukochany piesek był stale głodny. To było idiotyczne, bo i tak nie schudł, a tylko się go dręczyło.

 

Kiedy miał siedem lat pojawiło się białko w moczu i ostatnie dwa lata był cały czas na lekach, ale jeszcze cieszył się życiem. Jeszcze jesienią pojechaliśmy razem z Pastelkiem i Awą nad morze, gdzie szalały całymi dniami na plaży. Ale Pastel bał się morskiej fali i do wody nie chciał wchodzić. On, wielbiciel kąpieli… Może już wtedy był mocno chory, ale ja się nie poznałam, a może zbyt późno dostał szansę zaprzyjaźnienia  się z morzem. Na pewno był szczęśliwy, że jest ze mną na powietrzu. Nikt nigdy mnie tak nie kochał i kochać nie będzie. Tylko pies jest zdolny do takiego przywiązania. I to nie każdy.

Ostatnie dwa tygodnie były okropną męką. Nerki i trzustka odmówiły posłuszeństwa. Wyniki były coraz gorsze. Jeździliśmy codziennie na kroplówki, ale poprawy nie było. Do jedzenia Pastelek dostawał specjalna odżywkę dla dzieci i siekaną cielęcinę. W nocy wstawałam go karmić, bo musiały to być małe porcyjki, ale podawane regularnie.

Kiedy którejś nocy odmówił jedzenia i odszedł od miski, wiedziałam, że to koniec. Jeszcze pił wodę, ale chyba miał już krwotok wewnętrzny, bo pojawiły się wymioty w formie czarnego grysiku. Ostatniej nocy dostał paraliżu, to podobno na skutek zatrucia organizmu. Był całkiem sztywny, ciężko dyszał i widać było, że cierpi. Nawet dotyk sprawiał mu ból. Leżał tak na podłodze przykryty kocem ( nie chcieliśmy go wciągać na siłę na legowisko, skoro sam z niego się zsunął). Jacek pojechał po weterynarza.

Ja sama nigdy bym nie podjęła takiej decyzji, ale kiedy lekarka przyjechała, powiedziała, że nie ma na co czekać. Chciała, abym wyszła z pokoju, bo podobno zdarza się, że po pierwszym zastrzyku pieski „ożywają”, co wywołuje w opiekunach histerię. Oczywiście odmówiłam. Po głupim jasiu Pastelek, który do tej pory był przykurczony w pozycji waruj, położył się na boku i głęboko westchnął – z ulgą. Nie zostawiłam go, tak jak kiedyś obiecałam. Trzymałam rękę na jego serduszku kiedy przestawało bić. To był najgorszy dzień w moim życiu. Do dziś nie mogę myśleć o tym spokojnie. Minęło przeszło dziesięć lat, a boli tak samo.

Nie mogę się pogodzić z faktem, że nie potrafimy pomóc tak cierpiącym zwierzakom, że zadanie im śmierci jest jedyną ofertą, jaka mamy, by przeciąć cierpienie. Podobno nie można  na przykład trzymać zwierzaków  na silnych środkach przeciwbólowych, jak ludzi. Nie rozumiem dlaczego. Przecież nikomu nie przyjdzie do głowy, by uśpić umierające  ludzkie dziecko. Albo się je ratuje, albo uśmierza ból do końca.

Wzięcie na siebie decyzji o spowodowaniu  śmierci ukochanego psa jest potwornym balastem na całe życie. W końcu śmierć jest też częścią życia. Każdy powinien odejść  o własnej godzinie. Ale nic już tego nie zmieni…

Dzięki Pastelkowi moje życie było lepsze. Bardzo ci dziękuję, piesku. Czasami jeszcze wraca do mnie we śnie i znów jest zdrowy, sprawny, szczęśliwy i wolny.

TUSIA

1 komentarz

TUSIA

 

 

Lato było ciepłe i bardzo suche. O ile w maju jeszcze popadało i, dzięki temu, pod koniec miesiąca pojawiły się pierwsze prawdziwki, o tyle w czerwcu w ogóle nie było sensu chodzić na grzyby, bo las zamienił się w popielnik.

U nas jest jakiś mikroklimat. Często w całym kraju pada, a tu słonecznie. Czasem nawet kilka kilometrów dalej leje, a u nas sucho. Ale za to potem,  na przykład przez trzy dni, leje tak, jakbyśmy mieszkali pod wodospadem. Rolnicy narzekają, bo dla roślin lepsze jest długotrwałe podlewanie drobnym deszczem, a nie gwałtowne ulewy, które nie tylko nie nawodnią głębszych pokładów gleby, ale i mogą stłuc rośliny.

Czekaliśmy więc na deszcz jak na zbawienie. Trzeba było podlewać warzywa i kwiaty. Babcia Władka nauczyła mnie, że ogródek podlewać trzeba na noc, a nie rano, bo po porannym laniu w ciągu dnia ziemia zamienia się w popękaną skałę. I faktycznie tak było.

Dopiero w lipcu popadało, no i na dobre zaczęła się moja ulubiona pora roku – grzybobranie ( ta pora trwa około sześć miesięcy, od maja do listopada).

 

Tutejsze lasy nie przypominają Borów Tucholskich ani lasów sosnowych między Bydgoszczą i Toruniem, gdzie w dzieciństwie babcia Józefa uczyła mnie zbierać grzyby. Tu lasy są mieszane, chyba nawet z przewagą liściastych i okropnie zabałaganione w sensie układu roślinności. Przede wszystkim od razu rosną trzy piętra lasu ( podobno to z powodu intensywnego odtwarzania zasobów leśnych, które zostały drastycznie zmniejszone  pod koniec XX wieku na skutek rabunkowej gospodarki). Poza tym mnóstwo jest takich wtrąceń bardzo gęstych mikromłodniaczków bukowych i dębowych, takich dziesięć na dziesięć metrów, które wyglądają nienaturalnie wśród wysokich drzew. Nie mogłam zrozumieć sensu takich nasadzeń, bo tylko skrajne cztery drzewa będą miały szansę dorosnąć do właściwych rozmiarów, a pozostałe trzeba będzie systematycznie usuwać. Jednak Witek, nasza skarbnica wiedzy, wyjaśnił, że to są kryjówki-sypialnie dla dzików i innych zwierząt, szczególnie na czas letni, ponieważ są tak gęste, że człowiek się tam nie dostanie i mają parasol liści, które zapewniają osłonę przed światłem słonecznym i chłód.

Na początku nie czułam się w nowych lasach jak u siebie, bo byłam przyzwyczajona do dywanów z mchu i strzelistych sosen, bez krzewów i chaszczy, które tutaj są wszechobecne. Ale z czasem, jak każdy rasowy grzybiarz,  znalazłam swoje miejsca. Rosną tu naprawdę piękne prawdziwki, i  borowików są ze trzy  rodzaje. Spotyka się sporo koźlarzy. Maślaków też są trzy rodzaje, między innymi tak zwane modrzewiaki, które mają  soczyście żółte  kapelusze. A kanie rosną w dużych ilościach. Podgrzybki trudniej jest znaleźć, ale oczywiście też są. Największym rarytasem dla mnie są  rydze, które tu się jeszcze trafiają, a w centralnej Polsce w ogóle już ich nie można było spotkać. Na szczęście nie zapomniałam jak wyglądają i mogłam przypomnieć sobie ich niepowtarzalny smak. Za to kurki są tu rzadkością.

 

Na grzyby chodziłam, jeździłam prawie codziennie. Któregoś lipcowego dnia byliśmy do południa na zakupach, a kiedy wróciliśmy była już 16-ta, więc myślałam, że już nie pojadę. Ale Jacek, który wie jaką przyjemność mi to sprawia, powiedział: jedź. Wybrałam się na górę nad jeziorem, ze trzy kilometry od nas. Doszłam już prawie na swoje miejsce, kiedy usłyszałam jakieś piski.

Było gorąco ( lipiec był upalny), ale wiał silny wiatr i myślałam, że może mi się wydawało. Ale nie, znowu usłyszałam – jakby skomlenie. Głos dobiegał od strony poletka ze zbożem, które znajduje się w takim siodle miedzy lasami. Na dole jest tam bagienko ( tak tu mówi się na staw) zarośnięte trzciną. Właśnie z tamtego kierunku dobiegał głos. Wyszłam na skraj lasu i nasłuchiwałam, myślałam, że może lis złapał zająca, bo one wtedy tak  płaczą. Ale jednak to było podobne do skomlenia psa.

Niezbyt głośno zawołałam: piesku? Coś zaszurało w zbożu i po chwili na brzegu pokazał się zipiący czarny szczeniaczek na krzywych nogach i z wyłupiastymi oczami. Rozejrzałam się dookoła, zawołałam kilka razy, mając nadzieję, że piesek jest z kimś, ale niestety… Wyciągnęłam rękę, trochę się cofnął, ale widać było, że jest bardzo zmęczony. „No i co ja mam z tobą zrobić?” – zapytałam. Było po 17-tej, wiedziałam, że nocy to taki maluch sam w lesie nie przeżyje. Do najbliższych zabudowań stamtąd jest ponad pół kilometra, wiec jasne było, że sam tam nie przyszedł, że jakaś kanalia przywiozła go tu i zostawiła. Już było po grzybobraniu. Wzięłam małego na ręce i zniosłam go z góry do samochodu. W aucie natychmiast zasnął w koszyku.

Przyjechałam do domu. Jacek akurat siedział przy komputerze  i nie od razu się odwrócił, ale kiedy się odwrócił to minę miał przerażoną i zapytał: „Co to jest?”

A minął już ponad rok od śmierci Awy i powoli myśleliśmy o nowym psie. Jacek chciał owczarka niemieckiego, takiego klasycznego dużego prostego psa ( ale suczkę), a nie jakiegoś pokiereszowanego psychicznie połamańca z opuszczonym tyłem, jakie od kilku lat produkuje związek kynologiczny, uwiedziony wizją  szurniętego sędziego.

Nawiasem mówiąc, związek kynologiczny jest dla mnie wcieleniem rasizmu w najgorszym wydaniu, bo wszystko tam się robi dla pieniędzy. Człowiek wyobraził sobie, że psu nie jest ładnie z ogonem, to ciach! Za chwilę jakiś zwyrodnialec wymyśli, że na trzech nogach będzie ładniej, to i nogi poobcinają.

A tu, proszę, przyniosłam takiego pokurcza, małe szkaradzieństwo, które zapowiadało się, że będzie w typie ratlerka. No zgroza! I taka też była reakcja mojego męża.

Ale przyjął, przygarnął, karmił i głaskał, bo Jacek ma dobre serce i nie jest rasistą. Marzenia marzeniami, ale brzydkie pieski też potrzebują domu.

Ja nawet nie zorientowałam się, że to suczka.Po różnych przymiarkach suczka dostała na imię Tusia. Na początku Tusia spędzała noce w łazience w jednym z koszyków pożyczonych od kotów. Była łagodna, spokojna i milutka. Koty były na tyle od niej większe, że zupełnie się nią nie przejęły, no, może Pędzel trochę uciekał, bo chyba też nie wiedział „co to jest”.

Pojechaliśmy z Tusią do weterynarza,  a  pani doktor orzekła, że suczka  ma najwyżej siedem tygodni. Odrobaczyliśmy, odpchliliśmy, zaszczepiliśmy. Dostała dobre jedzenie, witaminy – nogi się wyprostowały, oczy przestały być wyłupiaste. Rosła. Ale nie była łakoma, jak to zwykle szczeniaki. Miała też dziwny odruch – kiedy podchodziliśmy do miski, zawsze od niej uciekała, cofała się. Podchodziła do jedzenie dopiero kiedy człowiek sobie poszedł i na początku wręcz trzeba było ja do tego zachęcać. Domyślamy się, że jakiś zdeformowany psychicznie przedstawiciel gatunku ludzkiego musiał ją kopnąć kiedy podbiegła do miski. W czasie spacerów odkryliśmy też, że panicznie boi się wody, nie jest więc wykluczone, że wówczas została wrzucona do bagienka ( może z innymi  szczeniakami) i udało jej się wydostać. Miała szczęście, bez wątpienia.

Urosła na tyle, by przeskoczyć koty. Nogi jej się bardzo wydłużyły i pięknie biega. Już przynosi patyki, ale z oddawaniem ma niejaki problem, trzeba mieć dla niej drugi  kij na wymianę.

Tusia jest stuprocentowym kundlem do entego pokolenia, ale  szybko stała się naszą kochaną suczką. Śpi  w łóżku pod kołdrą.