owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy w kategorii: Życie

MAREK

Brak komentarzy

Kiedy jeżdżę do pobliskiego miasteczka na zakupy, prawie zawsze spotykam po drodze Marka, sąsiada zza jeziora. Marek ma czterdzieści kilka lat i  jest niepełnosprawny intelektualnie, jak by się teraz elegancko powiedziało. A tak zwyczajnie, to mentalnie zatrzymał się w rozwoju na poziomie kilkuletniego chłopca.

Marek mieszka ze starszym bratem, jego żoną i dziećmi, w gospodarstwie po rodzicach i, niestety, bardzo ciężko pracuje. Wozi taczkami kiszonkę dla krów i świń, wywozi gnój, orze, kosi. Codziennie ciężko pracuje fizycznie i zawsze przy tym jest sam. Brat i siostrzeńcy jeżdżą po polach ciężkimi maszynami, a Marek posługuje się starym traktorem albo siłą swoich mięśni. A pewnie nie jest mu łatwo, bo – jak mówi – nogi go bolą.

Kiedy się mijamy, przyjaźnie machamy do siebie ręką. Zresztą Marek zawsze ma pogodną twarz. Raz tylko widziałam jak płakał, kiedy opowiadał, że mama mu umarła.

Marka poznaliśmy w dość nietypowych okolicznościach. Jakoś miesiąc po przeprowadzce na wieś, w niedzielę spaliśmy sobie jeszcze smacznie z Jackiem, kiedy usłyszeliśmy, że ktoś wszedł do domu. Dom nie był zamykany, bo od początku mieliśmy tu niezwykłe poczucie bezpieczeństwa. Marek wszedł i usiadł pod oknem na ślubanku, jak gdyby nigdy nic. Szybko wskoczyliśmy w szlafroki, żeby podjąć gościa. Zjadł z nami śniadanie i opowiadał. Właśnie wracał rowerem z kościoła i zaszedł do Wafelków, „jak zawsze”, żeby dać odpoczynek obolałym nogom. Z gospodarstwa do kościoła ma trzy kilometry, a po drodze same górki, dołki i to niebylejakie. Dom Wafelków, w którym my zamieszkaliśmy, znajduje się prawie w połowie drogi, więc świetnie nadaje się na przerwę, a i Wafle musieli  dobrze Marka traktować, bo mówi o nich z czułością.

Właściwie to się wcale nie zdziwił, że teraz kto inny już tu mieszka, chociaż przecież wiedział, że kilka lat wcześniej umarli i był na ich pogrzebach. Ot, cud nieświadomości. Zachowywał się bardzo naturalnie i rozmawiał z nami szczerze, chociaż widzieliśmy się pierwszy raz i tytułowaliśmy go „pan”. Mężczyzna o twarzy dziecka i takim umyśle, wydawał się być bardzo przyjaźnie ustosunkowany do świata, mieliśmy więc nadzieję, że i świat jest dla niego łaskawy. Ale potem zobaczyliśmy jak ciężko pracuje…

Gdyby Marek żył w mieście, chodziłby zapewne na terapię zajęciową i na pewno miałby lepszą opiekę lekarską. Stale skarży się na ból nóg, ale kto by się tu przejmował żylakami i choroba zakrzepową? Wieś to miejsce dla twardych ludzi i nikt tu raczej się nad sobą nie rozczula.

Marek jeszcze kilka razy odwiedził nas w niedzielne poranki. Któregoś razu płacząc opowiedział, że „mama umarła i teraz to jest całkiem inaczej”. Dopóki żyła, przytulała go jak dziecko i dawała poczucie bezpieczeństwa. On pozostał dzieckiem, ale już sierotą, bo ani brat, ani bratowa nie zastąpią mu matczynej troski. Teraz dla Marka najważniejszy stał się ksiądz. Zapamiętywał i powtarzał każde jego słowo. Niestety, po kilku miesiącach ten ksiądz, starszy człowiek, który mógł mu się wydawać ojcem, także zniknął z życia Marka. Jego następca jest młodszy od Marka i już pewnie nie kojarzy mu się z opiekunem.

Marek przestał nas odwiedzać. Może brat mu zakazał, może dotarło do niego, że to już nie swoi Wafle, a ludzie, co przyjechali z miasta. A może brat wozi Marka do kościoła samochodem i nie ma powodu się u nas zatrzymać. Widujemy się teraz tylko na trasie do miasteczka, ale zawsze sympatycznie pozdrawiamy. Bardzo by mi brakowało Marka, gdyby nie pojawił się na mojej drodze. Marka i  jego pięknego szczerego uśmiechu.

Samochód to najstraszniejsza broń na świecie. Na dodatek prawie każdy z nas dostaje ją do ręki, tak naprawdę bez świadomości jaka jest groźna. Można wyczytać w Wikipedii, że na świecie w wypadkach samochodowych ginie rocznie milion dwieście tysięcy ludzi. A zwierzaków? Miliardy. Gdyby zaznaczyć czerwonymi kółkami miejsca, gdzie samochód zabił zwierzę, to nasze drogi byłyby czerwone, nie czarne.

Na drogach codziennie spotykamy rozjechane szczątki kotów, psów, lisów, wiewiórek, zająców, jeży czy borsuków. Nikomu nie przyjdzie do głowy, by zdjąć je z drogi po wypadku. Są miażdżone przez kolejne samochody, aż w końcu zamieniają się w bezkształtny placek futra.  Większe potrącone zwierzęta są zabierane z drogi, bo stanowią zagrożenie dla ludzi w samochodach, ale małe nie.

Kto wie, że zgodnie z Ustawą o Ochronie Zwierząt prowadzący pojazd mechaniczny, który nieumyślnie potrąci zwierzę, obowiązany jest  do zapewnienia mu stosownej pomocy lub zawiadomienia odpowiednich służb (art. 25 ustawy ). Natomiast świadome potrącenie zwierzaka, w przypadku gdy można było temu zapobiec, może zostać zakwalifikowane jako przestępstwo z art. 35 ust. 1 ustawy z dnia 21.08.1997 r. o ochronie zwierząt, dotyczące zabijania zwierząt. To jest niestety martwe prawo.

Ludzie! Jeśli już zdarzy się wam potrącić na drodze jakieś zwierzę, to zatrzymajcie się, sprawdźcie czy można mu pomóc, zawołajcie opiekunów, jeśli to się zdarzyło między domami, a jeśli zwierzak jest martwy, to zabierzcie go na pobocze, by zachować godność śmierci. Każdej czującej istocie należy się szacunek. To jest po prostu szacunek wobec życia. 

Pędzelek był najmilszym kotkiem, jakiego kiedykolwiek poznaliśmy. Całym sobą starał się dać do zrozumienia, że jest wdzięczny za uratowanie. Był łagodny, przytulaśny, mruczący i bardzo potrzebował kontaktu z człowiekiem. Lgnął  nie tylko do nas, ale do naszych przyjaciół, a nawet do dalszych znajomych, którzy nas odwiedzali. Inne koty, w pełni sprawne, człowieka potrzebują tylko do spełniania własnych potrzeb i zachcianek. A Pędzelek był bardzo wrażliwy na nasze nastroje i zawsze stawał się szczególnie czuły, gdy my tego potrzebowaliśmy.

Wypuszczając ślepego  kota na wolność musieliśmy być przygotowani na taki dramatyczny koniec. Ale, wierzcie mi, nie byliśmy. Do tego nie można się przygotować. Jest nam bardzo smutno i pewnie długo jeszcze będziemy odruchowo usuwać przeszkody na trasach wędrówek Pędzelka…Zresztą nie tylko my cierpimy. Cichosza i Tusia też nie mogą dojść do równowagi.

Ale pomimo bólu, uważamy, że otwarcie bramy to była słuszną decyzją, bo wolność jest równie ważna jak samo życie. Jeśli ten, kogo kochasz, chce iść dalej, pozwól mu. Jeżeli sam wróci, to będziesz czuł się szczęśliwy jak nigdy dotąd.

Bywały takie dni, że nagle dookoła pojawiało się dużo nowych przyjezdnych osób, nowych dźwięków i zapachów. Ludzie to nazywali długimi weekendami. Czasami wtedy też odbywały się imprezy z głośną muzyką. Nie lubiliśmy tych anomalii, bo zakłócały porządek rzeczy. Starałem się wtedy trzymać na uboczu, unikać wchodzenia na teren sąsiadów, do których czasem przyjeżdżały obce psy. Tylko wcześnie rano, gdy ludzie jeszcze spali, robiłem obchód moich miejsc, podsłuchiwałem co nowego w norach, no i przekąsiłem to i owo. Potem zaszywałem się gdzieś w krzakach i przeczekiwałem dzień.

Był właśnie taki czerwcowy weekend. Nie wiem co mnie wtedy pognało na ten asfalt. O drugiej  po południu. Noc mieliśmy wszyscy zarwaną, bo u jednego sąsiada  były głośne imieniny, a u drugich – ognisko. Na dodatek było upalnie, a ja byłem jakiś rozkojarzony. Po porannym obchodzie leżałem spokojnie w cieniu bzów i nagle coś mi wpadło do głowy, ale już nie wiem, co to było. Wyszedłem na drogę, a tam, niestety, złapał mnie kolejny atak duszności. Na środku drogi.  Nie mogłem się ruszyć, jak zwykle w takich sytuacjach byłem bezradny. Stałem z szyją wyciągniętą jak struna i próbowałem złapać powietrze.

I wtedy zobaczyłem szary samochód. On też mnie zauważył i nawet zwolnił, ale zaraz potem centralnie we mnie wjechał. Poczułem jak taran uderza mnie i wciąga pod swój niski brzuch. Zrolował mnie i odjechał. Nawet nie wydałem żadnego dźwięku. Straciłem przytomność.

Jak przez mgłę usłyszałem krótkie szczeknięcie Tuśki i poczułem jak przerażona mama  podnosi mnie z asfaltu. Oprzytomniałem i poczułem straszny ból. Zamiauczałem boleśnie. Wiedziałem, że tylne łapy mam bezwładne, połamane żebra, a ogon złamany u nasady. Mama pobiegła z krzykiem w stronę domu do taty, a ten zaraz wybiegł do ogrodu. „Połóż Pędzelka na stole i dzwoń do doktor Agaty” – powiedział. Mama pobiegła po telefon, a mnie tato próbował utulić.

A ja w tym czasie walczyłem, bo zobaczyłem, że ONA przyszła po mnie. Broniłem się, chciałem ją przegonić, z całej siły waliłem przednimi łapami, aż poczułem, że wbiłem pazury w tatę. Odpuściłem. Nie mogłem złapać oddechu, czułem w pysku krew. Tato mnie głaskał i w końcu się uspokoiłem.

Okazało się, że nasze doktorostwo niestety wyjechało i  trzeba jechać do…  „ Ale on umiera” – powiedział tato. Mama położyła mnie na trawie obok Tuśki, głaskała po głowie i szeptała do mnie uspokajająco. Słyszałem jak się modli, żebym nie cierpiał. Jeszcze dwa płytkie oddechy i …

I wtedy ich wszystkich ZOBACZYŁEM. Mamę, tatę, Tusię i Cichoszę.  Brat, który nigdy o tej porze się nie pokazywał na podwórku, już wiedział i przyszedł mnie odprowadzić. Pierwszy raz wyraźnie  zobaczyłem Tusię,  nasz dom, jezioro i las. Zrozumiałem, że  jestem już po drugiej stronie. Rodzice płakali.

Odzyskałem wzrok i jestem wolny. Czułem,  że teraz mogę iść dokąd tylko zechcę. Ale dokąd ja pójdę? Tu byłem szczęśliwy. Zostanę tutaj i poczekam na resztę stada…

 

Minęły dwa lata, a ja na wolności radziłem sobie fantastycznie. Rodzice już okrzepli i przestali histeryzować kiedy tylko spóźniałem się z powrotem do domu. A ja starałem się nie nadwyrężać ich nerwów i przybiegałem na gwizdanie. Czasami w domu były jakieś zawirowania – goście, nadzwyczajna robota, to wtedy zdarzało mi się zostać na dworze po zmroku, ale starałem się być blisko domu. Lubiłem przysypiać nad oczkiem wodnym obok Tusi, ale najczęściej wieczorem leżałem na stole w ogrodzie, bo tam czułem się bezpiecznie, a jednocześnie wszystko słyszałem.

Lubiłem też zwiedzać nasz nowy dom, który rodzice sami wykańczali. Kiedy mama zabrała mnie tam pierwszy raz, to nie było jeszcze schodów. Zabrała mnie na poddasze, abym obwąchał nowe kąty, a mnie zachciało się biegać i nagle znalazłem się piętro niżej. Ale bez wrażenia, nawet łapy nie zmieniłem i pomaszerowałem dalej. Potem rodzice szybko zrobili schody tymczasowe z palet, a ja z zapałem nauczyłem się wdrapywać na nie i tupałem moim ludziom nad głową. Cieszyłem się, że niedługo się przeprowadzimy.

Taty często nie było, bo pracował poza domem, wieczorami więc kładłem się mamie na ramieniu, gdy siedziała przy komputerze, mruczałem i tak zasypiałem. W nocy spałem przy jej głowie albo obok pod kołdrą, tak jak Tusia, która od dziecka  właziła pod przykrycie nawet w największe upały. Cichosza miał swoje miejsce na parapecie i wydawało mu się, że ja tam nie wskoczę. A ja bym dał radę, ale nie chciałem mu zakłócać wrażenia, że ma tam swój azyl.

Kiedy  wędrowałem po okolicy, napotykałem nieznane koty, te leśne. One były agresywne i silne (w lesie to już był taki odsiew, że przeżywały tylko  superkoty z bardzo silnymi genami).  Walcząc z nimi najczęściej  wołałem o pomoc, bo wiedziałem,  że to nie przelewki. Tusia szczekała jak wściekła, a mama przybiegała na pomoc. Nie raz obie  uratowały mi skórę. Ale w zasadzie ułożyłem sobie dobre stosunki ze wszystkimi mieszkańcami naszego przysiółka. Przecież byłem łagodnego serca. Odzyskałem spokój. Można powiedzieć, że żyłem pełnym kocim życiem.

Tylko z oczami było jeszcze gorzej niż kiedyś. Przez ostatnie dwa lata na prawe oko weszła mi taka zaćma, że przestałem widzieć i plamy światła. Nie widziałem już kompletnie nic. Za to słyszałem i czułem wyśmienicie.

Nasze życie toczyło się w pewnym rytmie. Budziłem mamę rano, no latem to około czwartej, ale nie dawała się ubłagać i zamykała mnie jeszcze do izolatki, to znaczy do łazienki, gdzie spałem na koszu jakoś do szóstej. Potem już pozwalała nam z Cichoszą  wyjść na dwór. A wtedy było najpiękniej. Ptaki śpiewał swoją pieśń powitalną i były trochę nieuważne, gdy zbierały gąsienice na trawie. No wiecie… Jakieś pierwsze śniadanko sami sobie organizowaliśmy. Oczywiście każdy osobno.

Tusia z mamą szła na spacer około ósmej, to wtedy obaj dołączaliśmy do korowodu, ale jak Cichosza chciał wejść na podwórko, to ja mu pokazywałem kto tu rządzi. Mama interweniowała, nie lubiła naszych przepychanek. W końcu zwykle razem wchodziliśmy do domu i zajadaliśmy swoje chrupki i popijaliśmy śmietanką. Potem znowu marsz na pole. Wracałem w południe na obiadek, a Cichosza wtedy spał. Ja szedłem na dalsze wyprawy i wracałem wieczorem, a on wybywał koło piątej i pojawiał się łaskawie po dziesiątej lub jedenastej, oczywiście jak było ciepło, nie było burzy i deszczu. Cichosza uwielbiał pełnię, wtedy w ogóle nie wracał do domu na noc. Rodzice świrowali, ale on miał to w nosie. Pojawiał się na śniadaniu i mówił: „No, co takiego się stało, przecież jestem!”. Wieczorem każdy z nas wylizywał Tusię i odbywał własną toaletę. Ja włączałem koncert mruczanek i kładłem  się spać. A Cichosza jeszcze polował na strychu albo gapił się przez okno. On był nocnym markiem, jak każdy prawdziwy kot, a ja przestawiłem się na tryb dzienny.

Czasami wydarzało się coś spektakularnego, jak wtedy gdy się przestraszyłem Mańki, suczki naszych sąsiadów (też przygarniętej) i w panice wdrapałem się na dach drewutni. Donośnym głosem zawiadomiłem o tym Tusię, Tusia tatę, a tata zawołał mamę, która z drabiny jakoś mnie zdjęła z tego dachu. Zwykle jednak nasze kocie życie toczyło się miło i leniwie.

cdn.

 

Wiem, że od czasu mojego uwolnienia rodzice mieli sporo stresów.  Starałem się nie przysparzać im zmartwień, ale nie zawsze się udawało. Któregoś dnia postanowiłem zwiedzić las. Nasza łąka kończyła się pod lasem, ale chciałem zobaczyć co jest dalej. Powędrowałem, przedzierając się przez gałęzie, krzaki i paprocie. Tam inaczej pachniało niż w nadmorskim lesie. Nie było tyle iglastych drzew, no i na poszyciu nie czułem zbyt dużo mchu, za to więcej liści.

Szedłem długo. Wydawało mi się, że cały czas robię w głowie mapę do powrotu. Niestety zgubiłem się. A czułem, że nadchodzi wieczór, bo zmieniał się zapach powietrza i wilgoć osiadała na wszystkim. Wcisnąłem się w jakieś zagłębienie pod krzakiem i postanowiłem przeczekać, nie mając pojęcia jak uda mi  się wykaraskać z tej opresji. Słyszałem, że las ożywa. Duże zwierzęta ruszały na żer, a spod ziemi wychodzili różni nocni łowcy. Miałem nadzieję, że nie zainteresują się mną, ale trochę się bałem. Była już  noc.

I wtedy usłyszałem!

Kiedy nie pojawiłem się w domu wieczorem, rodzice zaczęli mnie szukać. Najpierw sprawdzili wszystkie znane miejsca, a potem jechali wzdłuż lasu i  wołali, gwizdali. Byli za daleko żeby mnie usłyszeć, ale ja natychmiast namierzyłem kierunek i – nie bacząc na nocne zagrożenia – zacząłem się przedzierać w stronę domu. Po północy wołanie ucichło, ale ja już wiedziałem gdzie jestem. Nad ranem dotarłem do domu, wlazłem na parapet i czekałem. Jaka była radość, jak mnie tam odkryli! A ja rzuciłem się na jedzenie. Jaki ja byłem głodny!

Po tej przygodzie  trzymałem się już naszego terenu, za to rodzice reagowali nerwowo, jak tylko nie pojawiłem się o zwykłej porze przed domem. Rodzice brali wtedy latarkę i mnie szukali. Czasem, przyznaję, przysnąłem w krzakach albo zagapiłem się przy jakiejś obiecującej norce. Kiedy poświecili latarką, to od razu wiedzieli,  że to ja, bo tylko jedno oko odbijało światło.

Któregoś razu mama długo szukała mnie  latarką, nawoływała, gwizdała i nic. W domu nerwowo, Tusia od razu wyczuła napięcie i też biegała z mamą szukać. Ale nie znalazły. Rozpacz. Była już głęboka noc, kiedy mama przypomniała sobie, że ostatni raz widziała mnie, kiedy układała rzeczy w szafie na strychu. Popędziła tam, otworzyła drzwi, a ja wyszedłem z szafy, przeciągając się. Dobrze mi się tam spało.

Rodzice okropnie nie lubili kiedy wychodziłem na drogę. Próbowali mnie przeganiać, a ja nie rozumiałem o co im chodzi. Przecież już nauczyłem się być ostrożny. Uciekałem jak tylko słyszałem nadjeżdżający samochód czy motocykl, nie mówiąc już o traktorach czy kombajnach. Bo kiedy przychodził okres prac polowych, to na drogę wyjeżdżały straszne motorowe potwory i uciekaliśmy z bratem w jakieś zaciszne miejsca albo opiekunowie zamykali nas w domu. Sąsiad zawsze informował kiedy będzie u nas kosił. Mówił, że niektóre koty nie uciekają, a zamierają w bezruchu  ze strachu i  to jest ich zguba. Tak zginęło wielu naszych braci. Straszne.

W ogóle na wsi  nie najlepiej traktuje się zwierzęta. Wszystkie powinny pracować. Koty są od łowienia myszy, a psy od pilnowania obejścia. Krowy mają dawać mleko, a kury znosić jajka. Jak któraś się nie sprawdza, to się ją wymienia na inną. A te niechciane krowy wywożą gdzieś daleko. Przyjeżdżają takie wielkie samochody i słyszymy jak się skarżą, jak nie chcą tam wejść i się bronią.

No i wszystkie muszą schodzić z drogi człowiekowi i jego maszynom. Jeśli któreś z nas nie zdąży, trudno, „dobór naturalny” – mówią. Co roku pod kołami maszyn giną kociaki, szczeniaki. Nikt nad nimi nie płacze. Żadnych sentymentów. Przeżywają tylko te psy i koty, które się boją ludzi i przed nimi uciekają.

Na szczęście nasi ludzie myślą inaczej. Troszczą się o nas, kochają, głaszczą, przytulają. A tamte czasem są głodne, a do lekarza na pewno nikt ich nie zabierze.

Kiedyś przywędrowała do naszego domu chora kotka. Rodzice się potem dziwili,  że żadne z nas nie zdradziło, że ona jest w warsztacie. Przecież my normalnie przeganialiśmy obce koty, nie mówiąc o Tusi, która nie cierpiała takich wizyt. A tu żadne z nas ani mru mru. W końcu mama zauważyła kotkę, która była już okropnie wychudzona, zaczęła ją dokarmiać, ale było za późno. Kotka umarła i jeszcze był problem jak ją wydostać z kryjówki, bo  schowała się w stropie. My koty idziemy umierać w samotności, a inni członkowie stada to szanują. Wiedzieliśmy, że jest chora i dlatego zostawiliśmy ją w spokoju.

cdn.

I otworzyła się brama raju! Mogłem wychodzić, gdzie chciałem. Na początku rodzina śledziła mnie dość skrupulatnie. Rodzice, Tusia i brat, który szedł za mną w pewnej odległości, jak szpieg. Rodzice interweniowali, gdy widzieli zagrożenie. Pierwsza wycieczka na asfaltową drogę okazała się bardzo niebezpieczna, bo akurat jechał autobus szkolny, ale kierowca zatrąbił i wtedy mama zgarnęła mnie z drogi. Z kolei Tusia reagowała szczekaniem kiedy tylko z daleka usłyszała mój miauk albo  ujadaniem ostrzegała o zbliżającym się zagrożeniu, bo widziała obcego kota lub psa. Cichosza zaś dyskretnie mnie kontrolował, ale biegł na pomoc, kiedy wdałem się w kocią awanturę. Bo oczywiście zacząłem spotykać koty z gospodarstwa. One nie wchodziły w dzień na nasze podwórko, bo im Tusia nie pozwalała, ale przecież znałem ich zapachy zostawione na płocie. Na neutralnym terenie musieliśmy ustalić czyj on jest . Już tak mamy poukładane w głowach, my koty.

Uwolnienie miało jeszcze jeden cudowny aspekt – rodzice przestali obcinać mi pazury, żebym miał szansę się bronić w razie czego. Hurra!

Powoli zapuszczałem się coraz dalej, odwiedziłem już wszystkie miejsca, które poznałem spacerując z mamą. Ułożyłem się z kilkoma kocimi dziewczynami od sąsiadów. Teraz bardzo ciągnęło mnie do gospodarstwa po drugiej stronie drogi. Tam poznałem jeszcze inne koty, ale   szybko się zorientowałem, że wszystkie były chude i mniejsze ode mnie.  Kiedy dochodziło do bójki, dawałem im manto i potem już schodziły mi z drogi. A były tam też psy. Co mi tam psy! Nie bałem się, bo w domu miałem Tusię. A one chyba wyczuły, że się ich nie boję, bo w zasadzie się mną nie interesowały. Gdybym się zbliżał do ich miski, to może…, ale ja nie byłem zainteresowany.

W gospodarstwie mieszkały też krowy, kury, czasem kaczki i gęsi. Mówię – czasem, bo potem jakoś znikały i ich nie było. Krowy i kury były stale. Krowy były uwięzione w oborze, a kury  miały lepiej, ale też nie mogły wychodzić za ogrodzenie. Zasadniczo, bo zawsze znalazły się takie, które, jak ja, ceniły sobie wolność ponad wszystko i skakały przez płot, a potem wędrowały po podwórku czy po drodze. Mama mówi, że kury to dinozaury i coś w tym jest. Ale dogadać się z nimi nie mogłem. Do obory też zachodziłem, z ciekawości, ale niespecjalnie mi się tam podobało, a krowy także nie były zachwycone jak im się kręciliśmy pod nogami.

Nad stawem spotykałem dzikie kaczki. Niewiele sobie robiły z mojej obecności. Wyczuwałem bociana, zające, jeże, czaple, bażanty i żurawie. Bywało, że czułem lisa, sarny i łanie, ale wtedy raczej wolałem wrócić do domu. Nie moja waga.

Nad stawem odkryłem nory szczurów wodnych i spędzałem tam dużo czasu polując na nie. Najłatwiej było złapać małe. Polowałem także na krety. Trzeba było godzinami warować przy kopcu i czekać na ten jeden moment… Czasem zanosiłem mamie, ale ona zupełnie tego nie doceniała. Nawet się złościła, szczególnie jak przyniosłem ptaszka. Ludzie to są trochę dziwni.

 Zimą ślizgałem się na lodzie i wąchałem łuski po rybach, który wykradała wydra. Lubiłem śnieg i deszcz mi też nie przeszkadzał ( no chyba że była ulewa). Burzy się nie bałem. Natomiast nie przepadałem za wiatrem. Zawsze jednak można było znaleźć jakieś zaciszne miejsce w krzakach, a w krzakach ukrywały się małe ptaszki. Tyle atrakcji!

Do domu wpadałem w ciągu dnia na jedzenie. Brama była stale uchylona na tyle abym ja mógł się wsunąć uciekając przed jakimś zagrożeniem, ale nie na tyle, by Tusia mogła wyjść za płot.

Utarło się, że jak mama wychodziła na spacer z Tusią, to gwizdała na nią. Tak się nauczyliśmy, że na gwizd my koty też wychodziliśmy z kryjówek i dołączaliśmy do spacerowiczów. Mama była zachwycona kiedy wszyscy razem obchodziliśmy nasze łąki. A to gwizdanie stało się też wieczorem zawołaniem: do domu! Przychodziłem więc na gwizdanie lub sam, kiedy zbliżał się zmierzch, a to było o różnych godzinach w różnych porach roku. Właziłem na stół w ogrodzie albo na parapet. Szybko się nauczyłem tej sztuki. Pod parapetem stała balia z wodą ( zimą odwrócona do góry dnem), nad balią kran z półeczką, Wdrapywałem się na rant balii ( tylko raz się skąpałem), potem hyc na półkę i skok na parapet. Gdyby ktoś to obserwował, to  by się na pewno nie zorientował, że nie widzę.

Czułem się cudownie wolny, czułem się świetnie fizycznie. Owszem, czasem oberwałem i wracałem  poraniony do domu, ale rodzice zawsze  albo sami pomogli, albo zabrali do lekarza. Najgorsze było, że czasem  powracały ataki duszności, te skurcze oskrzeli, które towarzyszyły mi  przez całe życie. Wtedy, niestety, byłem bezradny, nie mogłem się ruszyć ani obronić. Byłem wyprężony jak struna i łapałem oddech między skurczami. Pół minuty, minutę, aż przeszło.

cdn.

Skończyła się zima i nagle na naszym spokojnym podwórku pojawiło się kilku panów i jakiś warczący ciężki sprzęt.  Rodzice zaczęli budowę domu. Koparki, wykopy, spaliny, krzyki. A jeszcze mama gotowała robotnikom, więc kręcili się też po domu.

Zacząłem szukać miejsc schronienia, ale te hałasy i obce głosy zupełnie wybiły mnie z równowagi i straciłem poczucie bezpieczeństwa. Niestety rodzice nie zauważyli tego, bo bardzo byli zajęci. Pozornie wszystko było jak dawniej, mama wychodziła z nami na spacery, ale właściwie wszystko było podporządkowane budowie i atmosfera stała się dość nerwowa.

Wróciły problemy z pęcherzem. Znowu posikiwałem krwią, kolejne wizyty u lekarza, zastrzyki, cewnikowanie. Niestety nie pomogły. W końcu kompletnie się zatkałem, wyłem z bólu i żadne leki nie dawały mi ulgi. Doktor Agata zrobiła mi usg i  orzekła – natychmiast operacja. Miałem krwotoczne zapalenie pęcherza.

Oczywiście rodzice byli ze mną. Przed operacją dostałem „głupiego jasia” i zwymiotowałem… martwego tasiemca. Wszyscy byli zaskoczeni, bo przecież regularnie dostawałem środki na odrobaczenie. Okazało się, że nie były skuteczne na wszystkie pasożyty. Odtąd co kwartał dostawaliśmy z bratem specjalne zastrzyki na tasiemca.

Doktorostwo operowali razem. Uprzedzili rodziców, że jeśli rozcięcie i wyczyszczenie pęcherza nie da skutku, to kolejnym krokiem będzie wyszycie cewki moczowej. Tłumaczyli, że będę sikał jak dziewczynka. Pomyślałem – nigdy! Tego nie zniosę. Ale by Cichosza miał używanie! No i nie mógłbym znaczyć terenu. Postanowiłem się skoncentrować i wyzdrowieć. Tylko niech mi nic nie wyszywają…

Operacja poszła dobrze. Rozcięli, wyczyścili z piasku i krwi, zaszyli,  a doktor Hubert zrobił mi piękny szew śródskórny. Niestety założyli mi też cewnik, a na dodatek  kołnierz , żebym sobie tego cewnika nie wyjął.  Doktor Agata powiedziała, że najlepiej by było, aby mocz cały czas odpływał. Rodzice specjalnie przygotowali  pokój, wyłożyli go folią i mama spała tam ze mną  przez kilka dni.

Najgorzej znosiłem plastikowy kołnierz, ale obiecałem sobie przecież zrobić wszystko, by wyzdrowieć. I tak też się stało. Zagoiło się jak na psie  (sic!). Wkrótce po szwie nie było śladu. Sikanie wróciło do normy. Rodzice zmienili mi karmę na specjalną antystruwitową. Żal mi tylko było, że nie mam już dostawać surowej ryby, mojej ulubionej, pachnącej morzem, ech… Ale przecież tyle świeżego mięska biegało po ogrodzie. Jakoś dam sobie radę.

Najważniejsze jednak były rozważania doktor Agaty. Próbowała dociec dlaczego to mi się przytrafiło. dopytywała się czy coś się w naszej rodzinie ostatnio wydarzyło, zmieniło… No tak, przecież w domu rewolucja, bo zaczęła się budowa. To wszystko jasne. Doktor Agata wytłumaczyła rodzicom, że koty bardzo często mają zaburzenia somatyczne na tle psychicznym. A ja, jeszcze ślepy, straciłem poczucie bezpieczeństwa. Podziwiałem doktor Agatę, że taka mądra i cieszyłem, że nam to wytłumaczyła, bo przynajmniej wiedziałem teraz jak się bronić przed powtórką. Rodzice też obiecali zrobić wszystko, by zapewnić mi azyl i dobre samopoczucie. Nawet brat odpuścił, znowu był opiekuńczy, a Tusia to już całkiem oszalała, obiecała że mnie będzie bronić przed wszystkimi.

Dość szybko wróciłem do formy, znowu wychodziłem do ogrodu, polowałem, codziennie spacerowałem z Tusią i mamą. Szybko zapomniałem o przestrogach doktor Agaty, bo znowu zaczęło mi się robić ciasno na podwórku. Wydeptałem nawet ścieżkę wzdłuż płotu, tak mnie wkurzało, że Cichosza może chodzić wszędzie sam, a ja nie. I nakręcałem się. Aż któregoś razu przyuważyłem jak Cichosza przeskakuje przez płot. Spróbowałem zrobić to samo w tym samym miejscu. Nagle znalazłem się na słupku. Eureka! Już wiem jak to się robi! Tylko co dalej? Jak zejść? trudno, skoczyłem na oślep, nie mając pojęcia, co jest po drugiej stronie, ale dobrze trafiłem, więc tylko biegiem, zanim się zorientują…

Rodzice szybko zauważyli, że zwiałem, a że poszedłem wcześniej zapamiętaną drogą spacerową, to  szybko mnie znaleźli i z powrotem zaaresztowali za ogrodzeniem. Ta seria ucieczek trwała jakiś czas. Rodzice próbowali wymyślać przeszkody. A to zakładali jakieś gałęzie na płot, które miały mi przeszkadzać. Znalazłem lukę. A to tato założył kawałki blachy na słupki, po których się wspinałem – żebym się ześliznął pazurami. Dałem radę. Tak się wyćwiczyłem, że jednym susem byłem od razu na górze słupka. Rodzice byli podłamani. Naradzili się z doktor Agatą, długo debatowali i w końcu ustalili, że trzeba  dać mi wolność. WOLNOŚĆ!

cdn.

Któregoś lipcowego popołudnia mama pojechała  na grzyby, a przywiozła z lasu szczeniaka. Kolejna wyrzucona bida dostała na imię Tusia. Na początku byliśmy z bratem obrażeni, ale rodzice rozsądnie początkowo zamykali ją na noc w łazience, więc nie straciłem poczucia bezpieczeństwa na swoim terenie.  Cichosza ją szybko ustawił, a ja też miałem swój udział  w wychowaniu Tusi. Szybko zrozumiała, że też jest kotem, przestała się  tak gwałtownie, po psiemu, zachowywać, więc ją przyjęliśmy do stada i codziennie wylizywaliśmy, jak siostrę. W końcu była dwa razy większa i bardzo szybka, mogła się przydać do obrony stada.

Niestety niedługo potem Tusia znalazła w trawie to coś. Bardzo małego biało-szarego kotka, którego rodzice nazwali Gremlins, bo tak wyglądał. Dla mnie to było za dużo. Mały garnął się do nas, ale Cichosza dawał dyla za płot, a ja  omijałem gówniarza łukiem. Za to Tusia była zachwycona, bo miała partnera do dziecięcych zabaw, a kociała przy tym na potęgę.

Od początku było wiadomo, że Gremlins nie może u nas zostać i mama poszukała mu domu. Świetnie chłopak trafił. Pojechał do miasta i mieszka u cioci Violi jak książę udzielny, łaskawie pozwalając się pieścić i adorować.

Mama chciała mi jakoś wynagrodzić te udręki, bo widziała, że tracę poczucie bezpieczeństwa, że się robię nerwowy, więc razem z Tusią zaczęła mnie wyprowadzać na spacery poza ogrodzenie. I tak dowiedziałem się gdzie jest staw, brzeg jeziora, gdzie rośnie zboże, a gdzie jest las. Cały czas słyszałem też odgłosy z drogi asfaltowej, ale tam mi  nie pozwalali chodzić, ani do gospodarstwa za drogą też nie. Coraz pewniej czułem się w okolicy i uważałem, że mógłbym już chodzić wszędzie sam, jak Cichosza. Protestowałem kiedy wracaliśmy za ogrodzenie, ale nikt mnie nie chciał słuchać. Złościłem się kiedy brat uciekał przez płot i w końcu mu wykrzyczałem, że jak tak, to niech sobie tam zostanie, ale teren podwórka jest mój i zacząłem go przeganiać sprzed domu. Brat był sprytny,  stosował uniki, przecież wiedział, że go nie widzę, ale za to dobrze słyszałem! W każdym razie atmosfera miedzy nami zgęstniała. W domu był rozejm, bo tam jednak zasady ustalali  rodzice, ale na podwórku – nie ma przeproś.

Właściwie odtąd Tusia stała się katalizatorem. Już nie spaliśmy z bratem obok siebie. Każdy sypiał obok Tuśki. Czasem jeszcze odruchowo wylizywaliśmy sobie pyski, ale Cichosza potrafił syknąć na mój widok. No, muszę się przyznać, że trochę miał powodów. Wiedział, że jestem większy i silniejszy i w razie zapasów – przegra. A  przecież zawsze dotąd był dla mnie starszym bratem, opiekunem i przewodnikiem. Byłem niewdzięcznikiem.

cdn.

Poza tymi problemami życie na wsi bardzo nam się podobało. Było anielsko cicho i spokojnie, a jednocześnie codziennie mnóstwo atrakcji – polowania bez ograniczeń i zawsze świeża dostawa mysiny. Trochę wkurzało mnie, że Cichosza znowu łazi po całej okolicy, a ja jestem zamknięty za płotem, ale tutaj też dużo się działo i mieliśmy sporo gości. Mama dokarmiała tutejsze dzikie koty. Na początku pojawiła się pręgowana kotka Księżniczka. Takie chucherko, ale milutka. Niestety szybko zniknęła. Ledwie ją pamiętam. Wpadała  do nas na wyżerkę z gospodarstwa kotka Noc Listopadowa ( tato ją tak nazwał, bo była brzydka okrutnie). Potem przyszła od sąsiadów  Lanserka. Piękna czarno-biała kocica. Bardzo chciała zamieszkać z nami, ale rodzice postawili weto. Dokarmiali na zewnątrz. Lanserka była w ciąży i już jej nie zobaczyliśmy po porodzie.

Przychodziły też dzikie kotki leśne. Te wchodziły na teren tylko w nocy, a rodzice zostawiali im jedzenie za siatką. Była taka mała kotka Składak (wyglądała jak zlepiona z dwóch kotów) i moja ulubiona – Strzałka, piękna czarna kotka z białą strzałką na nosie. Ale ona była ostra. Cichosza próbował odganiać wszystkie obce koty, a Strzałka mu się postawiła i nieźle oberwał. Podrapała go i przecięła mu ucho. Dostał  pamiątkę na całe życie.

A ja mogłem godzinami gadać ze Strzałką. Siedzieliśmy tak sobie po obu stronach siatki i gwarzyliśmy, a ona mi uświadomiła jak wygląda tutaj dzikie kocie życie. Dowiedziałem się, że część kotów mieszka przy gospodarstwach, ale są też koty leśne, głównie kocury, na które gospodarze mówią „reproduktory”, bo pojawiają się na wiosnę i przeganiają miejscowe kocury w dramatycznych walkach, potem zapładniają kotki i znikają. Takie akcje odbywają się dwa razy do roku, więc koteczki rodzą dwa mioty, jeśli oczywiście przeżyją, bo najczęściej są zbyt młode. Tym sposobem w gospodarstwie raz jest ponad dziesięć kotów, a po zimie zostają trzy albo cztery. Nie mają lekko. Wystarczy spojrzeć, są małe i chude, dręczone przez pchły, kleszcze i pasożyty. Przy nas, wypasionych pieszczochach, wyglądają po prostu rachitycznie. A jeśli terytorializm i zew  jajek karze im wdać się w walkę, to najczęściej obie strony otrzymują rany, z których trudno już się wylizać. Dlatego koty żyją tu bardzo krótko, zwykle dwa lata, oczywiście jeśli w ogóle przetrwają do dorosłości, bo małe kotki najczęściej giną w pierwszych tygodniach życia, zagryzione przez kocury, z powodu chorób albo z głodu.

U nas też była taka sytuacja. Składak przyprowadziła swoje dzieci z pierwszego miotu i umieściła je w przybudówce, miauczała o tym do mamy, ale mama nie zrozumiała, a Składak znowu była w ciąży i poszła do lasu rodzić następne dzieci. Już nigdy nie wróciła. Kiedy mama odkryła kociaki, już nie żyły, umarły z głodu. Mama płakała. Śmierć z głodu jest straszna, ja to wiem.

Oprócz dziewczyn pojawiały się u nas kocury. To zawsze oznaczało wojnę. Jeśli byliśmy we dwóch z bratem, to tamte nie miały szans. Czasami jednak trafiało się spotkanie jeden na jeden, wtedy efekty bywały różne. Cichosza był zręczny, no i widział.  Ja, z kolei,  byłem bardzo silny, więc zwykle kładłem się na plecach i waliłem czterema łapami i to z dobrym skutkiem. Przeganialiśmy intruzów, ale bywało, że sami byliśmy ranni, a wtedy zostawaliśmy w domu i pozwalaliśmy się kurować rodzicom.

Wtedy też przyszedł do nas biało-czarny starszy kocur, wyrzucony przez młodsze z gospodarstwa, bardzo wymizerowany. Tato nazwał go Kot w Czapce, bo wyglądał jakby miał beret na głowie. Rodzice się ulitowali i odkarmili go. Rzeczywiście wydobrzał, ale paskudnie się odwdzięczył, bo zagryzł kociaki, które tym razem Strzałka do nas przyprowadziła. Wtedy rodzice postanowili, że nie będą ingerować w losy tutejszych kotów, bo nie są w stanie przygarnąć i wykarmić całego kociego towarzystwa. Wiedziałem, że to słuszna decyzja, ale – z drugiej strony – cieszyłem się, że nie pomyśleli tak wcześniej o mnie.

Pierwsze dni w nowym miejscu to było szaleństwo. Rodzice i ich znajomi rozpakowywali rzeczy i budowali swoją kuwetę, a nas zamknęli w chałupie. Cichosza zabrał się do penetrowania kątów. Kazał mi siedzieć i czekać aż wróci. Niby nie chciałem go słuchać, ale czułem się dość niepewnie, bo tu wszystko absolutnie inaczej pachniało. Mieliśmy, co prawda, swoje wiklinowe koszyki i poduszki, ale wszystko wokół wydawało się nieprzyjazne. Chata pachniała świeżą farbą, spod której jednak wyłaniał się smród stęchlizny i jakieś odległe wspomnienia zwierzaków, które tu kiedyś mieszkały. Cichosza już zaczął znaczyć  swoim zapachem, co mi trochę dodawało odwagi (my, kastraty, zostawiamy zapach nieczytelny dla ludzi, ale koty znakomicie odczytują z niego wszystkie informacje, to nasza poczta). Ale potykałem się stale o jakieś rozstawione pakunki. Nie było miło.

W końcu brat wrócił i powiedział, że znalazł strych, a  tam pod deskami słychać myszy. No super! Polowanko we własnej chałupie. Ekstra. Zaraz poszedłem za nim, ale to nie było proste, bo miałem do pokonania dość strome schody. Właziłem na macanego za bratem, to jeszcze jakoś szło, ale powrót był dużo trudniejszy. W końcu jednak zakończyłem zwiedzanie bez kontuzji. Natomiast na strychu czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka – nietoperze. Czuliśmy je i słyszeliśmy jak drapią pazurkami, ale nie bardzo wiedzieliśmy co się z nimi robi.

Później jeszcze odkryliśmy warsztat, który kiedyś był oborą. Tam to dopiero słychać było przemykanie myszy i szczurów polnych. Pomyślałem, że to będzie moje ulubione miejsce, ale jednak najlepiej czułem się na dworze.

Rodzice na początku wypuszczali mnie tylko na krótko w takim zasiatkowanym kojcu. Ale niby co ja mogłem robić na dwudziestu metrach kwadratowych? Wkurzałem się i awanturowałem, próbowałem zwiać. Na szczęście szybko zrobili ogrodzenie i już miałem kawał ogrodu do penetrowania. Najbardziej spodobały mi się niskie jabłonie, na które łatwo mogłem się wdrapać i siedzieć półtora metra nad ziemią. Później właziłem i wyżej, bo tam słyszałem ptaszki. Wchodzenie nie było zbyt trudne, ale schodzenie – makabryczne. Kiedyś spadłem tak niefortunnie, że kulałem potem przez dwa tygodnie. Ale byłem zawzięty, nie przestałem włazić na drzewa.

W takich razach rodzice dzwonili po poradę do doktora Michała, ale jasne było, że trzeba znaleźć dobrego lekarza na miejscu. Pierwsze próby były fiaskiem. Wiejscy weterynarze nie mają pojęcia o kotach i psach, a jeśli mają odrobinę sumienia, to się do tego sami przyznają. Zresztą doświadczony opiekun to od razu pozna. Rodzice szukali najpierw w Nowym Mieście i po kilku kiepskich trafieniach, wylądowaliśmy u doktor Karoliny. Miła, kompetentna i kochająca. U niej czułem się bezpiecznie, ale kiedy zaczęły się poważne problemy z moim zdrowiem, doktor Karolina sama wysłała nas do specjalisty do Iławy. Tak trafiłem w ręce doktor Agaty i jej męża Huberta.

Tak,   jakoś po roku zacząłem  mieć problemy z pęcherzem. Zdarzało mi się posikiwać z krwią, napinałem się, a tu tylko kropelka i straszny ból. Płakałem, mama pakowała mnie do samochodu i jechaliśmy na zastrzyki. Później już mama sama robiła zastrzyki, ale zawsze była okropnie zestresowana. Czułem się  winny, bo nie chciałem zjeść żadnej tabletki. Nic nie mogłem jednak na to poradzić – kiedy ktoś próbował mi włożyć tabletkę do pyska, zawsze przypominał mi się pierwszy weterynarz , który mnie prawie otruł, więc odruchowo broniłem się do upadłego.

Dopiero tato znalazł na mnie sposób. Specjalnie preparował moje ulubione chrupki. Robił w nich dziurkę mikrowiertarką, wkładał tabletkę i zasmarowywał masłem oraz obsypywał pokruszoną chrupką. No jubilerska robota! Taka niespodzianka była umieszczana precyzyjnie na wierzchu stosiku z moim posiłkiem i pierwszym chapsem połykałem tabletkę, zanim cokolwiek zauważyłem. Gdybym tylko ją wyczuł, to bym wypluł i po zawodach.

cdn.