owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wreszcie spadł śnieg. To wybawienie dla wypalonej  suszą zeszłego lata ziemi. Nawet deszcze nie są w stanie nawodnić ziemi tak, jak śnieg. Śnieg jest także kołderką dla roślin. Pod jego ochroną nie są im straszne żadne, nawet najgorsze mrozy.

Na początku tej zimy przyszły mrozy poniżej 15 stopni i to zniszczyło wiele upraw. Rolnicy mówią, że rzepak zmarzł zupełnie i trzeba będzie na wiosnę siać coś innego. Pytałam, czy ubezpieczenie to im wyrówna. Podobno na ziarno powinno wystarczyć. Ale nie wszyscy są ubezpieczeni. Narzekają, że stawki ubezpieczeń są tak wysokie, że muszą wybierać, czy się ubezpieczyć od mrozu czy od suszy, bo obydwa ubezpieczenia pochłonęłyby cały zysk z uprawy.

Śnieg, topniejąc, powoli nawilża glebę. Wtedy woda nie spływa do rowów czy kanalizacji, a rzeczywiście wsiąka w ziemię. Zresztą pod śniegiem nawet sama ziemia odmarza. Dlatego krety mogą swobodnie pod nią buszować, wyrzucając od czasu do czasu czarny kopiec na biały dywan.

Pod śniegiem myszki wędrują tunelami. Pozornie daje im to poczucie bezpieczeństwa, ale lisy, koty dobrze je słyszą i polują nurkując w śniegu, co może wygląda malowniczo, ale kończy się krwawo.

Inne zwierzęta jakoś radzą sobie – sarny rozkopują śnieg na polach, by dostać się do oziminy czy rzepaku. Bażanty wydeptują sobie takie kręgi i dookoła objadają zielone pędy. Ale chyba  leśne zwierzęta nie lubią brodzenia w śniegu, bo jeśli tylko odgarnie się ścieżkę na ich trasie, to skwapliwie z niej korzystają.

Na śniegu widać ślady. Łatwo więc zobaczyć jakie zwierzaki nas odwiedzają. Tropy sarny, jelenia, łosia, zająca czy bażanta są dość oczywiste. Natomiast zdziwiły mnie ślady wydry. Wyglądają jak odciski łap całkiem sporego psa, a charakterystyczne jest to, że wydra idąca na polowanie  właściwie nie zagłębia się w śniegu, natomiast jej powrotny szlak, kiedy wraca ze zdobyczą, jest głęboki i wygnieciony na całą szerokość jej wydrzej mości. Tu mówią – jak na stawie jest wydra, to wyciągnie całą rybę. A wybiera stawy, bo w nich łatwiej dogonić zdobycz niż w jeziorze. Jej zbójeckie prawo.

No, a poza wszystkim, śnieg daje w zimie światło. Dzięki niemu wydaje się, że dłużej jest jasno na dworze. No i wiejski krajobraz staje się bajkowy, wyciszony, otulony, spokojny.

Od lat Jacek ma problem z nadwagą, a od czasu stosowania insuliny wpadł w zaklęty krąg tycia. Oczywiście próbowaliśmy różnych diet. Przez kilka miesięcy nie jadł pieczywa. Potem jadł małe porcje pięć razy dziennie. Jeszcze później jadł tylko dwa razy dziennie. Odstawił słodycze. Zaczął jeść więcej warzyw i owoców. Wszystkie te próby na początku dawały pozytywny efekt, ale to trwało bardzo krótko i szybko wracał do pierwotnej wagi. Bo szanowny organizm przestawiał się na tryb oszczędzania i tylko czekał kiedy sobie odbije ( typowy mechanizm efektu jo-jo), a dodatkowo insulina blokowała chudnięcie.

Od czasu przeprowadzki na wieś Jacek codziennie choć trochę pracuje fizycznie. Teraz już wiemy na pewno, że ruch jest jedynym jego sprzymierzeńcem, tylko dzięki wysiłkowi fizycznemu udaje mu się wygrywać ze spiralą nadwagi. Dzięki niemu stracił dziesięć centymetrów w pasie. Ale trzeba wiedzieć z jakim to wiąże się dla niego trudem. Spróbuj sobie wyobrazić ty, człowieku przeciętnej wagi, że masz na sobie dodatkowo worek ziemniaków i każdą czynność musisz wykonać dźwigając ten worek, przy każdym ruchu. Kręgosłup, stawy, biodra wykonują o wiele za ciężką pracę i organizm robi wszystko, by cię zniechęcić do tego wysiłku. Daje ci sygnały bólowe, dręczy, dokucza. Wrzeszczy: nie, nie rób tego, idź posiedzieć w spokoju! Ale trzeba się przemóc, zagryźć zęby i brnąć w ból z tym workiem na plecach… 

A kto sobie zada trud, by wczuć się w położenie człowieka z nadwagą? Otyły człowiek jest zawsze najprostszym pretekstem do robienia żartów, a etykietka „Gruby” zastępuje jego imię. Nikt się nie zastanawia co czuje podmiot dowcipów. Nie mówimy przecież garbatemu „Garbusie” , a kulawemu „Kaleko”, ale „ty, Gruby” jest na porządku dziennym.

A osobną kategorią dyskryminacji jest stosunek lekarzy do osób z nadwagą. Niejeden raz Jacek wychodził z badania lekarskiego totalnie zdołowany, bo – jak mówił – był traktowany jak kawał słoniny. A kiedyś sama byłam świadkiem, jak lekarz wykonujący biopsję przekonywał Jacka, że otyłość jest tylko winą jego samego, bo przecież w obozach hitlerowskich nie było grubych ludzi… W swoim zadufaniu, pan doktor pomylił życie z umieraniem w obozach zagłady. Taki z niego lekarz, szkoda gadać. Niestety nie jest to odosobniony przypadek. Z reguły medycy wykorzystują otyłość jako pretekst, by nie pomóc pacjentowi i odesłać go z kwitkiem. „Niech pan przyjdzie, jak pan schudnie…”.

Nie pozostaje nam nic innego, jak samodzielnie walczyć z upartym wrogiem. Sama byłam kiedyś dużo szczuplejsza, więc wiem jak trudno zaakceptować dodatkowy ciężar. Jacek  codziennie  dzielnie dźwiga swój worek, a ja staram się go wspierać w tych wysiłkach. Widzę ile go to kosztuje, ale ciągle mamy nadzieję, że w końcu worek będzie trochę lżejszy. 

Marta i Michał prowadzą gospodarstwo ekologiczne. Mieszkają w takim zakątku,  który widziało może ze sto  osób. Pięknie tam. Pola kolorami układają się po wzgórkach, w dole małe ale bardzo czyste  jezioro, a wszystko to otulone lasem. Nie widać drogi ani innych gospodarstw. Tak mogło tu wyglądać i pięćset lat temu. Jedyny symbol współczesności to słup elektryczny. Ale stoi na uboczu, jakby się wstydził zakłócić piękno krajobrazu, który aż prosi się o uwiecznienie na płótnie.

Poznali się całkiem niedawno, choć mieszkali w pobliżu całe życie. Na wiejskiej imprezie. Michał zobaczył w tłumie niewysoką urodziwą dziewczynę, która ma w sobie takie pokłady wdzięku, że mogłaby obdzielić nim tuzin panienek. On – wysoki, spokojny,  zrównoważony – już nie odpuścił. Ślub przypieczętował początek ich wspólnej drogi. Zamieszkali w tym zaczarowanym zakątku, razem z rodzicami Marty.

Obydwoje docenili wyjątkowość tego miejsca i jego nieskażenie cywilizacyjnym śmieciem. Postanowili uprawiać ziemię ekologicznie, bez sztucznych nawozów i ciężkiej chemii. W Marcie ujawniła się jakaś tajemna wiedza, którą pewnie odziedziczyła po przodkach, a raczej po prababkach, bo znajomość ziół i ziołolecznictwa była przecież dawniej domeną  „babek” wiejskich czy wiedźm. Marta sypie z głowy łacińskimi nazwami ziół, jak z rękawa, a kiedy ją spytać skąd je zna, to mówi, że nie wie. Ale dużo czyta, cały czas się dokształca, teraz już nie z tajemnych ksiąg, a raczej z internetu. I zaraża Michała kolejnymi pomysłami. Od niedawna prowadzą  pasiekę. Miód mają znakomity, niechrzczony. Do tej pory nie miałam pojęcia, jakie istnieją możliwości oszukiwania na miodzie i z pełną ufnością kupowałam miód od gospodarzy, którzy mieli ule, zakładając, że jest w stu procentach naturalny, pełnowartościowy i leczniczy. Jako klasyczny mieszczuch uważałam, że można zabrać z ula wszystko, co pszczoły wyprodukują. Dopiero od Marty dowiedziałam się, że powinno się zostawiać pszczółkom co najmniej jedną piątą wytworzonego miodu, bo w nim, poza wartościami odżywczymi, są leki dla pszczół i to jest właśnie najlepsza ochrona pasieki przed chorobami.

Okazuje się, że inni pszczelarze potrafią zabrać pszczołom wszystko i dać im w zamian syrop z cukru, z którego one oczywiście będą korzystać jako z pokarmu, ale nie znajdą w nim składników leczniczych.  Zwycięża chciwość, której nawet nie równoważy dbałość o przyszłość pasieki.

Miód Marty i Michała nie jest taki czyściutki i przeźroczysty, jest mętny i szybko się krystalizuje, ale to jest właśnie naturalny proces, który świadczy o stuprocentowej naturalności produktu. Nie dajcie się nabierać na bursztynowy przejrzysty płyn w słoikach z napisem miód, który nawet po dwóch latach wygląda tak samo. Miód jest płynny bardzo krótko po zbiorach lub po ogrzaniu ( powyżej czterdziestu stopni traci wiele na wartości, więc ten ogrzany też niewiele wart). Pakują tam syrop, pewnie z jakimś barwnikiem i sprzedają  za połowę ceny prawdziwego miodu. Prawdziwy miód nie może być tani! Ale też prawdziwy miód się nigdy nie psuje.

Na własnej skórze przekonałam się o cudownych właściwościach propolisu, kolejnego pszczelego wytworu. Paskudnie skaleczyłam sobie palec przy paznokciu, sięgając  do pudełka z paczkami orzeszków w Biedronce (sic!). Przecięcie papierem zawsze słabo się goi, a tu jeszcze nie wiadomo ile rąk dotykało tej tektury i zaczęło się paprać, mimo użycia wody utlenionej i maści z antybiotykiem. Po trzech dniach już miałam opuchliznę, ropę, po pięciu – pulsowanie palca i narastającą ziarninę. Moczyłam  palec we wrzątku ze strachu przed zastrzałem, ponieważ kiedyś na wakacjach skaleczyłam się ością, a skończyło się u szpitalnego rzeźnika w białym fartuchu, który na żywca przeciął mi palec i jeszcze był oburzony, że się zwinęłam z bólu tak, iż znalazłam się głową pod stołem. Nigdy nie zapomnę…

Marta przyniosła fiolkę z propolisem rozpuszczonym w spirytusie. „Namoczyć gazik, zawinąć palec i za trzy dni będzie po wszystkim” -   powiedziała. I tak się stało. Z zafascynowaniem oglądałam etapy poprawy. Dziś nie ma śladu, a przecież wcześniej widziałam jak palec się deformował.

Marta z Michałem uprawiają owies nagi. To taka odmiana, która nadaje się na płatki owsiane. By otrzymać certyfikat o ekologiczności uprawy co roku muszą się poddawać kilkukrotnej kontroli, no i… sporo za to zapłacić. Okazuje się, że ekologia w polskim wydaniu to kosztowne hobby. Certyfikaty kosztują, a nie ma żadnej pewności zbytu, nie ma organizacji, które by skupowały ekologiczne płody i zajmowały się dystrybucją, płacąc godziwe pieniądze. Pojedynczy rolnik nie ma szans zarobić na takiej produkcji i musi zaakceptować każdą cenę, jaką dostanie, jeśli nawet nie pokrywa ona kosztów produkcji. Więc ludzie szybko rezygnują z ambicji wytwarzania ekologicznej żywności.

Naturalne środki ochrony roślin wymagają wiele zachodu i bardzo dużo pracy. Wiem to już na pewno, bo doświadczyłam na własnej skórze, walcząc w tym roku z zarazą ziemniaczaną, która atakowała moje pomidory. Dzięki poradom Marty miałam w końcu niezłe zbiory, ale ile zmartwień i oprysków z ziół i pokrzyw. To się nie da zmieścić w cenie pomidorów, bo nikt tego nie zapłaci. Tak można się tylko starać na własny użytek, dla  zdrowia własnej rodziny.

Zresztą smutna prawda wygląda tak, że rolnicy, którzy uprawiają warzywa na rynek, mają odrębne warzywniki dla własnego stołu. Jarzyny na sprzedaż są piękne i wybujałe, bo lane chemią bez ograniczeń. Te na własny użytek na pewno są zdrowsze, bo traktowane preparatami chemicznymi w znacznie mniejszym stopniu. Choć i tak zawsze jakaś chemia jest używana, bo przekonanie, że bez tego nic się nie uchowa, jest wszechobecne.

Kiedyś Michał zrobił mi wykład na temat uprawy rzepaku. Przeraziłam się. Nie miałam pojęcia, że w naszym – wdzięcznie się kojarzącym – oleju rzepakowym jest tyle świństw chemicznych. Rzepak sieje się na jesieni i już wtedy leje się chemię na chwasty, jeżeli dobrze rośnie, to jesienią może już osiągnąć wysokość powyżej dwudziestu centymetrów, a wtedy trzeba polać środkiem hamującym wzrost, bo jeśli zbyt  się rozrośnie, to stworzy warstwę, pod którą zacznie się rozwijać grzyb, więc na grzyba też pryskamy. Na przedwiośniu jest zawsze niebezpieczeństwo wymarznięcia, ale na to nie ma rady,  natomiast jeżeli się uda przetrzymać mrozy, to na wiosnę pryskamy  na robaka, no i na chwasty… Matko! Przecież to wszystko nie znika za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tylko zostaje w ziarnach, a potem w oleju. I tak też jest ze wszystkimi zbożami. Nagminnie używany jest roundup i nadal panuje przekonanie, że on się rozkłada w ziemi. Mimo, że już od jakiegoś czasu  zniknęły z opakowań informacje, że jest biodegradowalny.

Innym problemem jest jeszcze grzebanie w genetyce. Dzisiejsza pszenica zawiera pięć razy więcej glutenu niż dawniej.  Praktycznie cała uprawiana kukurydza to jest GMO. Zniszczono stare odmiany jabłek, wprowadzając w latach siedemdziesiątych ich genetyczne mutacje, z których dziś niewiele w ogóle przypomina smakiem prawdziwe jabłka.

W gospodarstwie Marty rosną takie odmiany jabłoni, o jakich nawet nie słyszałam. To jeszcze zasługa dziadków, bo drzewa mają ponad osiemdziesiąt lat. Marta przycięła je, więc znowu dobrze owocują. Sadzi też zaszczepione stare odmiany. W okolicy mamy szkółkę, która odtwarza stare drzewa owocowe. 

Miło się patrzy, jak obydwoje krzątają się w gospodarstwie. Mają sporo zwierząt, ale wszystkie żyją wolno – kaczki, kury, gęsi, perliczki łażą gdzie chcą, dziobią co chcą. Mama Marty mówi, że kura potrafi wybrać się na wycieczkę nawet dwa kilometry od domu. Swoją drogą nie zawsze uda jej się wrócić, bo lis tylko na to czeka. Krowy ( stara odmiana Jersey) wyprowadza się na łąkę, pieski i koty mają obowiązki, ale dostają w zamian i jedzenie, i miłość.

A wieczorami Marta plecie wianki. Piękne kolorowe dekoracje z ziół, zbóż, gałęzi krzewów i owoców. W sezonie robi nalewki z płatków róży, konfitury z zielonych pomidorów. Marta to taka nasza wiejska czarownica, zielarka, o niedzisiejszej urodzie, która dobrze się wpisuje w średniowieczny kostium.

Żyją z Michałem w swoim zakątku, jakby na innej planecie. Zakochani, szczęśliwi, ale inni niż  okoliczni mieszkańcy, którzy uważają ich trochę za dziwaków.

TAKA GMINA

1 komentarz

WSZELKIE SKOJARZENIA Z RZECZYWISTYMI OSOBAMI SĄ BEZPODSTAWNE, ALE NIEWYKLUCZONE

Prawie rok  temu nasza gmina, po wyborach samorządowych, dostała nowego gospodarza. Poprzedni wójt rządził w gminie przez 23 lata, ale, niestety, umarł. Natomiast  wójt Nepomucen Bubek dość  szybko pokazał najgorsze z możliwych standardy urzędowania.

Wiadomo, że wokół stolca nowego władcy zawsze zgromadzi się grono chwalców. Tak też i tu się wydarzyło, ale niech by mu tam… Ale nie wystarczyły mu hołdy wiernych poddanych. Postanowił wymienić wszystkich swoich urzędników na bezwzględnie podległych i zaczęło się polowanie na czarownice.

Na początek zabrał się za wyrugowanie dyrektora szkoły, który miał czelność kiedyś nie przyjąć do pracy jej wysokości żony Nepomucena Bubka, Żanety. Ogłosił konkurs na dyrektora. Zgłosiło się dwóch kandydatów, ale tylko jeden spełnił warunki formalne. Ten (wcześniejszy dyrektor) więc konkurs wygrał, co stwierdziła szacowna komisja, z urzędnikami gminy i kuratorium w składzie. Cóż z tego? Wójtowi przecież nie o to chodziło, więc unieważnił konkurs. Co sobie będzie żałował.

Dyrektor oczywiście  złożył skargę do wojewody. A wojewoda nakazał uznać wynik konkursu i przywrócić dyrektora na stanowisko. Trochę zatrzęsło Nepomucenem Bubkiem, ale zwołał naradę swoich wiernych druhów i uchwalili, że trzeba zaskarżyć decyzję wojewody do Sądu Administracyjnego. Tym razem jednak postanowił zdjąć odium odpowiedzialności z własnego karku i na sesji Rady Gminy podetknął radnym uchwałę w tej sprawie do podpisu.

Przykro mówić, ale radni nasi nie są szczególnie wykształceni i na pewno nie orientują się w Prawie Pracy ani zasadach przeprowadzania konkursów. Próbowali się nawet początkowo bronić przed podjęciem takiej decyzji. Któryś z radnych oświadczył, że chciałby najpierw skonsultować się ze swoimi wyborcami. Usłyszał wtedy, że nie po to go ludzie wybierali, żeby się teraz z nimi konsultował. Inny radny, w swojej przytomności poprosił, by ktoś z zewnątrz przeprowadził szkolenie radnych w sprawach prawnych. W końcu nawet każdy poseł przechodzi szkolenie na początku kadencji. Wtedy wójt powiedział,  że gmina nie ma pieniędzy na takie szkolenia, co najwyżej może radnym zorganizować wyjazd integracyjny. I… niestety zamknął tym temat. Radni nie dowiedzą się na razie, że to oni stanowią prawo w gminie i że na tym polega samorządność. Nepomucen zaś wykształcenie ma, a i ludźmi manipulować już się nauczył. W końcu od czegóż ma żonę?

Rada przyjęła  większością  głosów uchwałę o zaskarżeniu decyzji wojewody. Nasz Bubek urósł we własnych oczach. Co mu tam wojewoda będzie się wtrącał! Sam jest  panem na zagrodzie!

Sprawa się toczy własnym trybem, ale nudzić się nie możemy, bo już kolejna aferka zajmuje miejsce poprzedniej. Tym razem wójt wykorzystał młodą i pełną zapału kobietę. Pani Jola jest urodziwą, wysoką i zgrabną kobietą, a co gorsze, jest inteligentna i uzdolniona muzycznie, a przy tym aż kipi od chęci do pracy. No wiem, tyle zalet, kto to może wytrzymać!? Nepomucen dostrzegł te wszystkie wredne cechy i namówił panią Jolę, by zajęła się kulturą w gminnym ośrodku. Obiecał jej, że zostanie dyrektorem Gminnego Ośrodka Kultury, że dostanie dobrą pensję,  ale najpierw musi ją zatrudnić na umowę na stanowisku animatora, bo trzeba najpierw wyrzucić poprzednią dyrektorkę, panią Beatę,  a jakoś nie ma do tego serca, bo dobry człowiek jest. Przesunie panią Beatę na stanowisko bibliotekarki, a ona na pewno zrozumie i sama się zwolni.

A nasza, pełna wiary Jola zaufała. Zabrała się do roboty, jeździła, szkoliła się, pisała projekty na fundusze z ministerstwa, unijne, rozkręciła  warsztaty i różne zajęcia dla dzieci i rodziców, organizowała koncerty. Wszystkie papierki karnie podsuwała do podpisu starej dyrektorce, bo formalnie była jej podwładną. A wójt, jak dobry ojciec, dopytywał się czy już się przeprowadziła bliżej gminny, żeby nie musiała tak daleko dojeżdżać…

Zbliżały się dożynki, ważne święto, jak to na wsi. Pani Jola przygotowała imprezę, zaprosiła znany kabaret, modne popowe zespoły muzyczne, a ponieważ kończyła jej się umowa, zaszła do wójta, by wreszcie formalnie wprowadzić w życie wszystkie wcześniejsze ustalenia. A nasz jaśnie oświecony Nepomucen oświadczył, że jej umowy nie przedłuży, bo zdecydował się przeprowadzić konkurs. Pani Jola oczywiście się zagotowała. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. I w pierwszym odruchu zapytała, kiedy chciał jej to zakomunikować. ” Na dożynkach” -  oświadczył z niebywałą szczerością.

Tak oto pani Jola nagle znalazła się na bruku, bez środków do życia, z małym dzieckiem, które już zapisała do tutejszego przedszkola, co teraz oznacza dla niej dalekie dojazdy. I tak, jak mówi, na szczęście nie zdążyła się przeprowadzić, kupić domu i wziąć kredytu, do czego namawiał ją wójt-odnowiciel. Biedna pani Jola pewnie miała pecha, że jest ładna i zgrabna, więc musiała  podpaść żonie Żanecie. A żona Żaneta  przecież szczera jest. Kiedy witała się po występie z aktorami z kabaretu, podała szacowną dłoń mówiąc: „To ja jestem ta wójtowa”.

Jako że żona Żaneta jest nauczycielką, posypały się przetasowania w szkołach. Atmosfera tak zgęstniała, że nauczyciele unikają spotkań w pokojach nauczycielskich. Jak tylko ktoś pozwoli sobie publicznie zająć stanowisko w sprawach szkoły niezgodnie z aktualna linią, dostaje naganę. Proste? Co z tego, że to mobbing. Kto by się przejmował? Teraz wójt ma większe zmartwienie. Pechowo szkoła podstawowa w naszym Chmurowie ma najlepsze wyniki w powiecie. Wydawało by się, że to powód do radości, a jednak… Przecież to nie jest szkoła, w której pracuje żona Nepomucena. A to nie uchodzi, to chyba jasne! Zbiera więc wójt haki na dyrektora naszej szkoły. No, może uda się coś znaleźć i szkoła już nie będzie najlepsza w powiecie… Bo to, niestety,  nasza wada narodowa – zamiast sami podciągnąć się – uwielbiamy ściągać za nogi w dół tych, którzy choć trochę się wspięli wyżej od nas.

Ostatnio na Sesji Rady Gminy zdenerwowany obywatel wygarnął wójtowi, co myśli o jego rządach. Posypały się artykuły w lokalnych gazetach. W gminie bezrobocie aż huczy i innych problemów co nie miara, a nam się tu szykują igrzyska i przepychanki kadrowe.

Trudno wprost uwierzyć. Taka gmina – zadupie, piękne okoliczności przyrody, ale choroba władzy dotarła tu w ostrej postaci. Zamiast walczyć, by wyrwać środki unijne i zrobić tu mały raj, by cieszyć się życiem, mamy wojenkę, nerwy i festiwal podejrzliwości. A kadencja trwa cztery lata…

 

Pacnęłam ręką komara, a on wpadł wprost w sieci małego pajączka, który zaraz starannie go oplątał, przy czym naprawdę włożył w to zajęcie ogromnie dużo energii. Dla mnie jeden niewiele znaczący odruch obronny; ot, machniecie ręką, dla komara – koniec świata, a dla pajączka – przetrwanie i szansa na jakieś dalej. Właśnie wcina kolację.

Mrówka ma ze cztery milimetry, ale jeśli poczuje się zagrożona to ugryzie, także człowieka, który ma na przykład sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. To oznacza, że mrówka w obronie gniazda i gatunku atakuje kolosa, który jest od niej większy czterysta pięćdziesiąt razy. Przekładając to na ludzkie relacje, człowiek musiałby odgryźć się potworowi, który mierzyłby ponad osiemset metrów. To jakaś abstrakcja.

Co więc maleńkiej mrówce każe gryźć „obcego”? Ktoś powie, że to tylko odruch bezwarunkowy prostego organizmu. Ale czy mrówka gryzie kamień, gdy ten na nią spadnie? Czy atakuje rozbujaną wiatrem gałązkę, która ją zrzuca z obranej drogi? No nie. Jakimś nadzwyczajnym instynktem ( gdzie to się mieści?) rozpoznaje gdzie ta kropelka jadu może być skuteczna.

Świat mrówek i ludzi to światy równoległe. Działamy, żyjemy bez świadomości tego drugiego do czasu, gdy te światy jakoś o siebie zahaczą.

A czy mrówka widzi człowieka? Niemożliwe, zbyt duża rozbieżność skali. Więc może i my nie dostrzegamy jakiegoś bytu, który jest poza naszym oglądem, a czasami „machnie ręką”…

4 września w  lokalnej szkole  gościliśmy twórców filmu ”Niepamięć”. Mimo kiepskiej pogody ( dlatego pokaz, który miał być plenerowy, został przeniesiony do szkoły) oraz meczu piłkarskiego, publiczność dopisała, film obejrzało około pięćdziesiąt osób.

Film, o charakterze prowokowanego dokumentu, przedstawia dwoje młodych ludzi – Magdę, która pochodzi ze wsi  i czuje się chłopką oraz Franka, urodzonego w rodzinie arystokratów artysty malarza. Z zapowiedzi wynikało, że razem odbędą podróż do swoich korzeni , by lepiej zrozumieć  historię, a szczególnie skutki niegdysiejszych zależności pańszczyźnianych pan-chłop i ocenić ich wpływ na dzisiejsze relacje tych dwóch grup społecznych.

Ku zaskoczeniu twórców, po projekcji  większość widzów została, by porozmawiać o filmie. Dyskusja była bardzo żywa, ale autorzy chyba nie takich reakcji się spodziewali. Widzowie zarzucili autorom jednostronny ogląd problemu i z gruntu fałszywe założenie.

Mieszkańcy  tutejszych okolic mają zupełnie  inne doświadczenia niż rodzina głównej bohaterki – w ich pamięci pan  był tym, który zawsze pierwszy się kłaniał, także chłopom. Jest też dobrze wspominany dzięki swojej działalności dla okolicznej ludności.

A twórcy skupili się na udokumentowaniu  tezy , że szlachta ciemiężyła chłopów w przeszłości i nadal czuje się lepsza od ich potomków. Na dodatek – jak uważają – dawne zależności pan-chłop przeniosły się na dzisiejsze relacje wieś–miasto, gdzie ludzie ze wsi są źle traktowani i pogardzani  z powodu swego pochodzenia.

Filmowa Magda próbuje leczyć swoje głębokie kompleksy społeczne, sięgając nawet czasem do niesmacznych opowieści o „rezaniu” panów. To rewanżyzm historyczny i popłuczyny sowieckiego myślenia. Przecież nikt z nas nie jest w stanie wybrać sobie rodziny, w której się urodzi. Nasze pochodzenie, kolor skóry czy wyznanie nie decyduje o tym jakim będziemy  człowiekiem i co zrobimy ze swoim życiem. Stygmatyzowanie człowieka z jakiegokolwiek powodu jest po prostu niegodziwe.

A film nie postawił Frankowi innego zarzutu, jak tylko ten, że dziedziczy tytuł hrabiowski. Reżyser z lekceważeniem potraktował jego dylematy twórcze i ośmieszył Franka, kiedy ten spróbował pracy w gospodarstwie. Franek widział w Magdzie tylko ładna kobietę (malował jej portret), a ona widziała w  nim jedynie parszywego potomka ciemiężycieli  chłopów pańszczyźnianych. Reżyser nawet nie dał nam sygnału czym zawodowo zajmuje się Magda. Uczynił z niej ucieleśnienie nienawiści i – jak powiedział jeden z widzów -” poszczuł, by przegryzła gardło hrabiemu”.

Przy okazji w dyskusji ujawnił się dodatkowy aspekt – brak dobrej edukacji historycznej w szkołach i nad tym problemem na pewno warto się głębiej zastanowić.

20150730_152444

Jacek poszedł na budowę, a  po chwili przybiegł i woła: „Weź grube rękawice i chodź!”. Pobiegłam, a tam w otworze przyłącza wodnego leży zwinięta kulka z kolcami. Wyjęłam ją i czekamy czy będzie jakaś oznaka życia, bo przecież nie wiemy ile dni tam biedak siedział. Jeżyk, młody, bo miał jakieś dwadzieścia centymetrów długości, był cały uwalany wapnem, poobklejany styropianem i kawałkami folii – widać próbował się wygramolić, ale tam ścianki betonowe pionowe i nie miał szans.

Zupełnie się nie ruszał, ale wydawało nam się, że oddycha. Obraliśmy go ze śmieci i zabraliśmy gościa w cień na trawę, na wilgotny piasek i położyliśmy koło małej kałuży. Musiał być odwodniony, więc jeśli miał przeżyć, na pewno  musiał  się napić. Zostawiliśmy go w spokoju, żeby poczuł się wolny. Po kilku minutach wróciliśmy, a nasz jeżyk już się rozwinął i próbował chwiejnym krokiem przemieścić się … no chyba sam nie wiedział gdzie, bo kręcił się bezładnie.

Postanowiliśmy więc zabrać go do środka i poczekać aż wróci do sił. W płaskim kartonowym pudle ułożyliśmy trochę roślin łąkowych, spodeczek z wodą i  – przyznaję się, mam je na sumieniu – dżdżownice, które wykopałam na grządce. Zostawiliśmy jeżyka, który z powrotem się zwinął, w spokoju. Po jakimś czasie okazało się, że  nasz pacjent skonsumował dżdżownice i rozgląda się za jeszcze. Przyniosłam z kuchni trochę posiekanego mięsa i rosół w postaci galaretki. Rzuciliśmy to na liście, a kolczasty koleś zaczął pałaszować z zapałem. Pozerkiwał na nas bokiem, ale wcinał.

Do tej pory nie wiedzieliśmy, że jeże gadają.  A nasz pensjonariusz cały czas burczał. To coś między chrumkaniem i chrapaniem. Przedziwne, ale sympatyczne, chociaż pewnie było ostrzegawcze. No i oznaczało, że coraz pewniej się czuje.

Nie wiedzieliśmy też wcześniej, że jeż ma takie dziwne kołkowate zęby, a nasz bohater zaprezentował je nam w całej okazałości, kiedy na pożegnanie rozwinął się w moich dłoniach i fantastycznie ziewnął.

Po posiłku wylazł z pudełka i zaczął zwiedzać dom. Poruszał się tak żwawo, że uznaliśmy, iż jest gotowy wyjść z paki. Zrobiliśmy tylko pożegnalne zdjęcie i puściliśmy jeżyka w trawę. Dziarsko popędził przed siebie i zniknął pod paletą z dachówkami. Pewnie wrócił do domu. Mamy nadzieje, że niedługo go znów zobaczymy i to w dobrej kondycji.

Tym razem wszystko się dobrze zakończyło. Ot, życie…

Już jakiś czas temu słyszeliśmy, że w nocy coś skacze na strychu. Myśleliśmy, że może kuna albo inne zwierzątko tak hałasuje. Mamy tam jeszcze przecież nietoperze, wiec się specjalnie nie przejmowaliśmy.
Kiedyś weszłam do warsztatu, a tu wysoko nad moją głową pojawił się czarno-biały pyszczek i zamiauczał. To było jakiś miesiąc temu. Doszliśmy do wniosku, że może kotka od sąsiadów znalazła bezpieczne miejsce na wychowanie młodych. Pogadaliśmy z sąsiadką, a ona potwierdziła nasze przypuszczenia, bo – jak mówi – u nich kocury zagryzają młode, więc kotki muszą je dobrze chować.  Nie wiedzieliśmy jak kotka mogła wejść do warsztatu, ale był otwarty jeden otwór wentylacyjny, więc przypuszczaliśmy, że tędy. Zostawiliśmy jej  jedzenie i wodę i daliśmy spokój.
Jedzenie zniknęło. Woda nie. Zostawiliśmy kolejną porcję karmy, ale ta stała kilka dni, więc w końcu ja zabrałam, by nie stała się zachętą dla myszy.
Za kilka dni znalazłam nasze worki ze śmieciami kompletnie porozrzucane. Kicia pokazała się znowu z miaukiem, wysoko pod sufitem. Ale żadnych odgłosów małych kotków.
Nie rozumiemy co ona właściwie u nas robi, czy w ogóle wychodzi na dwór. W końcu zeszła na dół. Jest strasznie chuda, po prostu szkielecik. Jak Jacek ją zobaczył, to stwierdził, że trzeba odkarmić, bo wiejskie koty ją zabiją.
Znowu ją dokarmiamy. Teraz  już regularnie i zjada wszystko. Pije też. Ale nie wygląda na to, by wychodziła na zewnątrz. Zostawiamy jej na kilka godzin drzwi otwarte i  nic. A najdziwniejsze, że nasze koty nie reagują. One zwykle penetrowały warsztat codziennie, a teraz się nie interesują. Tylko Tusia obwąchuje.

Kompletnie nie rozumiemy sytuacji i nie mamy pojęcia co robić. Czy ona ukrywa się przed światem? Czy to leśna kotka? Czy rzeczywiście ma małe? Trochę już za długo to trwa, by małe były niesłyszalne. A nie mamy dostępu do jej kryjówki, bo to jest miedzy starym stropem i nowym sufitem łazienki. No i co dalej?

 

Minął kolejny tydzień i kotka przestała zjadać karmę. Zniknęła, więc uznaliśmy, że powędrowała w świat.

 

Jakoś tydzień temu  zaczęliśmy czuć w domu nieprzyjemny odór. Drugiego dnia było jasne, że to zapach padliny. Przypuszczaliśmy, że któryś z naszych kotów przyniósł jeszcze żywy fant w postaci myszki czy szczurka i to biedne zwierzątko oddało ducha pod meblami.  Łudziliśmy się, że po dwóch dniach myszka zaschnie i zapach zniknie ( tak podobno jest, jak mówił nam znajomy weterynarz). Ale fetor dochodził jakby z góry, coraz bardziej dokuczliwy. Przejrzeliśmy więc strych i warsztat, ale bezskutecznie. Okropny zapach coraz bardziej wypełniał dom, więc nie było wyjścia i rozebraliśmy fragment stropu. Znaleźliśmy tam  naszą biedną koteczkę, zwiniętą w kłębek na wełnie mineralnej. Niestety w stanie zaawansowanego rozkładu.

Nie rozumiem dlaczego umarła, kiedy miała dostęp do jedzenia i picia. Dlaczego nie miauczała, nie wołała pomocy. Pewnie była chora. Ale czy to prawda, że koty zawsze umierają w samotności? Dlaczego tak jest? Przecież mimo, że była dziką kotką, obdarzyła nas zaufaniem. Czy ona przywędrowała do nas umrzeć w spokoju? No i dlaczego nasze koty w ogóle nie reagowały, nie interesowały się Kicią . Dlaczego suczka nie szczekała i nie anonsowała intruza, chociaż zwykle jest bardzo czujna? Czy nasi czworonożni domownicy wiedzieli, co się dzieje, czy jakimś swoim zmysłem wiedzą i akceptują stan rzeczy?

Tak naprawdę niewiele wiemy o ich świecie, rozumiemy tylko to, co daje się przełożyć na nasze ludzkie zachowania.

Jest mi okropnie smutno, a świadomość, że Kicia umierała bez pomocy tuż nad naszymi głowami jest przytłaczająca. Niby wiem, że nic nie można było zrobić, ale okropnie mi żal.

Budujemy oczyszczalnię biologiczną. Jej częścią jest oczko wodne. Wykopaliśmy dziurę, wyłożyliśmy geowłókniną i folią i zaczęliśmy obsadzać zbiornik roślinami.

Właściwie już następnego dnia po nalaniu wody do oczka zaczęło wprowadzać się życie. Najpierw pojawił się pływak żółtobrzeżek, który co chwilę wystawia dupkę nad wodę, by nabrać zapas powietrza. Ujawniły się licznie jakieś drobne żyjątka, a wczoraj byliśmy świadkami szczęśliwego końca wędrówki mikroskopijnych ropuszek. Nie miały nawet dwóch centymetrów. Dwie takie skończenie śliczne i niebywale sprawne istotki na koniec wskoczyły do naszego zbiornika. Ale wcześniej musiały pokonać odległość trzystu, czterystu metrów, od stawu sąsiada, co pewnie zajęło im ze trzy dni. Ale skąd, na boga, wiedziały dokąd iść, skoro jeszcze tydzień temu nie było naszego oczka?

To wielka tajemnica Natury. Człowiek przypisuje sobie ogromną wiedzę, szczyci się inteligencją, sięga gwiazd, a  nie potrafi wyjaśnić takich zjawisk jak opisane powyżej. W jakimś sensie te ropuszki są mądrzejsze od nas, chociaż przecież nie czytają książek.

BABKA KOKOSOWA( BEZGLUTENOWA, OCZYWIŚCIE)

25 dkg mąki jaglanej lub ziemniaczanej
5-10 dkg mąki kukurydzianej
6 jajek
25 dkg cukru
10 dkg wiórków kokosowych
300 ml oleju rzepakowego
1 łyżka śmietany lub jogurtu naturalnego
skórka pomarańczowa
cukier waniliowy
proszek do pieczenia
cukier puder
Z białek bijemy sztywną pianę i odstawiamy w chłodne miejsce.
Żółtka ucieramy z cukrem ( w mikserze), dodajemy po łyżce zmieszane mąki i olej – na zmianę. Dodajemy  kokos, śmietanę ( jogurt), proszek, skórkę oraz cukier waniliowy i jeszcze mieszamy mikserem.
Natomiast pianę trzeba wmieszać ręcznie łopatką, co nie jest łatwe, bo ciasto ma na początku konsystencję kruchego, ale potem ładnie przyjmuje pianę.
Formę keksową wykładamy papierem do pieczenia i wylewamy do niej ciasto. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy  1 godzinę.
Po upieczeniu wyjmujemy delikatnie i studzimy w formie. Zimną babkę posypujemy cukrem pudrem.