owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wyjazdy na wieś były niewątpliwą atrakcją dla wszystkich członków stada, ale w mieście też nam się nie nudziło. Nasi ludzie mieli swoją pracę i inne sprawy, a my z bratem swoje gonitwy i zapasy, różne zabawki,  wygrzewanie się na słońcu i słodkie obżarstwo. A do tego rytuały. Codziennie wieczorem właziłem na stół albo biurko ( zależy, gdzie tato akurat siedział) i układałem się na lewym ramieniu taty, zawsze na lewym, tym samym, na którym pierwszy raz położył mnie sobie w Łebie. Mościłem się tak, mruczałem  i zasypiałem. Często po prostu przeszkadzałem mu w pracy na komputerze, ale on, biedny,  znosił to bez skargi, bo go to okropnie wzruszało. A kiedy nie było taty, to uwalałem się na ramieniu mamy. Obydwoje głaskali mnie wtedy, było  bezpiecznie, przytulnie i miło. Pełny komfort.

No i oczywiście spaliśmy wszyscy razem. Tato zamówił wielkie łóżko, które było jak wyspa na morzu. Wieczorem wszyscy złaziliśmy się tam. Awa spała przytulona do taty, a my z bratem zwykle po obu stronach głowy mamy, a czasem przytuleni do siebie.

Tak minęło lato, a we wrześniu rodzice zabrali nas wszystkich na wakacje. Jechaliśmy do Łeby! Cichosza znowu był nieszczęśliwy, a ja też trochę marudziłem w czasie tak długiej podróży, ale jak tylko poczułem znajome zapachy okolic Parku Słowińskiego, to przestałem się wiercić i już tylko wciągałem znajome powietrze.

Nasi ludzie wynajęli to samo mieszkanie, co przed rokiem, ale nie miałem złych skojarzeń. Czułem się dobrze, a mętne wspomnienia dzieciństwa intrygowały mnie możliwością konfrontacji tamtego mnie i dzisiejszego.

Tato zrobił nam konstrukcję z siatką na tarasie, żebyśmy mogli jak najwięcej przebywać na powietrzu, ale jednak bezpiecznie oddzieleni od tubylczych kocurów, które codziennie grasowały pod domem ( w końcu były u siebie). Ganialiśmy się z bratem, polowaliśmy na siebie nawzajem, a potem godzinami rozszyfrowywaliśmy wiadomości niesione wiatrem znad  mokradeł  i od morza.

Któregoś popołudnia mama zabrała mnie na smyczy na zachodnią plażę. Pozwoliła mi spokojnie obwąchać wszystkie znajome kąty na parkingu, gdzie spędziłem dzieciństwo, byliśmy też razem nad samym brzegu morza. Było pięknie, wcale się nie zestresowałem, miałem już w sobie pewność, że jestem pod dobrą opieką, więc mogłem bez emocji powracać do wspomnień. Czułem, że moje rodzone stado jest w pobliżu i wiedziałem też, że jest tam moja kocia mama, to znaczy ze przeżyła kolejną zimę i pewnie urodziła kolejne dzieci.

Usłyszałem potem jak mama mówiła pani Magdzie, od której ludzie wynajęli mieszkanie, że znów jest pięć małych kociąt z drugiego miotu i trzeba coś zrobić…Pani Magda podjęła wyzwanie i zgodziła się przyjąć dwa, trzy kotki. Miała duży dom z ogrodem koło Słupska. Tylko… no właśnie, trzeba było te kotki złapać. Tato znów stanął na wysokości zadania. Przygotował siatkę i rękawiczki i pojechali z mamą na parking. Pani Magda z mężem czekała z transporterem przed domem.

Mama nalała mleko do dużej miski, oczywiście zaraz kocia czereda wyłoniła się z kątów i rzuciła do miski. Wtedy tato zarzucił siatkę… Podobno panika była nieprawdopodobna. Większe koty pouciekały od razu, a z maluchów udało się złapać tylko szaro-białego pręgowanego kotka, który z przerażenia darł się wniebogłosy i próbował drapać. Pani Magda zabrała więc tylko tego jednego dzikusa. Potem relacjonowała mamie przez telefon, że Lenor (dzieci dały mu takie imię, bo był bardzo puszysty) dość szybko się oswoił i codziennie przychodził do dzieci na głaskanie. Niestety kilka miesięcy później dowiedzieliśmy się, że Lenor nie przeżył spotkania z samochodem. Pani Magda znalazła go na ulicy przed domem, był jeszcze ciepły…

Mama powiedziała wtedy, że już nie będzie zabierać żadnego kotka z parkingu przy plaży. Napisała do stowarzyszenia opieki nad zwierzętami w Lęborku i opowiedziała im jaka jest sytuacja kotów w tym miejscu. Tacy mili państwo, którzy prowadzą sklep wędkarski w Łebie zobowiązali się zimą dokarmiać tamte  koty. To się chyba udało, mieliśmy później relacje od znajomych. Teraz podobno ktoś postawił dla nich nawet domki na zimę.

cdn.

Nadeszła wiosna, a z nią niepokojące zapachy zza okna i jakieś znajome zalotne kocie piosenki dobiegały z dworu. Rodzice szeroko otwierali okna. Założyli tam siatki, podobno dla naszego bezpieczeństwa. Cichosza mi opowiadał, że mama kiedyś sprzątała półki na regale i tak niefortunnie stanęła na biurku, że  jak spadała, to jeszcze przewróciła krzesło i narobiła takiego huku, że brat, który akurat siedział na parapecie, z przerażenia wyskoczył przez okno. To było pierwsze piętro, ale pod oknem chodnik betonowy. Mogło być różnie, ale nic mu się nie stało. Sam nie wie jak znalazł się pod jakimś samochodem  i wyszedł stamtąd dopiero, gdy mama  zeszła po niego z Awą. Awka była wystarczająco dużą smoczycą, by się niczego nie bać.

Tak więc tato zamontował siatki i mogliśmy leżeć na parapecie za skrzynkami z kwiatami i słuchać plotek jaki kot z jaką kotką, słuchać koncertu ptaszków (ale o polowaniu ani marzyć, ech…) i wszystkich żyjątek, które cykają, brzęczą i trzepoczą.

Wtedy Cichosza pokazał mi jak się łapie muchy. Na początku mi nie wychodziło, ale w końcu kiedyś udało się – nastawiłem uszy i jednym susem złapałem ją dwiema łapami. Jak była smaczna. Ależ byłem z siebie dumny! Brat też mnie pochwalił. Tylko mama jakoś nie rozumiała naszego zachwytu.

Któregoś dnia mama założyła nam szelki. Najpierw Cichoszy (brat od początku ich nie polubił), a potem mnie. Zabrała nas po kolei na spacer do ogrodu przed domem. Dla mnie szelki i smycz nie były skaraniem, bo czułem się pewniej, będąc jakby przywiązany do mamy, kiedy stawiałem pierwsze kroki w nowym terenie. A tam była trawa! Chłodna, wilgotna, fantastyczna! I pachnąca ziemia, i tyle nowych zapachów i dźwięków. Przypomniało mi się dziecięce lato z zapachem igliwia i nadmorskich krzewów. I jeszcze coś – usłyszałem jak nornica biegnie pod ziemią. Od razu zrozumiałem, że gdybym tylko posiedział tak z godzinkę przy jej norce… Ale nic z tego, mama miała inne plany.

Nasi ludzie często zostawiali nas samych na kilka godzin. Za to Awę często zabierali ze sobą. Któregoś dnia przywieźli nam miskę pełną kęp trawy i perzu. Jakież to było smakowite. Kocia sałata! A razem z trawą przyjechał zapach łąki i lasu. To była zapowiedź, bo niedługo potem zapakowali do samochodu nas wszystkich. Awa wskoczyła do auta szczęśliwa. Dla niej w ogóle samochód był budą. Opowiadała, że praktycznie spędziła tam dzieciństwo, ale za to wszędzie jeździła z panem, to znaczy z tatą i mogła go pilnować, żeby nie narobił głupot. Bo ludzie są czasem tacy nierozważni … Wchodzą do wody, bo im się wydaje, że umieją pływać. Nieraz Awa musiała tatę wyganiać z wody albo bronić przed falami, dla jego dobra oczywiście.

Za to Cichosza był przerażony. A… jeszcze nie powiedziałem dlaczego brat dostał imię Cichosza. On prawie się nie odzywał do ludzi. Pierwsze cichutkie miauczenie ja sam usłyszałem dopiero wtedy. To był protest przed podróżą. Cichosza nie znosił jazdy samochodem. Było mu niedobrze i często wymiotował, a czasem nawet gorzej, …no lepiej nie mówić. W każdym razie Cichoszę rodzice zamknęli w wiklinowym koszyku i postawili obok Awki na tylnym siedzeniu. Ja, jak zwykle, siedziałem u mamy na kolanach z przodu. Pojechaliśmy -  jak powiedzieli nasi ludzie – na działkę.

Po drodze falami przelatywały zapachy i hałasy. No nie były to przyjazne dla kotów dźwięki. Gwar miasta, szum samochodów na drodze to nie dla nas. Ale w końcu skręciliśmy w bok od głównej drogi i od razu zmieniły się zapachy, a hałasy ucichły. Zapachniało rozgrzanym lasem, mokrymi łąkami i czymś, czego w ogóle nie znałem – wsią. Pierwszy raz poczułem zapach kur i kaczek, krów i świnek oraz  tego, co pozostawiały po sobie w kurnikach i oborach. Rodzice mówili, że teraz krowy często w ogóle nie widują trawy ani słońca, bo całe życie stoją w boksach na betonie, przywiązane łańcuchami i są traktowane jak maszyny do produkcji  mleka. Dziwne, że one to znoszą. Koty by nie mogły żyć w niewoli. Nam wolność jest potrzebna jak tlen. A że  ludzie potrafią być okrutni to już wiedziałem z własnego doświadczenia.

Ale minęliśmy wieś i pojechaliśmy w stronę lasu. Był tam też zapach wody, ale inny niż morski. Tam płynęła rzeka. Już wiedziałem, że mi się tam będzie podobać. Mama założyła nam szelki i puściła do ogrodu. Cichosza od razu zaczął jeść trawę, no to ja też, a potem on gdzieś przepadł, a ja powoli penetrowałem teren, próbując stworzyć sobie w głowie mapę tego miejsca. Działka była ogrodzona, więc nie musiałem się obawiać, że pójdę za daleko, co na razie mi odpowiadało. Dreptałem po trawie wąchając i węsząc. Nasłuchiwałem obiecujących odgłosów pod powierzchnią ziemi. Potem dotarłem do miejsca, gdzie coś na mój widok zrobiło chlup i tam odkryłem mały zbiornik wodny, w którym aż gęsto było  od różnych odgłosów. Nauczyłem się już „widzieć uszami”, ale to wszystko to były nowe doświadczenia i tego pierwszego dnia tak się zmęczyłem, że nie wiem kiedy zasnąłem pod krzakiem. Ale obudziłem się w drewnianym domku (gdzie mnie mama zaniosła) na łóżku, obok Awy i Cichoszy. To oznaczało, że zostajemy na dłużej. Fajnie. Wieczorem działka jeszcze ładniej pachniała, a po rosie szły takie informacje znad rzeki i z lasu…

Później wielokrotnie jeździliśmy na kilkudniowe wypady na działkę. Mama zawsze ubierała nam szelki, do których był przyczepiony dzwoneczek – „Aby ostrzec ptaszki” – jak mówiła. Tak było do czasu, gdy Cichosza, buszując po okolicy, zgubił drugie szelki, a znalazł je sąsiad zawinięte wokół wirnika pod maską swojego samochodu. Rodzice natychmiast zrezygnowali z szelek. Cichosza triumfował. Udało się!

A właśnie, brat wychodził jakoś z działki i zwiedzał okolicę. Znikał mi z oczu na długie godziny i trochę mi było smutno. Kiedyś prosiłem żeby mnie ze sobą zabrał, ale tylko trzepnął łapą w siatkę. „Ty zostajesz, Młody, nie dałbyś sobie rady na wolności”. Tak mi powiedział, a mnie to dotknęło do żywego kociego pazura.

Mama czasami zabierała mnie do lasu na smyczy. Albo razem z tatą wędrowaliśmy po tym lesie zimą. Już miałem ułożoną mapkę dojścia do rzeki i na skarpę. Planowałem więc kiedyś dać nogę i samodzielnie zwiedzić okolicę. Ale nie wiedziałem jeszcze jak wyjść. Przed nosem miałem siatkę albo bramę i nie widziałem gdzie one się kończą. Cichosza gdzieś wskakiwał, ale gdzie? Próbowałem wdrapać się na drzewo, ale tylko kawałek, bo nie widziałem co jest dalej.

W okolicy pojawiały się też inne koty. Cichosza mówił, że przychodzą ze wsi szukać jedzenia u ludzi, a my jesteśmy dla nich niepotrzebną konkurencją do żarcia. Kilka razy brat wdał się w bójkę i oberwał, ale też natłukł tamtym solidnie. W końcu my byliśmy odpasieni, więc silni, a tamto były chucherka, tyle że z jajkami.

A odnośnie jedzenia – mama nam dawała surowe i gotowane mięso, biały ser, no i smakowite chrupki. I właśnie te chrupki to był mój problem. Bo zawsze na parapecie stała pełna ich miseczka. Nie mogłem się  powstrzymać, za każdym razem zakopywałem je „na później”, drapiąc w kamienny parapet. Głupio to wyglądało, ale nic nie mogłem poradzić na instynkt, który przypominał mi, że kiedyś byłem bardzo głodny.

Jakoś po piątym pobycie na wsi byłem już zdobywcą. Sam upolowałem ryjówkę! Poleciałem do mamy pochwalić się, ale ona się zupełnie nie poznała, nie pochwaliła, no i staraj się tu człowieku, …pardon, kocie. Dość szybko się zorientowałem, że rodzice nie gustują w naszych przysmakach  i przestałem przynosić trofea do pokazania. Sam zajadałem w zaciszu krzaków. Tylko żaby nosiłem w pysku, bo one były nie do jedzenia, a do zabawy. Puszczałem – uciekały, to ja znowu cap!

Mama mi zbierała te żywe zabawki, ale ja je znowu łapałem. Właściwie to był odwet, bo właśnie przez żabę wylądowałem w stawie. Skoczyłem za nią i plum, prosto do wody. Odruchowo natychmiast wyskoczyłem z wody, ale tak naprawdę nie było to nieprzyjemne doświadczenie. Przy okazji dowiedziałem się, że umiem pływać. Ale okropnie długo musiałem wylizywać futro żeby się wysuszyć.

cdn.

Zima się kończyła, a ja już miałem sześć miesięcy. Coraz częściej słyszałem, że czeka mnie operacja. Cichosza najpierw nie chciał nic gadać, ale w końcu wydusił, że on już nie ma jajek, ale to mu wcale nie przeszkadza i że w ogóle nie bolało. On próbował zbyć temat, ale mnie to niepokoiło. Mama mówiła, że trzeba mi jeszcze usunąć ten koralik, co się przesuwa pod skórą, bo kiedy się mnie tam dotknie, to okazuję, że boli. Faktycznie, pogryziona łapa i  inne rany się wygoiły, a to miejsce na boku pozostało bolesne.

Nadszedł więc ten dzień, nie dali mi rano jeść ani pić (muszę to zapamiętać i być czujny na przyszłość). Mama mnie trzymała na rękach, tato głaskał, a doktor Michał dał mi zastrzyk, zakręciło mi się w głowie i zrobiłem się rozluźniony… Nic nie pamiętam. Kiedy się budziłem znów byłem u mamy na rękach i czułem się jak pijany. Doktor powiedział, że ten bolący koralik pod skórą to był śrut diabolo, widocznie został w ranie i zarósł futerkiem. Ale teraz już go nie było. Jajek też, ale co tam…

Ja jeszcze nie bardzo wiedziałem do czego miały mi służyć, ale widziałem walki kocurów przy plaży i to była straszna walka na śmierć i życie. Pokonany kot kuśtykał gdzieś w czarną dziurę i wykrwawiał się  w samotności. Bo my koty już tak mamy – umieramy w samotności, jak to samotni wojownicy. Natomiast zwycięzca dopadał kotkę, a ta okropnie krzyczała. Nie jestem pewny dlaczego, rozsądek mi podpowiada, że  jej się to nie podobało, a instynkt – że ten krzyk to zew natury.

Po zabiegu szybko wróciłem do formy i na dobre mogłem się ganiać z Cichoszą. Najbardziej lubiłem zabawę w „łap mysz pod kapą”. Cichosza właził pod narzutę, a ja na niego polowałem na wierzchu. Czasami złapałem go za mocno pazurkami, to pisnął. Ale innym razem to ja oberwałem. Lubiliśmy się, toteż sobie wybaczaliśmy. Zdecydowanie gorzej znosiła to narzuta. Szybko zamieniła się w kłębowisko pętelek. Mama uznała, że czas obciąć pazurki. Oj, tego nie lubiłem nigdy. Z podziwem słuchałem jak Cichosza znosi te tortury z godnością. Próbowałem się wykręcić, nawet złapałem mamę zębami za palec, ale była nieugięta. Czasem przerywała obcinanie na chwilę, gdy bardzo się wierciłem, ale konsekwentnie wracała do zabiegu. W końcu poddałem się, już tylko protestowałem głosem. Fakt, że mama nigdy mnie nie skaleczyła. W końcu musiałem to docenić. Za to po udręce dostawałem śmietankę. Lubiłem słodką śmietankę. Brat też.

Ułożyłem  sobie jakoś stosunki z Awą. Zawsze traktowała mnie z rezerwą, ale czasem mogłem nawet położyć się obok i grzać się w jej cieple, tak jak Cichosza, któremu Awa wyraźnie  matkowała.  Ona dużo spała, ale mama regularnie z nią wychodziła na spacery, a my tylko obserwowaliśmy je  z okna. Od strony balkonu patrzyliśmy jak idą wzdłuż ulicy. Ab potem szły na druga stronę domu i chodziły po ogrodzie. Mama prowadziła Awę na smyczy. Awka załatwiała tam swoje sprawy, bo w domu nie miała swojej kuwety. Pewnie była z duża…

Czasami coś tam widziałem jednym okiem, ale nigdy wzrok mi nie wrócił do poprzedniej sprawności. Na tyle jednak to się poprawiło, że rozpoznawałem fragmenty domu i potem kojarzyłem je z zapachami. Niekiedy, szczególnie gdy byłem zdenerwowany albo wystraszony, prawa źrenica znowu otwierała się całkowicie i taka dawka światła oślepiała mnie ponownie, wtedy  wpadałem na jakiś przestawiony mebel czy przedmiot. Byłem niepełnosprawny. Trudna rada.

Do tego miałem jeszcze ataki duszności. Nieregularne, ale nieprzyjemne. Doktor powiedział, że to skurcze oskrzeli, że to się u kotów zdarza i nic się nie da z tym zrobić, trzeba przeczekać aż atak minie. Faktycznie trwało to z minutę, półtorej i przechodziło. Tylko, że byłem wtedy kompletnie bezradny, przykuty do miejsca, już nic nie mogłem zrobić. Mama zwykle pilnowała, by mi nikt nie przeszkadzał. A potem otrząsałem się jak gdyby nigdy nic i wracałem do zabawy albo czatowania. Cichoszy też się zdarzały takie skurcze, ale bardzo rzadko.

cdn.

 

Siedem godzin trwała podróż po ocalenie. Doktor Michał, tak jak obiecał, przyjechał zaraz, jak tylko dotarliśmy. Wziął mnie w dłonie i powiedział: „ Nie chcę Was martwić, ale nie wygląda to dobrze. Ale będziemy próbować.” Doktor zawiesił kroplówkę na lampie, odciągnął mi skórę na plecach. „O, widzicie, on jest tak odwodniony.” – powiedział. Skóra została w tym samym miejscu, sztywna jak blacha. „ Będzie nawet trudno wbić igłę.”

I tak było. Trzeba było  brać grubsze igły, by zrobić mi zastrzyk czy podać kroplówkę.

Tamtej pierwszej kroplówki prawie nie pamiętam. Czułem, że coś się ze mną dzieje, że jestem w nowym miejscu, ale pachniało tam  psem Awą i czarnym kotem Cichoszą, więc instynkt nie zmuszał mnie już do próby ucieczki w mysią dziurę. Zresztą i tak bym nie dał rady. Przecież nic nie widziałem.

To było trzydziestego października. Dwa dni później było Święto Zmarłych. Mimo to doktor przyjechał na kolejną kroplówkę, bo państwo próbowali mi sami ją podać, ale pani tak niefortunnie wbiła igłę, że poczułem ją w kręgosłupie i odruchowo ugryzłem ją w palec. Mocno, ale przecież nie chciałem, to się nie liczy, to było w samoobronie!

Po kilku dniach doktor Michał stwierdził poprawę i pozwolił przejść na normalne karmienie i podawanie antybiotyków w  jedzeniu. Pani gotowała rosołek i rozpuszczała tabletkę, a ja posłusznie wypijałem wszystko, chociaż wiedziałem, że tam jest coś dosypane. Ale ufałem państwu i bardzo chciałem żyć.

Powoli nabierałem sił i zacząłem zwiedzać nowy dom. O dziwo Cichosza już mnie nie atakował. Widać uznał, że nie stanowię dla niego zagrożenia. Wiedział, że oślepłem. Miał dobry charakter, poczuł się gospodarzem  i powiedział, że mi wszystko pokaże. I rzeczywiście, przeciągnął mnie po wszystkich meblach, parapetach, tak że po tygodniu miałem już mapę mieszkania w głowie. Tylko jak ktoś przestawił krzesło albo postawił torbę, to waliłem głową, ale starałem się  być ostrożny, a i Cichosza ostrzegał jak mógł. Postanowiłem uznać Cichoszę za brata. Niewiele dobrego spotkało mnie od rodzonych braci, tych, którzy przeżyli, a ten kotek, starszy ode mnie o rok, jest naprawdę dobry, opiekuńczy, nigdy nie odepchnął mnie od miski, no i w ogóle fajny kumpel. Jak brat.

Była jeszcze pani Awa. Do niej nie miałem śmiałości i sam nie mogłem uwierzyć, że wtedy wskoczyłem jej pod pysk. Ona ma ze czterdzieści pięć kilo  i   jest ogromna. Ale to starsza pani   i – chociaż ma dobry charakter – to nie bardzo lubi, żeby gówniarze kręcili jej się pod nogami. Zasadniczo schodzę jej z drogi, czasami jednak niestety wpadam na nią, wtedy karci mnie warknięciem. Uciekam.

Kolejne wizyty doktora potwierdzały moje szanse na wyzdrowienie. Państwo dziękowali doktorowi za pomoc, ale on skromnie odpowiadał: „ Ten kot sam się leczy, musi mieć bardzo silne geny, żeby wylizać się z takiego stanu”. Ale tam! Geny genami, ale gdyby nie doktor Michał, to i starania państwa nic by nie pomogły. Kocham go za uratowanie mi życia! Nie postawił na mnie krzyżyka, jak tamci w Lęborku. Doktor Michał, poza ogromną wiedzą, ma serce na właściwym miejscu, o czym przekonał nas jeszcze nie raz.

Jakoś po dwóch miesiącach chore oko się obkurczyło prawie do normalnych rozmiarów. Doktor nam wytłumaczył, że nerwy wzrokowe u kotów są ze sobą splecione, więc zwykle przy uszkodzeniu jednego oka, kot nie widzi na oba. Tak było i ze mną. Dlatego doktor chciał uniknąć usunięcia gałki ocznej  i próbował wyleczyć zakażenie nieinwazyjnymi środkami. Ale pomógł nam jeszcze przypadek, który wydawał się tragiczny, a przyniósł zbawienny skutek. Któregoś dnia biegłem dość nieostrożnie i nadepnąłem na głowę śpiącej Awy. Ona zerwała się gwałtownie ze szczekaniem, a ja z przerażenia wylądowałem pyskiem na szafie. Boże, jak to bolało! Uderzyłem chorym okiem o drzwi, oko pękło, wpadłem do łazienki, dookoła pełno krwi, pani krzyczy z przerażenia, a ja wyję w niebogłosy, aż się Awa schowała pod biurko. Pani utuliła w końcu moją rozpacz i przerażenie. Potem doktor orzekł, że właściwie dobrze się stało, bo oko się oczyściło, pękł wrzód (a nie oko) i teraz szybciej powinna nastąpić poprawa. Dzięki temu po niedługim czasie prawym okiem zacząłem zauważać plamy światła. Pani powiedziała, że źrenica prawego oka zaczęła działać.

Wreszcie uwierzyłem, że będę zdrowy. Co prawda doktor nie dawał szansy lewemu oku, bo tam wszystko było wymieszane jak kogel-mogel, ale nerwy wzrokowe uratowane, więc miałem szansę            patrzeć chociaż trochę, chociaż jednym. Wtedy postanowiłem się usynowić…, to znaczy uznać panią i pana za  mamę i tatę. Miałem co prawda swoją kocią mamę; mama była śliczną  czarno-białą kotką, ale ona rodziła dzieci dwa razy do roku , więc była drobna i słaba, nie potrafiła mnie obronić. Kociego ojca nigdy nie poznałem i to pewnie – na szczęście, bo jego pojawienie  oznaczałoby kłopoty dla wszystkich maluchów. Wystarczyło, że widziałem popłoch kiedy wujek Pumak przychodził z lasu i wyjadał nam lepsze kąski. W nocy przybiegał z lasu, zeskakiwał z dachu

baru, a stado rozpierzchało się we wszystkie strony. Pumak był wielkim czarnym kotem leśnym, miał grube futro, ostre pazury i żadnych skrupułów. Nawet pani przeraziła się kiedy zjawił się sycząc w trakcie karmienia któregoś wieczoru jesienią.

Teraz mieszkałem w mieście z państwem i od czasu, jak zachorowałem,  nikt już nie mówił, że będę musiał odejść. Uznałem, że czas się odwdzięczyć mamie i tacie i uznać ich za rodzinę.

cdn.

 

Na drugi dzień pani znowu zabrała mnie do weterynarza. Czekaliśmy z kolejce i był tam taki pan w zielonym ubraniu i jego piesek, jamnik szorstkowłosy, który został postrzelony w czasie polowania. Cicho skowyczał. Rozumiałem go dobrze, bo znałem ten ból.

Od wczoraj trochę lepiej się czułem, ale byłem słaby i kręciło mi się w głowie. A ten doktor znowu dał mi zastrzyki i kolejną gorzką tabletkę wepchnął mi do pyska. Powiedział, że to na odrobaczenie. Tym razem nawet próbowałem protestować, bo tabletka  paliła mnie w brzuszku, ale nikt mnie nie słuchał. Kiedy wracaliśmy do domu zrobiło mi się słabo. W domu pani dała jedzenie, ale jakoś nie mogłem nic przełknąć, wypiłem tylko wodę, bo coś paliło mnie w środku. Położyli mnie spać do domku ze skrzynek, ale niewiele spałem. Poczułem jak gorący prąd przebija mi wnętrzności. Płakałem. Pani przybiegła i powiedziała: „ Nie jest dobrze, on robi kupę z krwią”. Wyjęła mnie z pudła i postawiła w kuwecie, ale ja już nie wiedziałem co się dzieje, tylko czułem rozdzierający wnętrze płomień i zacząłem jeść żwirek z kuwety, by ten ogień zgasić. Pani przerażona zabrała mnie z powrotem do skrzynki. Czułem, że tracę przytomność. Drugi raz zobaczyłem śmierć. Śmierć jest brzydka.

Rano było już całkiem źle. Leżałem bezwładny na boku i czułem pulsowanie w lewym oku. Pani owinęła mnie w kocyk i położyła na kanapie obok psa i kota, które razem teraz spokojnie mi się przyglądały. One wiedziały, że koniec bliski. Państwo zadzwonili do kogoś i usłyszałem jak mówili, że oko mi napęczniało i jest wielkości piłki golfowej, że jest wypełnione krwią, że krwawa biegunka i co robić?

A tamten doktor przepytał ich, co mi podał weterynarz w Lęborku. Powiedział, że prawdopodobnie byłem odwodniony i miałem anemię, więc taka ilość leków na raz spowodowała skazę krwotoczną. I że trzeba podać kroplówkę z soli fizjologicznej i jak najszybciej przyjechać do Łodzi, on spróbuje pomóc. Obiecał, że przyjedzie do domu, jak tylko tam dotrzemy.

Pan zdecydował: „ No to wracamy. Jedź z nim na tę kroplówkę, a ja wszystko spakuję”. I pojechaliśmy. Kiedy weterynarz z Lęborka mnie zobaczył,  mruknął: „No, tu już nic się nie da zrobić” i coś tam mętnie próbował tłumaczyć, kiedy pani przedstawiała mu zdanie lekarza z Łodzi, ale sól fizjologiczną wstrzyknął mi pod skórę i z takim wodnym garbem Państwo zabrali mnie w długą podróż, bo do tej Łodzi to było prawie pięćset kilometrów.

Niewiele pamiętam z drogi. Leżałem u pani na kolanach, głaskała mnie i ciężko wzdychała. Państwo wiedzieli, że umieram i postanowili dać mi imię, żebym nie odszedł  anonimowo, bo stracili już kiedyś kotka i wiedzieli jak to jest…

Pan wymyślił – Kapitan Morgan, ale doszli do wniosku, że to nie fair robić ze mnie pirata, ponieważ mam krwiak w oku. Pani bezwiednie międliła koniec mojego ogona i w końcu powiedziała – Pędzelek, bo miałem taki czarny pędzel na końcu pręgowanego ogona. Tak zostało. Dostałem imię, ale czułem, że życie ze mnie wycieka, trzymało się na takiej wątłej niteczce, przyciąganej przez siłę, jakiej dotąd nie poznałem – miłość.

Przez głowę przelatywały mi obrazki z dzieciństwa przy plaży. Latem, kiedy się urodziłem, było ciepło, dużo ludzi przychodziło do baru, więc zostawiali sporo resztek. Moja mama  była najedzona, więc i nam nie brakowało mleka. Dzieci brały nas na ręce. Taka miła dziewczynka zabierała mnie nawet ze sobą do drewnianego domku na kempingu i tam się ze mną bawiła, ale potem rodzice kazali jej odnieść mnie na miejsce. Dziewczynka wyjechała, na morzu zrobił się sztorm, liście pospadały z drzew i zaczął się głód. Majaczyłem, leżąc bezwładnie na kolanach pani.

cdn.

 

Nic nie pamiętam z kolejnych godzin tamtej nocy. Ocknąłem się o świcie na murku, gdzie próbowałem łapać ciepło wschodzącego słońca. Siedziałem zdrętwiały, kiedy nadjechał granatowy samochód. Nawet nie drgnąłem. Nie było już we mnie woli walki. Ale z auta wysiadła ta pani co wczoraj i powiedziała; „ Chodź, kotku”. Normalnie pognałbym  do niej całym swoim futrzanym bytem, ale nie mogłem się ruszyć. Pani się zawahała, ale podeszła do murku, wzięła mnie na ręce, a ręce były cudownie ciepłe, zacząłem mruczeć ( jak ja dawno nie mruczałem, chyba ostatni raz kiedy mama nas karmiła) i …zasnąłem natychmiast.

Pani ułożyła mnie w samochodzie w skrzynce, przykryła ręcznikiem i pojechaliśmy. Auto łagodnie kołysało i było mi cudownie ciepło. Ostatkiem świadomości usłyszałem jak pani mówi: „ Jedziemy do lekarza, a potem znajdziemy ci dom”.

Nie wiem na jak długo odpłynąłem. Ocknąłem się u pani na kolanach, w ręczniku, w jakimś pomieszczeniu pełnym ludzi ze zwierzakami, ale zaraz znów zatopiłem się w sen. Nie obudziłem się, gdy weterynarz robił zastrzyki, kiedy opatrywał mi pogryzioną łapę i rany po śrucie, nie dotarło do mnie, że kropił mnie na pchły i kleszcze. Dopiero kiedy poczułem, że ktoś mi na siłę otwiera pyszczek i wkłada gorzkie lekarstwo, ocknąłem się, ale tylko na moment. Zaraz znów zapadłem w ciemność.

Podobno pani jeszcze robiła zakupy, bo weterynarz kazał karmić mnie wątrobą, podobno, bo budziłem się dopiero kiedy pani wyjęła mnie ze skrzynki i zaniosła na górę. A tam oprzytomniałem, bo usłyszałem syk i prychanie kota. Skuliłem się odruchowo, ale pani nie wypuściła mnie z rąk. W pokoju rzeczywiście był czarno-biały, jak mi się wtedy wydawało – wielki kot. Nie był zachwycony moim towarzystwem, czego wyraz dawał groźnym prychaniem i prężeniem ogona i grzbietu.

„Cichoszku, zostaw kotka” – powiedział pan, wyraźnie nadąsany.

„Muszę mu zrobić kontener ze skrzynek, żeby go jeszcze Cichosza nie uszkodził” – powiedział pan do pani.

Pani postawiła mnie na podłodze, a przede mną miseczkę z mlekiem i drugą – z cudownym czerwonym czymś… Smak mleka znałem, ale to drugie coś czułem pierwszy raz, a jednak od razu wiedziałem, że to nasz koci przysmak – wątróbka. Nie wierzyłem, że to dla mnie, więc chociaż bardzo chciałem jeść, trochę się cofnąłem, odruchowo czekając na atak. Ale nikt na mnie nie napadł, a pani podsunęła jedzenie bliżej. Wtedy już nie mogłem się powstrzymać. Połykałem kawałki wątróbki jeden po drugim, a potem szybko wylizałem mleko. Cały mój organizm jadł razem ze mną, czułem jak wewnętrzne ciepło rozlewa się po żyłach i znowu zasnąłem. Kiedy się obudziłem pani znowu mnie nakarmiła ( smakowitym białym serem), a potem postawiła w takim pudełku z czymś podobnym do piasku i wyraźnie czułem, że to jest intymne miejsce dla tamtego kota. Jakiś instynkt kazał mi zrobić siusiu, a pani mnie pochwaliła.

Teraz rozejrzałem się po pokoju. O matko! tam na łóżku leży ta ogromna góra czarnego futra, suczka sznaucerka olbrzymka, ale jakimś cudem w ogóle się mną nie interesuje. Natomiast czarny kot nadal podchodzi i prycha. Tylko państwo trzymają go na dystans. Pan wziął mnie i położył sobie na ramieniu, a pani zrobiła mi zdjęcia. Podsłuchałem, że rozmawiali z kimś miłym przez telefon, a potem stukali na klawiaturze i powiedzieli, że może będę miał dom w  mieście. Pani wyraźnie starała się jak najszybciej go znaleźć. Opowiadała, że była w Łebie u rzeźnika i taka sprzedawczyni to by wzięła kotka dla synka, ale musi być zdrowy i żeby nie drapał. Nie do końca rozumiałem co to znaczy, ale postanowiłem być grzeczny, bo już potrafiłem docenić, że u ludzi jest ciepło i nie trzeba walczyć o jedzenie. Tylko ciągle byłem taki słaby.

Pan zbudował mi domek ze skrzynek. Dostałem tam ręczniczek do leżenia, miskę z wodą i coś w rodzaju toalety z takim samym piaskiem, jaki miał tamten kot. Domek stanął na korytarzu. Było ciepło, cicho i bezpiecznie. Zasnąłem jak kamień.

cdn.

Kotku – opowiedzieć Twoją historię, tylko tyle już mogę zrobić…

Pamiętam, byłem mały, głodny i było mi strasznie zimno. Już od kilku godzin było ciemno. Przecież to koniec października. Od morza wiał wiatr, a my skuleni pod ścianą baru, jak zwykle czekaliśmy na cud. Bo czasami cud się zdarzał i na parking przy plaży przyjeżdżali ludzie, którzy przywozili nam coś do zjedzenia. Ale nawet gdyby dziś ktoś taki się zjawił, to wiedziałem, że mnie i tak już nie dopuszczą do miski…

Od czasu kiedy do mnie strzelali i nie udało mi się uciec,  byłem ranny, więc stado uznało, że i tak nie mam szans na przeżycie. Jedzenia trafiało się niewiele, jadły tylko najsilniejsze. Niby to wiedziałem, ale byłem taki głodny, że wczoraj spróbowałem złapać jakiś kąsek. Niestety starszy brat  Szylkret od razu mnie skarcił, mocno ugryzł mnie w łapę. Bardzo boli.

Nie mam już siły się bronić, siedzę  sam, trzymam się z dala od naszej grupy, która ulokowała się w kręgu światła latarni, bo to daje złudzenie ciepła. Właściwie wiem, że umieram. Już to widziałem tyle razy. Wtedy kiedy chłopcy z Łeby przyjechali terenówkami sobie postrzelać, Totuś, mój brat bliźniak miał mniej szczęścia ode mnie. Dopadli go ze śrutówką na asfalcie i już nie uciekł. Zrobili z niego sito. Toto umierał w ciszy.  Potem jeszcze go rozjechali oponami aut i został takim futrzanym plackiem na drodze. Chodziłem tam i próbowałem go wygrzebać, ale jego tam pod spodem już nie było.

Obiecałem sobie, że ja się nie dam, że się wyliżę z ran, że będę bardzo ostrożny i ucieknę przed każdym samochodem i już nie dam się skrzywdzić ludziom. Tak, łatwo powiedzieć, tylko skąd wziąć siły, kiedy brzuszek pusty, a rany coraz bardziej się paprzą.

Nagle rozbłysło światło reflektorów. Jedzie samochód. Alarm! Chować się po kątach, o tej porze to raczej nie turyści, tylko oprawcy z bronią! Ale nie, to inne auto. Wjeżdża spokojnie na parking, otwierają się drzwi, wysiada pani i ach…! Pani otwiera tylne drzwi, a stamtąd bije takie ciepło… Nie, nie mogę się powstrzymać, ostatkiem sił zbieram się, zamykam oczy i wskakuję do środka, do tego cudownego cieplutkiego piecyka na kółkach. Ojej, a co to za góra futra nade mną? To nic, nieważne, trzeba wołać o pomoc, to ostatnia szansa. I z całych sił, jakie tylko udało mi się wykrzesać, krzyknąłem rozpaczliwe: miaaaau!

Wtedy pani mnie zauważyła i powiedziała do pana: „ Jakiś kotek wskoczył do Awy. No musi być okropnie zdesperowany, że wskoczył psu pod pysk.” Pan mruknął niechętnie: „Żadnych więcej kotków, daj im jedzenie i idziemy na spacer”.

I stało się, pani wyciągnęła rękę i wygarnęła mnie spod tylnego siedzenia i postawiła na betonie. Ogromna suczka wyskoczyła z auta i radośnie podbiegła do pana, który już kierował się w stronę plaży. Pani wysypała pachnące chrupki pod ścianą i nawet złapałem kilka, zanim przybiegła cała banda, która rozpierzchła się na widok wjeżdżającego auta. Pani poszła za swoim stadem, a mnie rodzina odepchnęła od jedzenia.

To koniec, już nie miałem siły dalej walczyć. Nie wiem ile czasu minęło. Ale jedzenie, jak zawsze zniknęło w kosmicznym tempie, reszta stada znów się poukrywała, a ja stałem tam, gdzie mnie pani postawiła i czułem, że znikam, staję się przeźroczysty, nie ma mnie. Nawet nie zauważyłem kiedy Państwo wrócili i odjechali. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem swoją śmierć.

cdn.

Kiedy mieszkałam w mieście  Łodzi wyprawa do Biedronki wyglądała tak: wyjazd z parkingu – no, czy ktoś mnie puści – jadę – skręt w lewo – trzeba przepuścić tego z przeciwka, bo znowu zastawili pół jezdni – teraz jadę kawałek i znowu stop, bo ktoś jedzie z przeciwnego kierunku – dojechałam do ulicy z tramwajami, trzeba czekać aż skończy się rządek aut puszczonych przez światła albo zatrzyma je tramwaj na przystanku – w końcu jest dziura, to szybko skręcam w prawo ( w lewo było by znacznie dłużej) – dołączam do rządku samochodów i powoli dojeżdżamy do pierwszych świateł – przepuszczamy pieszych i  teraz szybko rura, bo za plecami tramwaj, a tam zwężenie jezdni i znajdzie się na naszym pasie ( nerwowo) – byle do następnych świateł. Tam skręt w lewo, wiec trzeba cierpliwie czekać aż ci z przeciwka  będą mieli żółte i szybko przeskoczyć, oczywiście pod warunkiem, że skręcający w prawo tramwaj nas nie zablokuje. Teraz na prawy pas i skręcamy, by zaraz zawrócić już na Biedronkowy parking.

Ale tam dopiero wyścigi i walka o wolne miejsce. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo z tyłu też można oberwać od opuszczających miejsca parkingowe. Uff. Udało się wcisnąć.  Tylko ostrożnie otwieramy drzwi, bo ciasnota i można zadrapać sąsiednie auto.

No ale cel osiągnięty. Wchodzę do środka, a tam zaduch, tłok, stale mnie ktoś potrąca, z dużym wózkiem trudno się przecisnąć ( oczywiście wózek przed sklepem odpięłam monetą). Już mam dość. Szybko ( jak się da) wrzucam potrzebne rzeczy i do kasy. A tam oczywiście kolejka…

Tak to było kiedyś. A teraz? Najpierw droga gminna. Zakręty – górki – dołki – kwitnące drzewa – łany zbóż, sarenki łażą nad jeziorem – trzeba zwolnić i przepuścić kicającego zająca. Czasem się spotka na drodze sąsiadkę za kółkiem albo na rowerze, to człowiek przyjaźnie pomacha. Przywita się pracującego w polu sąsiada. Miło jest. Droga wąska, wiec często trzeba zjechać na bok i przepuścić tego z przeciwka, ale to jest tak naturalne jak oddychanie.

Koło kapliczki skręcamy na drogę powiatową. Aleja starych jesionów wzdłuż asfaltu( jeszcze nie wycięli), łany kwitnącego rzepaku , a obok  „wiejskie perfumy”, kiedy akurat ktoś roztrząsa obornik. Trzeba się zatrzymać na stopie przed przejazdem kolejowym. Z lewej rozlewiska, a tam gęsi i żurawie. Na horyzoncie wiatraki, to  nowe elementy krajobrazu, niespecjalnie piękne, ale na szczęście daleko.

Wjeżdżam do miasteczka. Biedronka przy głównej ulicy. Na parkingu jakieś miejsce  zawsze czeka. Wózki nie są przypięte, bo nikomu by nawet do głowy nie przyszło, by wózka po zakupach nie odstawić na miejsce. Tu prawie wszyscy się znają, więc liczą się z tym, jak na nich patrzą inni. A panie w Biedronce też milsze i miejsca jakby więcej, powietrze czystsze i nawet kolejki krótsze.

Ta droga do sklepu w mieście to były tylko dwa kilometry. Teraz muszę ich zrobić dziewięć, ale nie mam żadnych wątpliwości którą wolę.

Zajmuję się ogrodem od wielu lat, ale wcześniej to był raczej ogród ozdobny. Natomiast od sześciu lat uprawiam ogród i sad z prawdziwego zdarzenia. Uczę się naturalnych metod nawożenia i ochrony roślin, sprawdzam doświadczalnie jakie rośliny lubią tutejszą ziemię ( bo jedne się udają, a inne nie) i siebie wzajemnie. Eksperymentuję i nabieram doświadczenia.

Uprawiam też zioła. Odkryciem okazało się, że niektóre odmiany są nawet w naszym klimacie zimoodporne. U mnie fantastycznie zimuje tymianek i oregano. Miętę, lubczyk, bazylię, estragon, rozmaryn ścinają już pierwsze przymrozki. Co prawda lubczyk i estragon odbiją na wiosnę, ale na bazylię nie ma co liczyć. Natomiast tymianek i oregano nie tylko że nie giną w zimie, one rosną. Nawet spod śniegu można zerwać świeże pędy ( albo same listki) i jaki jest wtedy zapach w kuchni! Jak robię fasolę w sosie pomidorowym, to garść takich zimowych ziół daje absolutne złudzenie zapachu kuchni śródziemnomorskiej.

W przypadku tymianku  wszystkie pędy nadają się do spożycia spod śniegu, natomiast oregano ma długie stare pędy z kwiatostanami z poprzedniego sezonu i młode krótkie pędy długości sześć, osiem centymetrów tuż przy samej ziemi i to listki z tych właśnie należy podskubywać. Są niezwykle aromatyczne.

Oregano w ogóle jest wdzięcznym zielem, bo samo się rozsiewa i można obdarować sadzonkami sąsiadki, a na dodatek kwitnie  przez cały sezon, a pszczoły je uwielbiają. Co więcej zapach oregano, podobnie jak lawendy czy kocimiętki, odstrasza komary. Pędy oregano wraz z kwiatami i listkami można wykorzystać do zrobienia oleju z oregano ( w kąpieli wodnej). Jest to zioło silnie grzybobójcze. Napary z oregano stosuje się też do ochrony roślin przed chorobami grzybowymi. Samo sąsiedztwo oregano w ogrodzie dobrze robi krzewom porzeczek czy agrestu, które są właśnie wrażliwe na takie choróbska.

Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś znaleźć lub wyhodować zimoodporny rozmaryn. Ale najlepiej by było znaleźć go w ogrodzie u kogoś w okolicy, bo wtedy jest pewność, że zaakceptuje warunki na naszym terenie.

Serdecznie namawiam do uprawy  zimowych ziółek. Kącik ziołowy zmieści się nawet w najmniejszym ogródku przydomowym.

ZRÓB TO SAM…A

1 komentarz

Doczołgaliśmy się z mężem do etapu wykończenia domu (piszę doczołgaliśmy, bo to jest okropny wysiłek, gdy buduje się bez kredytu). Wielka radość, bo wreszcie widać szansę na przeprowadzkę, ale też i okropne ciśnienie finansowe, bo to jest najkosztowniejszy etap budowy. Nikt nie jest w stanie dobrze wyliczyć kosztów na tym etapie ( zresztą na innych też nie sposób, to jest jakaś wiedza tajemna, czy co?), ale na pewno będą większe niż się zakłada. Dlatego postanowiłam, że spróbuję obniżyć koszty o koszty robocizny, wykonując niektóre prace samodzielnie.

Nauczyłam się kłaść płytki, co okazało się wcale nie takie trudne i to zarówno pod względem obciążenia fizycznego, jak i technicznie. Obejrzałam kilka stron z poradami dla glazurników, filmy instruktażowe. Przeczytałam dokładnie to, co jest napisane na worku z klejem. A jeszcze wcześniej prześledziłam fora, na których ludzie przekazywali sobie doświadczenia na temat stosowanych klejów. No i doszłam do wniosku, że skoro prawie każdy facet z budowy posiadł tę umiejętność, to nie powinnam mieć kłopotów z opanowaniem tajników glazurnictwa, jeśli tylko poćwiczę.

Kafle miałam upatrzone wcześniej. Były duże i drogie, więc wybór był jasny – albo kupimy takie kafle, które nam się podobają, ale zaoszczędzimy na robociźnie, albo trzeba będzie wybrać coś tańszego i dać komuś zarobić. A to są koszty niebagatelne, bo teraz cena ułożenia  jednego metra kwadratowego glazury waha się od 35 do 70 złotych. Przy powierzchni stumetrowej powstaje poważna sumka.

Wspierana przez męża ( który zawsze powtarza, że nie stać nas na tanie rzeczy, bo szybko trzeba je będzie naprawiać lub zmieniać), zamówiłam kafle ze sklepu internetowego. Warto dobrze poszukać i przeczytać warunki dostaw, by rzeczywiście móc porównać ceny. Wyszukiwarki cenowe czasami wprowadzają w błąd, podając jedynie częściowe informacje. Na przykład obok ceny jest załączona winieta: dostawa darmowa. A to kuszące, bo kafle ciężkie i najczęściej płaci się za każdą paletę. Ale kiedy przeczytałam  szczegóły w sklepie, to się okazało, że tylko jedna paleta jest darmowa, za pozostałe trzeba zapłacić znacznie więcej niż w innych sklepach, więc to pic marketingowy. W końcu jednak znalazłam firmę, która oferowała darmowy transport przy odpowiednio dużym zamówieniu, no i cenę też można było jeszcze negocjować. Warto  było poczekać te dwa tygodnie, aż ściągną towar od producenta ( zwykła procedura). Nie spieszyło mi się, bo posadzki jastrychowe jeszcze musiały dobrze wyschnąć ( powinny oddychać minimum 28 dni, kiedy jest dostatecznie ciepło i sucho).

O właśnie,  muszę wspomnieć o tych wylewkach. Dopiero przy kładzeniu płytek przekonałam się jak ważne jest, by posadzki były profesjonalnie wykonane maszynowo! Warto zainwestować w takie suche jastrychy z miksokreta, nawet gdyby były droższe niż ręczne wylewki. Mamy porównanie – tynki robił nam majster ręcznie. Trwało to dwa tygodnie, a teraz okazało się, że nigdzie nie ma kąta prostego. Na oko tego nie widać, ale kiedy trzeba złapać oś do położenia płytek, to się bardzo ujawnia. Nie mogę dać pełnych płytek pod ścianą, która będzie najbardziej widoczna, bo akurat tam się panom tynki rozjechały z wymiarami ścian. Trzeba więc będzie ciąć i z jednej i z drugiej strony pokoju.

Namawiam więc serdecznie, by zarówno tynki, jak i posadzki kłaść maszynowo. Oczywiście najlepiej jak firma już robiła u sąsiada i on ją poleca. Jest to też wielka oszczędność czasu i ambarasu. Tynki -  dwa dni, a posadzki – jeden.

Oprócz dużych kafli, zamówiłam też gres techniczny do kotłowni i garażu. Tu ważny jest nie tylko stopień ścieralności ( im wyższy, tym lepszy), ale i antypoślizgowość – powinna mieć wartość powyżej 10. Są to standardowe kafelki 30 na 30 centymetrów, lekkie i wygodne do układania, i właśnie na nich postanowiłam się wyćwiczyć.

W domu mamy poprowadzone ogrzewanie podłogowe tylko w części pomieszczeń. Takie ogrzewanie jest przyjemne, ale nie służy niektórym schorzeniom, więc warto mieć podłogówkę w łazienkach i korytarzu, gdzie wchodzi się w mokrych butach, ale na pewno nie w salonie czy gabinecie, gdzie w pozycji siedzącej spędza się dużo czasu. Ale to oznacza, że poszczególne fragmenty posadzki będą inaczej pracować i trzeba to uwzględnić dobierając klej. Do podłogówki stosuje się klej elastyczny, co powoduje, że cała podłoga powinna być przyklejona na klej elastyczny, a ten jest droższy od zwykłego ponad trzykrotnie. Znowu więc poszukiwanie dostawcy. A ceny różnią się nawet o 40 procent. Warto dobrze sprawdzić zarówno okoliczne hurtownie, jak i internet. Mnie wyszło taniej ze sklepu internetowego, mimo dodatkowych kosztów transportu.

Najgorsze jest odważyć się.  Najpierw ułożyłam sobie kilka rzędów płytek na sucho i od razu wyszły mankamenty braków katów prostych. Przekładałam więc tak długo, aż zdecydowałam która ściana będzie podstawą osi układania. No gdzieś ten kąt prosty trzeba wyprowadzić! Warto też sprawdzić jak rozjeżdżają się ściany, by nagle nie musieć docinać dwucentymetrowych pasków. Jak już to przetrawiłam, uznałam, że jestem gotowa.

Ale pierwsza czynność to zagruntowanie podłoża. Grunt musi wyschnąć.

Jeszcze raz przeczytałam przepis na kleju. Worek waży 25 kilogramów. Nie ma mowy abym rozrobiła cały, ani nawet pół, więc postawiłam sobie wagę łazienkową, wiadro, łopatkę, miarki do wody. Przygotowałam wiertarkę i mieszadło do niej. Jedna czwarta worka to 6,25 kilograma. Wiadro z odpowiednią ilością wody waży 2, 20 kilograma. No to najpierw woda ( w przeciwnym przypadku będzie bardzo trudno rozmieszać suchy klej na spodzie wiadra), potem doważamy klej i kiedy na wadze mamy 8,45, można mieszać. Najpierw wolno, by nie rozchlapać, a potem szybko do gładkiej konsystencji ciasta, a może raczej kremu do tortu.  Potem przerwa 5 minut i znowu mieszamy. A teraz całe 8 godzin na pracę.

Wychodzi tego pół wiadra, więc nie jest ciężkie do przenoszenia. Potrzebna jest jeszcze  duża  i mała szpachla, poziomica, grzebień i gąbka oraz wiadro z czystą wodą, które u mnie jest jednocześnie podstawką do smarowania płytek.  Grzebień powinien być dostosowany do grubości płytek. Ja używałam ósemkę ( tzn. ząb ma 8 mm głębokości). Wyczytałam, że jeśli się ciągnie grzebień pod katem 60 stopni, to powinno się otrzymać odpowiednio grubą warstwę. Ponadto samą płytkę ( jeśli ma powyżej 20 centymetrów) też należy starannie posmarować klejem, zasmarowując specjalne ryflowanie i sfazowane brzegi. Do tego służą właśnie szpachle, które powinny być miękkie, uginające się. Tylko wtedy jesteśmy w stanie wtłoczyć gładki klej w nierówności. Przyda się też coś miękkiego pod kolana, bo to robota na klęczkach. Znakomicie sprawdza mi się zużyta poduszka ergonomiczna.

Najtrudniej jest położyć pierwszą płytkę. Dlatego wcześniej warto sobie zrobić znaczniki na ścianie, bo po posmarowaniu klejem, zawsze z naddatkiem, znaczków na podłodze nie zobaczymy. Klej nakładamy szpachlą, przeczesujemy go grzebieniem w różnych kierunkach, a na koniec nadajemy równomierny rysunek pod kątem tych wspomnianych 60 stopni. Płytkę kładziemy od jednego boku i potem ją ślizgamy minimalnie dociskając, by klej się ułożył równomiernie, oczywiście sprawdzamy poziom. No i teraz już pójdzie. Krzyżyki między płytki, by zostawić regularną fugę. Nie ma co liczyć, że uda się położyć z minimalną fugą, bo płytki nawet w pierwszym gatunku są najczęściej niekalibrowane, a jeśli na opakowaniu widnieje informacja o kalibracji: 2, to znaczy, że płytki mogą się różnić długością o 2 mm z każdej strony. A to naprawdę dużo. Jeśli się trafi początek z mniejszymi, a potem ujawnią się większe płytki, może być kłopot z utrzymaniem równej linii dla fugi. Wtedy mogą nas uratować kliniki ( niektóre fragmenty fugi będą węższe, ale linia prosta zostanie utrzymana).

Warto pamiętać, że w ciągu godziny można jeszcze wprowadzać korekty. Warto też jeszcze zdjąć jakąś płytkę, by sprawdzić, czy klej  równomiernie przywiera. Uprzedzam, że bardzo trudno jest oderwać płytkę, ale warto to zrobić na próbę, bo zdarza się, że czasem płytka wpadnie za nisko i wtedy trzeba dodać kleju. Płytkę trzeba  wtedy podważyć dużą szpachlą i to wymaga  wysiłku, ale dzięki temu widzimy z jaką siłą płytka przywiera do podłoża.

Pierwsze pomieszczenie o powierzchni 10 metrów kwadratowych zabrało mi trzy dni. Zostały jeszcze boczne kawałki do docięcia, ale to już zostawiam dla męża. Na razie maszyna do cięcia płytek mnie przeraża. Ale może i to się zmieni.

Fugowanie jest proste, wystarczy przeczytać przepis na opakowaniu i się do niego zastosować. Wszystko wymaga wprawy i odpowiednich narzędzi. Ale warto próbować. To naprawdę daje satysfakcję, nie mówiąc o oszczędnościach. I mam  głębokie przekonanie, że żaden fachowiec  nie będzie tak cyzelował tej układanki, jak wy same, drogie panie. Więc do roboty!