owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wiosna. Sprzątam ogródek. Podnoszę kamyki i … w ten sposób przerywam cykl biologiczny larwy żuka, która tam zimowała. Zmieniam stan rzeczy, niszczę jakieś życie, choć tego nie planowałam i nie miałam zamiaru ingerować w inne egzystencje. Jednym sztychem łopaty mogę przewrócić do góry nogami miliony mikroświatów. Nie mam poczucia winy ani nawet świadomości tego faktu.

Czy wobec tego moje życie nie może być tak samo zmiecione przez jakiś większy byt czy zjawisko? Oczywiście może. Powódź, wichura, burza na słońcu, meteoryt… Żadna z tych sił nie zmieni swojego biegu ze względu na mnie, bo … nie może. A ja mam taką wspaniałą moc, że mogę zauważyć tego robaczka i nie niweczyć jego życia.  Wystarczy być świadomym tego, co się robi. Wystarczy odłożyć kamień na miejsce.

Tylko co z tymi milionami bakterii, które żyją w moim organizmie i które regularnie niszczę różnymi preparatami. A co z tysiącami owadów, które śmiertelnie rozpłaszczam na masce samochodu… Ech…

Gęsi kluczKiedy jesienią odlecą ptaki, niebo nad naszymi głowami głuchnie. Ma się poczucie pustki i tęsknoty. Potem wprawdzie trochę ukoją nasze uszy sikorki kłótnice i wróble trzpioty. Czasami sójka wrzaśnie, to znowu słychać ostrzegawczy okrzyk polującego orła, ale to wszystko, w anturażu zimowego krajobrazu, jest raczej odgłosem siły przetrwania.

Na wiosnę  niebo zaczyna rozbrzmiewać  czystą radością. Kiedy usłyszymy pierwsze wrzaski żurawi, to po prostu czuje się namacalnie, jak ruszają siły natury, jak przyroda zbiera się do kolejnego wybuchu, jak pęcznieją pąki, jak ostro ruszają strumienie jeszcze pod lodem, jak wraca życie…

A potem zaczynają się codzienne kawalkady kluczy. Najpierw je słychać, a potem dopiero widać. Wydzierają się wniebogłosy, obwieszczając swoje przybycie, bo – tak jak my ich widokiem – one cieszą się, że dotarły do celu po długiej podróży. I chyba im się tu bardzo podoba.

Lecą stada gęsi,  później bocianów.  Całymi dniami, klucz za kluczem witają się z nami rysując pozdrowienia na pięknym błękicie nieba. A kiedy przelatują nad naszymi głowami wprost czuje się ruch powietrza w rytm szumu ich skrzydeł.

I to już jest czysta euforia! Uwielbiamy ten moment. I właśnie, proszę Państwa, ten cud znowu wydarza!!!

Nowy rok, huczne powitanie,  zastanawiamy się co przyniesie… Dziennikarze tu i tam opowiadają o trendach i tak właśnie dowiedziałam się, że największym hitem tego roku będzie farbowanie włosów pod pachami. …? No ludzie, świat chyba na prawdę zwariował! A raczej nasza tak zwana zachodnia cywilizacja. Wyraźnie pikuje ku przepaści. Naprawdę trudno doszukać się jakichkolwiek wartości tego pomysłu,  oczywiście poza wymiernymi korzyściami finansowymi  koncernów, które teraz rzucą na rynek całą gamę odpowiednich wyrobów dla realizacji tego procederu.

Naukowcy, jak donosi Nature Medicine, zrobili eksperymenty na myszach – przetaczali krew młodych osobników starym myszom. No i cóż się okazało? Mamy eliksir młodości. Myszy odmłodniały i zmiany w mózgu się cofnęły.  Sukces? Strach się bać, bo już czuję na plecach oddech kanalii, które będą hodować dzieci dla ich krwi i sprzedawać eliksir bogatym emerytom.

Już dziś chińskie dzieci rodziców, którzy zostali skazani na karę śmierci i straceni, są traktowani jak niewolnicy lub rezerwuary części zamiennych. Hinduskie dzieci są za grosze kupowane przez szejków arabskich i wykorzystywane jako dżokeje w ich ulubionych wyścigach konnych. Zmuszają do tego już czteroletnie dzieci! A w Afryce małe dzieci są porywane i tresowane do zabijania. To upadek cywilizacji.

Taki mamy świat realny.

A  jednocześnie lustra teleskopów pokazują nam już krańce wszechświata. Technika ma naprawdę cudowne osiągnięcia. Tylko jakoś nie bardzo  są one przeznaczone dla zwykłych ludzi. Garstka bogaczy zawładnęła cywilizacją. Rozwarstwienie finansowe jest największe w całej historii. Jest tyle biedy i niesprawiedliwości, i to na wszystkich kontynentach.

Myślę, niestety, że to bardzo źle wróży naszemu gatunkowi. Bo ludzie w końcu nie wytrzymają, a jak ruszy ludzka lawina to nie zatrzymają jej oddziały posłusznego wojska. Utoną w masie. To może być rewolucja, bunt powszechny, wojna. To może być pod sztandarami narodowymi lub religijnymi.

Na pewno wtedy ujawnią się znowu najgorsze z cech ludzkich, bo chęć odwetu i potrzeba zemsty zawsze tkwiła w ludzkiej naturze. I, tak jak każdy kataklizm, nowa fala zmiecie i złe i dobre rzeczy. Możemy zaprzepaścić osiągnięcia naukowe, zniszczyć dzieła sztuki i wrócić do pierwotnych instynktów i prawa silniejszego. Tak naprawdę to już się dzieje w wielu miejscach na Ziemi.

 

Ostatnio usłyszałam w radiu zadziwiającą wiadomość – szukają oszusta matrymonialnego, który podawał się za generała jakiejś tam armii i przez internet uwiódł w Polsce kobietę, której obiecał, że przywiezie skarb i się z nią ożeni, a wyłudził od niej dwieście tysięcy złotych. Czym można wyjaśnić takie zdarzenie, jak to w ogóle jest możliwe?

Naiwność na pewno nie jest tu dostatecznym wytłumaczeniem. Jakie straszne emocje muszą stać po drugiej stronie, by dać się nabrać w taki prostacki sposób?  Samotność, ale i wiara w księcia z bajki.  Niska samoocena, ale jednocześnie  wiara, że właśnie mnie mogło spotkać „takie szczęście”. No to się kupy  nie trzyma! Ile w człowieku, no dobra – w kobiecie, niekonsekwencji, pychy i chorych marzeń, by to się mogło stać. A jak wiadomo to jest numer stary jak świat. Wiele filmów dokumentalnych powstało na tej kanwie, a i komedie obśmiewały problem ( „Kochaj albo rzuć”, Och Karol”), a kobiety nadal dają się nabierać.


dedykuję Agacie

Jakoś trzy miesiące  temu zaczęły się ucieczki Pędzla za płot…
Pędzel to nasz ślepy kot, którego historię opisałam w
jednym z pierwszych rozdziałów. Dla jego bezpieczeństwa ogrodziliśmy teren i zawsze uważaliśmy, by nie zostawiać otwartej furtki.

Od jakiegoś czasu Pędzel ze złością przeganiał z ogrodzonego terenu naszego drugiego kota, Cichoszę. Tylko w domu był rozejm, a na dworze ścisły podział, prychanie, gonitwa i walenie łapą. A Pędzel, chociaż niepełnosprawny, jest duży i silny. Biedny Cichoszek skradał się do domu zawsze w stresie i wyraźnie unikał „brata”. Nie załatwiały sprawy nawet przynoszone myszki, Pędzel ewidentnie  był zazdrosny o wyjścia drugiego kota. Zaczęliśmy więc go zabierać raz dziennie na spacery z Tuśką. Najpierw chodził na smyczy, później już wolno, jednak zawsze pod kontrolą.

Ale przyszedł taki dzień, że kot nam zniknął z zagrodzenia. Okazało się, że nauczył się wspinać na słupki przy furtce i spacerował sobie po krawędzi furtki, aż spadał po drugiej stronie. No i tak zaczął zwiedzać wieś… Okropnie się martwiliśmy, byliśmy przekonani, że nie ma szans uchować się na drodze przed samochodami, że dostanie lanie od innych kotów, że psy go poturbują.

Zaczął się więc wyścig zbrojeń. Jacek wymyślał i budował coraz to nowe przeszkody. Najpierw druciki pod kątem utrudniające wejście na górę bramy. Pędzel po kilku dniach nauczył się radzić sobie z nimi radzić. Znowu szukaliśmy go po polach. Potem sąsiad poradził, by pokryć słupki bramy blachą. Pomogło na tydzień. Nauczył się wspinać po samej siatce, omijając słupki. Założyliśmy więc śliskie płyty na siatkę. Trzy dni ( coraz szybciej się uczył) i znowu hulał u sąsiadów, a my umieraliśmy ze strachu. Zdarzyło się, że zgarniałam go z drogi spod jadącego autobusu, szukaliśmy go po nocy, wypatrując w świetle latarki jednookiego, bo tylko jedno jego oko ma wyściółkę odblaskową, drugie wygląda tak, jakby ktoś zmieszał tęczówkę z białkiem na kogel-mogel, i jeszcze jest pokryte białą błoną.

Nasza brama przypominała nieudaną instalację plastyczną, a kot i tak znajdował sposób, by dać dyla. A jeśli nawet był jeszcze za płotem, to chodził wściekły wzdłuż płotu i  aż tupał ze złości. Wydeptał niezłą ścieżkę, pies stróżujący by się nie powstydził. Wiedzieliśmy, że takie napięcie mu nie służy, bo może znowu wywołać komplikacje z pęcherzem ( brzmi to dziwnie, ale koty miewają problemy z zapaleniem pęcherza na tle nerwowym i Pędzel już wcześniej takie zaliczył).

Sytuacja stawała się nie do wytrzymania. Mieliśmy już wizję, że będziemy musieli podawać mu środki uspokajające. Ale zadzwoniliśmy do naszej pani weterynarz, Cioci Mrówki, która w długiej rozmowie rozważyła z nami wszystkie za i przeciw i orzekła, że trzeba kotu dać wolność. Oczywiście ryzykuje, oczywiście z samochodem nie ma szans, ale trzymanie go w zagrodzeniu, kiedy drugi kot buszuje po całej wsi, tak go unieszczęśliwia, że i tak się zaraz objawi jakąś poważną chorobą.

Zdjęliśmy więc przesłony i poprosiliśmy okolicznych sąsiadów, by uważali na niego na drodze. Dyskretnie obserwowaliśmy dokąd idzie. Wyraźnie szedł po śladach starszego „brata”. Znalazł dziurę w ogrodzeniu sąsiada i zaczął tam najpierw zwiedzać liczne – jak tu mówią – szałerki i drewutnie, a potem paradować na podwórku, wśród pięciu psów i dziesięciu innych kotów. Nie mogliśmy uwierzyć, że daje sobie radę. Czasami wraca podrapany, ale wraca. Kilka razy dziennie się odmeldowuje na jedzenie i picie, a o zmierzchu przychodzi na wołanie i grzecznie przesypia całą noc.

Sądziliśmy, że  nie przeżyje tygodnia. A teraz mija miesiąc.  Oby tak dalej.  Pędzel  wypuszcza się w coraz odleglejsze rewiry, ale sąsiedzi dla naszego spokoju donoszą gdzie go widzieli. Takich mamy dobrych sąsiadów! Mówią tu, że „kot przewidział”. Faktycznie robi wrażenie, że widzi, a przecież nie mogło mu się odtworzyć widzenie w zniekształconej gałce ocznej. Może natomiast poprawiło mu się widzenie drugim okiem. Nasz łódzki doktor wzbraniał się przed usunięciem tego chorego oka ( skaza krwotoczna i wrzód wielkości piłki golfowej w gałce ocznej u trzymiesięcznego kota), bo – jak mówił – nerwy wzrokowe kota są splecione i przy usunięciu jednego oka, uszkadza się nerw drugiego. Po cudownym wyleczeniu Pędzla ponad pięć lat temu byliśmy zadowoleni, że to drugie oko po kilku miesiącach w ogóle się uruchomiło, to znaczy zaczęło reagować na światło. Ale do dziś jest tak, że kiedy się Pędzelek zdenerwuje albo przestraszy źrenica otwiera mu się tak, że widać całe dno oka. I wtedy nie widzi. A w lepszych momentach, kiedy źrenica działa prawidłowo, na pewno widzi to, co w oddali. Z bliska nic, bo regularnie wpada na przedmioty, jeśli tam przedtem nie stały, uderza się o samochód czy drzewo. Ale – z drugiej strony – potrafi upolować mysz albo ptaszka. zawsze sądziliśmy, że nadrabia słuchem, ale może faktycznie nastąpiła jakaś regeneracja i lepiej teraz widzi.

W każdym razie – BOŻE, JAKI ON JEST SZCZĘŚLIWY! I kiedy rozważaliśmy nasz dylemat: uwolnić go czy otumanić prochami, to zadaliśmy sobie pytanie, co sami byśmy wybrali, będąc w takiej sytuacji. Wolność ponad wszystko! Nawet jeśli jego życie będzie przez to krótsze, to szczęśliwe. A przecież wszystkim nam chodzi właśnie o to. Na pewno biedne małpy pozamykane w klatkach w zoo wolałyby zamienić swoje wieloletnie więzienie choćby na jeden dzień wolności w swoim naturalnym środowisku. Wystarczy otworzyć klatki. Które ze zwierząt tam pozostaną?

Modlimy się, by mu się  nic nie stało i codziennie wieczorem dziękujemy bogu, że wrócił cały. Mamy nadzieję, że nadal będzie mu sprzyjało szczęście.

 

…7 miesięcy później

Nasz Pędzelek jest cały, zdrowy i bardzo szczęśliwy. Nauczył się wsi, zahacza też o przyległy las, zwiedza odległe pola sąsiadów. Ułożył  sobie stosunki ze zwierzakami z sąsiedniego gospodarstwa na tyle skutecznie, ze nie przychodzi poraniony. Schudł, bo stale jest w ruchu i nie ma śladu nawrotów poprzednich dolegliwości, mimo że na pewno zjada biedne myszki i tym podobne  – zabronione dla kotów z chorobami układu moczowego – przysmaki.

Jest szczęśliwy! Codziennie to okazuje. Wraca na noc, śpi na poduszce obok naszych głów. Kilka razy dziennie głośno melduje swoje przybycie i zajada sucha karmę. Uwielbia być głaskany i przytulany, ale o świcie jest znów gotowy do drogi po nowe odkrycia i  przygody. Niech tak będzie jak najdłużej.

Credo

Brak komentarzy

Kiedy chcemy zwrócić się do kogoś miło i czule, to mówimy do niego misiu, żabko, króliczku… Mówimy – mój wróbelku, myszko, rybko, kwiatuszku. Wszystkie te określenia, które przecież nas rozczulają, pochodzą ze świata fauny i flory. (Jakoś nie wpada nam w tych okolicznościach skojarzenie – ludziku, człowieczku. Ciekawe dlaczego… )

Masz usta jak pączek róży, oczy jak migdały, no wydawałoby się, że to najwyższy   poziom uznania dla doskonałości elementów przyrody, ale niestety nie ma żadnej za tym idącej konsekwencji w postaci szacunku dla tych ideałów samych w sobie. Mówimy przymilnie „robaczku”, ale kiedy widzimy dżdżownicę albo gąsienicę – to bleee… Jesteśmy do cna zakłamani,  żyjemy w totalnej obłudzie, my – ludzie.

Najgorsze, że już nawet tego nie zauważamy. W witrynach sklepów mięsnych, na opakowaniach rysujemy uśmiechnięte prosiaczki, kolorowe koguciki i hasające po łące krówki. A na tackach, pod tymi kolorowymi obrazkami leżą przecież rozczłonkowane i wypreparowane, ale zwłoki zwierząt! Nikt nie narysuje półtuszy ociekającej krwią, bo przecież klient tego nie kupi. Odwróciłby głowę z niesmakiem. To co? Nie wie z czego to jest? Nie wie jak to się robi?

Spotykam wielu ludzi, którzy nie byliby w stanie samodzielnie zabić zwierzęcia. Już nawet widok oskubanej wiejskiej kury powoduje zmianę apetytu. Ale stworzony przez człowieka przemysł śmierci wytworzył produkt, który nie piszczy, nie ucieka, nie ma ogromnych z przerażenia oczu i nie ocieka krwią. Na tackach leżą blade wypreparowane kawałki białka, bardziej podobne do plastiku niż mięsa. Nooo, to możemy zjeść w każdej ilości. Żadnych złych skojarzeń, poczucia winy i tym podobnych. Nieważne, że w tych rezerwuarach białka nadal tkwi cały strach i ból najpierw nieludzko ( co za przewrotne określenie!) traktowanych w czasie hodowli, potem bezdusznie transportowanych w okropnych warunkach i na koniec – taśmowo zabijanych lub wręcz ćwiartowanych na żywca ( filmy do zobaczenia w necie) zwierzaków.

Mnie nie dziwi wzrost agresji  u ludzi, czy nerwowości u dzieci. Dlaczego niby miało by być inaczej? Już wieki temu wiedzieli ludzie, że jak się upoluje uciekającego zająca, to trzeba go zostawić czas jakiś, by skruszał, bo w mięsie są wszystkie toksyny strachu i ucieczki, które są po prostu niezdrowe dla jedzącego. To co? Nagle posiedliśmy cudowny środek, który rozpuszcza te toksyny za machnięciem czarodziejskiej różdżki? …Zżeramy je po prostu i trują nam mózgi. Nam – ludziom.

Nic nie pomogą wyliczone w centymetrach przez instytucje unijne boksy dla stojących krów. To nie jest normalne, by krowa całe życie – od poczęcia przez inseminację, kolejne zapłodnienia przez weterynarza, przez porody i całe lata dojenia, do wywozu do rzeźni – stała na krótkim łańcuchu w jednym miejscu w oborze i słońce widziała tylko przez okno, a trawę, kiedy gospodarz ma dobry humor, skosi trochę i podrzuci.

Nie jest normalne, gdy maciora po porodzie zostaje położona w ciasnej klatce na jednym boku tak, by nie mogła w ogóle się odwrócić, a prosiaki, trzymane w sąsiedniej klatce, mają dostęp do sutków, jak do maszyny z mlekiem.

To jest wynaturzenie, gdy na jednym metrze kwadratowym hoduje się kilkanaście kur. To jest zbrodnia, gdy tuczy się gęsi na stłuszczone wątróbki, zadając im taki ból, że aż próbują popełnić samobójstwo waląc głowami w ścianę ( widziałam na własne oczy na filmie dokumentalnym). To jest idiotyzm pazerności, gdy skarmia się zdrowe zwierzęta padłymi. Już sobie człowiek tak wyhodował bse i świńską grypę.

Ale przecież my to wszystko wiemy – my ludzie. Jednak wierzymy w jakiś cud mniemany, że ujdzie nam to na sucho, że przyroda wreszcie sama nie zrobi z tym porządku. A wystarczy jeden wirus…

Rozumiem ludzi, którzy idą do lasu na polowanie, bo są głodni. Ale nigdy nie zaakceptuję myśliwego, który strzela do sarny z karabinu z lunetą, siedząc w swoim samochodzie na asfaltowej drodze, bo w takim głębokim poważaniu ma życie tej sarny, że nawet dupy mu się nie chce ruszyć. Nigdy nie wybaczę zwyrodnialcom, którzy wrzucają kociaki czy szczeniaczki do bagna, by się potopiły, do śmietnika w worku – by się udusiły, albo zakopują żywcem… Bestialstwo! czy aby? Zwierzęta nigdy by tak nie zrobiły, nie są tak przemyślne w swoim okrucieństwie. Więc mamy oto człowieczeństwo we współczesnym wydaniu.   Piąte przykazanie: nie zabijaj! Gdzie jest powiedziane: nie zabijaj tylko ludzi?

A przecież mamy pewnie jedyni we wszechświecie taką cudowna szansę, by żyć. Żyć zatopieni we wspaniałej przyrodzie. Wystarczy popatrzeć pod nogi. Każdy płatek koniczyny, każde źdźbło trawy, mrówka czy ślimaczek są skończonym arcydziełem. Człowiek nie jest zdolny stworzyć nic równie doskonałego. I nie człowiek stworzył te istnienia, ale zniszczyć ich się nie zawaha. Bezmyślnie kopiemy grzyby, depczemy mrowiska, rozgniatamy dżdżownice, dręczymy myszy w pułapkach, katujemy psy, koty, bijemy dzieci, pastwimy się psychicznie nad starymi ludźmi, znęcamy się nad żonami, donosimy na kolegę z pracy, by zająć jego miejsce, obmawiamy sąsiadkę tak, że popełnia samobójstwo, i tak dalej, dalej…

Zadajemy ból , pasiemy się obrazami przemocy w telewizji, filmie. Wszędzie kult mordobicia, zawiść i wszechpotężna kasa.  Nie ma już miejsca na słuchanie boskiej muzyki Mozarta czy Beethovena. Jakaś garstka ludzi, którzy jeszcze mają taką potrzebę,  jeszcze egzystuje, ale w pewnym sensie musi się ukrywać się w jaskiniach, a na pewno ma etykietkę odmieńców.

W każdej chwili ktoś gdzieś  się rodzi, ktoś umiera, ktoś jęczy z bólu, ktoś inny opłakuje stratę. Cierpienie jest wszechobecne już z powodu samego cyklu życia. Nie dokładajmy więc go od siebie  innym istotom. Zatrzymajmy się w tym oszalałym pędzie i popatrzmy na cuda przyrody, na chmury i gwiazdy na nocnym niebie. Zrozumiemy wtedy, że jesteśmy tylko pyłeczkiem w kosmosie, że nasze wydumane żądze nic nie znaczą wobec ogromu tego wszechświata, jego nieskończoności i skończoności zarazem.

Skłońmy głowę z poczuciem wdzięczności, szanujmy świat, w którym nam dane żyć. Stąpajmy uważnie po ziemi, pamiętając, że pod naszymi stopami mieszczą się jeszcze inne niezliczone mikroskopijne wszechświaty, których nie mamy prawa niszczyć. Amen.

2014-08-20 10.15.36 2014-08-21 10.43.53 2014-08-20 10.08.502014-08-21 11.25.59

Mamy tu tak wygodnie, że dookoła lasy. Toteż kiedy przychodzi czas, bierzemy koszyki i w las!

W tym roku grzybobrania zaczęły się późno, bo dopiero w drugiej połowie sierpnia. Zwykle pierwsze prawdziwki przynosiłam już w maju. A ten rok jakiś nietypowy. Okropna susza, to fakt, ale i kolejność ujawniania się gatunków przedziwna.

Zwykle pierwsze są kurki, ale tych u nas jak na lekarstwo. Potem pojawiają się tak zwane „psie”, to znaczy niejadalne, a na łąkach – pieczarki. Dopiero potem  w lasach liściastych – w brzozowych, bukowych, dębowych – pokazują się prawdziwki i koźlarze babki, a także czerwone koźlarze, zwane krawcami lub kozakami. Ale równolegle na obrzeżach lasów, na łąkach powinny się wypiętrzać kanie, a w lasach iglastych oraz mieszanych – gołąbki i muchomory.

A tu nic! Ani jednej kani, żadnego muchomora. Jeno prawdziwki i prawdziwki. No ładny był wysyp, to prawda. Grzybiarze mówią, że rzadko taki rok na prawdziwki się trafia. Jeszcze niedawno, kiedy słyszałam opowieści, że ktoś tam zebrał w jednym lesie sto prawdziwków, to jakoś nie bardzo chciało mi się wierzyć, a w tym roku sama zbierałam i po sto trzydzieści dziennie. Było to bardzo przyjemne, ale już nie zaliczałam tej ilości do kategorii cudów. Bo człowiek wredną ma naturę i zawsze mu mało…

Tutejsi zbieracze są z lekka rozpuszczeni. Nie zbierają wszystkiego jak leci, a tylko wybrane gatunki. Oczywiście prawdziwki, no i może jeszcze podgrzybki, zwane tu czarnymi łebkami, ale po koźlarza czy zajączka to się już nie schylą. No, myślę,że nie każdy rok pozwala na takie wybrzydzanie. Inna sprawa, że część spotykanych przeze mnie zbierających po prostu zbiera na zarobek. Jest podobno w okolicy pani, która skupuje prawdziwki „i nawet robaczywe nogi kupuje, po pięć złotych za kilogram, bo to na susz idzie, taki proszek robią, do zup”. No … smacznego!

W lesie spotykamy się często, bo wytrawni zbieracze znają prawdziwkowe miejsca. Najmilsze jest to, że tu w lesie ludzie się witają i pogadają jak to dzisiaj idzie zbieranie i czy robaczywe, czy wysyp się kończy i że susza. Jest miło. A przypominam sobie, że kiedy w lasach w centralnej Polsce spotykało się „na swoich miejscach” innych grzybiarzy, to tylko zaczynał się wyścig kto pierwszy i mowy nie było o sympatycznych rozmówkach. Może to dlatego, że lasów tu ogrom, a ludzi mało. I lasy  bogate, łaskawe. Każdego nakarmią.

Moim największym osiągnięciem jest znalezienie miejsca na rydze. Jadałam je w dzieciństwie, potem przez wile lat nie widziałam ich na oczy, chyba że na straganach na rynku, ale tam nie wyglądały smakowicie, bo rydz przerzucony wiele razy jest połamany, siny i nieapetyczny. Zwykle też jest robaczywy, co go kompletnie  eliminuje z kategorii przyjemności.

A tutaj rydzyki śliczne, świeżutkie. Zbieram dość małe, zanim robale się do nich dobiorą. A smak jednak mają niepowtarzalny, no rozkosz dla smakoszy. Znam smak trufli i uważam, że w ogóle nie mogą startować w konkurencji z rydzami. Małmazja.

Tylko robota się nie kończy. Stale mycie, obieranie, suszenie, blanszowanie, słoiki, ocet – i tak w kółko. Za to zimową porą obgotowane grzybki wyjęte z zamrażarki i usmażone na cebulce są rarytasem nie lada. Tak samo słoiczki podgrzybków w occie. Te ostatnie oraz grzyby suszone to świetne prezenty dla mieszczuchów, spragnionych darów lasu. Dlatego tak dużo robimy przetworów. Ludzie w miastach, paniedziejku, bogate, kupią sobie, co chcą, ale docenią jednak naturalne leśne smaki, przetworzone w tradycyjny sposób.

Wysyp prawdziwkowy się kończy, ale już za chwilę pojawią się czarne łebki. Tym razem w lasach iglastych. Znowu będziemy biegać po lasach, gnani jakimś atawistycznym instynktem zbieracza. Ale to fantastyczny sposób na odpoczynek! Chociaż nogi bolą i nikt by nas nie namówił w innej sytuacji na wykonanie tylu przysiadów, to głowa lekka, opróżniona z balastu przez leśną medytację. Polecam.

 

Był letni wieczór. Wychodziłam właśnie z domu i usłyszałam strzał. Bardzo blisko, aż zahuczało. Krzyknęłam do męża: „Jakiś kretyn strzela koło domu”  i  pobiegłam w stronę odgłosu, bo przypuszczałam, że tam na polu może być jeden z naszych kotów.

Na drodze kilkadziesiąt metrów za domem zobaczyłam srebrny samochód, który ruszył jak tylko pojawiłam się na drodze i po chwili zniknął za górką.

Najważniejszy na razie jednak był kot. Był tam. Zobaczyłam go z daleka, bo czarny i dobrze odcinał się na tle skoszonej trawy. Siedział skulony jakieś piętnaście metrów od linii lasu i nie ruszał się. Biegłam tak szybko, jak mogłam i wołałam Cichoszka. On w pewnym momencie otrząsnął się z odrętwienia i z miaukiem ruszył w moja stronę.

Kiedy już go trzymałam w ramionach, zobaczyłam że ten samochód zawrócił, ustawił się dalej niż poprzednio, na linii lasu. Z samochodu wysiadł myśliwy i ruszył w kierunku, z którego przybiegł Cichoszek. Myśliwy krzyknął do mnie: ” Przecież do kota nie będę strzelał” i schylił się nad jakimś ciałem. ” A wolno panu strzelać tak blisko? – zapytałam.  „No chyba jest sto metrów” – odpowiedział.

Mąż w tym czasie również wyszedł na drogę i obserwował, co facet robi, a ja pędem zaniosłam kota do domu i złapałam aparat fotograficzny.

Myśliwy odciągnął zabitą sarnę ( nie wiem czy to była samica czy koziołek) dalej od naszych oczu i tam ją ” sprawiał” jakiś czas. W ewidentny sposób robiliśmy mu zdjęcia, a mąż powiedział, że zawiadomimy Policję. Nie zrobiło to na nim wrażenia. „Obróbka” trwała jakieś pięć minut, a potem zawlókł zakrwawione zwierzątko do samochodu. Odjechał.

Mąż zgłosił wydarzenie na policję. Zrobiliśmy pomiar dalmierzem – myśliwy strzelał z samochodu, z drogi publicznej i na dodatek 68 metrów od zabudowań.

Nasz dzielnicowy był akurat chory. Przyjechała policja z powiatu. W nocy, ale przyjechali. Panowie mili i konkretni. Potwierdzili, że myśliwy złamał co najmniej trzy przepisy, bo NIE WOLNO STRZELAĆ Z SAMOCHODU, NIE WOLNO STRZELAĆ Z DROGI PUBLICZNEJ I NIE WOLNO STRZELAĆ BLIŻEJ NIŻ 100 METRÓW OD ZABUDOWAŃ. Byli zadowoleni, kiedy pokazaliśmy zdjęcia. Spisali numery rejestracyjne i zapewnili, że później ktoś z Komendy przyjedzie po zdjęcia.

Nie przyjechali. Dzwoniliśmy jeszcze dwukrotnie na Komendę – by mieć pewność, że sprawa nie przyschnie bez konsekwencji. Raz jeszcze rozmawialiśmy z funkcjonariuszem, który przyjmował od nas zgłoszenie i zapewniał, że na pewno nada sprawie bieg prawny,  że zawiadomi odpowiednie władze, które przyznają pozwolenia na broń, a także koło łowieckie, z którego pochodzi myśliwy.

Jakoś po dwóch tygodniach dostaliśmy pismo, że sprawa nie została skierowana do sądu, ponieważ myśliwy został ukarany mandatem. Ale dla mnie ta sprawa się nie skończyła. Dla nas to jest nie do wiary, że taki facet zachowuje się jak na dzikim zachodzie i strzela w pobliżu domów z poczuciem pełnego prawa. Bo też to prawo jest bezprawiem, skoro daje zgodę na strzelanie w odległości 100 metrów od zabudowań, podczas gdy nowoczesna broń myśliwska, wyposażona w lunetę i inne elektroniczne bajery, może nieść pocisk nawet od 1000 do 2500 metrów.

Ostatnio słyszałam w wiadomościach o odstrzale dzików na obrzeżach Poznania. Lektor bez zająknienia przeczytał, że odstrzał jest wykonywany w odległości 100 metrów od bloków… Czy ktoś się w ogóle zastanowił ile to jest te sto metrów i jakie daje zabezpieczenie?

Większość ludzi nie ma pojęcia, że myśliwi w Polsce maja takie wielkie uprawnienia. Czy wiecie, że wolno im wejść na każdy  prywatny teren i tam polować te sto metrów od zabudowań, jeśli tylko teren nie jest ogrodzony? Nie dziwota więc, że wydaje im się iż są panami terenów przydzielonych kołu łowieckiemu, do którego należą, i bez pytania wjeżdżają samochodami, wchodzą z bronią na prywatne posesje.

Za każdym razem trzeba interweniować przez policję, co tutaj nie jest mile widziane. Ale my nie odpuścimy.

Tym razem mój kot przeżył. Był biedak sparaliżowany strachem, bo zabita sarna padła jakieś 10, 15 metrów od niego. Ale nie czujemy się bezpiecznie wobec takiego prawa i bezduszności facetów z bronią. Mamy wrażenie, że to państwo w państwie, popierane niestety przez samego pana prezydenta. Dlatego upowszechniajcie, proszę, tę bolesną wiedzę   o prawnej i realnej stronie polskiego łowiectwa .

RZECZYWISTOŚĆ A SPRAWA CHŁOPSKA

Od czasu jak zamieszkaliśmy na wsi zmienił się nam ogląd „sprawy chłopskiej”. Dobrze pamiętamy miejskie pobłażliwe i zabarwione poczuciem wyższości sądy o chłopskim rozumie i sprycie. I jeszcze, że „chłop żywemu nie przepuści…” Wiele w tym prawdy historycznej. W końcu bycie rolnikiem na własnej ziemi było marzeniem wielu pokoleń chłopów. A tutaj, na Warmii, w niektórych majątkach pańszczyzna obowiązywała do lat trzydziestych dwudziestego wieku.

Ale teraz już tak nie myślą o ziemi… Pamiętacie scenę z filmu Kolskiego „Powrót Mateusza”, kiedy Adam Ferency  w hipnotyzującej scenie brał ziemię  w posiadanie? Myślę, że przez wiele lat ta otrzymana ziemia była dla nich prawdziwą ziemią obiecaną i nie umniejszały jej znaczenia ani ciężkie warunki życia, ani mozolna praca.

Paradoksalnie teraz, kiedy prawie wszyscy już mają wygody podobne do miejskich, wcale już tak tej ziemi nie szanują i raczej nie oczekują, że któreś z dzieci przejmie gospodarstwo. Starają się umożliwić im „lepsze życie”, więc – jeżeli tylko dzieci chcą się uczyć – posyłają je do szkół i na studia. Do Iławy, Torunia, Olsztyna, Gdańska. A stamtąd się na wieś nie wraca. Tam się szuka pracy w sklepie, knajpie, urzędzie. Pozostanie w mieście jest nobilitacją, synonimem sukcesu dla młodego człowieka ze wsi.Kiedyś Renia mi powiedziała: „byłam w urzędzie… ależ one mają przyjemną i czystą pracę… tak bym chciała aby moja Ania miała kiedyś taką lekką robotę”.

Mieszkanie na wsi, które  dla starszych mieszczuchów jest często niespełnionym marzeniem, dla nich nie jest żadną atrakcją, a oczywistością i  zapleczem. Bo coraz starsi rodzice często decydują się dobrze sprzedać ziemię letnikom.  Wydzielają nowe siedliska, odrolniają ziemię i sprzedają. Takim sposobem tutejsze wsie powoli się wyludniają.

Rolnicy mówią, że dzisiaj trudno jest utrzymać rodzinę z dwudziestokiluhektarowego gospodarstwa. Sama uprawa ziemi nie da dostatecznego dochodu. Trzeba jeszcze hodować krowy na mleko, świnie na mięso, kury na jajka, a jeszcze kaczki, gęsi itd., itd. A kiedy przyjdzie sezon to chodzi się do lasu zbierać jagody, maliny, jeżyny czy żurawiny, a potem grzyby i sprzedaje się je na rynku w pobliskim miasteczku. Nie gardzi się żadnym groszem, a dzieci są przyzwyczajone, że muszą dorobić, jeśli chcą na przykład jechać na szkolną wycieczkę zagraniczną.

Rolnicy narzekają na spadające ceny żywca, zboża. Tęsknie wspominają kółka rolnicze i spółdzielnie. I nie jest to wcale zwyczajowe polskie narzekanie i tęsknota za komuną, ale świadectwo bezradności w nowej rzeczywistości. Nie pomogą tu nowe maszyny z unijnych dotacji, bo po co te maszyny, skoro nie można sprzedać tego, co się wyprodukuje za godziwą cenę. Spółdzielnie rolnicze, które gdzieniegdzie są reaktywowane czy inne organizacje rolnicze pozwalają na negocjowanie cen z hurtownikami na zasadach równych podmiotów. Indywidualny rolnik nie ma szans na żadne negocjacje. Musi sprzedać za tyle, ile zechcą kupić. Nie ma gdzie przechowywać zboża, wiec stara się sprzedać je jak najszybciej po zbiorach, a wtedy oczywiście ci, którzy prowadzą skup, obniżają ceny maksymalnie.

Teoretycznie takie instytucje jak Agencja Rozwoju Rolnictwa czy punkty doradztwa rolniczego powinny kierunkować produkcje rolną tak, by na danym terenie dawała szansę racjonalnej produkcji. Ale to nie działa. Po prostu.

Mimo że ciężko pracują, coraz trudniej im się utrzymać i pewnie w przyszłości zostaną tylko duże gospodarstwa, takie około stu hektarów, no i te z pomysłem – lawendowe pola z warsztatami kosmetycznymi, jabłkowe sady z produkcją cydru i tym podobne. Starych rolników raczej się na to nie namówi. Hodowla ślimaków też nie wzbudza w nich entuzjazmu.

Tak więc za pięćdziesiąt lat nie będzie już rolników w dzisiejszym rozumieniu. Będą producenci rolni i domy na wsi, zamieszkane przez mieszczuchów, którym obrzydło do szczętu miasto, a los pozwolił im spłacić kredyt za mieszkanie w mieście, sprzedać je  i kupić za to stare gospodarstwo. Może taka jest kolej rzeczy, jak mówi Ewa. Obawiam się jednak, że jajka z dużej fermy nie będą tak smakowały, jak teraz te od Reni, a wszystkie jabłka będą miały taki sam smak ( już teraz trudno określić  po smaku odmianę jabłek kupowanych w markecie). Ale za pięćdziesiąt lat… to już nie będzie nasze zmartwienie.

Już dziś trudno znaleźć w sklepie prawdziwy twaróg, który smakowałby, jak kiedyś. A to dlatego, że mleczarnie wymogły na rolnikach produkcję mleka bez bakterii. Dla mleczarni świetnie, bo może dodać bakterie, kiedy potrzebuje i nie musi przejmować się naturalnymi procesami skwaszenia mleka. A oprócz bakterii doda jeszcze mleko w proszku, mączkę chleba świętojańskiego, karagen i inne chemiczne świństwa i serek będzie miał przydatność do spożycia dwa miesiące. A rolnicy, poza utrzymywaniem czystości, często dodają do karmy zwierząt antybiotyki, a my to potem wcinamy.

Przypuszczam, że w przyszłości powstanie moda na naturalne produkty i będzie to luksusowa żywność. Tak jak my dzisiaj odkrywamy na nowo przepisy naszych dziadków, tak pewnie nasze wnuki spróbują odtworzyć smaki naturalnych, nie przetworzonych produktów. Tylko czy będą miały na to szansę, skoro zmiany w żywności następują już na poziomie genetycznym?

Przypuszczam

WARTO BYŁO CZEKAĆ

On – pięć lat po rozwodzie. Poraniony psychicznie, bo został zdradzony i oszukany, a potem jeszcze opluty i spotwarzony przed sądem.

Ona – dziewięć lat w  samotności odchorowywała swój poprzedni toksyczny związek.

Obydwoje  bezgranicznie zanurzeni w pracę. Pracę, która pozwalała zapomnieć, nie myśleć  o bolesnych sprawach, bo pochłaniała bez reszty i jeszcze dawała satysfakcję.

On – uważał, że już nigdy żadnej kobiecie nie zawierzy.

Ona – że tamten był tym jedynym.

On – ciepły i dobry z natury, o wrażliwości dziecka, był niestety łatwym łupem, a nie rozumiał dlaczego. Sam widział siebie jako mężczyznę-opokę. Miał zasady i tego samego oczekiwał od żony. W jego świecie nie było przebaczenia dla zdrady ani wyrozumiałości dla kłamstwa i nielojalności. Bo sam tak nigdy by nie postąpił. Przecież przysięgał, przysięgali…

Nie było szansy na powrót, nie kontaktował się z byłą żoną, mimo że mieli przecież wspólnego syna. Zobaczył się z nią dopiero po latach, na ślubie syna właśnie.

Ona – oddana swojemu mężczyźnie jak pies, łykała wszystkie jego kłamstwa i zgadzała się na kolejne ustępstwa, ale coraz mniej czuła dla siebie szacunku. Bolało bardzo, ale w końcu odeszła…

Znali się od kilku lat, bo spotykali się przy różnych projektach w pracy. Lubili się, przyjaźnili. Spotykali, gadali, pili kawę, ale nigdy nawet do głowy im nie przyszło, by pomyśleć…

Aż którejś nocy, po kolejnych męczących przygotowaniach do zdjęć, kiedy już wszystko było gotowe, ale na sen było  zbyt mało czasu, koleżanka, w potoku różnej paplaniny i dowcipów, powiedziała :” Fajna by z Was była para”.

Spojrzeli na siebie jakoś inaczej. Jakby ich zaczarowała, czy raczej odczarowała.

Zaczęli trochę inaczej rozmawiać, spotykać się po pracy, wyjeżdżać z pasami do lasu, nad rzekę.  Było miło, ale był to też trudny czas, bo jego ojciec umierał. Wspierała go jak mogła. Wiedziała jak to jest, bo sama miała już za sobą rozstanie z ojcem. I też zabrał go rak.

Na pogrzebie oficjalnie wystąpili razem. A potem już coraz częściej razem.

Witał ją  bukietem kwiatów, gdy nad ranem wracała z pracy, Czekał na nią pod garażem, by przewieźć do domu, choć było to tylko  kilkaset metrów. Był opiekuńczy i ciepły. O takim mężczyźnie marzy każda kobieta!

Ona opiekowała się suczką, kiedy wyjeżdżał, zadbała trochę o jego garderobę, posprzątała pracownię. Ociepliła mu  życie. Zachciało mu się znowu prawdziwego domu.

W końcu zamieszkali razem. Jak wiadomo wspólne życie to nie to samo co romantyczne spotkania wieczorami. A tu niespodzianka – wszystko do siebie pasuje, nikt nikogo nie chce zmieniać. Tylko czasem poprzednie doświadczenia gdzieś podskórnie dają znaki – strach przed „odsłonięciem brzuszka”, odkryciem wrażliwych miejsc, lęk przed cierpieniem. Ale rozmawiają o tym i przyrzekają nie ranić się wzajemnie.

Czas płynął i coraz bardziej sklejały się te połówki jabłka. Po pięciu latach on się oświadczył. Zrobił to jak zwykle w sposób nietuzinkowy, przy stole wigilijnym. Nie było klękania i kwiatów, tylko dziecinne jajko-niespodzianka, a w nim pierścionek zaręczynowy. Jajko było zamknięte jak oryginalne, opakowanie nienaganne, no trzeba było rąk perfekcyjnego artysty, by tak ukryć niespodziankę. A on taki właśnie jest – bałaganiarz w codziennym życiu i absolutny perfekcjonista przy pracy.

Postanowili wziąć ślub na Helu. Zaplanowali wakacje we wrześniu nad Bałtykiem, oczywiście ze zwierzakami, a na koniec ślub w obecności dwóch członków rodziny jako świadków.

Ale, jak zwykle w ich przypadku, nic nie mogło iść zwykłym trybem. Co prawda ona, zdecydowanie bardziej stworzona do załatwiania spraw, umówiła wszystko w urzędzie , powysyłała listy w sprawie dokumentów potrzebnych do ślubu ( bo urodzili się przecież w różnych miastach). Jej  dokumenty przyszły pocztą na czas. Jego – z niewiadomych powodów -  nie, więc mieli je odebrać jadąc nad morze. Na dodatek okazało się, że on, jadąc gdzieś służbowo, zostawił dowód osobisty na stacji benzynowej. No wyglądało na to, że wszystko sprzysięgło się przeciw ich planom.

Ale zadzwonili ze stacji, na dodatek stacja była na trasie nad morze. Pani urzędniczka zobowiązała się czekać z dokumentami do skutku, nawet po godzinach. I tak też się stało. Poskładało się na koniec jak klocki lego.

Obydwoje nie lubią wesel i choć może rodziny nie przyjęły tego ze zrozumieniem, chcieli oszczędzić sobie imprezy weselnej. Wypili szampana na plaży, potem zaprosili  świadków na uroczysty obiad i tyle. Pogoda piękna, morze ciepłe. Bajka!

To w ogóle był dobry rok. Ona pracowała wtedy w teatrze. I właśnie  tam od jednej z młodych aktorek, która sama strasznie miotała się w małżeństwie, usłyszała: ” Jak się na Was patrzy, to człowiekowi wraca wiara w miłość i że… może warto poczekać”.

Warto było czekać. Są razem trzynaście lat. Jak papużki nierozłączki nie wyobrażają sobie życia bez siebie. Nie lubią rozstań, nawet na kilka dni. A kiedy wracają do domu z jakiegoś samotnego wyjazdu, niezmiennie cieszą się swoim widokiem.
Czasami tylko robią sobie „awantury” o te wcześniejsze lata – to taka gra w zazdrość, która podgrzewa temperaturę uczuć.

To wielkie szczęście w tym pokręconym świecie mieć kogoś, komu można całkowicie zaufać, kto przytuli, gdy ci smutno i pogłaszcze kiedy sama nie wiesz czego chcesz. To wyjątkowe w tym samolubnym świecie, że ktoś bliski zawsze cię wysłucha i zrozumie, podniesie na duchu albo pocieszy. 

Bo miłość to rzadkie szczęście, które trzeba pielęgnować, gdy cudownie nam się trafi. Najpierw trzeba je dostrzec, potem dać mu szansę urosnąć i wreszcie je docenić. Żadne erotyczne uniesienia i zawroty głowy nie zastąpią dojrzałego uczucia. Tylko taka miłość daje poczucie bezpieczeństwa, wsparcie w kłopotach   czy chorobie.

Kiedy przekroczyli magiczną granicę permanentnej młodości zaczęli mieć kłopoty z pracą. Coraz mniej mieli spraw do miasta. Już od jakiegoś czasu pomieszkiwali w sezonie na działce i zaczęli marzyć o ucieczce z miasta, o domu na wsi, z dala od miejskiego molocha. Rodzina i znajomi uznali ich za szaleńców, ale popłynęli za swoim marzeniem. Na pewno osobno żadne z nich nie zdecydowałoby się na taki krok. Ale razem… A co tam! Głową w dół!

Warto było czekać. Mieszkają szczęśliwi pod lasem, budują dom, a marzeń i planów mają tyle, że pewnie im życia nie starczy.  Cieszą się każdym dniem i zdalnie, na ekranie komputera z radością oglądają jak rośnie jego wnuczka.

…Tak jak my…. Bo to nasza historia.