owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

TAKA GMINA

1 komentarz

WSZELKIE SKOJARZENIA Z RZECZYWISTYMI OSOBAMI SĄ BEZPODSTAWNE, ALE NIEWYKLUCZONE

Prawie rok  temu nasza gmina, po wyborach samorządowych, dostała nowego gospodarza. Poprzedni wójt rządził w gminie przez 23 lata, ale, niestety, umarł. Natomiast  wójt Nepomucen Bubek dość  szybko pokazał najgorsze z możliwych standardy urzędowania.

Wiadomo, że wokół stolca nowego władcy zawsze zgromadzi się grono chwalców. Tak też i tu się wydarzyło, ale niech by mu tam… Ale nie wystarczyły mu hołdy wiernych poddanych. Postanowił wymienić wszystkich swoich urzędników na bezwzględnie podległych i zaczęło się polowanie na czarownice.

Na początek zabrał się za wyrugowanie dyrektora szkoły, który miał czelność kiedyś nie przyjąć do pracy jej wysokości żony Nepomucena Bubka, Żanety. Ogłosił konkurs na dyrektora. Zgłosiło się dwóch kandydatów, ale tylko jeden spełnił warunki formalne. Ten (wcześniejszy dyrektor) więc konkurs wygrał, co stwierdziła szacowna komisja, z urzędnikami gminy i kuratorium w składzie. Cóż z tego? Wójtowi przecież nie o to chodziło, więc unieważnił konkurs. Co sobie będzie żałował.

Dyrektor oczywiście  złożył skargę do wojewody. A wojewoda nakazał uznać wynik konkursu i przywrócić dyrektora na stanowisko. Trochę zatrzęsło Nepomucenem Bubkiem, ale zwołał naradę swoich wiernych druhów i uchwalili, że trzeba zaskarżyć decyzję wojewody do Sądu Administracyjnego. Tym razem jednak postanowił zdjąć odium odpowiedzialności z własnego karku i na sesji Rady Gminy podetknął radnym uchwałę w tej sprawie do podpisu.

Przykro mówić, ale radni nasi nie są szczególnie wykształceni i na pewno nie orientują się w Prawie Pracy ani zasadach przeprowadzania konkursów. Próbowali się nawet początkowo bronić przed podjęciem takiej decyzji. Któryś z radnych oświadczył, że chciałby najpierw skonsultować się ze swoimi wyborcami. Usłyszał wtedy, że nie po to go ludzie wybierali, żeby się teraz z nimi konsultował. Inny radny, w swojej przytomności poprosił, by ktoś z zewnątrz przeprowadził szkolenie radnych w sprawach prawnych. W końcu nawet każdy poseł przechodzi szkolenie na początku kadencji. Wtedy wójt powiedział,  że gmina nie ma pieniędzy na takie szkolenia, co najwyżej może radnym zorganizować wyjazd integracyjny. I… niestety zamknął tym temat. Radni nie dowiedzą się na razie, że to oni stanowią prawo w gminie i że na tym polega samorządność. Nepomucen zaś wykształcenie ma, a i ludźmi manipulować już się nauczył. W końcu od czegóż ma żonę?

Rada przyjęła  większością  głosów uchwałę o zaskarżeniu decyzji wojewody. Nasz Bubek urósł we własnych oczach. Co mu tam wojewoda będzie się wtrącał! Sam jest  panem na zagrodzie!

Sprawa się toczy własnym trybem, ale nudzić się nie możemy, bo już kolejna aferka zajmuje miejsce poprzedniej. Tym razem wójt wykorzystał młodą i pełną zapału kobietę. Pani Jola jest urodziwą, wysoką i zgrabną kobietą, a co gorsze, jest inteligentna i uzdolniona muzycznie, a przy tym aż kipi od chęci do pracy. No wiem, tyle zalet, kto to może wytrzymać!? Nepomucen dostrzegł te wszystkie wredne cechy i namówił panią Jolę, by zajęła się kulturą w gminnym ośrodku. Obiecał jej, że zostanie dyrektorem Gminnego Ośrodka Kultury, że dostanie dobrą pensję,  ale najpierw musi ją zatrudnić na umowę na stanowisku animatora, bo trzeba najpierw wyrzucić poprzednią dyrektorkę, panią Beatę,  a jakoś nie ma do tego serca, bo dobry człowiek jest. Przesunie panią Beatę na stanowisko bibliotekarki, a ona na pewno zrozumie i sama się zwolni.

A nasza, pełna wiary Jola zaufała. Zabrała się do roboty, jeździła, szkoliła się, pisała projekty na fundusze z ministerstwa, unijne, rozkręciła  warsztaty i różne zajęcia dla dzieci i rodziców, organizowała koncerty. Wszystkie papierki karnie podsuwała do podpisu starej dyrektorce, bo formalnie była jej podwładną. A wójt, jak dobry ojciec, dopytywał się czy już się przeprowadziła bliżej gminny, żeby nie musiała tak daleko dojeżdżać…

Zbliżały się dożynki, ważne święto, jak to na wsi. Pani Jola przygotowała imprezę, zaprosiła znany kabaret, modne popowe zespoły muzyczne, a ponieważ kończyła jej się umowa, zaszła do wójta, by wreszcie formalnie wprowadzić w życie wszystkie wcześniejsze ustalenia. A nasz jaśnie oświecony Nepomucen oświadczył, że jej umowy nie przedłuży, bo zdecydował się przeprowadzić konkurs. Pani Jola oczywiście się zagotowała. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. I w pierwszym odruchu zapytała, kiedy chciał jej to zakomunikować. ” Na dożynkach” -  oświadczył z niebywałą szczerością.

Tak oto pani Jola nagle znalazła się na bruku, bez środków do życia, z małym dzieckiem, które już zapisała do tutejszego przedszkola, co teraz oznacza dla niej dalekie dojazdy. I tak, jak mówi, na szczęście nie zdążyła się przeprowadzić, kupić domu i wziąć kredytu, do czego namawiał ją wójt-odnowiciel. Biedna pani Jola pewnie miała pecha, że jest ładna i zgrabna, więc musiała  podpaść żonie Żanecie. A żona Żaneta  przecież szczera jest. Kiedy witała się po występie z aktorami z kabaretu, podała szacowną dłoń mówiąc: „To ja jestem ta wójtowa”.

Jako że żona Żaneta jest nauczycielką, posypały się przetasowania w szkołach. Atmosfera tak zgęstniała, że nauczyciele unikają spotkań w pokojach nauczycielskich. Jak tylko ktoś pozwoli sobie publicznie zająć stanowisko w sprawach szkoły niezgodnie z aktualna linią, dostaje naganę. Proste? Co z tego, że to mobbing. Kto by się przejmował? Teraz wójt ma większe zmartwienie. Pechowo szkoła podstawowa w naszym Chmurowie ma najlepsze wyniki w powiecie. Wydawało by się, że to powód do radości, a jednak… Przecież to nie jest szkoła, w której pracuje żona Nepomucena. A to nie uchodzi, to chyba jasne! Zbiera więc wójt haki na dyrektora naszej szkoły. No, może uda się coś znaleźć i szkoła już nie będzie najlepsza w powiecie… Bo to, niestety,  nasza wada narodowa – zamiast sami podciągnąć się – uwielbiamy ściągać za nogi w dół tych, którzy choć trochę się wspięli wyżej od nas.

Ostatnio na Sesji Rady Gminy zdenerwowany obywatel wygarnął wójtowi, co myśli o jego rządach. Posypały się artykuły w lokalnych gazetach. W gminie bezrobocie aż huczy i innych problemów co nie miara, a nam się tu szykują igrzyska i przepychanki kadrowe.

Trudno wprost uwierzyć. Taka gmina – zadupie, piękne okoliczności przyrody, ale choroba władzy dotarła tu w ostrej postaci. Zamiast walczyć, by wyrwać środki unijne i zrobić tu mały raj, by cieszyć się życiem, mamy wojenkę, nerwy i festiwal podejrzliwości. A kadencja trwa cztery lata…

 

Pacnęłam ręką komara, a on wpadł wprost w sieci małego pajączka, który zaraz starannie go oplątał, przy czym naprawdę włożył w to zajęcie ogromnie dużo energii. Dla mnie jeden niewiele znaczący odruch obronny; ot, machniecie ręką, dla komara – koniec świata, a dla pajączka – przetrwanie i szansa na jakieś dalej. Właśnie wcina kolację.

Mrówka ma ze cztery milimetry, ale jeśli poczuje się zagrożona to ugryzie, także człowieka, który ma na przykład sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. To oznacza, że mrówka w obronie gniazda i gatunku atakuje kolosa, który jest od niej większy czterysta pięćdziesiąt razy. Przekładając to na ludzkie relacje, człowiek musiałby odgryźć się potworowi, który mierzyłby ponad osiemset metrów. To jakaś abstrakcja.

Co więc maleńkiej mrówce każe gryźć „obcego”? Ktoś powie, że to tylko odruch bezwarunkowy prostego organizmu. Ale czy mrówka gryzie kamień, gdy ten na nią spadnie? Czy atakuje rozbujaną wiatrem gałązkę, która ją zrzuca z obranej drogi? No nie. Jakimś nadzwyczajnym instynktem ( gdzie to się mieści?) rozpoznaje gdzie ta kropelka jadu może być skuteczna.

Świat mrówek i ludzi to światy równoległe. Działamy, żyjemy bez świadomości tego drugiego do czasu, gdy te światy jakoś o siebie zahaczą.

A czy mrówka widzi człowieka? Niemożliwe, zbyt duża rozbieżność skali. Więc może i my nie dostrzegamy jakiegoś bytu, który jest poza naszym oglądem, a czasami „machnie ręką”…

4 września w  lokalnej szkole  gościliśmy twórców filmu ”Niepamięć”. Mimo kiepskiej pogody ( dlatego pokaz, który miał być plenerowy, został przeniesiony do szkoły) oraz meczu piłkarskiego, publiczność dopisała, film obejrzało około pięćdziesiąt osób.

Film, o charakterze prowokowanego dokumentu, przedstawia dwoje młodych ludzi – Magdę, która pochodzi ze wsi  i czuje się chłopką oraz Franka, urodzonego w rodzinie arystokratów artysty malarza. Z zapowiedzi wynikało, że razem odbędą podróż do swoich korzeni , by lepiej zrozumieć  historię, a szczególnie skutki niegdysiejszych zależności pańszczyźnianych pan-chłop i ocenić ich wpływ na dzisiejsze relacje tych dwóch grup społecznych.

Ku zaskoczeniu twórców, po projekcji  większość widzów została, by porozmawiać o filmie. Dyskusja była bardzo żywa, ale autorzy chyba nie takich reakcji się spodziewali. Widzowie zarzucili autorom jednostronny ogląd problemu i z gruntu fałszywe założenie.

Mieszkańcy  tutejszych okolic mają zupełnie  inne doświadczenia niż rodzina głównej bohaterki – w ich pamięci pan  był tym, który zawsze pierwszy się kłaniał, także chłopom. Jest też dobrze wspominany dzięki swojej działalności dla okolicznej ludności.

A twórcy skupili się na udokumentowaniu  tezy , że szlachta ciemiężyła chłopów w przeszłości i nadal czuje się lepsza od ich potomków. Na dodatek – jak uważają – dawne zależności pan-chłop przeniosły się na dzisiejsze relacje wieś–miasto, gdzie ludzie ze wsi są źle traktowani i pogardzani  z powodu swego pochodzenia.

Filmowa Magda próbuje leczyć swoje głębokie kompleksy społeczne, sięgając nawet czasem do niesmacznych opowieści o „rezaniu” panów. To rewanżyzm historyczny i popłuczyny sowieckiego myślenia. Przecież nikt z nas nie jest w stanie wybrać sobie rodziny, w której się urodzi. Nasze pochodzenie, kolor skóry czy wyznanie nie decyduje o tym jakim będziemy  człowiekiem i co zrobimy ze swoim życiem. Stygmatyzowanie człowieka z jakiegokolwiek powodu jest po prostu niegodziwe.

A film nie postawił Frankowi innego zarzutu, jak tylko ten, że dziedziczy tytuł hrabiowski. Reżyser z lekceważeniem potraktował jego dylematy twórcze i ośmieszył Franka, kiedy ten spróbował pracy w gospodarstwie. Franek widział w Magdzie tylko ładna kobietę (malował jej portret), a ona widziała w  nim jedynie parszywego potomka ciemiężycieli  chłopów pańszczyźnianych. Reżyser nawet nie dał nam sygnału czym zawodowo zajmuje się Magda. Uczynił z niej ucieleśnienie nienawiści i – jak powiedział jeden z widzów -” poszczuł, by przegryzła gardło hrabiemu”.

Przy okazji w dyskusji ujawnił się dodatkowy aspekt – brak dobrej edukacji historycznej w szkołach i nad tym problemem na pewno warto się głębiej zastanowić.

20150730_152444

Jacek poszedł na budowę, a  po chwili przybiegł i woła: „Weź grube rękawice i chodź!”. Pobiegłam, a tam w otworze przyłącza wodnego leży zwinięta kulka z kolcami. Wyjęłam ją i czekamy czy będzie jakaś oznaka życia, bo przecież nie wiemy ile dni tam biedak siedział. Jeżyk, młody, bo miał jakieś dwadzieścia centymetrów długości, był cały uwalany wapnem, poobklejany styropianem i kawałkami folii – widać próbował się wygramolić, ale tam ścianki betonowe pionowe i nie miał szans.

Zupełnie się nie ruszał, ale wydawało nam się, że oddycha. Obraliśmy go ze śmieci i zabraliśmy gościa w cień na trawę, na wilgotny piasek i położyliśmy koło małej kałuży. Musiał być odwodniony, więc jeśli miał przeżyć, na pewno  musiał  się napić. Zostawiliśmy go w spokoju, żeby poczuł się wolny. Po kilku minutach wróciliśmy, a nasz jeżyk już się rozwinął i próbował chwiejnym krokiem przemieścić się … no chyba sam nie wiedział gdzie, bo kręcił się bezładnie.

Postanowiliśmy więc zabrać go do środka i poczekać aż wróci do sił. W płaskim kartonowym pudle ułożyliśmy trochę roślin łąkowych, spodeczek z wodą i  – przyznaję się, mam je na sumieniu – dżdżownice, które wykopałam na grządce. Zostawiliśmy jeżyka, który z powrotem się zwinął, w spokoju. Po jakimś czasie okazało się, że  nasz pacjent skonsumował dżdżownice i rozgląda się za jeszcze. Przyniosłam z kuchni trochę posiekanego mięsa i rosół w postaci galaretki. Rzuciliśmy to na liście, a kolczasty koleś zaczął pałaszować z zapałem. Pozerkiwał na nas bokiem, ale wcinał.

Do tej pory nie wiedzieliśmy, że jeże gadają.  A nasz pensjonariusz cały czas burczał. To coś między chrumkaniem i chrapaniem. Przedziwne, ale sympatyczne, chociaż pewnie było ostrzegawcze. No i oznaczało, że coraz pewniej się czuje.

Nie wiedzieliśmy też wcześniej, że jeż ma takie dziwne kołkowate zęby, a nasz bohater zaprezentował je nam w całej okazałości, kiedy na pożegnanie rozwinął się w moich dłoniach i fantastycznie ziewnął.

Po posiłku wylazł z pudełka i zaczął zwiedzać dom. Poruszał się tak żwawo, że uznaliśmy, iż jest gotowy wyjść z paki. Zrobiliśmy tylko pożegnalne zdjęcie i puściliśmy jeżyka w trawę. Dziarsko popędził przed siebie i zniknął pod paletą z dachówkami. Pewnie wrócił do domu. Mamy nadzieje, że niedługo go znów zobaczymy i to w dobrej kondycji.

Tym razem wszystko się dobrze zakończyło. Ot, życie…

Już jakiś czas temu słyszeliśmy, że w nocy coś skacze na strychu. Myśleliśmy, że może kuna albo inne zwierzątko tak hałasuje. Mamy tam jeszcze przecież nietoperze, wiec się specjalnie nie przejmowaliśmy.
Kiedyś weszłam do warsztatu, a tu wysoko nad moją głową pojawił się czarno-biały pyszczek i zamiauczał. To było jakiś miesiąc temu. Doszliśmy do wniosku, że może kotka od sąsiadów znalazła bezpieczne miejsce na wychowanie młodych. Pogadaliśmy z sąsiadką, a ona potwierdziła nasze przypuszczenia, bo – jak mówi – u nich kocury zagryzają młode, więc kotki muszą je dobrze chować.  Nie wiedzieliśmy jak kotka mogła wejść do warsztatu, ale był otwarty jeden otwór wentylacyjny, więc przypuszczaliśmy, że tędy. Zostawiliśmy jej  jedzenie i wodę i daliśmy spokój.
Jedzenie zniknęło. Woda nie. Zostawiliśmy kolejną porcję karmy, ale ta stała kilka dni, więc w końcu ja zabrałam, by nie stała się zachętą dla myszy.
Za kilka dni znalazłam nasze worki ze śmieciami kompletnie porozrzucane. Kicia pokazała się znowu z miaukiem, wysoko pod sufitem. Ale żadnych odgłosów małych kotków.
Nie rozumiemy co ona właściwie u nas robi, czy w ogóle wychodzi na dwór. W końcu zeszła na dół. Jest strasznie chuda, po prostu szkielecik. Jak Jacek ją zobaczył, to stwierdził, że trzeba odkarmić, bo wiejskie koty ją zabiją.
Znowu ją dokarmiamy. Teraz  już regularnie i zjada wszystko. Pije też. Ale nie wygląda na to, by wychodziła na zewnątrz. Zostawiamy jej na kilka godzin drzwi otwarte i  nic. A najdziwniejsze, że nasze koty nie reagują. One zwykle penetrowały warsztat codziennie, a teraz się nie interesują. Tylko Tusia obwąchuje.

Kompletnie nie rozumiemy sytuacji i nie mamy pojęcia co robić. Czy ona ukrywa się przed światem? Czy to leśna kotka? Czy rzeczywiście ma małe? Trochę już za długo to trwa, by małe były niesłyszalne. A nie mamy dostępu do jej kryjówki, bo to jest miedzy starym stropem i nowym sufitem łazienki. No i co dalej?

 

Minął kolejny tydzień i kotka przestała zjadać karmę. Zniknęła, więc uznaliśmy, że powędrowała w świat.

 

Jakoś tydzień temu  zaczęliśmy czuć w domu nieprzyjemny odór. Drugiego dnia było jasne, że to zapach padliny. Przypuszczaliśmy, że któryś z naszych kotów przyniósł jeszcze żywy fant w postaci myszki czy szczurka i to biedne zwierzątko oddało ducha pod meblami.  Łudziliśmy się, że po dwóch dniach myszka zaschnie i zapach zniknie ( tak podobno jest, jak mówił nam znajomy weterynarz). Ale fetor dochodził jakby z góry, coraz bardziej dokuczliwy. Przejrzeliśmy więc strych i warsztat, ale bezskutecznie. Okropny zapach coraz bardziej wypełniał dom, więc nie było wyjścia i rozebraliśmy fragment stropu. Znaleźliśmy tam  naszą biedną koteczkę, zwiniętą w kłębek na wełnie mineralnej. Niestety w stanie zaawansowanego rozkładu.

Nie rozumiem dlaczego umarła, kiedy miała dostęp do jedzenia i picia. Dlaczego nie miauczała, nie wołała pomocy. Pewnie była chora. Ale czy to prawda, że koty zawsze umierają w samotności? Dlaczego tak jest? Przecież mimo, że była dziką kotką, obdarzyła nas zaufaniem. Czy ona przywędrowała do nas umrzeć w spokoju? No i dlaczego nasze koty w ogóle nie reagowały, nie interesowały się Kicią . Dlaczego suczka nie szczekała i nie anonsowała intruza, chociaż zwykle jest bardzo czujna? Czy nasi czworonożni domownicy wiedzieli, co się dzieje, czy jakimś swoim zmysłem wiedzą i akceptują stan rzeczy?

Tak naprawdę niewiele wiemy o ich świecie, rozumiemy tylko to, co daje się przełożyć na nasze ludzkie zachowania.

Jest mi okropnie smutno, a świadomość, że Kicia umierała bez pomocy tuż nad naszymi głowami jest przytłaczająca. Niby wiem, że nic nie można było zrobić, ale okropnie mi żal.

Budujemy oczyszczalnię biologiczną. Jej częścią jest oczko wodne. Wykopaliśmy dziurę, wyłożyliśmy geowłókniną i folią i zaczęliśmy obsadzać zbiornik roślinami.

Właściwie już następnego dnia po nalaniu wody do oczka zaczęło wprowadzać się życie. Najpierw pojawił się pływak żółtobrzeżek, który co chwilę wystawia dupkę nad wodę, by nabrać zapas powietrza. Ujawniły się licznie jakieś drobne żyjątka, a wczoraj byliśmy świadkami szczęśliwego końca wędrówki mikroskopijnych ropuszek. Nie miały nawet dwóch centymetrów. Dwie takie skończenie śliczne i niebywale sprawne istotki na koniec wskoczyły do naszego zbiornika. Ale wcześniej musiały pokonać odległość trzystu, czterystu metrów, od stawu sąsiada, co pewnie zajęło im ze trzy dni. Ale skąd, na boga, wiedziały dokąd iść, skoro jeszcze tydzień temu nie było naszego oczka?

To wielka tajemnica Natury. Człowiek przypisuje sobie ogromną wiedzę, szczyci się inteligencją, sięga gwiazd, a  nie potrafi wyjaśnić takich zjawisk jak opisane powyżej. W jakimś sensie te ropuszki są mądrzejsze od nas, chociaż przecież nie czytają książek.

BABKA KOKOSOWA( BEZGLUTENOWA, OCZYWIŚCIE)

25 dkg mąki jaglanej lub ziemniaczanej
5-10 dkg mąki kukurydzianej
6 jajek
25 dkg cukru
10 dkg wiórków kokosowych
300 ml oleju rzepakowego
1 łyżka śmietany lub jogurtu naturalnego
skórka pomarańczowa
cukier waniliowy
proszek do pieczenia
cukier puder
Z białek bijemy sztywną pianę i odstawiamy w chłodne miejsce.
Żółtka ucieramy z cukrem ( w mikserze), dodajemy po łyżce zmieszane mąki i olej – na zmianę. Dodajemy  kokos, śmietanę ( jogurt), proszek, skórkę oraz cukier waniliowy i jeszcze mieszamy mikserem.
Natomiast pianę trzeba wmieszać ręcznie łopatką, co nie jest łatwe, bo ciasto ma na początku konsystencję kruchego, ale potem ładnie przyjmuje pianę.
Formę keksową wykładamy papierem do pieczenia i wylewamy do niej ciasto. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy  1 godzinę.
Po upieczeniu wyjmujemy delikatnie i studzimy w formie. Zimną babkę posypujemy cukrem pudrem.

Budujemy dom. Tak jak i  na poprzednich etapach, kontakt z fachowcami to nie lada wyzwanie. Na początku roku było dość ciepło jak na zimę, więc umówiony już w zeszłym roku spec od tynków strasznie naciskał nas, by robić je już w lutym. Nasze argumenty, że w nocy temperatura jednak spada poniżej zera, nie były dla niego ważne. Istotne było, że on teraz ma czas.

Ale my już trochę okrzepliśmy w roli inwestora i przetrzymaliśmy szantaże, że potem może mieć inną robotę. Jakoś doczekaliśmy do marca i w całkiem sprzyjającej aurze daliśmy wykonać tynki w naszym domu. Oczywiście nie bez niespodzianek.  Przed robotą bowiem ustaliliśmy ile mniej więcej będzie potrzeba materiałów, to znaczy cementu, wapna i piasku. Robota miała zając dwa tygodnie. No i … trwała prawie cztery, a materiałów musieliśmy dokupić jeszcze trzy razy tyle, ile było powiedziane na początku. Dziwiliśmy się bardzo, ale wierzyliśmy, że to wszystko „weszło w ściany”.

Tak było dopóki nie zaczęliśmy sprzątać budowy po fachowcach. Pozornie na parterze było pozamiatane, jednak na pietrze cała drewniana podłoga była zasłana warstwą tynku. Kiedy wysechł zaczęliśmy z mężem skrobać i wywozić taczkami. W ten sposób kilkanaście taczek tynku z konieczności trafiło na utwardzenie drogi, choć wcale tego nie planowaliśmy.

Mąż powiedział mi wtedy, że starzy tynkarze w najgorszych czasach budownictwa mieli taki zwyczaj, że jak coś spadło, to zbierali pacą i z powrotem wkładali do wiadra, mieszali i wykorzystywali do zera. Wtedy był kłopot ze zdobyciem materiałów. A teraz panowie majstrowie uważają, że klient i tak kupi ile się mu powie, bo nie ma wyjścia. A właściwie to przecież przywiozą na telefon nawet po kilka worków, to po co się zastanawiać, planować, liczyć. Nawet nie mają poczucia, że coś robią nie tak i kompletnie ich nie obchodzi ile klient za to zapłaci, kiedy będzie się rozliczał z hurtownią.

A hurtownie też kombinują. Zasadniczo chcą zadowolić klienta. Przy wstępnych wyliczeniach ceny wydaja się być bardzo przyjazne, ale potem jakimś tajemniczym sposobem suma brutto puchnie. A to doliczą za transport, a to dadzą „lepszy” styropian i policzą podwójnie, albo też przyślą przeterminowany cement, zamoczoną wełnę mineralną czy pogięte profile. Na początku płaciliśmy to frycowe i łykaliśmy wszystkie straty, ale teraz już nauczyliśmy się liczyć każdą złotówkę i sprawdzać stan i ilość przywiezionych elementów.Tak nam się wydaje…. ale i tak zawsze koszty materiałowe przekraczają planowane przynajmniej o pięćdziesiąt procent.

Najlepszym lekarstwem na  powyższe jest mała ilość pieniędzy. Otóż jak nasze tynki wyschły zaprosiliśmy kilku kolejnych fachowców do wyceny wykonania instalacji wodno-kanalizacyjnej  i cieplnej. Szacunek kosztów materiałów był zadziwiająco podobnie wysoki, choć wszystkie oferty uwzględniały rabaty od 25 do 50 procent. Natomiast rozdźwięk w kosztach robocizny powalił nas na łopatki – od 4 do 17 tysięcy. Za ten sam zakres prac. Tyle, że ten fachman od najwyższej wyceny przyjechał wypasionym samochodem terenowym i miał na nogach lakierki, a pracować mieli jego ludzie, a ten najtańszy był starym samochodem i miał robić wszystko sam.

Podliczyliśmy się i dotarło do nas, że nie stać nas na żadne z tych rozwiązań, a nawet dość pobieżna ocena ofert na materiały wykazała, że w internecie jest minimum dwadzieścia procent taniej bez żadnych rabatów, wiec to pic na wodę i ceny dla bogatych Warszawiaków, których wielu stawia domy letnie w naszej okolicy.

Zapadła decyzja, że resztę robimy sami. A na dodatek mamy zamiar w tym roku się wprowadzić do nowego domu, nawet gdybyśmy mieli mieszkać na betonowej podłodze.

I pracujemy.

Wiosna. Sprzątam ogródek. Podnoszę kamyki i … w ten sposób przerywam cykl biologiczny larwy żuka, która tam zimowała. Zmieniam stan rzeczy, niszczę jakieś życie, choć tego nie planowałam i nie miałam zamiaru ingerować w inne egzystencje. Jednym sztychem łopaty mogę przewrócić do góry nogami miliony mikroświatów. Nie mam poczucia winy ani nawet świadomości tego faktu.

Czy wobec tego moje życie nie może być tak samo zmiecione przez jakiś większy byt czy zjawisko? Oczywiście może. Powódź, wichura, burza na słońcu, meteoryt… Żadna z tych sił nie zmieni swojego biegu ze względu na mnie, bo … nie może. A ja mam taką wspaniałą moc, że mogę zauważyć tego robaczka i nie niweczyć jego życia.  Wystarczy być świadomym tego, co się robi. Wystarczy odłożyć kamień na miejsce.

Tylko co z tymi milionami bakterii, które żyją w moim organizmie i które regularnie niszczę różnymi preparatami. A co z tysiącami owadów, które śmiertelnie rozpłaszczam na masce samochodu… Ech…

Gęsi kluczKiedy jesienią odlecą ptaki, niebo nad naszymi głowami głuchnie. Ma się poczucie pustki i tęsknoty. Potem wprawdzie trochę ukoją nasze uszy sikorki kłótnice i wróble trzpioty. Czasami sójka wrzaśnie, to znowu słychać ostrzegawczy okrzyk polującego orła, ale to wszystko, w anturażu zimowego krajobrazu, jest raczej odgłosem siły przetrwania.

Na wiosnę  niebo zaczyna rozbrzmiewać  czystą radością. Kiedy usłyszymy pierwsze wrzaski żurawi, to po prostu czuje się namacalnie, jak ruszają siły natury, jak przyroda zbiera się do kolejnego wybuchu, jak pęcznieją pąki, jak ostro ruszają strumienie jeszcze pod lodem, jak wraca życie…

A potem zaczynają się codzienne kawalkady kluczy. Najpierw je słychać, a potem dopiero widać. Wydzierają się wniebogłosy, obwieszczając swoje przybycie, bo – tak jak my ich widokiem – one cieszą się, że dotarły do celu po długiej podróży. I chyba im się tu bardzo podoba.

Lecą stada gęsi,  później bocianów.  Całymi dniami, klucz za kluczem witają się z nami rysując pozdrowienia na pięknym błękicie nieba. A kiedy przelatują nad naszymi głowami wprost czuje się ruch powietrza w rytm szumu ich skrzydeł.

I to już jest czysta euforia! Uwielbiamy ten moment. I właśnie, proszę Państwa, ten cud znowu wydarza!!!