owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

WYCHODZENIE Z BEZROBOCIA

Jak już pisałam, wiosną zarejestrowałam się w Urzędzie Pracy, by wystąpić o dotację na założenie działalności gospodarczej. Niestety nie ma innej możliwości. Chcesz skorzystać z dotacji unijnej – musisz być zarejestrowanym bezrobotnym.

Dodatkowym warunkiem jest jeszcze ukończenie kursu ABC Działalności Gospodarczej, na który trzeba się  samodzielnie zapisać. Przy czym urząd niekoniecznie musi taki kurs zorganizować, a jeśli nawet, może nas na niego nie zaprosić. Już podczas składania wniosku o uczestnictwo w kursie trzeba napisać skrótowy biznesplan. Jeżeli urząd uzna go za wadliwy lub branżę – za nieodpowiednią, może nas pominąć w procesie szkolenia, a wówczas szansa na dotację jest wykluczona.

Wiem, ze w dużych miastach jest poważny problem, by na taki kurs się dostać. Natomiast w mieście powiatowym, takim jak nasze Nowe Miasto, zakwalifikowanie się jest mniejszym problemem. Pewnie po prostu dlatego, że tu mniejsza ilość osób ma odwagę rzucić się na prowadzenie działalności.

Co prawda w zeszłym roku dotacja wynosiła ( bo teraz już nie wiadomo jak to będzie wyglądać) dwadzieścia tysięcy, ale jest to dotacja celowa, a więc trzeba za nią kupić konkretne elementy potrzebne do prowadzenia firmy, jednak z wyłączeniem wielu, które wydawałyby się najważniejsze ( ale o tym za chwilę). Dla nowo powstających firm była też ulga w opłatach ZUS, tak zwany mały zus, ale w skali roku jest to ponad pięć tysięcy i – albo trzeba mieć te pieniądze, albo mieć pewność ich zarobienia, bo na pewno nie mogą one pochodzić z dotacji.

No i jeszcze trzeba mieć zabezpieczenie… No tak. Ponieważ dotacja może być cofnięta z różnych względów, urząd wymaga zabezpieczenia, które jet możliwe w trzech wersjach. Pierwsza to żyranci. Musi ich być co najmniej dwóch i  to z dochodami powyżej dwóch tysięcy miesięcznie). Druga możliwość to lokata bankowa i – muszę przyznać – ktoś, kto to wymyślił miał solidną fantazję, ponieważ trzeba zablokować w banku na rok kwotę wartości stu pięćdziesięciu procent dotacji. To znaczy jeśli dotacja wynosi dwadzieścia tysięcy, to w banku trzeba zdeponować i zablokować na rok trzydzieści tysięcy. Wydawało by się, że jeśli ktoś ma wolne trzydzieści tysięcy, to raczej sam ulokuje je w biznesie, no ale… Trzecia zaś możliwość to notarialne ustanowienie zabezpieczenia na majątku. Brzmi okropnie, ale wiele osób wybiera właśnie ten wariant, bo tu przynajmniej ryzykiem nie obciąża się innych ludzi. Tyle, że trzeba coś mieć. Ci, którzy nie posiadają domu, mieszkania, ziemi czy drogiego samochodu, nie mają tu szans.

A po co to wszystko? Otóż urząd zabezpiecza sobie zwrot środków, gdyby dotacja została cofnięta. A może się tak stać, gdy środki zostaną wydane niezgodnie z zatwierdzonym przez urząd biznesplanem,  działalność gospodarcza nie zostanie podjęta lub przerwana w ciągu dwunastu miesięcy, no i w przypadku śmierci delikwenta, który tę dotację dostał ( wówczas rodzina musi oddać część proporcjonalną do okresu dopełniającego rok). Krótko  mówiąc firma musi się utrzymać na rynku przez rok, nie ważne czy przyniesie zysk, musi zapewnić przynajmniej samozatrudnienie, czyli opłacić składki i podatki, a przede wszystkim wymazać delikwenta z list osób potrzebujących czegokolwiek od państwa.

W lipcu dostałam zawiadomienie o zakwalifikowaniu na kurs. Kurs miał trwać pięć dni po osiem godzin. Oczywiście  pojechałam tam z dużą ciekawością. Poza słuchaniem wykładowców, przyglądałam się kursantom. Bardzo zróżnicowana zbieranina. Od razu tez było widać kto ma doświadczenie w biznesie i dokładnie przekalkulował wystąpienie o dotację, a kto, jak ja, właściwie nie wie jak się zabrać do sprawy. Spora grupa osób ( myślę, że  połowa) prowadziła już działalność, ale albo jako współpracownicy   ( na przykład żona przy mężu, lub syn przy ojcu) i po prostu zgłosili się na bezrobocie z konkretnym planem poszerzenia działalności za pieniądze unijne lub zakupu nowego zestawu narzędzi do pracy. Te osoby traktowały kurs jako zło konieczne i tylko czekały na zaświadczenie. Nie miały zamiaru samodzielnie pisać wniosku o dotację; od dawna miały umówioną osobę, która to zrobi co prawda za pieniądze, ale za to gwarantując, że wniosek nie zostanie przez urząd odrzucony.

Była też grupa świeżaczków, a wśród nich i ja, dla których zajęcia miały wartość poznawczą i instruktażową. Na początku dostaliśmy lekcję abecadła  ( pojęcia, przepisy, zasady), ale dwa ostatnie dni były poświęcone na pisanie biznesplanu i prawidłowe wypełniania druków. No i przyznać muszę, ze to była bardzo przydatna lekcja, ponieważ wnioski i towarzyszące im inne dokumenty są sformułowane w sposób, który nie był  jasny nawet dla naszych wykładowców ( musieli dzwonić do urzędu po interpretację). Wydawało by się, że wszyscy mówimy jednym językiem, ale tak nie jest. Istnieje jeszcze język nomenklaturowy, który ma poprawiać samopoczucie tworzących go osób, i w ogóle nie ma znaczenia czy będzie zrozumiany przez maluczkich. Taki jest żargon urzędniczy, taki też jest język prawniczy. Szczęśliwie nasza wykładająca pani nie identyfikowała się z twórcami druków, trzymała naszą stronę i do bólu wyjaśniała, co autor miał na myśli.

Ona właśnie była dla nas najpożyteczniejsza, ponieważ – nawet podobno niezgodnie z założeniami kursu – postawiła sobie za cel przygotowanie nas do samodzielnego napisania wniosku, wraz  z biznesplanem i wszystkimi pozostałymi załącznikami. Nieważne, że jej polski nie był doskonały, że mówiła „kupywać”. Istotne, że dzieliła się z nami wiedzą konkretną, potrzebną i przydatną w tamtych okolicznościach, dzięki czemu mogę uznać ten kurs za sensowny i celowy, czego często nie mogły powiedzieć osoby po innych tego rodzaju szkoleniach.

Nawiasem mówiąc codziennie musiałam dojeżdżać do Nowego Miasta, a od nas to trzydzieści kilometrów w jedna stronę. W tygodniu zrobiłam więc trzysta kilometrów i w ogóle bym się nad tym nie zastanawiała, gdyby nie to, że tuż przed rozpoczęciem kursu urzędnik zapowiedział, że zwrócą nam koszty dojazdu na kurs, bo takie są zasady prowadzenia szkoleń ze środków unijnych. Po fakcie okazało się, że zwrócono mi jedną trzecią kosztów paliwa, mimo że musieliśmy udokumentować wydatki fakturą za paliwo i podać ilość kilometrów. No i nie da się od nas dojechać do powiatu żadnym środkiem publicznym….

Wytłumaczono mi w urzędzie, że  bierze się pod uwagę cenę hipotetycznego biletu miesięcznego na PKS, dzieli przez ilość dni roboczych i mnoży przez ilość dni kursu. Szwejk by się nie powstydził takiej kombinacji. Zwyczajne działania pozorowane, a papierologia przy nich potężna, więc byt urzędniczy zapewniony.

A krętymi ścieżkami chadza myśl urzędnicza. Największym zaskoczeniem były dla nas kryteria punktacji wniosków. Na przykład maksymalną ilość punktów ( aż osiem) przyznawano za „przebywanie w ewidencji osób bezrobotnych powyżej 12 miesięcy”, przy czym za kwalifikacje zawodowe zgodne z kierunkiem planowanej działalności należał się tylko jeden punkt. Sześć dodatkowych puntów można też było dostać za założenie lokaty bankowej jako zabezpieczenia dla urzędu, podczas gdy  za zabezpieczenie aktem notarialnym – tylko jeden. Naprawdę ciekawa by była analiza, gdyby można było zapytać autorów tych kryteriów: ale dlaczego?

W każdym razie kurs ukończyłam, dostałam zaświadczenie, wypełniłam wnioski i napisałam biznesplan. W ramach tych opracowań trzeba było podać szczegółowo co, po co i za ile zamierzamy kupić w ramach dotacji. Na kursie mądrze nam podpowiedziano, że obok nazwy, modelu i ceny jakiegoś wybranego sprzętu należy dopisać „lub odpowiednik”. Gdyby nie było takiego dopisku, to w przypadku niemożności zakupu konkretnego modelu ( bo przestali produkować, bo zmieniła się cena, itp.), trzeba by z niego w ogóle zrezygnować i oddać tę część dotacji.

Na kurs w zeszłym roku zakwalifikowało się dziewięćdziesiąt sześć osób. Dotacji było przygotowanych dla siedemdziesięciu czterech. Właściwie dostał każdy, kto chciał i poprawnie wypełnił wnioski, bo już po samym kursie wykruszyło się kilka osób. Okazało się bowiem, że dla niektórych podstawowym celem był zakup samochodu, a okazało się, że z dotacji można go kupić tylko w przypadku prowadzenia usług transportowych lub kurierskich. Obok mnie siedziała pani, która zajmuje się usługami ubezpieczeniowymi. Dla niej najistotniejszą pomocą byłoby dojechanie do klienta, bo tu spore odległości i, jak pisałam, nie ma zbyt wiele środków publicznego transportu. Ale niestety, nie można. Więc się wycofała. Mogła oczywiście wystąpić o mniejszą dotację ( na przykład na laptopa, drukarkę i materiały biurowe), ale to się po prostu nie opłaca, bo dotacja co najwyżej zrównoważyłaby koszty utrzymania firmy przez rok). Takich rozczarowanych było więcej.

Ale byli tez zadowoleni. Na przykład dwóch braci, młodych chłopaków, których ojciec prowadzi firmę budowlaną, a oni u niego pracują, pewnie nieoficjalnie. Teraz na jednej budowie będą mieli trzy firmy, ale za to nowy sprzęt wartości czterdziestu tysięcy. To się opłaca, na pewno.

Ostatecznie i ja dostałam  dotację. Jeszcze tylko musiałam napisać wyjaśnienie do dyrektora urzędu po co mi karta pamięci  i akumulator do aparatu fotograficznego…. No i tak  założyłam firmę.




 

 

WYCZEKIWANY KONIEC POCZĄTKU

 

 

Mamy listopad i dom pod dachem. Marzenia się spełniają! Ale droga oczywiście była ciernista, bo jeszcze miesiąc temu nie byłam pewna, czy nam się to uda. Chwalony poprzednio murarz okazał się jednak mocno niedoskonały i wyrachowany. Przyznaję, że ostatni akord prac murarskich   był dość trudny ( ale w każdym domu przychodzi taki moment podczas budowy), ponieważ teraz właśnie miały się spotkać prace cieśli i murarzy i trzeba to było zrobić dość precyzyjnie, na dodatek na wysokości. Pan Kazimierz, przypominam ponad siedemdziesięcioletni murarz, nie powiedział, że jest mu za ciężko targać wiadra z betonem, czy też że po prostu nie wie jak wylać belkę betonową na styku gotowej murłaty. On sobie wymyślił szantaż: „ albo dołoży mi pani przynajmniej te półtora tysiąca, albo nie robię”… No to nie robił.

 

„ Bo u mnie tak jest przyjęte, że słowo musi być święte” – pewnie się powtarzam, ale to jeden z moich ulubionych cytatów, który obrazuje zasady, jakimi się kieruję w życiu. No i nienawidzę szantażu! Nigdy się nie poddam takiemu dictum. Na początku umówiliśmy się na konkretną kwotę. Zakres prac się nie zmienił, a jeszcze miałam nieprzewidziane dodatkowe koszty z powodu  niegospodarności robotników.

 

Nie wydaje mi się jednak, by pan Kazimierz płakał z powodu zerwania umowy, bo – jak mu się wyrwało – dostał lżejszą i bardziej popłatną robotę przy układaniu klinkieru.

 

Nie było mi miło, bo nagle zostałam z rozpapraną robotą murarską, bez możliwości położenia dachu, a tu zima za pasem, a każdy kto kiedyś budował wie – nie wolno zostawić domu na zimę nie przykrytego, bo ściany zamokną i grzyb pewny.

Na szczęście poratował mnie – i tak już przeze mnie chwalony – pan Zbyszek, szef ekipy cieśli, którzy pracują po prostu koncertowo. Zrozumiał problem i szybko przywiózł mi pana Krzysztofa, który okazał się normalnym facetem i nie wykorzystał sytuacji, że jestem przyciśnięta do muru terminem i dokończył prace bez marudzenia i za przyzwoite pieniądze.

 

Teraz ekipę karmiłam tylko raz dziennie( jaka ulga!)   i to właściwie obiad był moją inicjatywą, bo uważałam, że przy ciężkiej pracy raz dziennie powinni dostać ciepły posiłek. No ale chwilami było ich siedmiu, więc było co robić  przy garach.

 

Cieśle faktycznie pracują jak maszyna – są zgraną ekipą, nie jeden dach już razem kładli. A firma jest rodzinna i w branży od trzech pokoleń. To się czuje. Oni w ogóle w czasie pracy nie rozmawiają (a więc i  nie przeklinają), słychać tylko komendy pana Zbyszka. Podnoszą te ciężkie bele jak piórka, bo każdy wie, co ma robić i w którą stronę przekręcić. Żadnej szarpaniny. Kompletny spokój. Tę ekipę mogłabym polecić każdemu. Ale też pracy im nie brakuje, rocznie robią ponad dziesięć nowych dachów, a do tego remonty, naprawy.

 

Widać, że lubią swoją pracę. Nie zapomnę kiedy zobaczyłam pana Zbyszka jak, pogryzając jabłko, podziwiał z oddalenia swoje dzieło, szczególnie chodziło o erkle (tak – z niemieckiego – nazywają się tu facjatki). Wyraźnie był zadowolony. Ja też.

 

No i Jacek był zadowolony, kiedy wreszcie zobaczył erkle na żywo. Bo cały czas robiłam reportaże fotograficzne i słałam do Jacka w codziennych relacjach. On przecież, biedny, tyrał nadal w Warszawie.

 

 

Prace posuwały się na tyle sprawnie, że  codziennie mogłam sobie pozwolić na spacery po lesie i dwugodzinne grzybobranie. Właśnie był wysyp czarnych łebków ( czyli podgrzybków) i to w lesie tuż za domem. Nareszcie brak samochodu nie był tak dotkliwy – mogłam iść na grzyby piechotą.

A, przyznam, nie jest łatwo żyć tu bez auta na podorędziu. Nie jeżdżą tu autobusy, do stacji kolejowej są dwa kilometry, ale i tak nie wszędzie da się dojechać pociągiem, bo w naszym mieście powiatowym ( do którego mamy trzydzieści kilometrów) w ogóle zlikwidowali kolej.

Dlatego korzystałam z uprzejmości sąsiadów, którzy zabierali mnie na zakupy i do urzędów.

Ale kiedy Jacek przyjeżdża na chwilę do domu, to wsiadam za kierownicę z dawno zapomnianą przyjemnością. To jednak wielka radość wolności! Może czasem warto na chwilę ją utracić, by docenić jeszcze bardziej. Tak łatwo przyzwyczajamy się do dobrego…

 

Pod  koniec października cieśle położyli papę, a pan Krzysztof zbudował ścianki działowe i tak oto skończyliśmy na ten rok. No…prawie, bo jeszcze trzeba było posprzątać budowę. A to jest nierozwiązywalna zagadka – kto ma posprzątać po ekipie, a właściwie po ekipach? Wyszło na to, że ja. No i wtedy okazało się, że nawet ta najbardziej godna pochwały grupa robotników ma w zwyczaju rzucać śmieci ( pety, papierki po cukierkach, torebki plastikowe po kanapkach, paczki po papierosach itp.) tam, gdzie akurat stoi. Ciekawe czy kiedykolwiek zastanawiali się kto to posprząta. ???

 

Ale już! Pozamiatałam, poukładałam palety, posegregowałam pozostałe materiały, schowałam drewno pod dach, no i jest prawie ładnie. Jeszcze tylko, kiedy Jacuś wróci, zabezpieczymy okna i drzwi na zimę i niech stoi do wiosny. Nasz dom. Teraz już wierzę, że będzie. Nawet gdybyśmy musieli resztę prac zrobić własnymi rękami.

 

DRUGI  ETAP (BABA BUDUJE DOM)

 

 

 

No i ciąg dalszy nastąpił. W tej chwili jesteśmy  na finiszu drugiego etapu i ledwie dyszymy z wyczerpania; wyczerpania wszelkiej maści, bo psychicznej, a więc i zdrowotnej oraz finansowej. Mamy za sobą postawienie ścian z  bloczków betonu komórkowego na pióro i wpust, klejonych cienką spoiną. (…Jaka ja jestem już profesjonalna w nazewnictwie, okropne…) Jest to o tyle istotne, że pozwala postawić ściany o jednakowym stopniu przenikalności cieplnej na całej powierzchni. Zastosowanie spoin na zaprawę murarską powoduje, że zimą inaczej przemarzają bloczki, a inaczej spoiny, co oczywiście wiąże się ze stratą ciepła i – po jakimś czasie – często przejawia się rysunkiem spoin na gotowym już tynku.

 

Myślałby ktoś, że te bloczki można ot tak kupić na gwizdek. Akurat! Musieliśmy wstrzymać prace na dwa tygodnie, bo to był najszybszy termin dostawy bloczków i to prosto z fabryki, jeszcze „ciepłych”. Nasz majster zażyczył sobie bloczki z Solca Kujawskiego, bo są najrówniejsze, najdokładniej wykonane. No i chyba nie on jeden ma takie zdanie, skoro bloczki innych firm stoją stertami na placach hurtowni, a Solbetu wyrywa się spod maszyny.

 

Bloczki przyjechały tirem na paletach, starannie opakowane folią. Co z tego, kiedy gamoń, który je przywiózł, przy rozładunku przewrócił jedna paletę i potłukł większą część zawartości, a inną uszkodził z boku wózkiem. Ale wcale się nie przejął, my natomiast musieliśmy zawiadomić hurtownika… A, no właśnie… Niech nikt się nie łudzi, że indywidualny klient może kupić materiał od producenta. Nic podobnego. Trzeba znaleźć hurtownię współpracującą z producentem i z nią wynegocjować cenę ( co oczywiście zależy od ilości i wartości całego zamówienia, a przecież potrzebny jeszcze jest cement, zaprawa murarska, klej do bloczków, pręty stalowe na zbrojenie belek i wieńców, kominy systemowe – jest więc co zamawiać i co negocjować). A hurtownik dostaje od producenta upust do trzydziestu procent i w ramach tego może nam obniżać cenę. Za to producent ma święty spokój i nie zajmuje się detalicznymi zamówieniami. Natomiast transportem zajmuje się wynajęta firma spedycyjna, która nie ma nic wspólnego ani z producentem, ani z hurtownikiem, ma wiec w nosie czy materiał zostanie dostarczony w idealnym stanie. Jak klient będzie  awanturujący się, to pewnie są ubezpieczeni, wiec co tu się przejmować.

 

No to zrobiliśmy zdjęcia i zawiadomiliśmy hurtownię, która mieści się czterdzieści kilometrów od nas. Właściciel bardzo kulturalnie zapewnił, że rozliczymy to przy następnych zakupach, a my teraz tylko martwimy się czy starczy całych bloczków, bo… Bo, niestety, jak poprzednio, jeśli tylko nie patrzymy na ręce, pomocnicy zawsze utną kawałek z nowego, zamiast podnieść ten krótszy, już wcześniej ucięty. Dlatego, mimo że kupiliśmy jedną paletę dodatkowo, obawiamy się czy starczy nam materiału na szczyty.

 

Jeśli by nie wystarczyło to czeka nas wycieczka osiemdziesiąt kilometrów na przykład po pięć bloczków. Ale kogo to obchodzi? Na pewno nie budowlańców. Do ich ulubionych zajęć w przerwach należy wnerwianie inwestora tekstami: „nie, tego na pewno zabraknie”…

 

Szczęśliwie Jacek jest ostatnio bardzo zajęty pracą zawodową, więc ja przejęłam obowiązki nadzoru budowy, oczywiście obok gotowania dla robotników i zwykłych działań domowych. Przed wylewaniem drugiego wieńca  z wyprzedzeniem starałam się ustalić ile czego będzie potrzeba. To znaczy ile cementu i żwiru jest potrzebne do zrobienia betonu na wieniec, czy wystarczy prętów zbrojeniowych, drutu wiązałkowego, grubego drutu do ściągania desek, kołków na szybki montaż i gwoździ do szalunku i tym podobnych. Okazało się, że majster nie potrafi określić. No to sama, drogą dedukcji, zaczęłam obliczać, bo miałam faktury z poprzedniego okresu i wiedziałam mniej więcej jaka była kubatura pierwszego wieńca, no i ile czego wówczas nam zeszło. Wyszło mi, że potrzeba o jedną trzecią mniej materiału. Przeliczyłam pręty i obliczyłam, że starczy zbrojenia i na wieniec, i na rygle. Za mało było cementu, zamówiłam więc trzydzieści worków, żwiru dziewięć ton – wszystko to, moim zdaniem, z zapasem. Przywiozłam dwieście kołkogwoździ, druty i gwoździe, to już według oceny majstra.

 

Jeszcze tego samego dnia jechałam po kolejne gwoździe i kołki, bo potrzeba było o sto procent więcej.??? Czy przy wieloletnim doświadczeniu tak trudno jest obliczyć ile materiału potrzeba na wykonanie konkretnego zadania? Nie rozumiem. Ale to wszystko nic!

 

W dniu zalewania wieńca, wraz z panem Kazimierzem, przyjechał jego „warszawski brat” pan Zdzisław. Jak tylko wysiadł z auta, powiedział, ze cementu trzeba dziewięćdziesiąt worków (a mieliśmy sześćdziesiąt), a żwiru też będzie za mało. Była sobota i szczęśliwie Jacek był chwilowo w domu, więc powiedział im po męsku, że teraz to ma im wystarczyć… No i stał się cud! Zostało jeszcze dwanaście worków cementu i cztery taczki żwiru.

 

Ale i tak niektórych elementów zużyli za dużo. Jacek, kiedy mu relacjonowałam swoje zmagania,  pytał: „Czy oni jedzą te kołki? Trzysta pięćdziesiąt sztuk na szalunek wieńca?” No ale potem zobaczyliśmy dlaczego. Kiedy się robi otwór pod kołek trzeba przejechać wiertarką tam i z powrotem, aby oczyścić otwór z zadziorów, bo inaczej kołek wejdzie tylko kawałek i się zaklinuje. A panowie nie wiedzieli, albo im się nie chciało i jak taki dziesięciocentymetrowy kołek ósemka się zakleszczył, to dawaj go wyciągać kombinerkami i buch na ziemię, a do dziury nowy. Za którymś razem w końcu się uda… I nie to, żeby oszczędzali swoje wiertła. Wiertła też brali od nas.

 

A ja teraz,  sprzątając po panach robotnikach, zbieram te załamane w jednej trzeciej długości kołki, przez co nawet nie jestem w stanie oddzielić metalu od plastikowej koszulki, żeby trafiły do odpowiednio posegregowanych śmieci.

 

Oczywiście, mieli po sobie sprzątać i nawet na początku tak było, ale dobre szybko się kończy. Ostatnio jeden współczujący interlokutor opowiedział mi o sposobie kolegi na problem bałaganu na budowie. Zapowiedział ekipie, że mogą śmiecić do woli, ale za każde sprzątanie przez inwestora od umówionej kwoty zostanie im odliczone sześćset złotych. Podobno działa, nawet petów nie ma budowie. Warto więc rozpowszechnić!

 

Najbardziej wkurzająca jest bezmyślność. Kiedy ostatnio przywozili cement nie było mnie w domu, ale zapowiedziałam majstrowi, że będą i żeby im pokazał gdzie mają go złożyć – aby  mieli do niego łatwy dostęp przy robieniu betonu. Przyjeżdżam i widzę pięknie poukładane trzydzieści worków ( siedem i pół tony), ale wprost na ziemi, chociaż wkoło sterty pustych palet. Zagotowałam się, a ponieważ był upał i na horyzoncie widać było zapowiedzi burzy, już w sposób zasadniczy zażądałam, by przełożyli cement na paletę i dokładnie go zabezpieczyli przed deszczem. Nie pomyliłam się. Lało całą noc. Gdyby nie interwencja, rano miałabym  cementowy pomnik głupoty.

 

Niestety panowie całkiem inaczej słuchają Jacka. Nie są przyzwyczajeni, żeby baba im mówiła, co mają robić. W miastach ten problem nie jest już tak często widoczny, ale tutaj jest.

 

Teraz beton dojrzewa, a ja odpoczywam psychicznie. Ale jeszcze wrócą…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

AHOJ PRZYRODO!

 
Ta budowa dostarcza nam i radości, i nerwów, bo cięgle prześladuje nas strach, czy starczy pieniędzy, by dom zamknąć pod dachem przed zimą. Ale na wszystkie te smutki najlepszy jest spacer albo przejażdżka po okolicy.

Nieważne, że czasami siąpi ( a i tak u nas więcej słońca niż ma reszta kraju), cały czas przyroda włazi nam pod oczy i kusi, zdumiewa,  zaskakuje i zadziwia.

Czy widzieliście kiedyś dobrze namokniętego zająca kicającego po majowym polu w strugach deszczu? To niesłychany widok! Wygląda jak nasączona gąbka, uszy ma przyklejone do pleców i kica jakoś tak blisko ziemi, prawie słychać ten plask przyklejającego się mokrego futerka. Pada od trzech dni, ale biedak przecież musi… Gdzieś ma zabunkrowane młode, no i sam, albo sama też musi zjeść.

 Kiedy się jedzie krętą drogą wśród pól trzeba uważać aby nie przewrócić bociana, bo łazi na samym skraju i w ogóle nie boi się samochodów. Nigdy wcześniej nie mogłam oglądać tych ptaków z tak bliska. Co prawda mieliśmy kiedyś Maćka przy teledysku, ale to był bociek tresowany. To nie to samo.

Lubię też podglądać żurawie jak dostojnie paradują w swoich stylowych srebrzystych tiurniurach. Też specjalnie nie boją się ludzi, ale szczekająca Tuśka już im trochę przeszkadza. Przylatują zawsze pierwsze, często jeszcze w lutym i martwimy się czy mają co jeść, ale jakoś dają sobie radę, bo na wiosnę chodzą niewielkimi stadami i dokonują jakichś roszad matrymonialnych, a potem do jesieni prowadzają się parami ( ale gdzie one właściwie mają gniazda?), po czym  w październiku znów zbierają się, tym razem w większe grupy.  Jak kiedyś, jeszcze pod Łebą, obserwowaliśmy odloty, to było ich kilkaset. Potem słychać pożegnalne charakterystyczne krzyki. Oj,  głosy żurawie mają awanturnicze, Jacek mówi, że  po prostu „wydzierają dzioby”. Ale ja je lubię i już!

Czasami też, niestety, mam kontakt z martwymi zwierzątkami, których pewnie normalnie nie mogłabym sobie szczegółowo obejrzeć. Są to ofiary naszych kotów, a przede wszystkim Cichoszy, który jest niezwykle łownym kotem. Od wczesnej wiosny w tym roku namiętnie poluje na bogu ducha winne szczury wodne. Są to piękne zwierzęta, futerko mają ciemnobrązowe, delikatne, bardzo podobne do piżmaka, tylko ogonek jest okrągły w przekroju i cztery przednie zęby bardzo żółte.

Nie mam  niestety sposobu, by wytłumaczyć kotu, że one nie są szkodnikami, więc nie powinien ich prześladować, tak samo zresztą jak krety. Cóż, Cichosza zna kocie prawa, a ja, chociaż cierpnę na samą myśl, muszę się liczyć z tym, że na mojego Cichoszka też coś może zapolować.

Latają nad nami niezwykłe drapieżniki. O rodzinie orłów Bielików już pisałam, ale jest ich bardzo wiele i niektórych w ogóle nie znam ani nigdy nie widziałam w żadnym albumie. Kiedyś przeleciały nad nami trzy bielusieńkie jak śnieg ptaki o charakterystycznych kształtach i rysunku skrzydeł dla drapieżców, ale co to było – nie wiem.

Czy słyszeliście kiedyś szczekanie saren? Za pierwszym razem kompletnie zdębiałam, bo to brzmi, jakby człowiek niewprawnie próbował krzyczeć: „hau, hau”. Teraz już poznaję te nawoływania, szczególnie głośne na wiosnę, i już nie wydają mi się przerażające.

 

Często spotykamy tu zaskrońce, ale i żmiję Jacek ostatnio wyminął na asfalcie. Wygrzewała się na nagrzanym słońcem czarnym podłożu zwinięta w spiralę.

 

 Dużo chodzę po lesie, szczególnie jesienią i raz miałam spotkanie ze stadem dzików, ale to był mój błąd, bo późną jesienią dziki wcześniej wychodzą na żer ( przecież wcześnie  robi się ciemno), a ja się wybrałam do lasu po piętnastej.

 

Ale chciałam sprawdzić swoje miejsce na rydze, które mieści się opodal świerkowego młodniaka. Najpierw usłyszałam jakiś ruch w świerkach, a potem zobaczyłam zbite w gromadkę młodziki, takie roczniaki. Powiedziałam:„ przepraszam, chłopaki” i spokojnie, oczywiście na pozór,  odeszłam w przeciwną stronę, ale zdecydowanie wprost do samochodu. Chwilę później jechałam leśną drogą i stado w dwóch częściach ( i stare, i młode) przebiegło mi drogę. Jednak się spłoszyły. Pewnie dźwięk zapalanego silnika przekroczył ich wytrzymałość.

 

Tej wiosny na naszym podwórku zamieszkała wróbla rodzinka. Są to wróble mazurki, z białymi kołnierzykami, podobno coraz rzadsze w Polsce.

Najpierw Jacek zauważył, że wróbel wyciąga wełnę mineralną z ocieplenia budyneczku zewnętrznej łazienki. Sądziliśmy, że zabiera ją i ociepla któryś z drewnianych domków, zawieszonych na drzewach. Ale okazało się, że on po prostu tu robi sobie miejsce na własną konstrukcję gniazdka, a dookolna wełna będzie stanowić dobre ocieplenie. To powinno nam było od razu zasugerować, że zima tego roku będzie chłodna. Warto nauczyć się czytać takie sygnały od przyrody. Tak jak w przypadku kopców kretów, już teraz wiem, że jeśli krety budują korytarze u podórza góry – będzie suchy rok, a jeśli na szczycie – rok będzie mokry, co można łatwo udowodnić, bo i właśnie tak teraz jest. Tylko górkę jakąś porządną trzeba mieć do obserwacji…

No i znosiły tam gałązki i piórka, a potem wysiadywały. Jacek zauważył, że nasz pan wróbelek lata do tego gniazda, ale i zagląda do domku na drzewie… Czyżby zamieszkał u nas wróbel bigamista? Kiedy wróblowa oszalała i zaczęła co rano      ( regularnie budziła nas o świcie) walić dziobem w szybę i atakować najbliższe  okno, byliśmy gotowi założyć, że niestety tak jest, bo przecież bez powodu nie byłaby taka nerwowa. A ona pewnie widziała swoje odbicie w szybie, bo akurat rano słońce operuje z tamtej strony, więc atakowała domniemaną konkurentkę, ratując swoje stadło.

 

Serce nam zamarło kiedy któregoś dnia zobaczyliśmy jak Pędzel ściska w pysku wróbelka. Zabrałam mu ptaszka, choć strasznie protestował ( kot wtedy warczy ostrzegawczo), ale niestety wróbel nie żył. No i czekaliśmy przerażeni, czy pojawi się nasza parka w komplecie, bo nawet nie wiedzieliśmy na jakim etapie jest wychowanie  wróblich dzieci.

 

…uff, są obydwa. A jeszcze pojawiła się dwójka podlotków, już całkiem pięknie upierzonych, które ćwiczyły z rodzicami loty. Teraz musieliśmy bardziej uważać na koty, ale mama wróblowa za każdym razem nas informuje, że  dzieci są na zewnątrz charakterystycznym trzaskaniem dziobem ( może stąd wziął się ten termin?). No i nadal ma problem z rywalkami – zobaczyła siebie w samochodowych lusterkach i dawaj atakować swoje odbicie. Ona jednak musi mieć jakąś traumę z powodu niewiernego męża!

 

Wraz z wiosennym szczekaniem saren, pojawiają się niestety odgłosy strzelania. To nas okropnie oburza, więc wyobrażacie sobie jak nas zamurowało, kiedy któregoś dnia na skraju naszego pola pod lasem zaparkował samochód, wysiadł z niego facet z dubeltówką, pozdrowił oniemiałego Jacka i skrajem naszego pola zszedł do naszego lasu nad jezioro, skąd potem usłyszeliśmy strzały.

 

Ja się zagotowałam, ale najpierw musieliśmy ustalić stan prawny. Okazuje się, że koła łowieckie mają wydzierżawione przez wojewodów tereny i bez względu na to, kto jest ich właścicielem ( państwo, gmina, czy prywatna osoba) myśliwi mają prawo wejść na teren i polować, oczywiście nie w okresach ochronnych, ale na przykład na dzika to już mogą przez cały rok. Jedynym ograniczeniem jest dla nich teren ogrodzony. A tak, przyjeżdżają o zmroku i zasadzają się w krzakach. Mogliby mi zastrzelić psa na spacerze na prywatnym terenie! To jak to jest z tym prawem własności, które jest podstawą naszego ustroju? Ciekawe ilu ludzi o tym wie.

 

Okropnie nas to oburza, ale nie stać nas na ogrodzenie całego terenu. Jednak nie pozwolimy u nas  na strzelanie do zwierząt. Choćby krzykiem można ostrzec zwierzaki.

 

Mamy fantastycznego leśniczego, który też jest przeciwny zabijaniu zwierząt i sam ogrodził leśniczówkę po pięćset metrów z każdej strony, by mu myśliwi tam nie strzelali.

 

Jakoś trudno mi uwierzyć w dobroczynne działania myśliwych. Podobno zabijają słabe i chore, to skąd się biorą te wielkie, piękne i regularne poroża? No i te bigosiki nad pokotem trupów, taka tradycja … Ech…, szkoda gadać.

 

 

PIERWSZY ETAP

 

Zima przeciągnęła się do kwietnia i wydawało się, ze nasze pierwotne plany rozpoczęcia budowy w maju rozpłyną się. Ponieważ nasze zasoby, z powodu braku pracy, zdecydowanie zeszczuplały, zdecydowaliśmy się budować tak zwanym systemem gospodarczym, to znaczy sami mieliśmy zamawiać materiały ( i oczywiście szukać gdzie taniej, negocjować ceny), organizować pracę  i nadzorować prace budowlane pod względem zgodności z projektem, sztuka budowlaną, itd. Ale wiąże się to dodatkowo jeszcze z gotowaniem, bo ludzie pracują od rana do nocy i trzeba ich nakarmić, by mieli siły. Jest to znacznie tańszy sposób budowania niż wynajęcie firmy, chociaż zdecydowanie bardziej kłopotliwe, ponieważ angażuje nas w pełnym wymiarze godzin. Oczywiście trzeba mieć pojęcie o budowlance, bo … nikt nie jest doskonały…

Byliśmy umówieni z majstrem, panem Kazimierzem, który wcześniej miał jeszcze coś do skończenia u sąsiada. Ale okazało się, że z powodu wiosennych długich w tym roku roztopów żaden sprzęt  nie jest w stanie wjechać do sąsiada, majster może więc zaczynać od nas.

No i zaczęło się. Tyczenie, kopanie fundamentów, szalowanie, zbrojenie, lanie ław fundamentowych, zabezpieczanie przed wilgocią, zgrzewanie papy, stawianie fundamentów z bloczków, ocieplanie  styropianem, folia kubełkowa, a w końcu lanie posadzki w dwóch turach – pod ocieplenie i na styropian. I już!  Trzy tygodnie i osiągnęliśmy stan zero. Przyjemnie jest widzieć jak postępują prace, ale przy fundamentach właściwie wszystko, co się zrobi, trzeba zakopać w ziemi, wiec ten pierwszy etap nie działa na wyobraźnię tak, jak wznoszenie murów czy kładzenie dachu. Ale to część niezbędna, podstawowa, bo to przecież podstawa właśnie.

Za to kasa płynęła jak spiętrzonym potokiem, a nie strumieniem. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, ale zawsze tak jest! Zawsze przekracza się założony budżet. Mimo, że sami pilnowaliśmy, że dwa razy liczyliśmy, i tak musieliśmy dołożyć dwadzieścia pięć procent do planowanej sumy wydatków.

Faktem jest, że zamiast jednego majstra, mieliśmy dwóch, dwóch braci, starszych panów. Pan Kazimierz ma ponad siedemdziesiąt lat, ale sprawny jest jak czterdziestolatek, aż miło popatrzeć, i – jak mówi – „lekarze na nim nie zarobili”, bo był zdrowy, choć całe życie ciężko pracował na budowach w Polsce i za granicą. Natomiast drugi brat, pan Zdzisław, młodszy o dziesięć lat, ma za sobą szpitalne doświadczenia i  widać to choćby po jego chodzie. Ale za to jest zapalczywy i przekonany o słuszności swoich  racji, a na dodatek sporo pracował w Warszawie, no i, niestety, jest taki „warszawski” w robocie.

My liczymy każdy grosz, więc materiały są zamawiane z niewielkim zapasem. A nasz warszawski majster tnie za każdym razem nowy bloczek, a resztki poprzednich walają się na budowie. Potrzebuje węższą deskę do szalunku, to przecina wzdłuż szerszą, chociaż taka węższa leży kawałek dalej, potrzebne czterdzieści centymetrów pręta, to dawaj, tniemy z długiego, zamiast znaleźć krótszy.

Kiedy się zorientowaliśmy, koszty już znacznie wzrosły, bo zabrakło niektórych rzeczy i trzeba było zamówić dodatkowe materiały. Nie jest to działanie złośliwe, tylko bezmyślne. Pan Zdzisław nie liczy się z naszym portfelem, bo w Warszawie dzwoni i mu przywożą, a inwestor tylko reguluje rachunki.

Już po tym doświadczeniu wiemy, że każdy budżet można by zmniejszyć o jedna czwartą, gdyby pilnować racjonalnego zużycia materiałów.

Przy okazji lania fundamentów i posadzki dowiedzieliśmy się jeszcze o jednym „cudownym” zjawisku – betonu zawsze zabraknie. Mieliśmy precyzyjnie obliczona kubaturę, dodaliśmy metr sześcienny na wszelki wypadek, a i tak za pierwszym razem zabrakło trzy metry, a za drugim dwa. I nikt nie potrafi wyjaśnić jak to w ogóle jest możliwe, operatorzy gruszek mówią tylko:          „zawsze brakuje”. Widać betonu matematyka się nie ima. Mieliśmy nawet zamiar rozmówić się z dyrekcją producenta, ale szkoda czasu…

Mieliśmy sporo szczęścia z pogodą, było pięknie, słonecznie, kiedy było trzeba, a potem padał deszcz, gdy trzeba było moczyć wylany beton.

Teraz sami pielęgnujemy beton, to znaczy polewamy go wodą rano i wieczorem, bo nie polewany, a wystawiony na działanie słońca, popękałby i się pokruszył. Za miesiąc planujemy ciąg dalszy.

 

AKTORZY

 

Miałam niewątpliwe szczęście pracować jeszcze z aktorami wielkiego formatu. Udało mi się poznać w pracy panią Stanisławę Celińską, która z najmniejszego epizodu potrafiła zrobić perełeczkę, a była niezwykle skromną i niekłopotliwą osobą. W „Kramarzu” zagrała przekupkę z targowiska, takie kolorowe cudo w krzykliwych barwach  z lat siedemdziesiątych. I nawet w tak krótkiej odsłonie potrafiła pokazać pełną ciepła postać w osobie, która stereotypowo raczej nam się  kojarzy z cwaniactwem niż z uczuciowością.

Z panią Danutą Szaflarską zdarzyło mi się pracować dwukrotnie i za każdym, razem byłam pod jej wielkim urokiem. Jest to aktorka jeszcze przedwojenna i sama mogłaby być świadectwem historii. Jest też wielką postacią filmu, znaną,  od „Zakazanych Piosenek”, ale nie ma w niej nic z pomnikowości czy chimeryczności gwiazdy. Pani Danuta jest figlarką. Nigdy nie zapomnę, kiedy przy „ Spóźnionej podróży” zrobiła nam w garderobie pokaz gimnastyczny. Miała wtedy pod osiemdziesiątkę i nagle, bez żadnego przygotowania zaprezentowała nam szpagat na stojąco – po prostu podniosła zgrabna nóżkę i zrobiła to! Już miałam wizję pogotowia, szpitala itd. A pani Danuta skończyła pokaz jak gdyby nigdy nic. Po prostu całe życie ćwiczyła i pewnie dalej to robi, nawet jak lekarze jej nie pozwalają, bo naturę ma przekorną.

Z wielką atencją wspominam też pracę z Krzysztofem Kolbergerem. To był  ( niestety już był) człowiek wielkiego formatu, który traktował swoją pracę jak święto. Już wtedy zdarzało się nam gościć na planie aktorów, którzy w filmie po prostu chałturzyli, ale Krzysztof zawsze był przygotowany, miał rolę przemyślaną, przegadaną z reżyserem, tekst, nawet okropnie długi i trudny, wykuty na blachę. To był wyraz szacunku do zawodu i kolegów w pracy, co już wtedy nie było zbyt częste, a dziś należy do wyjątkowej rzadkości.

Zupełnie inny, choć też wielki, był Jerzy Kamas. Ryszard Ber powiedział kiedyś, że aktorzy dzielą się na takich, którzy wypełniają sobą ekran i pozostałych. Jerzy Kamas bez wątpienia ekran sobą wypełniał całkowicie, ale tekstu nigdy nie znał… A mimo to przed kamerą  stawał się ta postacią,  którą miał być. Takie filmowe zwierzę, jak mówiliśmy.

Podobnie było z Bogusławem Lindą, też nie lubił się uczyć tekstu. Miałam nawet z tym kiedyś problem, bo przy „Kanalii” przyjechał rano do garderoby i zrobił lekką zadymę, że kamizelkę ma za luźną, no to ja poleciałam do krawców ( wtedy jeszcze był taki dział w wytwórni filmów ), a on spokojnie zaczął się uczyć tekstu. Ale na drugi dzień rano  ( jakaś 5, 6 rano) przyjechał przeprosić z butelką whisky. |Pierwszy i ostatni raz napiłam się alkoholu na pusty żołądek. Oczywiście pochorowałam się, ale czy można odmówić : na przeprosiny!

Przyjeżdżał też wtedy do nas , jak mówiliśmy – etatowy epizodysta, Henryk Bista. On chyba jako pierwszy zrezygnował z etatu w teatrze i sam zarządzał swoją kariera zawodową, jeżdżąc od filmu do filmu. Ale też to był aktor z krwi i kości. Zagrałby wszystko i to ad hoc. Henryk Bista  był najlepszym ucieleśnieniem określenia profesora Bardiniego: „ Aktor jest do grania, jak ..dupa do srania”.

Drugim takim wiecznym epizodystą był Leon Niemczyk, uroczy prywatnie człowiek, wielki, a bezinteresowny, adorator kobiet.

Bardzo miło wspominam też pracę z Adamem Ferencym, znakomitym, a nie wykorzystanym aktorem, Joanną Trzepiecińską, Katarzyną Figurą, Romanem Kłosowskim. To są wszystko aktorzy przez duże „A”. Czasami przykro mi, że grywają w głupawych serialach, ale … z  czegoś trzeba żyć.

Całkiem inną kategorię wypełniał swoją osobą Jerzy Kryszak. To aktor dramatyczny, który – z powodu wrodzonego chorobliwego poczucia humoru – w pewnym momencie porzucił aktorstwo dla kabaretu. Chorobliwego, bo zaraźliwego niezwykle. Kiedy robiliśmy „Kanclerza” i „Żelazna Ręką”, jak to  zwykle w filmie, często czekaliśmy na swoją kolej ( to znaczy aż inne piony skończą swoje przygotowania). Jurek opowiadał wtedy historie z życia, a my pokładaliśmy się ze śmiechu, czasami wpadając w zbiorowy spazm histerycznego rechotu, a łzy płynęły ciurkiem. Dzięki Jurkowi łatwiej było przetrwać trudy niedospanych nocy i stresu. To wielki dar – umieć rozśmieszać ludzi, a On to ma w naturze.

 

Pracowałam też z aktorami w teatrze. To osobna bajka, bo to tam właśnie odbywa się prawdziwe życie aktorskiego światka.  Film jednak zawsze był tylko od święta – taka turystyka zarobkowa, czasem przygoda. A teatr to, mówiąc górnolotnie, dom aktora. No i tam się dzieje… Kochają się i nienawidzą. Zazdroszczą roli i podziwiają. Są czasem brutalni  ( jedna z aktorek złamała koleżance nos podczas prób), ale też potrafią współczuć. A najważniejsza jest sztuka ( oczywiście pewnie nie dla wszystkich; ja miałam szczęście pracować z prawdziwymi aktorami), dla niej są gotowi wywrócić bebechy , przeorać się przez własna psychikę, by zrobić potem pranie emocjonalne widzom. Każda próba to przeżycie, a premiera – święto. Ale też są wrażliwi jak dzieci. Wszystko dobrze, kiedy dobrze piszą po premierze,  ale jeśli nie, albo nie wszyscy, to już chandra gigant.

To ciężki zawód. Profesja, która częściej  dla większości z aktorów jest zawodem ( w tym drugim sensie) niż sukcesem, porażką niż zwycięstwem. Trzeba ogromnego zaparcia lub naiwnej wiary w cud, by całe życie nosić halabardę. A przecież każdy z nich, idąc do szkoły aktorskiej, wierzy, że zostanie Hamletem.

 

NIEWOLNICY URZĘDU PRACY

 

Od prawie dwóch lat jestem bez pracy, zaczęłam więc poważnie myśleć o założeniu jakiejś firemki, czegoś, co w oficjalnej nomenklaturze nazywa się mikroprzedsiębiorstwem. Naczytałam się wcześniej, jak to można wziąć dofinansowanie z Unii a to właśnie na tworzenie mikroprzedsiębiorstw na terenach wiejskich, a to z funduszu restrukturyzacji rolnictwa, a jest przecież jeszcze program Kapitał Ludzki i program  50 plus, no i jeszcze z funduszów urzędów pracy – no żyć, nie umierać!

Jakimś jednak sposobem, akurat tutaj, gdzie jest najwyższe bezrobocie w kraju, okazało się, że nabór do programu tworzenia mikroprzedsiębiorstw już się zakończył, inne fundusze  na lata 2007-2013 też już są całkowicie wykorzystane i jedyne, co jest jeszcze dostępne, to fundusze z urzędu pracy. Ale – aby mieć szansę skorzystać z tych ostatnich – trzeba być zarejestrowanym bezrobotnym.

Przełknęłam więc dylematy ambicjonalne i zarejestrowałam  się w urzędzie pracy. Tam zostałam grzecznie przyjęta i  poinformowana, że będzie organizowany kurs prowadzenia działalności gospodarczej, na który się skwapliwie zapisałam.

Przy okazji dowiedziałam się też, że osoby, takie jak my, to znaczy pracujące na umowy o dzieło, w ogóle nie mają prawa do zasiłków. Natomiast urząd opłaca ubezpieczenie zdrowotne zarejestrowanego i ewentualnie dzieci oraz małżonka, jeśli ten też pozostaje bez pracy.

Do tej pory opłacaliśmy z Jackiem dobrowolne ubezpieczenie zdrowotne, które, nie wiedzieć czemu, jest prawie dwukrotnie wyższe niż to, które się płaci, pracując na etacie. O tyle więc mieliśmy odczuć ulgę finansową, co oczywiście nie jest bez znaczenia, gdy od wielu miesięcy żyje się z oszczędności.

Minął miesiąc, dostałam zawiadomienie, że zakwalifikowano mnie na kurs prowadzenia działalności gospodarczej, ale jeszcze nie wiadomo kiedy on się odbędzie. Minął drugi miesiąc i nagle dostaję esemesa od urzędu pracy, że mam zgłosić się po odbiór oferty pracy.

No to jadę. A w urzędzie kolejka ponad stuosobowa. Trzeba czekać, bo tylko jeden urzędnik dziś przyjmuje  ( zwykle dwóch). A wśród tłumu oczekujących kręcą się panie, jak się okazało ankieterki. Jedna z nich także do mnie podeszła. Powiedziała, że przeprowadza ankietę na temat bezrobotności, przygotowaną przez Narodowy Bank Polski. ??? Dlaczego przez NBP? Czy to jest aby ta instytucja, która w Polsce powinna zajmować się bezrobociem? Chyba jakieś pomieszanie pojęć… Ale odpowiadam na kolejne pytania, bo co mi szkodzi. Pani ankieterka jest coraz bardziej współczująco zaintrygowana, gdy dowiaduje się jaki wykonywałam zawód. A na koniec, wraz z życzeniami powodzenia, dostaję, tak jak i pozostali indagowani, pamiątkową monetę „ na szczęście”. Na awersie – Cyprian Kamil Norwid. Na rewersie – 2 złote.

Czekałam ponad trzy godziny, by w końcu dowiedzieć się od uprzejmego pana, że czeka na mnie oferta pracy „pracownik biurowo-magazynowy w przetwórni pasz”, z wymaganym wykształceniem średnim ekonomicznym, w małej miejscowości oddalonej od naszego domu o około czterdzieści kilometrów. Pan nie był w stanie udzielić informacji ani o zakresie obowiązków na tym stanowisku, ani o wysokości oferowanych zarobków, ale,  jak wcześniej dowiedziałam się od innych bezrobotnych, nikt tu nie oferuje zarobków wyższych niż musi, a musi dać najniższą krajową, i tyle daje, to jest 1.600 zł brutto, czyli niecałe 1.200 netto.

Wyraziłam swoje zdumienie ofertą, ale pan wyjaśnił, że – po pierwsze – system wybrał mi taką ofertę, bo mam w  przeszłości skończone studia ekonomiczne i nie jest ważne, że to było dwadzieścia siedem lat temu, a potem nie miałam, już nic wspólnego z tą profesją. Po drugie – fakt skierowania mnie na kurs jest dla urzędu mniej ważny niż „powstanie zatrudnienia” ( gdybym podjęła pracę, nie mogłabym brać udziału w kursie). Po trzecie – rzeczone  miejsce pracy znajduje się  w innym powiecie i na dodatek nie ma tam dojazdu środkami publicznymi, co pozwala  mi bez konsekwencji nie przyjąć tej oferty.

Bo przepisy stanowią tak, że urząd ma zaoferować bezrobotnemu  „ odpowiednią pracę”, to znaczy taką, „do której wykonywania bezrobotny ma wystarczające kwalifikacje lub doświadczenie zawodowe, albo może je wykonywać po odpowiednim przeszkoleniu lub przygotowaniu zawodowym dorosłych, a stan zdrowia pozwala mu na ich wykonywanie oraz łączny czas dojazdu do miejsca pracy i z powrotem środkami transportu zbiorowego nie przekracza 3 godzin, za wykonywanie której osiąga miesięcznie wynagrodzenie brutto w wysokości co najmniej minimalnego wynagrodzenia za pracę w przeliczeniu na pełny wymiar czasu pracy.” Nieprzyjęcie oferty po raz pierwszy skutkuje utratą uprawnień bezrobotnego na 4 miesiące, drugi raz – na 6, a trzeci – na 9 miesięcy. A planowane są jeszcze zaostrzenia tych terminów.

Poszperałam w necie, porozmawiałam z ludźmi i dotarło do mnie jak wrednie są wykorzystywane te przepisy. Spotkałam, się z przypadkiem, kiedy kobieta otrzymała ofertę pracy na jedną czwartą etatu za 330 złotych, przy czym miesięczne koszty dojazdu do pracy wynosiły 300 złotych i zgodnie z przepisami była zobligowana do przyjęcia tej oferty.

To okropnie upodlające i  jednocześnie demoralizujące, jeśli oferowane zarobki są na poziomie zasiłku dla bezrobotnych lub poniżej  jego wartości i jeśli takie same zasiłki można uzyskać od pomocy społecznej.

I naprawdę drugorzędny jest rodzaj pracy, jeśli da się zarobić na godziwe życie. Nie bez powodu dawniej jeździliśmy na Zachód sprzątać, zmywać gary czy niańczyć dzieci. Nikt się wtedy nie obrażał, chował dyplom do szuflady i jechał zarobić u kapitalisty. To była prosta kalkulacja. Ale też wolny wybór.

A teraz nasze państwo staje w roli nadzorcy niewolników i każe pracować poniżej kwalifikacji bez zapewnienia choćby minimalnie godziwego wynagrodzenia. No to jak to ma stymulować zmniejszenie bezrobocia? Ano chyba tak, że ludzie nie przyjmują upokarzających ofert i tracą uprawnienia, a w ten sposób znikają z rejestru bezrobotnych i statystyka się poprawia! Strach myśleć jaki naprawdę jest poziom bezrobocia!

A gdzie szczytne cele pomocy bezrobotnym? Wszyscy trąbią dookoła jak to utrata pracy prowadzi często do stanów depresyjnych, że trzeba wyciągnąć rękę, zapewnić pomoc psychologiczną. To wszystko medialne bzdury. Wystarczy popatrzeć na ludzi w kolejkach w urzędach pracy…

Być może w dużych miastach jest grono cwaniaczków, którzy biorą zasiłek i jednocześnie pracują na czarno.

W małych ośrodkach, na wsi większość bezrobotnych ludzi nie ma prawa do zasiłku, a pracują na czarno, bo chcą żyć i nie mają możliwości grymaszenia, gdy pracodawca łaskawie daje robotę, ale bez świadczeń. Nikt się nie będzie martwił ewentualną emeryturą, kiedy dzieci nie mają co jeść. A okoliczni pracodawcy perfidnie wykorzystują sytuację – zatrudniają delikwenta na rok za najniższe wynagrodzenie, po roku dają wymówienie, by dostał tak zwaną kuroniówkę i wtedy delikwent pracuje za pół darmo, za obietnicę kolejnego zatrudnienia,  kiedy mu się skończy zasiłek.

Obok mnie w kolejce siedziała pani, która miała sześcioosobową rodzinę – wszyscy już dorośli i tylko mąż ma rentę, reszta szuka pracy. Ona czekała na ofertę dla sprzątaczki bądź pomocy piekarza. Jej poprzedni zakład pracy został zlikwidowany.

Wierzcie mi, że tutaj, jeśli już ktoś znajdzie dobrą pracę , to  ją naprawdę szanuje. Może dlatego  w sklepach nie widuje się skrzywionych i nieszczęśliwych sprzedawców, czy robiących łaskę pracowników technicznych. Wszyscy chętnie pomagają, bo to znaczy, że są potrzebni.

A nasi fantastyczni urzędnicy ministerialni piszą kolejne rewelacyjne programy rządowe i rosną sterty papierków, mnożą się byty biurokratyczne, a życie coraz bardziej rozmija się z uczesaną teorią ze szczytów władzy.

Już nie wierzę żadnemu z polityków. Świetnie się bawią, prowadząc błyskotliwe pyskówki, choćby w audycji Moniki Olejnik, ale nie mają pojęcia jak naprawdę ludzie żyją i – mam wrażenie – nikomu to nie przeszkadza. Ludzie w końcu i tak kogoś wybiorą ( nawet jak nie zagłosują), taki system. Politycy żyją w świecie wyimaginowanym, a my tu, w świecie realnym, a między nami Rów Mariański…

GAZ  ŁUPIONY

Długie zimowe wieczory sprzyjają lekturze, ale też poszukiwaniom w internecie. Wiedzieliśmy, że od roku po okolicy kręcą się samochody geologów poszukujących gazu łupkowego. Spotykaliśmy też czasem na drodze białe amerykańskie machiny do wywoływania wstrząsów tektonicznych, oczywiście w mikroskali – w ten sposób sprawdza się, czy łupki zawierają pokłady gazu.Ale uważaliśmy, że to wszystko dzieje się gdzieś tam i do nas nie dotrze, bo przecież mieszkamy na terenie parku krajobrazowego.

Czasem dochodziły do nas relacje, że firmy poszukujące wykonywały badania zbyt blisko siedlisk i powodowały pęknięcia murów domów, wypadanie szyb. Niekiedy słyszeliśmy nawet jakby tąpnięcia, ale nie czuliśmy jeszcze zagrożenia, mieliśmy też mgliste pojęcie o funkcjonowaniu kopalni gazu.

W lutym przez kilka dni pod rząd znowu słychać było u nas dziwne odgłosy, zaczęliśmy więc szperać w sieci i szukać informacji o konkretnych działaniach w okolicy. Ze zdumieniem dowiedzieliśmy się jak naprawdę wygląda sprawa gazu łupkowego.

Jak się okazało, pierwszą wiertnię już wybudowano – w odległości czterdziestu kilometrów od nas. Teraz następna ma powstać już tylko trzydzieści kilometrów stąd. Robi się groźnie!

Przy okazji przeczytaliśmy, że prawo geologiczne zostało ostatnio tak zmienione, że (jak w przypadku autostrad) mieszkańcy mogą zostać wysiedleni, jeśli teren zostanie uznany za potrzebny pod gazową inwestycję. Ale to jeszcze nic! Nasze państwo uznało za stosowne podarować zagranicznym korporacjom poszukiwawczym wodę za darmo. A w grę wchodzą biliony litrów wody wtłaczanej wraz z chemikaliami pod ziemię na głębokość czterech, pięciu kilometrów. A wszystko to przy pomocy ciężkich silników wysokoprężnych, które śmierdzą i hałasują.

Naprawdę trudno uwierzyć, by taka ingerencja w skorupę ziemską nie miała powodować degradacji środowiska. Wystarczy zresztą poczytać o doświadczeniach innych krajów, gdzie już takie wydobycie miało miejsce. Wszędzie jest problem zniszczenia przyrody, obniżenia wód gruntowych i zatrucia środowiska.

Eksploatacja ma trwać trzydzieści lat, a co potem będzie się działo z nieczynnymi już instalacjami, betonowymi kanałami w głąb ziemi. A jaki wpływ na żywe istoty będzie miała składowana (podobno w specjalnych zbiornikach, które mają być zalane betonem) chemiczna płukanka? Jak czytamy, są w niej składniki rakotwórcze. Oczywiste jest, że firmy eksploatacyjne nie są zainteresowane badaniami środowiskowymi, ale nie rozumiem dlaczego nasze państwo nie nałożyło na nie takiego obowiązku. Wygląda na to, że perspektywa przyszłych zysków zaćmiła świadomość panów ministrów, bo jeśli nawet nie martwią się o siebie, bo za trzydzieści lat będzie im może wszystko jedno, to przecież mają jakieś dzieci i wnuki…

A ten sprzęt i płukankę trzeba będzie wozić, a wozić trzeba będzie dużymi samochodami, po naszych drogach. Czy to łaskawi decydenci policzyli przed przyznaniem koncesji? Jak przeczytałam, polskie koncesje na wydobycie gazu łupkowego są ośmiokrotnie tańsze od tych najtańszych z innych krajów. Czy przypadkiem jako kraj nie robimy prezentów gigantycznym korporacjom wydobywczym? A oddajemy w prezencie to, co mamy najatrakcyjniejszego w Europie – nie skażoną jeszcze przyrodę.

Z dużym niepokojem śledzimy teraz rozwój poszukiwań, szczególnie że – jak się okazało – właściwie nie ma nadzoru działań kompanii poszukujących, ponieważ zarówno burmistrzowie, starostowie, wojewodowie, a nawet dyrektorzy parków krajobrazowych nie mają prawa nadzoru ich działań, w pewnym sensie ograniczono ich kompetencje na zarządzanym terenie, a firmy gazowe podlegają kontroli tylko agend rządowych. Toteż pozwalają sobie nawet na naruszanie terenów chronionych Natura 2000.

Mieszkańcy okolic się buntują, ponieważ życie na terenach chronionych wiąże się z różnego rodzaju obostrzeniami przepisów, ale wszystko to znosimy w imię wyższego celu, a tu nagle zagraniczne korporacje stają ponad prawem! Jedyna nadzieja w ruchach społecznych i nadzorze obywatelskim. No i trzeba nagłaśniać sprawę, bo wszystkie działania do tej pory odbywały się jakoś tak cichcem. 

ZIMA

Brak komentarzy

 

 

ZIMA

 

Zima przyszła po bożemu, w grudniu, ale w kwietniu wciąż jeszcze była. Tak oto natura przypomniała nam, że stare porzekadła nie są pozbawione podstaw. „W marcu jak w garncu i kwiecień plecień…itd.” Tak po prostu kiedyś było. Wiosna przychodziła w maju, a wcześniej było przedwiośnie z roztopami, wylewami rzek, błotem jak w „Nocach i Dniach”.

Tylko luty był nietypowy, bo powinien być skuty lodem, a zafundował nam taką odwilż, że moje lodowisko spłynęło do morza. Tak, bo dostałam od męża pod choinkę łyżwy z lodowiskiem w pakiecie.

Nie jeździłam na łyżwach dwadzieścia pięć lat, ale tego się nie zapomina, jak jazdy na rowerze. Fantastyczna frajda!

Któregoś dnia na lodowisku zjawili się Malwina z Marcinem i Adasiem. Przyszli właściwie na sanki, bo obok mamy dobrą górkę do zjeżdżania. No ale lodowisko było też nowością, więc Adaś zaczął sprawdzać przydatność swoich bucików do ślizgania na lodzie. I, niestety, nieszczęśliwie dowiedział się jak twardy jest lód, gdy grzmotnął o niego głową.

Płakał długo, widocznie bardzo go bolało, a tata utulał synka. A ja, mądra ciocia, tłumaczyłam Adasiowi, że jak już poczuje, że ma upaść, nich koniecznie siada na pupę, by ochronić głowę. W końcu Adaś się uspokoił  i poszli na sanki, aktualnie obrażeni na lodowisko.

Ja jeździłam dalej i  – nie mam pojęcia jak i dlaczego – nagle wywinęłam klasycznego orła; obie nogi powędrowały w powietrze, a tyłem głowy uderzyłam o lód. Nie było to przyjemne, bo świat mi się groźnie kilkakrotnie zabujał i usłyszałam dzwonienie własnych zębów. Przez chwilę nie bardzo kontaktowałam, ale Malwina zauważyła, co się stało i przybiegli mnie pozbierać.

Jak niepyszna schodziłam z lodowiska. Jednak stara łyżwiarka nie jest już taka zwinna, gdy upada, nie ma się co łudzić. Dobre rady cioci też warte są niewiele, gdy samemu daje się taki popis.

Bolała mnie głowa i mięśnie, ale to było dopiero preludium. Przez kolejne dwa tygodnie każdy ruch, przekręcenie się w łóżku wywoływało taki ból, że nie mogłam się powstrzymać od jęków ( biedny Jacek). Upadek naruszył mięśnie, które normalnie nie pracują, naderwał ścięgna i bardzo dolegliwie przypomniał mi o szczegółach anatomicznych człowieka.

A potem przyszła odwilż… może lepiej… Nie, nie, w przyszłym roku też na pewno będę jeździć. Jacek mówi, że w kasku!

JESIEŃ

1 komentarz

 

 JESIEŃ 

 

 

Przyszła jesień, a my nadal nie mieliśmy pracy. Coraz dalej odpływały pierwotne plany, za to coraz częściej o naszej starej chałupie mówiliśmy: nasz dom. Z zewnątrz wygląda okropnie, ale w środku jest już całkiem wygodnie urządzona.

Jesienią sprowadziliśmy z miasta resztę mebli, a w tym nasze łóżko. Po ponadrocznym spaniu na starych tapczanach, z wielką radością wróciliśmy do  wygodnego łóżka. Czasami warto sobie pogorszyć warunki, by docenić co się ma.

Zwykle cieszymy się z nowych rzeczy przez chwilę i bardzo szybko zapominamy o ich zaletach. Przychodzą nowe chcenia, a stare dobra uważamy za oczywiste i dane raz na zawsze. Taka jest natura człowieka. Dopiero w wypadku jakiegoś nieszczęścia – pożaru czy konieczności sprzedaży  domu, zaczynamy  widzieć i doceniać przedmioty, które towarzyszyły nam w życiu. Czasami są to  niezbędne rzeczy, ale najczęściej to tylko nasze fanaberie.

Człowiek jako gatunek nadaje przedmiotom znaczenie, jakiego one nie mają dla innych zwierząt. Diamenty, prze które ludzie często tracą zdrowie i  życie, dla małpy będą tylko kamieniami, którymi ewentualnie można cisnąć w samoobronie. A my zrobiliśmy z nich fetysz. Umówiliśmy się, że  diamenty są syndromem bogactwa, więc są drogie, a ponieważ są drogie, ich posiadanie oznacza bogactwo…

Nie potrafimy się cieszyć tym, co mamy. Kto z nas wstaje rano i  cieszy się, że ma dwie sprawne ręce i  nogi? Dopiero kiedy zetkniemy się z ludźmi okaleczonymi fizycznie przez los, zaczynamy to widzieć i doceniać, ale tak na co dzień nie widzimy w tym wartości. No, może w starszym wieku, kiedy już czujemy co gdzie mamy, zaczynamy  doceniać te nasze kawałki, które jeszcze nie bolą.

 

Mieszkanie tak blisko kosmosu pozwala nam znaleźć odpowiedni dystans do spraw ziemskich. Kiedy człowiek uświadomi sobie jaki jest malutki wobec planet, galaktyk, wszechświata, zaraz wszystkie problemy znajdują odpowiedni poziom w hierarchii.

Buddyjska mądrość, która każe żyć chwilą obecną, nie rozpamiętywać przeszłości i nie zaglądać w przyszłość, wydaje się być tu bardzo na miejscu. Jest to trudne, bo przyzwyczajeni jesteśmy planować ( trudno nawet bez tego żyć w cywilizowanym świecie), no i mamy marzenia, ale – obawiam się – przez takie zanurzenie w planach na przyszłość, gubimy to, co teraz, i nie potrafimy się cieszyć stanem, w którym jesteśmy, a więc jakby w nim nie do końca jesteśmy.

Bliski kontakt z przyrodą ułatwia zrozumienie cyklu życia. Pomaga też zaakceptować nieuchronność jego końca. Wszystko żyje, umiera, odradza się albo zostaje wchłonięte przez kolejne byty i w ten sposób włącza się w nie kończący się krąg istnienia.

Przyjemnie jest, że ktoś przeczyta, co napiszę, albo obejrzy film, przy którym pracowałam. Myślę jednak, że dla świata jest ważniejsze, czy posadzę drzewo.