owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

GREMLINS

 

Lato było piękne, Tusia rosła. W sierpniu, jak zwykle spadały nam na głowy meteoryty. Tutaj jest to zjawiskowy spektakl, ponieważ wydaje się, że niebo mamy na wyciągnięcie ręki. Dokoła domu jest duża wolna przestrzeń, na dodatek mieszkamy na górce, więc niewiele elementów przesłania horyzont. Dlatego obserwowanie wygwieżdżonego nieba ma tu wymiar duchowy. A  panuje  czasem taka kompletna, aksamitna cisza,  szczególnie w zimowe noce, o jakiej mieszczanie nie mogą nawet pomarzyć. Kontakt z kosmosem staje się niemal namacalny. To jest medytacja.

Czasem tylko cywilizacja przypomni nam o sobie jakimś satelitą lub odrzutowcem, bo mamy też nad głowami korytarz powietrzny Berlin-Afganistan.

 

We wrześniu noce zaczynają się robić trochę chłodniejsze, ale od rana jest gorąco i właściwie całe życie odbywa się w ogrodzie. Ciągle jeszcze kwiaty kwitną, groszek pachnie, pomidory dojrzewają,  śliwki i jabłka kuszą kolorami, a zachody słońca jak w raju.

Któregoś dnia przechodząc za domem zauważyłam, że coś się poruszyło w stercie drewna. Malutki kotek schował się pod belki. Pomyślałam, że znowu dzika kotka znalazła sobie u nas legowisko, ale postanowiłam się nie wtrącać, bo – jak mówi Jacek – nie można uratować całego świata, a tutejsi mieszkańcy też uważają, że lepiej zostawić to naturze, bo przeżyją tylko najsilniejsze.

Faktycznie, czy chcemy, czy nie w przyrodzie wszystko wzajemnie się zjada. Tutaj niemal codziennie mamy tego przykłady. Nietoperze polują na owady. Koty zjadają myszy i szczury wędrowne. Lisy polują na młode zające. Orły polują na różne zwierzaki, a zimą też na inne ptaki. Osy też są mięsożerne, choć niewielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę. W każdym razie nic się tu nie marnuje. Nawet ” zżerają się stare, bezzębne sielawy, wzajemnie nad sobą się pastwiąc…” – jak śpiewał Jan Kaczmarek.

Kotek czmychnął sprawnie, wiec nic nie wzbudziło moich podejrzeń. Ale następnego dnia zobaczyłam już cztery kotki. Pomyślałam jednak, że matka pewnie poluje, a one wygrzewają się w popołudniowym słońcu.

Trzeciego dnia w czasie spaceru Tusia zaczęła głośno szczekać ( a wtedy jeszcze nie miała tego w zwyczaju) i wyciągać coś z trawy. To coś uciekało i chciało się z powrotem ukryć w trawie. Pomyślałam, że bawi się myszą, ale ona znalazła  kotka. Był wielkości dłoni, ale kiedy go wzięłam do ręki dzielnie zrobił „pchchyyy”. Mieścił się miedzy palcem wskazującym i kciukiem, był bardzo odwodniony i słaby.

Zrozumieliśmy, że z matką coś się musiało stać, bo odszedł jakieś pięćdziesiąt metrów, od miejsca, w którym je poprzednio widziałam.

Jacek się wzruszył kiedy zobaczył to maleństwo, zajął się nim, próbował karmić mlekiem ze strzykawki. A ja poszłam szukać pozostałych. W trawie koło drewna nic nie było. Otworzyłam przybudówkę, a tam, niestety, leżał śliczny czarno-biały maluch, ale martwy. Na dodatek widać było, że umarł z głodu, bo  wydawało się że skóra z futerkiem jest prawie przeźroczysta, a pyszczek miał otwarty, pewnie do końca wołał matkę. To było okropne. Przeszukałam jeszcze okolicę, ale nie znalazłam pozostałych dwóch kociaków. Już musiało coś się nimi pożywić. Nad nami stale krążą ptaki drapieżne, a lisy też podchodzą czasem pod ogrodzenie. Jeśli małe piszczały, to szybko znaleźli je amatorzy.

Czuliśmy się okropnie, bo mieliśmy świadomość, że gdybyśmy zareagowali  w porę, maluchy miałyby szansę. Nie przyszło nam do głowy, ze matka-kotka mogła zostawić małe nam pod opieką, bo sama była w kolejnej ciąży. Dopiero później przypomniałam sobie, że któregoś dnia pojawiła się  na chwilę kotka Składak i miauczała coś do mnie zza płotu, a potem znikła. Może też coś jej się stało, bo od tamtej pory jej nie widziałam. Na zimę do nas nie przyszła, ale to może być też z powodu Tusi. Leśne koty unikają psów.

Kotek był biało-czarny i w dużym stopniu przypominał Kota w Czapce, bo też miał czarny berecik na czubku głowy. Był potwornie chudy, a kiedy się darł, wyglądał  jak mały potworek. Nazwaliśmy go więc roboczo Gremlins, bo tak nam się z filmowymi potworkami skojarzył.

Najpierw poiliśmy go mlekiem z żółtkiem. Na szczęście jadł. Masowaliśmy brzuszek i układ trawienny jakoś ruszył.

Tusia była szczęśliwa, bo miała żywą zabawkę, ale ponieważ była delikatna, Gremlins szybko przestał protestować, kiedy go dręczyła. Zakumplowali się bardzo.

Natomiast koty nie były zachwycone. Czarny po prostu dawał dyla obrażony i wracał tylko na noc, a Pędzel prychał, kiedy tylko poczuł, że mały zbliża się do niego. Gremlins oczywiście lgnął do wujka-kota, bo na pewno bliższy mu był jego zapach niż Tuśki.

Udało się kotka wyprowadzić na prostą. Weterynarz ocenił, że zdrowy, odrobaczyliśmy, odpchliliśmy i odkarmiliśmy. Raz dwa pokazał do czego ma ząbki i wcinał mięso na równi z Tusią. Ale sucha karma smakowała mu równie dobrze, wiec szybko rósł.

Od początku wiedzieliśmy, że Gremlins nie może u nas zostać, bo koty go nie zaakceptowały i dla bezpieczeństwa cały czas sypiał sam w łazience. Bardzo szybko nauczył się czystości i chętnie korzystał z kuwety ze żwirkiem. Miał też fantastyczny zwyczaj sadowienia się na krześle za plecami, grzał mi nerki i mrucząc warczał jak motorek.

Dla takiego słodziaka szukaliśmy domu. Rozpuściliśmy wici mailowo-facebookowe, ale długo nikt się nie zgłaszał. Kotek miał już skończyć dwa miesiące i robiło się nerwowo, bo to jest moment, kiedy powinien opuścić gniazdo, najlepiej też wtedy asymiluje się w nowym domu.

Nieodgadnione są jednak ścieżki losu… Apel o dom dla kota trafił między innymi do mojej koleżanki, która mieszka w Stanach, a ta, via intertnet, przesłała mój list do naszej wspólnej koleżanki z liceum, oczywiście w Polsce, która zaoferowała się przygarnąć Gremlinsa.

Zawieźliśmy więc kotka do nowego domu. Od razu wiedziałam, że trafił najlepiej, jak można. Owinął sobie nowe opiekunki wokół pazura. Dostał nobilitujące imię Kociniak i wyleguje się na poduszkach.

Oczywiście bolało trochę, kiedy go zostawiałam, ale zdecydowanie silniejsze jest uczucie ulgi, kiedy się wie, że kot zyskał prawdziwy dom, ma zapewnioną przyszłość i troskliwych opiekunów. Mam nadzieję, że odpłaci im swoim ciepłem i mruczeniem.

PASTELEK

 

 

Pastelek był moim pierwszym psem. Był absolutnie nadzwyczajny i wiem, że drugiego takiego pieska  nie będzie w moim życiu.

 

Już jako dziecko chciałam mieć psa, ale w rodzice się nie zgadzali. W dzieciństwie w Bydgoszczy widywałam kudłate pieski, które głęboko zapadły mi w duszę. Wtedy nie wiedziałam, że to jest jakaś rasa. Były biało- szare, w łaty i miały długie futerko, spadające na oczy, i figlarnie zakręcony ogon.

Były to owczarki nizinne, jak się potem dowiedziałam. Właśnie w  okolicy Bydgoszczy  rasa została odtworzona po wojnie przez panią, której nazwiska teraz nie pamiętam. PONy ( skrót od Polski Owczarek Nizinny) miały za sobą długą przeszłość. Podobno towarzyszyły pasterzom w Polsce już w XVI wieku. Widuje się też na przedwojennych zdjęciach z dworów polskich. Trochę inaczej wyglądały niż dzisiejsze wyczesane wystawowe psie modele. Na pewno nikt ich nie czesał, a futerko szarpały  krzaki i trawy, więc było ono zdecydowanie krótsze. Natomiast zawsze były bardzo inteligentne i łatwo się uczyły, co Niemcy, niestety, wykorzystali na ich zgubę, bo szkolili je do zanoszenia ładunków pod czołgi i tak biedaki ginęły.

 

Urodził się  w domu plastyków, jako rodowodowy szczeniak po  suczce Aferze, która była bardzo dobrą matką. Do hodowców trafiłam przez związek kynologiczny. Ponieważ byli to ludzie w moim wieku, łatwo nawiązaliśmy kontakt i mogłam zobaczyć szczeniaki już w drugim dniu po porodzie. Chciałam suczkę, ale urodziły się same pieski, … no trudno, niech będzie, tak już za nim tęskniłam. Trzy pieski dostały imiona: Piwko, Pastel, Piątek. Oczywiście byłam zachwycona małymi niezgrabnymi kluchami, które leżały w kojcu przyklejone do siebie. No i serce mi podpowiedziało – ten! To był Pastel. Zarezerwowałam szczeniaczka i potem wielokrotnie odwiedzałam swojego pupila, obserwując jak rośnie cała trójka, jak zajada i rozrabia. A potem był przegląd hodowlany i hodowcy powiedzieli mi, że piesek, którego wybrałam ma wadę zgryzu, co może oznaczać, że ma i inne wady genetyczne, że oni sprzedadzą mi Piwka, ale zamienią imiona, no bo już się przyzwyczaiłam. A ja się zgodziłam. Przepraszam cię, piesku, mam nadzieje, że było ci lepiej niż u mnie, bo wiem, że trafiłeś do domu z ogrodem.

Kiedy pieski skończyły osiem tygodni, hodowcy przywieźli mi Pastela do domu. Mieszkałam wtedy w wynajętym  w bloku  mieszkaniu na czwartym piętrze. Ale było to już na obrzeżu miasta, więc blisko na pola i łąki.

Najpierw musiał siedzieć w domu ( po pierwszych szczepieniach). Pastelek był rozkosznym,  rozrabiaką, no i był śliczny jak  pluszowa zabawka. Kiedy skończył trzy miesiące wreszcie zaczęły się spacery i nauka posłuszeństwa, z którym na początku nie było  łatwo. Ale rzeczywiście tereny sprzyjały swobodzie, mógł biegać bez smyczy po polach i ganiać się z innymi psami, jeśli takie spotkaliśmy.Przez środek pola przechodził rów z wodą, który raczej przypominał ściek i któregoś dnia Pastelek nie trafił na drugi brzeg, kiedy go przeskakiwał, i wpadł w sam środek nurtu – cały, wraz z uszami. Było to jakieś dwa kilometry od domu, a był chyba listopad, w każdym razie bardzo zimno, włożyłam więc tę ociekającą szmatę pod kurtkę i tak niosłam tego klocka do domu. Największy problem wychowawczy, jak dla każdego szczeniaka, stanowiło oderwanie się od zabawy i powrót na zawołanie.  Był tylko jeden skuteczny sposób – na smakołyk. Tak zaczęło się szkolenie, a kiedy Pastel skończył rok, poszliśmy na kurs na posłuszeństwo i tam, i w domu bardzo pilnie ćwiczyliśmy, z bardzo dobrym skutkiem. Niespodziewanie Pastel nawet dostał na końcowym egzaminie złoty medal, ex aequo z  bokserem.

Od tego czasu pies chodził przy nodze, nie musiałam się szarpać ze smyczą, nawet od suczki z cieczką można go było odwołać. Nie mówię, że od razu…

Bez względu na to gdzie mieszkałam, codziennie rano miał spacer co najmniej godzinny, był więc wybiegany i zadowolony. Miał też swoje psie przyjaźnie i , niestety, antypatie. Pastel był bardzo łagodnym psem, ale zaatakowany – bronił się do ostatniej kropli krwi. A ponieważ był biały i kudłaty (od ukończenia roku futro  miał długie) widocznie kojarzył się z kotem, albo po prostu wzbudzał zazdrość, bo wszyscy psiarze wyciągali do niego ręce: „jaki śliczny”, stale słyszeliśmy.

W każdym razie kilkakrotnie był pogryziony i zawsze, moim zdaniem, była to wina właściciela, który, wiedząc, że ma psa agresywnego,  nie odwołał psa w porę. Kiedyś, a byliśmy zimą w parku,  czarny owczarek niemiecki tak go poranił, że prawie odgryzł mu tylną łapę, a ten biedak nawet nie piszczał, tylko raz zaskowyczał i dalej się bronił. Walczące psy to jest koszmar, trwa to czasem kilka sekund, a skutki są opłakane. Opiekun wilczura przybiegł po chwili, ale już było źle. Usłyszałam; „bo on nie lubi białych…” Rasista jeden! Nie dyskutowałam jednak, tylko zabrałam szybko psa do lekarza.

PONy są niezwykle wytrzymałe na ból. Znamy przypadek, gdy pogryziony owczarek nizinny wykrwawił się u stóp  swoich opiekunów, bo nie okazał bólu, wylizując  rany, które ukryte w gęstym futrze są trudne do zobaczenia.

Pastel uwielbiał nasze wyjazdy na działkę, a ponad wszystko był wniebowzięty nurkując  i brodząc w pobliskiej rzece. Namiętnie też aportował i , oczywiście, „zaganiał stado”, nawet jednoosobowe. Niestety, na działce mieliśmy jedną nieodpowiedzialną sąsiadkę ( jedna wystarczy), która miała bulterierkę i fatalny zwyczaj niezamykania bramy. Już pierwszy raz kiedy suka zobaczyła Pastela na drodze, wyskoczyła przez okno samochodu i mało go nie udusiła. Dopiero właścicielka podniosła ją za nogi i wtedy puściła.

Od tego czasu, mimo prób porozumienia z psychiczną babą, kilkakrotnie byliśmy napadani przez bulterierkę, która wyskakiwała zza bramy lub z lasu. W końcu zaczęłam chodzić z gazem pieprzowym, a spacery były dla mnie stresem zamiast przyjemnością. Przestałam więc przyjeżdżać w sezonie, za to wiosną i jesienią byliśmy tam często. Po kilku latach babsko się wyniosło, ale Pastelka wtedy już nie było.

Kiedy Pastel miał rok, okazało się, że jedno jądro cofnęło mu się do brzucha. Hodowcy namówili mnie na operację, bo miało to grozić rakiem. Żałuję, ze się zgodziłam, bo Pastel bardzo źle to zniósł, a ja, idiotka, zostawiłam go przytomnego u lekarza, bo tak kazali, a nie wiedziałam, że można ( i trzeba!) być przy usypianiu zwierzaka przed zabiegiem. Zawsze potem miał lęk przed zostawieniem u lekarza.

Wnętrostwo jest wadą genetyczną, więc już drugi szczeniak z miotu miał defekt. Zaczęłam drążyć temat i okazało się, ze Afera, mama Pastelka, była kryta siedmioletnim psem, co na reproduktora jest zbyt zaawansowanym wiekiem ( ale wtedy nic o tym nie wiedziałam, nie orientowali się też młodzi hodowcy, za to związek kynologiczny, który kieruje do krycia, powinien wiedzieć to doskonale!). Ponadto dowiedziałam się, że po wojnie rasa została odtworzona od jednego samca, Smoka z Kordegardy, więc wszystkie PONy są ze sobą blisko spokrewnione, za  blisko, by uniknąć chorób genetycznych.

 

Mój pies nie miał szczęścia do weterynarzy. Niestety, nie znałam wtedy doktora Michała. A byliśmy później skazani na częste kontakty z weterynarzami, bo okazało się, że Pastel jest jeszcze uczulony na pyłki traw! Nie do wiary, taki łąkowo-polny pies! Po każdym pobycie na wsi wylizywał sobie łapy do krwi, robiły mu się okropne rany. Próbowaliśmy wszystkiego, co wtedy było dostępne. Miał autoszczepionkę, kąpiele w mydle chirurgicznym, ale pomagały tylko sterydy. No i w efekcie te sterydy załatwiły mu wątrobę i nerki. A dodatkowo spowodowały otyłość. Biedak przez całe życie miał wydzielane jedzenie. Bardzo mi przykro, że mój ukochany piesek był stale głodny. To było idiotyczne, bo i tak nie schudł, a tylko się go dręczyło.

 

Kiedy miał siedem lat pojawiło się białko w moczu i ostatnie dwa lata był cały czas na lekach, ale jeszcze cieszył się życiem. Jeszcze jesienią pojechaliśmy razem z Pastelkiem i Awą nad morze, gdzie szalały całymi dniami na plaży. Ale Pastel bał się morskiej fali i do wody nie chciał wchodzić. On, wielbiciel kąpieli… Może już wtedy był mocno chory, ale ja się nie poznałam, a może zbyt późno dostał szansę zaprzyjaźnienia  się z morzem. Na pewno był szczęśliwy, że jest ze mną na powietrzu. Nikt nigdy mnie tak nie kochał i kochać nie będzie. Tylko pies jest zdolny do takiego przywiązania. I to nie każdy.

Ostatnie dwa tygodnie były okropną męką. Nerki i trzustka odmówiły posłuszeństwa. Wyniki były coraz gorsze. Jeździliśmy codziennie na kroplówki, ale poprawy nie było. Do jedzenia Pastelek dostawał specjalna odżywkę dla dzieci i siekaną cielęcinę. W nocy wstawałam go karmić, bo musiały to być małe porcyjki, ale podawane regularnie.

Kiedy którejś nocy odmówił jedzenia i odszedł od miski, wiedziałam, że to koniec. Jeszcze pił wodę, ale chyba miał już krwotok wewnętrzny, bo pojawiły się wymioty w formie czarnego grysiku. Ostatniej nocy dostał paraliżu, to podobno na skutek zatrucia organizmu. Był całkiem sztywny, ciężko dyszał i widać było, że cierpi. Nawet dotyk sprawiał mu ból. Leżał tak na podłodze przykryty kocem ( nie chcieliśmy go wciągać na siłę na legowisko, skoro sam z niego się zsunął). Jacek pojechał po weterynarza.

Ja sama nigdy bym nie podjęła takiej decyzji, ale kiedy lekarka przyjechała, powiedziała, że nie ma na co czekać. Chciała, abym wyszła z pokoju, bo podobno zdarza się, że po pierwszym zastrzyku pieski „ożywają”, co wywołuje w opiekunach histerię. Oczywiście odmówiłam. Po głupim jasiu Pastelek, który do tej pory był przykurczony w pozycji waruj, położył się na boku i głęboko westchnął – z ulgą. Nie zostawiłam go, tak jak kiedyś obiecałam. Trzymałam rękę na jego serduszku kiedy przestawało bić. To był najgorszy dzień w moim życiu. Do dziś nie mogę myśleć o tym spokojnie. Minęło przeszło dziesięć lat, a boli tak samo.

Nie mogę się pogodzić z faktem, że nie potrafimy pomóc tak cierpiącym zwierzakom, że zadanie im śmierci jest jedyną ofertą, jaka mamy, by przeciąć cierpienie. Podobno nie można  na przykład trzymać zwierzaków  na silnych środkach przeciwbólowych, jak ludzi. Nie rozumiem dlaczego. Przecież nikomu nie przyjdzie do głowy, by uśpić umierające  ludzkie dziecko. Albo się je ratuje, albo uśmierza ból do końca.

Wzięcie na siebie decyzji o spowodowaniu  śmierci ukochanego psa jest potwornym balastem na całe życie. W końcu śmierć jest też częścią życia. Każdy powinien odejść  o własnej godzinie. Ale nic już tego nie zmieni…

Dzięki Pastelkowi moje życie było lepsze. Bardzo ci dziękuję, piesku. Czasami jeszcze wraca do mnie we śnie i znów jest zdrowy, sprawny, szczęśliwy i wolny.

KOT W OLEJU

Nasz kotek Cichosza trzy dni temu wrócił wieczorem kompletnie unurany w starym oleju samochodowym. Nie mamy pojęcia jak on to zrobił. Sądziliśmy, że może siedział pod samochodem z miską olejową, z której ciekło. Ale nie wydaje się prawdopodobne, by nie poczuł, iż taka ilość czegoś bardzo kleistego zlepiła mu futerko. Z natury jest wielkim czyściochem.

Doszliśmy z Jackiem do wniosku, że wdał się pewnie w awanturę z jakimś kotem i wpadł w olejową kałużę w czasie walki. Cichosza, mimo że jest kastrowany, ma duże poczucie terytorializmu ( właściwie odzyskał je dopiero na wsi) i naturę zaczepno-obronną.

W każdym razie wyglądał jak siedem nieszczęść, śmierdział okropnie i, co gorsze, próbował wylizywać to świństwo z futra. Sprawdziłam, czy nic mu nie jest poza tym, ale nie wyglądał na rannego. Zabrałam go do łazienki. Nie był zachwycony, gdy myłam go namydloną gąbką i ścierałam czystą gąbką ( prysznica nie zaryzykowałam, bo już sam jego dźwięk wywołał w Cichoszy panikę). Niestety, te zabiegi niewiele pomogły, zlepiły natomiast futro w tłuste strąki. Kolejną próbę zrobiłam z pomocą Ludwika, co też niewiele dało. Dalej wycierałam więc na sucho. I takiego sklejonego i stłamszonego zapakowałam pod koc, gdzie potulnie przespał noc.

Rano, jak zwykle, chciał wyjść na dwór, ale kiedy zobaczyłam, jak wygląda, to go nie wypuściłam. Futro wyglądało okropnie, a smród wcale się nie zmniejszył. Kot miał też odruchy odbijania, widocznie smarek nie poszedł mu na zdrowie.

Wtedy przypomniałam sobie jak się czyści kapelusze na sucho – mąką ziemniaczaną. Wsadziliśmy z Jackiem kota do miski i „wykąpałam” go w mące. Od razu było widać, że skrobia wiąże smar i powoli zaczęły się wykruszać kluseczki. Potem długo czesaliśmy z włosem i pod włos, co kot znosił z dziwnie anielską cierpliwością. Widocznie zrozumiał jednak, że mu pomagamy. Do dziś jest jeszcze trochę szarawy i ciągle czuć paskudny zapach, ale jest już znacznie lepiej. Odzyskał sprawność, więc wypuszczamy go na dwór i wraca cały. Chciałabym wierzyć, że zrozumiał tę lekcję, ale to się okaże…

PRACA

1 komentarz

PRACA

 

Kiedy przeprowadzaliśmy się na wieś, daliśmy sobie pół roku na zagospodarowanie, potem mieliśmy wrócić do pracy. Obydwoje mamy tak zwane wolne zawody, przez większą część życia pracowaliśmy na umowy o dzieło i zawsze te roboty były nieregularne, w różnych miejscach kraju i za granicą. Wydawało się więc, że przecież projektować można w domu, a wszystko jedno skąd mamy dojechać do miejsca pracy.

Minęło pół roku, a my nadal byliśmy zajęci doprowadzaniem domu do stanu używalności. Jacek  zrobił meble do kuchni. Wymieniliśmy lodówkę na docelową, pojawił się piekarnik. W części gospodarczej powstała drewutnia i lamus, no i Jackowy warsztat, który właściwie do dzisiaj nie jest jeszcze do końca uporządkowany, ponieważ trudno jest zapanować nad tysiącami czegoś, co na pewno się przyda. No i, żeby było śmieszniej, zawsze się przydaje.

Ja gipsowałam dziury, szpachlowałam i malowałam. Robiłam też zaprawy,  uprawiałam ogródek, kosiłam trawę i targałam kamienie na skalniak.

 

Przez  cały ten czas nie zadzwonił telefon z propozycją pracy, ale jeszcze nie wywoływało to w nas nerwowości. Kiedy jednak minęło kolejne pół roku, zaczęliśmy się niepokoić, no bo ile  można żyć z oszczędności… Mieliśmy też świadomość, ze zjadamy nasz wymarzony dom. Zaczęliśmy dzwonić tu i tam, przypominać się, ale nikt nie miał dla nas oferty. Usłyszeliśmy, że w ogóle nie ma pracy w naszej branży, że jest kryzys i kultura jako pierwsza zbiera tego żniwo. A dodatkowo, jak się okazało, ktoś życzliwy rozpuścił w środowisku plotkę, że Jacek wycofał się z zawodu.

Musieliśmy zweryfikować swoje wyobrażenie na temat przyszłości. Przyznam, że bolesne jest takie spotkanie z rzeczywistością, kiedy trzeba sobie powiedzieć, że na nikogo nie można liczyć i uświadomić sobie, że dotychczasowe – wydawałoby się bliskie – znajomości były powierzchowne, czasem wyrachowane i nie mają nic wspólnego z głębszymi relacjami między ludźmi. Szczególnie Jacek cierpi z tego powodu. On bardzo się do ludzi przywiązuje i oddaje serce. Ja już od jakiegoś czasu przestałam mieć złudzenia co do naszego środowiska, bo wcześniej się sparzyłam.

Dodatkowo jeszcze wkroczyliśmy w taki wiek, którego już się nie ceni. Jeszcze nie emeryci, ale już starzy. Nikomu nie jest potrzebne nasze doświadczenie, bo teraz jest moda na młodość i, niestety, bylejakość.

Kiedy my zaczynaliśmy pracę w filmie, obowiązywała zasada stopniowej nauki zawodu, jakby terminowania. Nie było ważne jakie się ma wykształcenie. Praca w scenografii czy przy kostiumach ma swoje wymogi i, o ile w okresie przygotowawczym ma zdecydowanie charakter twórczy, to w trakcie realizacji zdjęć, kiedy codziennie jest premiera, często jest ciężką fizyczna harówką. Dlatego każdy adept uczył się co i jak oraz kiedy się robi, żeby praca była płynna. To była nauka rzemiosła. Film jest dziełem wspólnym, co brzmi górnolotnie, ale znaczy tyle, że nie powstanie bez współdziałania któregoś z pionów, zarówno artystycznych, jak i technicznych.

Często też nasza praca nie była pachnąca różami. Ubieranie ponad dwustu statystów w renesansowe kostiumy w dusznym magazynie w upalny dzień bardzo brzydko pachniało. Jackowi, z kolei, czasem pędzel przymarzał do dekoracji malowanej na mrozie. A kostiumy po zdjęciach w deszczu albo mokrym śniegu też trzeba było doprowadzić do stanu używalności, często w miejscach, gdzie nie było pralni chemicznych, a właściwie – żadnych pralni.  Nikt się więc nie obrażał, gdy trzeba było prać czy czyścić buty. Nie było miejsca na gwiazdy, primadonny  i solistów po drugiej stronie kamery. Najważniejszy był efekt w postaci nakręconego materiału, zgodnego ze scenopisem i ustaleniami z reżyserem.

Nie była to też dobrze płatna praca, dlatego właściwie wszyscy filmowcy to byli zapaleńcy, kochali swoja robotę i cygańskie życie, które się z nią wiązało. Na planie często marzliśmy, nie było gdzie usiąść, nie było też toy-toiek, a regeneratka ( zupa z wkładką) przyjeżdżała  w wojskowej garkuchni. Dziś plany zdjęciowe wyglądają zupełnie inaczej, bo jest catering, krzesełka, toalety, garderoby i charakteryzacje w autobusach i przyczepach, gdzie doprowadzony jest prąd i woda. Warunki pracy bardzo się poprawiły, ale atmosfera wręcz przeciwnie.

Uważam, że w  każdym zawodzie są artyści i rzemieślnicy. Ja mam siebie za solidnego rzemieślnika i  dobrze wykonana praca  zawsze dawała mi to dużą satysfakcję. Oczywiście przyjemnie jest, gdy ktoś doceni wysiłek, ale naprawdę można przeżyć bez dorabiania teorii artystycznej do tego, co po prostu zostało porządnie zrobione.

Najbardziej lubiłam teledyski, bo to było szaleństwo. Nigdy nie było dużo pieniędzy, wiec trzeba było kombinować, ale to chyba było twórczo inspirujące, bo czasami podsuwało zaskakujące rozwiązania. Miałam wielką frajdę z wymyślania i stosowania elementów w niekonwencjonalny sposób. Najczęściej też mała ekipa realizatorska była zgrana i po prostu przyjemnie się pracowało.

Czasami też praca przy reklamie niosła interesujące wyzwania plastyczne. Wtedy jakoś łatwiej było znosić niedogodności „reklamowej rzeczywistości”, a i klienta miał z tego większą radość niż z kolejnej sztampowej wersji spotu.

 

Ukochaną książką Jacka jest „Znaczy Kapitan”. Na całe życie przyjął zasadę: wszystko ma być zrobione PORZĄDNIE. Czasem nawet złości mnie to, bo cyzelowanie oczywiście wymaga więcej czasu; niektóre rzeczy są robione na chwilę i mogłyby być wykonane mniej starannie, ale on nie odpuści. Taki też zawsze był w pracy filmowej.

A dziś ważniejsze jest, żeby szybko i tanio, co oznacza rezygnację z jakości. Trudno nam to zaakceptować. Wiele razy Jacek narażał się naszym producentom, nie chcąc się zgodzić na bylejakość. Doceniają go zagraniczni producenci, a polscy mają go za scenografa starej daty. Standard serialowy stał się niestety obowiązujący także w filmie fabularnym. Scenografię i kostiumy robią często „ ludzie z ulicy” albo „znajomi królika”. Efekt łatwy do przewidzenia. I, o ile są to jakieś serialowe opowieści współczesne, to trudno, najwyżej ukształtują zły gust widzów, o tyle kiedy to dotyka historii, to się w nas krew burzy. Bo filmowa wersja rzeczywistości jest dla młodych ludzi często jedyną szansą na kontakt z historią, ogromna więc na niej spoczywa odpowiedzialność za zgodność historyczną. Nie mam na myśli interpretacji politycznej, bo ta może być dla każdego trochę inna, ale chodzi o świadectwa materialne, takie jak mundury, broń, rekwizyty, meble czy ubrania. A tu, niestety, często nikt się nie przejmuje realiami z przeszłości, albo ich po prostu nie zna.

 

W teatrze praca wygląda trochę inaczej. W filmie premiera jest codziennie, a tu przygotowuje się premierę przez kilka tygodni, czasem miesięcy. Emocje narastają w miarę zbliżania się do poczęcia i ma to też niewątpliwy urok. Natomiast teatr jako instytucja jest trudny do zaakceptowania. Biurokracja i zależności formalne są jakby żywcem wyjęte z głębokiego peerelu i godzina 16-ta jest święta. Aż dziwne, że w ogóle mogą tam powstawać wartościowe przedstawienia.

Miałam też wrażenie, że etatowi pracownicy teatru są tam jedynie z powodu zusu i  emerytury, nie czuło się żadnego zaangażowania z ich strony, kiedy z kolei aktorzy ( chociaż szpetnie marnie opłacani) i realizatorzy z ogromnym zapałem i radością zagłębiali się w materię nowego spektaklu.

W swoim  zawodowym życiu projektowałam i szyłam też ubrania, a największą przyjemność dawały mi kapelusze. Ostatnio jednak  rzadko wracam do tego rękodzieła, bo przez lata nabawiłam się uczulenia na barwniki. No a moda też teraz nie sprzyja finezyjnym nakryciom głowy.

Czasem realizujemy z Jackiem  wnętrza. On projektuje, a ja szukam elementów wystroju i dobieram kolory. Bardzo to lubimy, ale efekt naszej pracy w dużej mierze zależy od gustu i zasobności kieszeni zleceniodawcy.

 

Wygląda na to, że film i teatr  odpłynął, więc musimy sobie wymyślić nowe źródło utrzymania. Konsekwencją braku pracy jest to, że nie widzimy teraz możliwości budowy naszego wymarzonego domu. Postanowiliśmy najpierw postawić budynek gospodarczy, by mieć gdzie zacząć robić coś nowego, jak już wymyślimy, co to będzie.

DIETA

2 komentarzy

DIETA

Od ponad dwudziestu pięciu lat nie jem mięsa. Nie jestem jednak wegetarianką, bo jadam ryby i jajka. Porzuciłam mięso z powodu wygody, kiedy w latach osiemdziesiątych były kartki na mięso i okropnie mi nie odpowiadało stanie w kolejkach po krwawe ochłapy. W ogóle stanie w kolejkach było zawsze dla mnie gehenną. Każdy człowiek ma swoje pole integralności, a moje wydaje się być dość duże, bo bardzo boleśnie znosiłam ścisk w tramwaju czy popychanie w kolejkach. Do dziś tak jest, na szczęście przesiedliśmy się do samochodu, a tłumne skupiska raczej kojarzą mi się z tymi przed wejściem do kina czy teatru. Ale nadal mam z tym problem, od razu się duszę.

Ciężko mi również przemóc niechęć wobec dotyku obcego człowieka, takiego jak fryzjerka czy lekarz. Dlatego chodzę tylko do zaprzyjaźnionych. A kiedy już muszę się oddać w ręce obcego lekarza wszystko się we mnie burzy, mam szczękościsk i jestem maksymalnie spięta. Zresztą w większości przypadków spotykam niedouczonego bałwana w kitlu, który ma się za pana boga, nie ma pojęcia o dobrym wychowaniu i na dodatek jest obrażony, ze musi pracować. Nic dziwnego, ze mój organizm reaguje jak na zagrożenie.

Poza bezmięsnością, jestem również bezglutenowcem, więc goszczenie mnie przyprawia zwykle gospodarzy o ból głowy. Ale tu nie! Sąsiadki przyjęły to do wiadomości i zawsze na przyjęciach dostaję swoje potrawy. Dzięki im za to, że uważają takie zachowanie za coś naturalnego. Tu się ludzie wzajemnie szanują, a więc i szanują swoje ułomności. Natomiast w mieście bywało różnie… Najczęściej czułam , że robię kłopot, albo wręcz mnie przekonywano, że nic mi nie będzie jak raz zjem, a czasem dostawałam oszukane jedzenie i potem bardzo cierpiałam, ale to już był tylko mój problem.

Długo nie byłam świadoma, że powinnam być na diecie bezglutenowej. Jako małe dziecko trafiłam do szpitala, gdzie, po badaniach, zdiagnozowano celiakię. Bóg raczy wiedzieć co oni tam ze mną robili,  skoro do dziś mam fobię szpitalną, a do piętnastego roku życia ciągle śnił mi się koszmar, że nie mogę wyjść ze szpitala; stoję na końcu długiego korytarza z wieloma otwartymi wahadłowymi drzwiami (takie wtedy grodziły oddziały, bo można je było popchnąć, na przykład łóżkiem, i się otwierały), a kiedy robię krok w stronę wyjścia, wszystkie drzwi się zamykają z trzaskiem, i …to uczucie spętania, zniewolenia, brrr!

Rodzice trzymali mnie na diecie do siódmego roku życia, bo – zgodnie z ówczesną teorią –  miało mi przejść. Potem przez wiele lat stale mi coś było, kolejni lekarze stawiali kolejne diagnozy, no a kiedy zaczęły się poważne ataki ( najgorszemu wrogowi nie życzę), to zrobiłam różne badania, a przy okazji trafiłam do mądrego radiologa, który mi zasugerował przejście na dietę. Poprawiło się.

W międzyczasie odwiedziłam jeszcze kilku tak zwanych specjalistów, ale żaden z nich nie słyszał o celiakii u dorosłych. Na szczęście miałam mądrego lekarza pierwszego kontaktu. On słyszał, a nawet czytał. Ja też poczytałam w internecie o szwedzkich badaniach, zapoznałam się z różnymi przypadkami ludzi zrzeszonych w stowarzyszeniu. Sporo eksperymentowałam w kuchni, bo lubię gotować i stworzyłam sobie dość różnorodny jadłospis. Jednak po roku ( a dzięki diecie właśnie rok odbudowują się kosmki jelitowe) już tak dobrze się poczułam, że pojadłam sobie pachnących drożdżóweczek z wiejskiej piekarni. No i wtedy miałam taki atak, że modliłam się o śmierć. Nie było już wątpliwości. Nigdy więcej nie będę robić żądnych eksperymentów. Wystarczy, że czasem przez przypadek zetknę się z glutenem i już mam problem.

To nie jest prosta dieta, trzeba czytać absolutnie wszystkie etykiety i czasem dmuchać na zimne, nawet jeśli wprost nie odczyta się zagrożenia. Bo z czego jest skrobia modyfikowana? Ano często z pszenicy. Wydawało by się, że płatki kukurydziane powinny być bezpieczne, a tu figa z makiem – są pokrywane słodem jęczmiennym. I takich kwiatków jest wiele. Nawet w proszku do pieczenia zwykle znajduje się mąka pszenna. Ale daje się z tym żyć. Trzeba mieć tylko świadomość, że bezglutenowcy są narażeni na raka przewodu pokarmowego pięćdziesiąt do stu razy częściej niż pozostali ludzie, więc trochę bardziej trzeba słuchać organizmu.

Gdyby zdarzyło się komuś gościć bezglutenowca, podaję szybki przepis na ciasto.

Przepis na bezglutenowy placek z owocami ( przygotowanie 15 minut):

10 dg mąki ryżowej

10 dkg mąki ziemniaczanej

5 dkg mąki kukurydzianej

5 dkg mąki gryczanej

6 jajek

20 dkg cukru

200 ml oleju

2 płaskie łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia (ja kupuję w Tesco taki na skrobi kukurydzianej)

wanilia lub olejek waniliowy

rodzynki

jabłka i/lub inne owoce.

Jajka ubić z cukrem na biało, dodawać po łyżce mieszanki mąk i oleju. Ciasto powinno być elastyczne, gęstości śmietany. Dodać wanilię i rodzynki. Wylać na blachę ( ja używam blaszkę 25 na 40 cm, wyłożoną papierem do pieczenia) i gęsto powciskać ósemki  obranego jabłka i/lub inne owoce, np. po wierzchu posypuję zmrożoną czarną porzeczką. Piec 40-45 minut w temperaturze 180 stopni – grzanie od dołu lub góra-dół z nawiewem.

Moi znajomi twierdzą, że nie czuje się, by coś brakowało temu plackowi. Smacznego!

A wracając do mięsa, teraz nie jem go ze świadomego wyboru. Przekonałam się też, że   zwierzaki jakoś  to wyczuwają. Nie boją się mnie, często się zdarza, że coś do mnie przytupta, przypełźnie albo na mnie siądzie. Podobno to, co jemy nadaje nam specyficzny zapach. Na przykład opiekunowie słoni nie mogą jeść mięsa, ale jeszcze i pić alkoholu.

A ja jestem domowym alchemikiem i wytwarzam różne eliksiry. Popisową nalewką jest smorodina, ale ona wymaga długiego czarowania. Natomiast podam przepis na szybką wódeczkę z owoców, która jest dobrym lekarstwem przeciwko przeziębieniom.

Nalewka truskawkowo-malinowo-żurawinowa

½ kg mrożonych truskawek

½ kg mrożonych malin

½ kg mrożonej żurawiny

1 l wódki 40 proc.

1 szklanka cukru

Zamrożone owoce zasypać cukrem na sicie i zostawić na noc. Drugiego dnia przetrzeć pozostałe na sicie owoce i dodać do soku, który w nocy z nich spłynął. Taki gęsty moszcz zalać wódką, pomieszać i rozlać do butelek. Postawić w ciemnym miejscu. Przez tydzień codziennie powinno się wstrząsać. Po 7 dniach można pić, a raczej wylizywać z kieliszka. Oczywiście im nalewka starsza, tym lepsza.

Na zdrowie!

TUSIA

1 komentarz

TUSIA

 

 

Lato było ciepłe i bardzo suche. O ile w maju jeszcze popadało i, dzięki temu, pod koniec miesiąca pojawiły się pierwsze prawdziwki, o tyle w czerwcu w ogóle nie było sensu chodzić na grzyby, bo las zamienił się w popielnik.

U nas jest jakiś mikroklimat. Często w całym kraju pada, a tu słonecznie. Czasem nawet kilka kilometrów dalej leje, a u nas sucho. Ale za to potem,  na przykład przez trzy dni, leje tak, jakbyśmy mieszkali pod wodospadem. Rolnicy narzekają, bo dla roślin lepsze jest długotrwałe podlewanie drobnym deszczem, a nie gwałtowne ulewy, które nie tylko nie nawodnią głębszych pokładów gleby, ale i mogą stłuc rośliny.

Czekaliśmy więc na deszcz jak na zbawienie. Trzeba było podlewać warzywa i kwiaty. Babcia Władka nauczyła mnie, że ogródek podlewać trzeba na noc, a nie rano, bo po porannym laniu w ciągu dnia ziemia zamienia się w popękaną skałę. I faktycznie tak było.

Dopiero w lipcu popadało, no i na dobre zaczęła się moja ulubiona pora roku – grzybobranie ( ta pora trwa około sześć miesięcy, od maja do listopada).

 

Tutejsze lasy nie przypominają Borów Tucholskich ani lasów sosnowych między Bydgoszczą i Toruniem, gdzie w dzieciństwie babcia Józefa uczyła mnie zbierać grzyby. Tu lasy są mieszane, chyba nawet z przewagą liściastych i okropnie zabałaganione w sensie układu roślinności. Przede wszystkim od razu rosną trzy piętra lasu ( podobno to z powodu intensywnego odtwarzania zasobów leśnych, które zostały drastycznie zmniejszone  pod koniec XX wieku na skutek rabunkowej gospodarki). Poza tym mnóstwo jest takich wtrąceń bardzo gęstych mikromłodniaczków bukowych i dębowych, takich dziesięć na dziesięć metrów, które wyglądają nienaturalnie wśród wysokich drzew. Nie mogłam zrozumieć sensu takich nasadzeń, bo tylko skrajne cztery drzewa będą miały szansę dorosnąć do właściwych rozmiarów, a pozostałe trzeba będzie systematycznie usuwać. Jednak Witek, nasza skarbnica wiedzy, wyjaśnił, że to są kryjówki-sypialnie dla dzików i innych zwierząt, szczególnie na czas letni, ponieważ są tak gęste, że człowiek się tam nie dostanie i mają parasol liści, które zapewniają osłonę przed światłem słonecznym i chłód.

Na początku nie czułam się w nowych lasach jak u siebie, bo byłam przyzwyczajona do dywanów z mchu i strzelistych sosen, bez krzewów i chaszczy, które tutaj są wszechobecne. Ale z czasem, jak każdy rasowy grzybiarz,  znalazłam swoje miejsca. Rosną tu naprawdę piękne prawdziwki, i  borowików są ze trzy  rodzaje. Spotyka się sporo koźlarzy. Maślaków też są trzy rodzaje, między innymi tak zwane modrzewiaki, które mają  soczyście żółte  kapelusze. A kanie rosną w dużych ilościach. Podgrzybki trudniej jest znaleźć, ale oczywiście też są. Największym rarytasem dla mnie są  rydze, które tu się jeszcze trafiają, a w centralnej Polsce w ogóle już ich nie można było spotkać. Na szczęście nie zapomniałam jak wyglądają i mogłam przypomnieć sobie ich niepowtarzalny smak. Za to kurki są tu rzadkością.

 

Na grzyby chodziłam, jeździłam prawie codziennie. Któregoś lipcowego dnia byliśmy do południa na zakupach, a kiedy wróciliśmy była już 16-ta, więc myślałam, że już nie pojadę. Ale Jacek, który wie jaką przyjemność mi to sprawia, powiedział: jedź. Wybrałam się na górę nad jeziorem, ze trzy kilometry od nas. Doszłam już prawie na swoje miejsce, kiedy usłyszałam jakieś piski.

Było gorąco ( lipiec był upalny), ale wiał silny wiatr i myślałam, że może mi się wydawało. Ale nie, znowu usłyszałam – jakby skomlenie. Głos dobiegał od strony poletka ze zbożem, które znajduje się w takim siodle miedzy lasami. Na dole jest tam bagienko ( tak tu mówi się na staw) zarośnięte trzciną. Właśnie z tamtego kierunku dobiegał głos. Wyszłam na skraj lasu i nasłuchiwałam, myślałam, że może lis złapał zająca, bo one wtedy tak  płaczą. Ale jednak to było podobne do skomlenia psa.

Niezbyt głośno zawołałam: piesku? Coś zaszurało w zbożu i po chwili na brzegu pokazał się zipiący czarny szczeniaczek na krzywych nogach i z wyłupiastymi oczami. Rozejrzałam się dookoła, zawołałam kilka razy, mając nadzieję, że piesek jest z kimś, ale niestety… Wyciągnęłam rękę, trochę się cofnął, ale widać było, że jest bardzo zmęczony. „No i co ja mam z tobą zrobić?” – zapytałam. Było po 17-tej, wiedziałam, że nocy to taki maluch sam w lesie nie przeżyje. Do najbliższych zabudowań stamtąd jest ponad pół kilometra, wiec jasne było, że sam tam nie przyszedł, że jakaś kanalia przywiozła go tu i zostawiła. Już było po grzybobraniu. Wzięłam małego na ręce i zniosłam go z góry do samochodu. W aucie natychmiast zasnął w koszyku.

Przyjechałam do domu. Jacek akurat siedział przy komputerze  i nie od razu się odwrócił, ale kiedy się odwrócił to minę miał przerażoną i zapytał: „Co to jest?”

A minął już ponad rok od śmierci Awy i powoli myśleliśmy o nowym psie. Jacek chciał owczarka niemieckiego, takiego klasycznego dużego prostego psa ( ale suczkę), a nie jakiegoś pokiereszowanego psychicznie połamańca z opuszczonym tyłem, jakie od kilku lat produkuje związek kynologiczny, uwiedziony wizją  szurniętego sędziego.

Nawiasem mówiąc, związek kynologiczny jest dla mnie wcieleniem rasizmu w najgorszym wydaniu, bo wszystko tam się robi dla pieniędzy. Człowiek wyobraził sobie, że psu nie jest ładnie z ogonem, to ciach! Za chwilę jakiś zwyrodnialec wymyśli, że na trzech nogach będzie ładniej, to i nogi poobcinają.

A tu, proszę, przyniosłam takiego pokurcza, małe szkaradzieństwo, które zapowiadało się, że będzie w typie ratlerka. No zgroza! I taka też była reakcja mojego męża.

Ale przyjął, przygarnął, karmił i głaskał, bo Jacek ma dobre serce i nie jest rasistą. Marzenia marzeniami, ale brzydkie pieski też potrzebują domu.

Ja nawet nie zorientowałam się, że to suczka.Po różnych przymiarkach suczka dostała na imię Tusia. Na początku Tusia spędzała noce w łazience w jednym z koszyków pożyczonych od kotów. Była łagodna, spokojna i milutka. Koty były na tyle od niej większe, że zupełnie się nią nie przejęły, no, może Pędzel trochę uciekał, bo chyba też nie wiedział „co to jest”.

Pojechaliśmy z Tusią do weterynarza,  a  pani doktor orzekła, że suczka  ma najwyżej siedem tygodni. Odrobaczyliśmy, odpchliliśmy, zaszczepiliśmy. Dostała dobre jedzenie, witaminy – nogi się wyprostowały, oczy przestały być wyłupiaste. Rosła. Ale nie była łakoma, jak to zwykle szczeniaki. Miała też dziwny odruch – kiedy podchodziliśmy do miski, zawsze od niej uciekała, cofała się. Podchodziła do jedzenie dopiero kiedy człowiek sobie poszedł i na początku wręcz trzeba było ja do tego zachęcać. Domyślamy się, że jakiś zdeformowany psychicznie przedstawiciel gatunku ludzkiego musiał ją kopnąć kiedy podbiegła do miski. W czasie spacerów odkryliśmy też, że panicznie boi się wody, nie jest więc wykluczone, że wówczas została wrzucona do bagienka ( może z innymi  szczeniakami) i udało jej się wydostać. Miała szczęście, bez wątpienia.

Urosła na tyle, by przeskoczyć koty. Nogi jej się bardzo wydłużyły i pięknie biega. Już przynosi patyki, ale z oddawaniem ma niejaki problem, trzeba mieć dla niej drugi  kij na wymianę.

Tusia jest stuprocentowym kundlem do entego pokolenia, ale  szybko stała się naszą kochaną suczką. Śpi  w łóżku pod kołdrą.

 

RZECZY PORZĄDEK

 

Mam wrażenie, że ludzie zachodniej cywilizacji zwariowali. Wpadliśmy w amok kupowania  zbędnych rzeczy i nadawania znaczenia rzeczom, które go tak naprawdę w ogóle nie mają. Czy to ma świadczyć o naszym człowieczeństwie?

Kiedy ludzie są głodni (tak jak większość populacji w skali naszego świata; niektóre statystyki mówią o osiemdziesięciu procentach), to starają się tę podstawową potrzebę zaspokoić i cieszą się kiedy im się to uda, bo będą mogli spać spokojnie, a matki nie będą się martwić cierpieniem dzieci. Kiedyś odzież potrzebna była do ogrzania ciała, dziś jest fetyszem. Domy miały dawać schronienie, dziś często są manifestacją zamożności i władzy.

 

Zdarzyło mi się kiedyś skończyć studia ekonomiczne ze specjalizacją: marketing. Teraz ten termin jest używany na każdym rogu ulicy i nawet dzieci w przedszkolu są karmione pojęciami z jego zakresu. Ale wówczas  (przełom lat 70-tych i 80-tych) w polskiej rzeczywistości socjalistycznej była to nowość. Dopiero powstała pierwsza książkowa publikacja na ten temat, oczywiście piętnująca marketing zachodni, a faworyzująca jego socjalistyczną odmianę. Na studiach korzystaliśmy głównie z artykułów w czasopismach branżowych, przy czym trzeba było iść zapoznać się z nimi do czytelni, bo tylko tam były dostępne ( nie było internetu, naprawdę!). Niewiele osób już chyba pamięta, że wtedy też próbowano nadać pojęciu marketingu polski odpowiednik: rynkowanie, ale nie przyjęło się, jak widać.

Dla nas to było interesujące dowiadywać się jak trzeba przekonywać i jakimi metodami skłaniać klienta do zakupu towarów oraz jakie są podstępne metody marketingu, ponieważ wtedy to była literatura science-fiction, jako że  w naszych sklepach były puste półki i wszystko trzeba było zdobywać albo załatwiać. Nikogo też nie trzeba było namawiać żadnymi metodami do zakupów. A kiedy udało się wyjechać za granicę, największe wrażenie robiły nie zabytki, a sklepy, które były pełne wszystkiego -  kolorowego i pachnącego. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że u nas też tak będzie, nie uwierzyłabym.

 

A teraz mamy w Polsce marketing książkowy, to znaczy wszelkie jego formy, które mają przekonać klienta, by kupił to, czego na pewno nie potrzebuje, by kupił więcej niż jest w stanie zużyć. I wszyscy się na to łapiemy, ci zapoznani z teorią też. Dotyczy to oczywiście głównie  miast, ale na wsi pewnie byłoby podobnie, gdyby dochody tu były wyższe. Uznaliśmy, że nasz świat tak po prostu wygląda, ale czasem warto sobie uświadomić, że nie wszędzie tak jest. Trzeba znaleźć proporcję tego „chcę, chcę jeszcze, chcę nowe, chcę więcej” w stosunku do naszych rzeczywistych potrzeb. I nie  pozwalać sobie wciskać różnych rzeczy dla efektu demonstracji. Nie wciągać się w „wyścig zbrojeń” – nie dotyczy to wcale broni, a na przykład kosmetyków, ciuszków, zegarków, samochodów, różnych dóbr luksusowych, które mają zrobić z nas kogoś ważniejszego.

Jesteś lepiej ubrany, masz zrobione zęby, lifting, odessałeś tłuszcz, jeszcze zrobiłeś jakiś kurs body language i jesteś gość! Kupią cię zatrudnią, może nawet wybiorą do władz, pokażą w telewizji, a to dopiero władza! A potem cię wyplują jak przeżutą gumę, no chyba ze znowu coś sobie zoperujesz, odmłodzisz się i będziesz cool… Bo ty też jesteś towarem. Trzeba  ci dobrego opakowania, reklamy, trochę szumu medialnego i kupią ten towar, a  nikogo nie będzie obchodziło, co jest w środku. Marketing w pełnej gamie.

Sama brałam udział w tym spektaklu, kiedy pracowałam w reklamie. Starałam się uczciwie robić swoje. Jednak zawsze było mi trudno znosić nieszczere relacje w tej branży, zawiść i zakłamanie. Miałam tez cały czas świadomość, że nie można wpaść w błoto i się nie pobrudzić. Dlatego teraz jestem szczęśliwa, że, choć żyjemy znacznie skromniej, nie muszę niczego udawać, uczestniczyć w fałszywym kontredansie i znosić upokorzeń. 

Staram się też być jak najdalej od polityki, bo to diabelski narkotyk, który uzależnił całą naszą cywilizację. Kiedy słyszę tych napalonych, wszechwiedzących partyjnych głosicieli jedynej słusznej prawdy, mam ochotę odganiać się jak od zarazy. Jacek czasem słucha tego w radiu, bo mówi, ze trzeba wiedzieć co się w kraju dzieje, no ale oczywiście denerwuje się. Ja uważam, że  po prostu szkoda czasu, choć czasem też jeszcze dam się wpuścić w dyskusję, szczególnie jak polityczne macki wyciągają się w stronę naszego azylu.

Teoria o rozwoju społeczeństw opisuje, jak to po zaspokojeniu podstawowych potrzeb, człowiek sięga po te wyższego rzędu, to znaczy kulturę i sztukę. Czy aby tak? My dziś jesteśmy karmieni wykreowanymi sztucznymi potrzebami konsumpcyjnymi, a kultura odpłynęła do podziemia. Oczywiście ciągle jest jeszcze garstka, która chce uczestniczyć w cudzie tworzenia innych ludzi, ale i tych cudów mało, i chętnych widzów coraz mniej. Mamy więc wersję homo ludens, tylko jakby mniej homo.

Nie potrafimy też  szanować tego, co wytworzyła cywilizacja . Kto się dziś zastanawia jakim fantastycznym osiągnięciem inżynierskim jest choćby współczesny przemysł tekstylny. Jeszcze w latach pięćdziesiątych wielu ludzi miało dwie zmiany odzieży – letnią i zimową.  Jeszcze w latach osiemdziesiątych większość garsonek i garniturów była szyta u krawca. A teraz każdy może mieć kostium, garnitur czy płaszcz ze znakomitej jakości tkanin za parę groszy – z lumpeksu. Oczywiście jest drugi biegun, gdzie takie same ciuchy z nowej kolekcji pod znaną marką kosztują krocie  w salonach mody, ale niech sobie tam snoby kupują, nie żal mi ich wcale.

Bardziej interesuje mnie postęp w szwalniach, które – dzięki nowoczesnym maszynom – mogą wytworzyć odzież modelowaną wysokiej jakości w takiej ilości, że może trafić na zwykłe ulice. Nie zastanawiamy się jak to jest zrobione, jaka myśl techniczna się za tym kryje, że płaska tkanina zostaje jakby wyrzeźbiona i zmienia się w drugą skórę człowieka. Nikt się nie zachwyca nadzwyczajnością cieniutkich rajstop, które z bezkształtnego kłębka pajęczynowatych nici zamieniają się w eleganckie opakowanie damskich nóg, zapewniając im jeszcze ciepło. Nie mówiąc już o rewelacyjnych zabawkach elektronicznych, które przyniósł koniec XX i początek XXI wieku. Wszystko to uważamy za coś zwyczajnego, oczywistego. I tak żyjemy we mgle luksusu, nie zdając sobie  nawet z tego sprawy. Dopiero kiedy przyroda przypomni nam kto tu rządzi, zaczynamy dostrzegać jak bardzo jesteśmy uzależnieni od prądu, gazu i wody, jak przy tym jesteśmy bezradni wobec sił przyrody. Wtedy przez chwilę zaczynamy myśleć o niej z szacunkiem, ale szybko zapominamy.

Na wsi łatwiej przywrócić sprawom ważnym ich właściwe miejsce w hierarchii. Trzeba myśleć, by w domu było ciepło, by było dodatkowe źródło wody, jak odłączą prąd i świeczki gdzieś pod ręką. Każdy ma też jakieś zapasy, ziemniaki i przetwory. Jak Witek opowiada, jeszcze z dziesięć lat temu, kiedy nie było tu asfaltowej drogi, bywało, zimą tak zawiało, że przez dwa tygodnie nawet ciągnik nie przejechał i wtedy trzeba było być samowystarczalnym. Piekli chleb i wyciągali zapasy. To tkwi tu w ludziach. Może na szczęście.

 

…TY JESTEŚ JAK ZDROWIE

 

Podobnie, niestety, wygląda tu sprawa służby zdrowia. Właściwie jej nie ma, a jeśli już dojedzie się do jakiegoś szpitala, przychodni czy gabinetu, to jakość tak zwanych usług medycznych nijak nie ma się do standardów współczesnej medycyny.

Kiedyś nadziałam się na gałązkę w lesie. Oko spuchło i bardzo bolało, potrzebowałam więc konsultacji okulisty. Najbliższy szpital znajduje się trzydzieści kilometrów stąd, ale, jak się okazało, nie ma tam wszystkich specjalistów, nie ma też właśnie okulisty ( w ogóle jest jeden na cały powiat!), więc trzeba jechać aż do Olsztyna, a to jest sto kilometrów.

Nietrudno się domyślić, że w rolnictwie, leśnictwie często zdarzają się urazy oka i wtedy potrzebna jest szybka pomoc, ale ani tutejszy fundusz zdrowia, ani władze powiatowe jakoś się tym nie przejmują.

Do specjalistów ludzie mają stąd  od trzydziestu do stu kilometrów.  Diagnostyka laboratoryjna jest równie oddalona. Oczywiście do tego – kolejki wielomiesięczne. Dlatego większość ludzi, jak już musi, korzysta z płatnych porad czy badań. A i te nie są zorganizowane „pod pacjenta”, wizyta zawsze wiąże się z długim czekaniem, nawet z małymi dziećmi.

Tutejsi mieszkańcy  specjalnie się nie buntują – tak było zawsze. Nie wiedzą, że mogłoby być inaczej, a kiedy opowiadam im o lepszych jednak możliwościach w mieście, to trudno im uwierzyć. Oczywiście oglądają to w serialach, ale tu odróżnia się  rzeczywistość telewizyjną od prawdziwej. A przecież płacą takie same składki jak w pozostałej części kraju. Dlaczego?

Ciągle słyszymy, że komuś-tam nie chcieli operować zmiażdżonych palców lewej ręki, bo przecież jest praworęczny (amputacja jest bardziej opłacalna dla szpitala niż leczenie), ale prywatnie udało się to zrobić bez problemu. A tamta umarła, bo za późno postawili diagnozę.

Jeśli, choćby z powodu urazu,  chcesz się dostać do lekarza specjalisty nagle, bez zapisu, to nawet w godzinach przyjęć musisz za tę wizytę zapłacić, a, oczywiście, wszystkie badania wykonywane są na sprzęcie państwowym.

Do najbliższego lekarza pierwszego kontaktu jest siedem kilometrów, ale lekarz, który tam przyjmuje chyba w ogóle nie zasługuje na ten tytuł. Kiedyś wypisał akt zgonu człowiekowi, który stał pod oknem przychodni, a kiedy indziej nie udzielił pomocy  człowiekowi, który pod przychodnią wpadł pod samochód, tylko wezwał pogotowie.

Badanie krwi  „na fundusz” robi się tu raz na dziesięć lat. Dentysta też na fundusz, więc zęby połatane byle jak, a o koronkach, przywieszkach nikt nawet nie myśli i piękne, szczere uśmiechy są często szczerbate.  Protezy, najczęściej źle wykonane ( kto by się bawił w jakieś korekty) leżą gdzieś na półce, a ludzie chodzą z zapadniętymi policzkami. O ortodoncji nawet nie ma co wspominać.

Aptek też jest mało, więc leki pozareceptowe są bardzo drogie, czasami sto procent droższe niż w dużym mieście.

A potrzeby medyczne są tu większe choćby z powodu genetyki. Przez stulecia ludzie skazani byli na życie w bardzo ograniczonych społecznościach i, chcąc nie chcąc, łączyli się w pary często z bliskim pokrewieństwem. Jak mówi Witek, dopiero w drugiej połowie dziewiętnastego wieku pan ( tak tu jeszcze się mówi: pan…, za pana…) pozwolił na wymianę trzech rodzin z innym panem. No i niestety są tego skutki. Często widać dzieci i dorosłych z upośledzeniami, zdarzają się też inne choroby genetyczne. Z pewnością jest to efekt chowu wsobnego. Ale ludzie tu przyjmują to za coś naturalnego, przyjmują z pokorą, jako dopust boży. No i ci „inni ludzie” nie są izolowani, w miarę możliwości uczestniczą w normalnym życiu, są zadbani, czują się częścią tutejszej społeczności. Z drugiej jednak strony nikt  nie korzysta z terapii zajęciowej czy rehabilitacji, skoro są dostępne pięćdziesiąt kilometrów stąd.

Z powyższych względów nie odważyliśmy się dotąd zmienić kasy chorych i  nadal jeździmy do lekarza do miasta kiedy musimy. Ale przede wszystkim  postanowiliśmy być zdrowi. A zdrowie zapewnia ruch na świeżym powietrzu…

 

Wiosna była ciepła i  pracowita. Po przeoraniu musiałam z ziemi wyciągnąć bryły korzeni perzu, koniczyny i lucerny            ( lucerna potrafi mieć korzeń do osiemdziesięciu centymetrów), które tu rosły od lat. To naprawdę ciężka fizyczna praca, ale daje satysfakcję kiedy już powstanie grządka i coś można zasiać. A potem obserwowałam jak kiełkują, rosną, kwitną, dojrzewają, jak …sarenki i zajączki objadają mi sałatę i marchewkę, kapusty zjadają żuczki i gąsienice bielinka, a ogórki i pomidory dopada zaraza. Wszystkie radości i zmartwienia ogrodnika. No i jeszcze była okropna susza.

Ale to nic w porównaniu z radością i smakiem własnych warzyw, wyhodowanych bez żadnej chemii na słońcu. Po prostu orgia  zapachów i smaków, bardzo kojarzących mi się z dzieciństwem, bo babcia miała ogródek, a na targowisku też warzywa i owoce nie były wtedy sypane.

A teraz, niestety, jeśli gospodarz uprawia warzywa na handel, to ma takie na sprzedaż i osobno, w innej części gospodarstwa – te dla siebie. Bo  przecież na targu wybieramy zawsze najładniejsze, największe  owoce i warzywa. Nie mogą też mieć żadnej plamki, o robalach nie wspominając. Sama tak robię. Jakoś nie zawsze włącza mi się lampka: uwaga chemia! Musze się pilnować. W marketach nie ma złudzeń – wszystko jest sypane, sprawa prosta. Czasami, co prawda, leżą  też warzywa eko w  szarych workach, ale one wyglądają już tak zniechęcająco, iż mam podejrzenie, że muszą tam być ze względu na przepisy unijne, ale do jedzenia się nie nadają.

Natomiast plamki na własnych pomidorach w ogóle mi nie przeszkadzają, a w śliwkach na początku robaczki muszą być, wiadomo: pierwsze śliwki  – robaczywki. Ale one opadną i zostaną te bez robali. To samo dotyczy jabłek, spadną te robaczywe albo nadpsute. Zdrowe jabłko dobrze trzyma się gałązki aż do zbiorów.

A mamy tu prawdziwe węgierki, absolutnie niepowtarzalne w smaku, najlepsze, stuprocentowe, których aromat też jest nadzwyczajny, a konfitura i śliwowica zrobiona z nich nie znajdzie konkurencji. Rosną tu jeszcze jabłonie antonówki. Każda gospodyni wie, że są najlepsze na szarlotkę i mus jabłkowy. Mamy też jakąś odmianę twardych, słodkich jabłek zimowych, których nazwy jeszcze nie udało mi się zidentyfikować, no i grapsztyny. Planujemy jeszcze posadzenie prawdziwej koksy pomarańczowej. Podobno można kupić odtworzoną starą odmianę. Będziemy szukać. A klasyczna papierówka rośnie u sąsiadów, a ponieważ, jak mówiłam, mają dobre serca, więc się z nami dzielą.

Niestety jedna śliwa nam uschła i nie wiadomo dlaczego, a  miała wyjątkowe owoce, jasnofioletowe, wielkie, owalne  i bardzo słodkie. Mam nadzieje, że tę odmianę też uda się nam odtworzyć.

 

WIOSNA 2012

Na końcówkę prac wykończeniowych w łazience przyjechał Tymon. Ucieszyłam się, bo zawsze łatwiej we dwóch, a trzeba było jeszcze podłączyć wodę, by odpalić bojler. No ale pierwszego wieczoru łazienka jeszcze nie nadawała się do użytku, więc, jak zawsze, wzięliśmy kąpiel w tej na dworze. Ostatni był Tymon. Rano okazało się, że zapomniał przestawić piecyk pod rury i woda zamarzła! Mieliśmy już ostateczny doping do uruchomienia nowej łazienki. Na szczęście udało się to zrobić wieczorem i z lubością zaczęliśmy odkrywać jej zalety.

Nawiasem mówiąc, tej zimy problemy z zamarzaniem mieli wszyscy sąsiedzi. Może dlatego, że były tęgie mrozy, a nie było śniegu. A to tutaj nie żarty kiedy na przykład zamarza woda w zbiorniku wyrównawczym, bo grozi to wybuchem pieca. Zamarznięte szambo też ładnie nie pachnie. Mieszczuchy w blokach nie muszą się martwic takimi rzeczami, ale to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że tu życie jest bardziej świadome. Miasto jest jakimś układem, wymysłem, grą, w którą trzeba się wpasować, by tam móc egzystować. Ale czy mi się to podoba?

Czy normalne jest, na przykład, by ludzie mieszkali jeden nad drugim w takich szufladkach jak  te mieszkania w blokach, które nieodłącznie kojarzą mi się z szufladkami na karty biblioteczne? Gdzie tu miejsce na ciszę czy intymność w koncercie rur, cudzych telewizorów, telefonów, komputerów,  i szczekających piesków. Czy to normalne, by biegające u góry dzieci wywoływały taką falę sejsmiczną, że u nas szklanki tańczą w szafkach? Sądzę, że dlatego w blokach ludzie najczęściej są skonfliktowani, czują się osaczeni, zdenerwowani, nie zdając sobie pewnie sprawy dlaczego.

Niewiele lepiej jest zresztą w domach, jeśli są zbudowane na małych działkach, bo wydaje się, że jest się już panem przestrzeni, ale każdemu z sąsiadów tak się wydaje, a ta przestrzeń się jakoś nie chce rozciągnąć. Na wsiach o zwartej zabudowie może być podobnie. Na Warmii, na szczęście, w większości przypadków zabudowa jest rozrzucona, bo tereny są słabo zaludnione. Na szczęście dla nas.

Odkryliśmy tutaj nadzwyczajną przyjemność samotnego jeżdżenia po drogach. Czasami jedzie się kilkanaście, dwadzieścia-parę kilometrów i nie spotka się innego samochodu. Mieszkańcy miast w ogóle nie wiedzą, że to jest jeszcze możliwe. Stwierdziliśmy przy tym dodatkowe pozytywne zjawisko – nagle przestało się nam śpieszyć. Nie gonimy tu po drogach, wolimy rozglądać się dookoła, no i uważamy na zwierzynę, bo ta, z powodu małego ruchu, często spaceruje sobie przez drogę. Oczywiście kiedy jedziemy do miasta, dostosowujemy się do jego tempa, zdecydowanie przyśpieszamy. Ta zmiana nie wynika z nas, a z miejsca.

W marcu wiosna zaczęła się na całego, a ja rzuciłam się z zapałem godnym pierwszych osadników, do przygotowania ogrodu warzywnego. No wreszcie! Będziemy mieli swoje pomidory i ogórki! I rzodkiewkę,  i sałatę, groszek cukrowy, fasolkę, truskawki, pory, marchewkę, pietruszkę, a potem jeszcze  kapustę, brukselkę i na koniec melony.

Taaak, ale najpierw  trzeba było przygotować ziemię. Jak zwykle w takich okolicznościach Witek wsparł mnie swoja radą i sprzętem. Pokazał gdzie jest lepsza ziemia i przeorał mi ten kawałek talerzówką. Teraz wreszcie wiem jak wygląda pług  z lemieszami, talerzówka  i brona.

Jako dziecko miasta słyszałam oczywiście te nazwy, ale kompletnie nic mi nie mówiły. Zatrzymałam się na filmowym obrazku jak  to chłop za koniem z pługiem jednoskibowym… A teraz rolnicy wreszcie mają sprzęt. To pewnie jedna z niewielu zasług naszego wejścia do Unii. Dostali kredyty ( bez pompowania banków nie da rady) z dopłatą do sześćdziesięciu procent, więc pokupowali traktory i inne specjalistyczne maszyny. Oczywiście nie wszyscy wytrwali w spłacaniu kredytów, potracili gospodarstwa, ale to akurat nie jest wiejska specjalność, wszędzie się zdarza, że ludzie przeinwestują, no a jeszcze przyszedł kryzys.

Faktem jest, że wiedza ekonomiczno-prawna jest tu mizerna. O ile sensownie działają punkty doradztwa rolniczego (ja też korzystam z ich pomocy, na przykład zawożę zebrane owady, a oni doradzają jak się pozbyć szkodnika, jeśli można), to akcje Agencji Rozwoju Rolnictwa nie mają żadnych pozytywnych skutków.

Jakiś czas temu Jacek z Witkiem byli na zebraniu w sprawie słupów energetycznych średniego i wysokiego napięcia, które stoją na prywatnych polach. Niby Agencja postawiła prawnika naprzeciw panów z energetyki, ale ci wprost śmiali się wszystkim w nos, twierdząc że rolnicy muszą najpierw w sądzie udowodnić, że słupy stoją tam bezprawnie, a do tego czasu energetyka nie ma zamiaru płacić im za dzierżawę. Postraszyli rolników jeszcze wysokimi kosztami sądowymi, a prawnik Agencji nie miał wiele do powiedzenia, raczej wtórował, że ryzyko jest duże. Niby są przepisy, które to regulują, ale nie dla maluczkich. Wiadomo, ze energetykę stać na dobrego prawnika, a rolnika nie. Jak zwykle, „prawo to nie znaczy sprawiedliwość”, jak mówi mój ulubiony przedstawiciel tego zawodu.

 

DZIADEK

 

Takie reminiscencje wojenne nieodmiennie prowadzą moje myśli do dziadka Stanisława, ojca mojego taty. Dziadek był Poznaniakiem i w 1918 roku uciekł prababci do Powstania Wielkopolskiego – tak trafił do wojska i został zawodowym wojskowym.

Przed wojną  służył w 81 Samodzielnej Kompanii Czołgów Rozpoznawczych 8-go Batalionu Pancernego w Bydgoszczy.

1 września  jego Kompania broniła Chojnice, ale 17 września znalazł się pod Buczaczem, gdzie został wzięty do niewoli przez Sowietów. Trafił do Starobielska i pewnie przeżył obóz tylko dlatego, że był podoficerem, a nie oficerem. Osiągnął najwyższy stopień podoficerski  – chorążego i  nie mógł wyżej awansować, bo mnie miał wykształcenia.

Potem przeszedł cały szlak z Andersem, przez Iran, Włochy, a po wojnie znalazł się w Anglii. 

Jako dziecko wiedziałam, że dziadek nie żyje, ale raczej był to w domu temat tabu. Jakie były jego losy, choć w zarysie, dowiedziałam się niedawno, kiedy po pięćdziesięcioletnim okresie tajemnicy, Ministry of Defence otworzyło archiwa dla rodzin. Mój tato, niestety, już nie żył, więc nie mógł mi nic doopowiadać, ale też nigdy nie dowiedział się prawdy i pewnie całe życie cierpiał w poczuciu porzucenia.

Dziadek Stanisław  i babcia Antonina mieli trzech synów i dwie córki. Najmłodszej córki dziadek nawet nie widział, bo urodziła się już po rozpoczęciu działań wojennych.

Babcia, w chwili wybuchu wojny, przebywała z dziećmi pod Grodnem. Po wkroczeniu Sowietów wszystkie kobiety i dzieci zagoniono do pracy w polu. Babcię też, chociaż dopiero urodziła.

W ramach wymiany obywateli ( Bydgoszcz została włączona do Rzeszy)  babcia z dziećmi została skierowana do transportu do Rzeszy. Ale uciekła z transportu z piątką dzieci, gdy zorientowała się, że pociąg stoi przy cmentarzu w Bydgoszczy. 

Dziadkowie mieszkali wówczas w małej kamieniczce, która była własnością niemieckiej rodziny, też tam zresztą zamieszkującej. Mieszkanie polskiego zawodowego wojskowego po wybuchu wojny zostało zaplombowane przez miejscowe władze. Po ucieczce z transportu babcia zerwała plomby, a właściciele kamienicy potwierdzali, kiedy było trzeba, że ona w ogóle nigdzie nie wyjeżdżała i cały czas mieszkała tu z dziećmi. Udało się.

Do 1944 roku  rodzina nie miała z dziadkiem kontaktu. Pierwsze informacje przyszły dopiero z Włoch, a po wojnie jeszcze dwa listy, w których dziadek zapowiadał, że wszystkich sprowadzi do Londynu. Dziadek miał wtedy koło pięćdziesiątki.

W czasie wojny najstarsza córka Wanda pracowała przymusowo w fabryce broni, gdzie zaprzyjaźniła się z Zosią. Nie mam pojęcia jakim cudem Zosia zaraz po wojnie dostała się na Zachód, pewnie też od Wandy miała kontakt do dziadka. W każdym razie jakoś do niego dotarła, a w 1948 roku urodziła mu syna Ryszarda. Miała też jeszcze o rok młodsze dziecko, Lecha, ale pod panieńskim nazwiskiem.

Teraz wiemy, że Anglicy nie stworzyli warunków do pozostania naszych żołnierzy w Zjednoczonym Królestwie. Rozumiem też dlaczego dziadek nie odważył się wrócić do Polski, zapewne w Anglii dowiedział się o losach swoich kolegów ze Starobielska i innych obozów. Dlatego pewnie zdecydował się na ucieczkę na koniec świata i w 1948 roku, wraz z Zofią, Ryszardem i Lechem popłynął na statku Cordoba do Argentyny. Zamieszkał w Buenos Aires.

Kontakt zupełnie się urwał. Dzieci poszukiwały dziadka przez Czerwony Krzyż. Pisały w imieniu babci do Ministerstwa Obrony Wielkiej Brytanii, by chociaż potwierdzić przebieg służby, ale w tym czasie wszelkie informacje były objęte tajemnicą. Dopiero w 1962 roku czerwony Krzyż poinformował najstarszego syna, ze znaleźli ojca i on prosi, by Heniek do niego napisał jako pierwszy. Niestety tego listu już nie odebrał, bo zmarł na zawał.

 

Niedawno oglądałam film dokumentalny Wojciecha Staronia „Lekcja Argentyńska”     ( to piękny, poetycki film, naprawdę warto zobaczyć), jest tam ojciec bohaterki, z pochodzenia Polak i to właśnie z powojennej emigracji, ale już z następnego pokolenia, który powtarza, jak mantrę: „To nie jest takie proste…”

Myślę, że to stwierdzenie dobrze charakteryzuje matnię, w jaką wpadli nasi rodacy, decydując się na emigrację do kraju, o którym nic nie wiedzieli, a skąd właściwie nie  było powrotu. Dziś też niewiele wiemy o Argentynie. Mamy szkolne skojarzenie  z Gombrowiczem,  piłką nożną, a teraz jeszcze Papieżem.

Czego oni spodziewali się po tej ziemi obiecanej? Starałam się przeczytać wszystkie wspomnienia z tych czasów i jestem przekonana, że nie tego się spodziewali płynąc do Argentyny. We wszystkich relacjach mowa jest o strasznej biedzie i potwornej tęsknocie za krajem.

Co prawda niektórzy z emigrantów zrobili kariery, jeden z doktorów był ulubionym lekarzem Evity, inny, inżynier, bardzo zasłużył się w architekturze, ale to były elity. Większość żołnierzy pracowała fizycznie, uczyła się języka i gromadziła się w towarzystwach śpiewaczych, najczęściej przy kościołach. Mieli jeszcze swój związek kombatantów i bibliotekę imienia Ignacego Domeyki ( która niestety później w dużej części została zniszczona przez pożar). No właśnie. To kościół i polskie tradycje z nim związane gromadziły emigrantów. A gdzie wtedy był mój dziadek? Żył z młodszą o dwadzieścia lat kobietą, bez ślubu… W tamtych czasach nie było to tak łatwo tolerowane. Więc sądzę, że jemu było trudniej niż tym, którzy – po bożemu – pojechali tam z żonami.

Pod koniec lat sześćdziesiątych jeden z kuzynów, marynarz, zawinął do Buenos i przywiózł akt zgonu dziadka. Akt, oczywiście,  po hiszpańsku, ale rodzice przetłumaczyli go. Z dokumentu tego wynika, ze dziadek umarł jako kawaler, a z zawodu był urzędnikiem. Kompletnie się to nie zgadza z jego poprzednim zajęciem, ponieważ dziadek  prowadził w wojsku  Andersa warsztat naprawczy  mechaniczno-samochodowy. Ale trudno powiedzieć, znał kilka języków, jak wynika z kwestionariusza osobowego, wiec może. Kawalerem na pewno nie był.

Na szczęście był już wtedy internet. Jak tylko odzyskałam dokumenty (kopie, bo ministerstwo oryginałów nie wydaje), zaczęłam pisać listy i maile do naszej ambasady, Związku Polaków w Argentynie, Związku Kombatantów, Głosu Polskiego, a potem jeszcze do pani Ireny, nauczycielki polskiego. I niczego nie udało mi się dowiedzieć. Kompletnie. Związek Kombatantów wręcz mi odpisał żebym się cieszyła tym, co wiem.  To jest dodatkowa zapora – nieufność. 

Wujek mi opowiedział, że pod koniec lat sześćdziesiątych przyjechał do Bydgoszczy jeden z kolegów dziadka. Przyjechał na pogrzeb siostry, ale, przywiózł też zdjęcia z pogrzebu mojego dziadka. Zupełnie  nieprawdopodobne, z karawanem, którego nie wymyśliłby najlepszy scenograf. Prawdopodobnie na tych zdjęciach jest syn dziadka, ale który?… Z oczywistych względów wydaje mi się, ze powinien być podobny do mojego taty.

Ten kolega powiedział, że dla emigrantów polskich w Argentynie Polska jest jednym wielkim sowieckim łagrem i po powrocie on nie będzie mógł powiedzieć, ze coś się zmieniło na lepsze, coś wypiękniało. Tu się nie ma prawa nic  podobać, do Polski nie można wrócić. Ci, którzy się na to zdecydowali, są konfidentami. Tak, tak, dla nich wojna w ogóle się nie skończyła. Ale nie można się specjalnie dziwić – czy męczyli się bez sensu. Nikt nie chce się przyznać do pomyłki w wyborze, jeśli okupił go cierpieniem, tęsknotą, upokorzeniem czy rozczarowaniem.

Dodatkowo jeszcze istnieją obawy materialne, boją się spadkobierców.

Nie udało mi się więc ustalić niczego nowego drogą oficjalną. Natomiast trzy lata temu moja przyjaciółka Małgorzata pojechała na kontrakt do Buenos. To ona odnalazła dom, w którym mieszkał dziadek w Villa Tesei, dziś dzielnicy ubogich, gdzie nie wszystkie ulice ciągle jeszcze mają asfalt. Ponieważ jest tam po prostu niebezpiecznie, Małgorzata  pojechała w towarzystwie Argentyńczyka, ale i to nie pomogło, nie wpuszczono jej do domu, sfotografowała go tylko z zewnątrz. Jest to parterowy pawilonik w zabudowie ciągłej, wygląda bardzo skromnie. Tam też dowiedziała się, że biała kobieta niedługo po pogrzebie wyprowadziła się z dziećmi do innego okręgu. Małgorzata pojechała na pobliski cmentarz, a tam poinformowano ją, że wcześniej chowano na innym cmentarzu, ale przez telefon pracownicy ustalili, ze tam grobu dziadka już nie ma, był przez dziesięć lat, jakaś sąsiadka się nim opiekowała, ale potem też wyjechała. I koniec. Wszystkie nitki się urwały. Ale jestem jej wdzięczna, że poświęciła czas i nawet ryzykowała, żeby choć trochę uzupełnić moją wiedzę o dziadku. Zresztą nie tylko moją, bo wówczas żył jeszcze najstarszy syn dziadka, Hieronim. Bardzo się wzruszał przy kolejnych odsłonach dziejów swojego ojca. Nawet w ostatnich dniach choroby mówił o swoim przyrodnim bracie gdzieś w świecie.

W poszukiwaniach internetowych znalazłam fotografa samolotów o tym samym nazwisku, nawet w tej samej dzielnicy Buenos Aires. Chętnie odpowiedział na maila, ale okazało się, że jego rodzina pochodzi z Warszawy.

 

Po wojnie babcia nie miała renty ani emerytury ( bo przecież po sanacyjnym wojskowym się nie należało), więc dzieci ją utrzymywały. Ciężko odchorowała psychicznie utratę męża. Bolesne było, że nie mogła się z nim skontaktować ani otrzymać jakichkolwiek dokumentów o przebiegu jego służby, odznaczeniach itp., nie znała też jego losów wojennych  i powojennych.

W latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych życie kobiety  ze stygmatem porzucenia przez męża na pewno nie było proste. Kochałam babcię Antoninę; była dobra, ale jakaś bezradna i wycofana. Pewnie był to skutek leków, bo przecież kiedyś musiała być silną kobietą. Babcia  Antonina zmarła kiedy miałam piętnaście lat. Kiedyś szepnęła mi: „Nie mów tacie, ale pamiętaj, że Ruscy byli gorsi od Niemców”. Zapamiętałam.