owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

SĄSIEDZI

Czarna kotka wpadała do nas, ale na stałe mieszkała u sąsiadów po drugiej stronie drogi, Reni i Witka.

Od początku zorientowaliśmy się, że trafili się nam sąsiedzi najlepsi z możliwych. Szybko się o tym przekonaliśmy. Nie raz już ratowali nam tyłek, opiekowali zwierzakami, gdy musieliśmy wyjechać, palili w piecu, byśmy mieli ciepło po przyjeździe. Nie mówiąc już o kopalni wiedzy i doświadczenia, które my, nuworysze chłoniemy jak gąbka.

Renia i Witek sa rolnikami, hodują krowy na mleko, kury dla jajek, uprawiają ziemię i, wierzcie mi, ni jest to łatwy kawałek chleba. Oni nigdy nie mieli urlopu, nie wyjeżdżają na wycieczki, bo przecież inwentarz wymaga oprzątania, dojenia i karmienia dwa razy dziennie. Nawet kiedy trzeba jechać na pogrzeb gdzieś dalej, to jedno jedzie, a drugie zostaje na gospodarstwie.

Renia jest trzynaście lat młodsza od Witka, ale widać, że się kochają i szanują

( może inaczej to wygląda niż w mieście, gdzie bardziej liczą się pozory na pokaz,  a ściany mieszkań  często  widują smutniejsze obrazki). No i cały czas iskrzy miedzy nimi,  czuje się namiętność w ich relacjach.

Kiedy Renia jako babcia ( czterdziestoletnia babcia, he, he) pojechała opiekować się wnuczką do szpitala, to Witek tęsknił jak narzeczony…

A mają trzy córki – Basię, Karolinę i Mariannę. Basia wyszła już za mąż, co tu nie jest niczym niezwykłym. Rodzice się nie sprzeciwiali, ale postawili twardy warunek, że Basia musi zdać maturę i tak się stało. To zdolna dziewczyna. Urodziła zdrową córeczkę,  poszła na bal maturalny wiotka już jak gałązka, zdała maturę, a teraz studiuje zaocznie.

Młodzi mieszkają u Witków (  paternalistyczny model rodziny) z babcią, a teraz i prababcią Władką, która jest ostoją tradycji i wiary.  Taki tu zwyczaj, że rodziny są wielopokoleniowe. Nam się to podoba, bo widzimy jak sobie pomagają i jak wszystko naturalnie się toczy. Ale oczywiście to wszystko zależy od charakterów, a akurat ci sąsiedzi są wyjątkowi także dlatego, że mają liczną  rodzinę. Każda okazja to wielkie przyjęcie i naprawdę miło jest z nimi biesiadować, ponieważ potrafią świetnie się bawić.

To także jest dla nas kompletną nowością. W mieście nie do pomyślenia, a tu całkiem naturalne. Na imprezy -  imieniny, urodziny, z okazji świąt – oprócz rodziny zaprasza się też sąsiadów! Natomiast chrzciny są bardzo intymną uroczystością. Nawet do kościoła idą tylko zaproszone osoby. Za to stypę po pogrzebie może się zjawić każdy, kto przyszedł na pogrzeb, co często jest utrapieniem dla rodziny, nie mówiąc że kosztownym. No i butelki!

Tego zwyczaju nie znaliśmy wcześniej wcale. W przeddzień wesela chodzi się do panny młodej „na butelki”. Oczywiście narzeczony też tam jest. Dom i podwórko udekorowane. Jest muzyka,  tańce i  duuużo wódki. A goście przychodzą i tłuką butelki na podwórku – na szczęście! Tłuką o ziemię,  ściany i maszyny. Gospodarze są zadowoleni, jeśli uda się to zebrać w jednym miejscu, bo posprzątanie szkła po imprezie nie jest proste, a przecież wesele nazajutrz.

Na butelki może  czy przyjechać każdy, nawet kompletnie obcy, i zostanie ugoszczony.

U Witków mieszka sporo psów i kotów. Jak ich poznaliśmy, to mieli pięć piesków i tyleż kotów. Psy, nieduże kudłate kundelki, biegają luzem po gospodarstwie, są nakarmione, ale nie rozpieszczane. Może dlatego tak sobie cenią, gdy Renia je pogłaszcze w drodze do obory czy szopy. Powarkują wtedy na siebie z zazdrości, ale to nie jest groźne, bo przecież hierarchia stada jest ściśle ustalona. Tylko  Ciapek trafił na łańcuch ( ale długi), bo każdą wycieczkę kończył w kurniku sąsiadów, ale wygląda na całkiem zadowolonego i nawet czasami dzieli się jedzeniem z kotami. Tylko kości nie odda, bo to jego uwielbiane kąski.

A koty… Nigdy nie wiem ile ich aktualnie jest, bo tu rządzi natura.  Niestety, na wsi koty pracują – łowią myszy, nie można więc ich przekarmiać, ale też ich się nie sterylizuje, bo bardzo wiele , szczególnie kotek, ginie co roku pod kołami samochodów. Wszystko jest  zostawione naturze i kotki są w ciąży nawet trzy razy w roku.  Nic dziwnego, że tak krótko żyją. Kiedy powiedziałam, że koty w mieście żyją po osiemnaście lat, nie chcieli wierzyć. Tutaj „stara kotka” mówi się o pięcioletniej. No i na wiosnę kocury walczą do ostatniej krwi. Wychodzą wtedy z lasu tak zwane reproduktory – koty leśne, które mieszkają tam cały rok i  nawet w najgorsze mrozy  jakoś sobie radzą. Witek mówi, ze sypiają w paśnikach, zagrzebane w słomę pod śniegiem.

Czuję w sobie bunt przeciwko losowi tutejszych kotów, ale – z drugiej strony – obserwuję o ile  moje są szczęśliwsze, mogąc buszować w przyrodzie i polować zgodnie ze swoja naturą,  niż były w mieście. Mamy więc dylemat:  życie długie, ale nudne i ciekawe, pełne, ale krótkie. Nie potrafię tego rozstrzygnąć, i, na szczęście, nie ode mnie to zależy. A miałam już doświadczenia, jak tutaj kończy się interwencja człowieka w scenariusz natury.

Przychodził do nas taki starszy kot biało-czarny, którego Jacek nazwał Kotem w Czapce , bo wyglądał jakby na białą głowę założył głęboko na uszy czarny beret.  Nasze koty go przeganiały, a… no bo one i w tym względzie wróciły do natury. Choć są kastrowane, znaczą teren ( na szczęście bezzapachowo dla ludzi) i przeganiają intruzów. Ale na wiosnę Kot w Czapce został pobity przez inne kocury i ledwo łaził, widać było, że z nim źle. Dlatego zaczęłam go dokarmiać i po jakimś czasie doszedł do równowagi. W międzyczasie na tyłach naszego domu w przybudówce, która kiedyś była tutejszą toaletą, ale wszelkie tego dowody dawno zostały stamtąd usunięte, dzika kotka urodziła kociaki. Już się z |Renią umówiłam, że jak je odchowa to trafią do nich do gospodarstwa i przynajmniej dostaną szansę. Ale,  niestety, któregoś dnia znalazłam ich jeszcze ciepłe ciałka bez głów. Kot w Czapce pozagryzał kociaki, bo to nie były jego geny. Sam też przez to skazał się na banicję i po lecie już nikt go nie widział.  To był jeden z najgorszych moich dni tutaj. Pochowałam te cztery czarne puchate futerka z różowymi łapeczkami i bardzo mi było ciężko na duszy, bo miałam świadomość, że to moja wina,  gdybym nie odkarmiła starego kota, pewnie by żyły.

 

 

PĘDZEL

 

Pędzelka znaleźliśmy na parkingu przy zachodniej plaży  w Łebie pod koniec października 2008 roku. Jak co roku, w czasie wakacyjnego pobytu dokarmialiśmy stadko kotów, które zawsze po sezonie zbierają się tam, licząc że w grupie jakoś uda im się przetrwać. Zwykle są to młode kotki z tegorocznych miotów, no i ich matki. Kocury, bardzo dzikie,  zwykle grasują po lesie, ale wpadają na wyżerkę, jak tylko usłyszą samochód. O tej porze roku  niewielu tu turystów, a do miasteczka jest kilometr, zresztą maluchy nawet nie wiedza, że tam jest jakieś miasteczko i port, gdzie można by się wyżywić przy kutrach.  W sezonie małe kotki są dokarmiane, fotografowane, pieszczone, bo dokoła ośrodki wypoczynkowe i dwa  bary, a małe kotki są niewątpliwą atrakcją, ale we wrześniu robi się całkiem pusto.

Przyjechaliśmy z Awą na wieczorny spacer plażą, po drodze wysypaliśmy jedzenie dla kotów, które rzuciły się natychmiast do misek. Były tam dwa maluchy, kilka średniaków, ze dwie matki i zaraz też zsunął się ze słupa czarny kocur,  budząc powszechny lęk ( nigdy nie widziałam takiego grubego futra u kota, to widocznie zimowa szata dzikusa leśnego).  Jak czarny się najadł ( a nic nie robił sobie z naszej obecności), reszta wróciła do misek, ale – jak się okazało – nie wszystkie były dopuszczane. Ponieważ jedzenie trafiało się rzadko, najsłabsze osobniki nie miały prawa dojść do miski. Niestety, takie są prawa stada, szczególnie w stanie zagrożenia głodem. Zresztą i tak niewiele z nich przeżywa zimę.

Wróciliśmy ze spaceru i wsiadamy do auta, a za Awą ( czterdzieści pięć kilo) do samochodu wskakuje około trzymiesięczny kotek. Mieliśmy już kota. Cichosza czekał na nas w wynajętym pokoju, bo nie jest plażowym kotem. I choć nam było przykro widząc determinację kotka, wyjęłam go z samochodu i zostawiliśmy go na parkingu, Tego płaczu, jaki wtedy usłyszałam nie zapomnę do końca życia! Tak rozpaczliwie krzyczał, że aż mnie skręciło. Nie mogłam spać całą noc. Ale wcześniej już usłyszałam ostrzegawcze „nie” od Jacka. On dobrze wie, jakie mam miękkie serce i  czasami stara się być rozsądny za nas dwoje, ale że jest dobrym człowiekiem, najlepszym jakiego znam, potem odpuszcza. Rano uzgodniliśmy, ze pojadę po kotka, nakarmimy go, podleczymy i znajdziemy mu dom. Zaraz też rozesłałam wici po znajomych.

Kiedy przyjechałam na parking, biedak siedział samotnie na murku już kompletnie zrezygnowany,  nie  miał sił się ruszyć, nawet kiedy go zawołałam. Wzięłam więc w ręce to ciałko, które nic nie ważyło, a jak tylko to zrobiłam kotek zaczął mruczeć ( tego też nigdy nie zapomnę). Zawinęłam go w ręcznik i położyłam z tyłu, a on natychmiast zasnął snem kamiennym w ciepłym aucie.

Nie obudził się przez całą drogę do Lęborka, ani kiedy czekałam w kolejce do weterynarza. Dopiero w gabinecie trochę się ożywił, ale nie na tyle aby protestować przy podawaniu leków. A lekarz wpakował w niego antybiotyk, na odrobaczenie i zakropił na odpchlenie. Opatrzył mu też łapkę, bo staw miał solidnie pogryziony i rany na karku. Kazał przyjechać następnego dnia. Wróciliśmy do Łeby. Nakarmiliśmy, napoiliśmy, a  Jacek zrobił mu klatkę z dwóch skrzynek samochodowych z  posłaniem i kuwetką. Tak poznaliśmy go z Cichoszą. A nasz kot oszalał. Syczał, prychał, atakował. Dobrze, ze była klatka.

A mały  cały czas spał z przerwami na jedzenie i picie. Ale kupa była z krwią. Następnego dnia weterynarz powtórzył antybiotyk i na odrobaczenie ( ja jeszcze wtedy nie wiedziałam, ze to zabójcza dawka). Jak tylko wróciliśmy, kotkowi zaczęło puchnąc oko, lał się przez ręce, no umierał. Zadzwoniliśmy po pomoc do naszego kochanego miastowego doktora Michała, który kazał mi sprawdzić kolo śluzówki ( była prawie biała), zalecił  nawodnienie kroplówką z soli fizjologicznej  i obiecał przyjechać jak tylko dotrzemy do domu, bo zdecydowaliśmy się  skrócić pobyt i wyjechać następnego dnia.

Cichosza zupełnie  zmienił stosunek do kotka, razem z Awką leżał obok kocyka z maluchem.

Rano oko kotka było wielkości piłki golfowej. Wyglądał przerażająco. Po drodze podjechaliśmy do weterynarza na kroplówkę, a on po prostu wstrzyknął mu płyn pod skórę, robiąc wielki bąbel.

Do domu jechaliśmy siedem godzin, a kotek leżał bezwładnie na moich kolanach i tylko czarna końcówka jego ogonka ciągle pakowała mi się pod palce, taki pędzelek. No i został Pędzelek.

Doktor  Michał przyjechał, jak obiecał, ale nie dawał nam wielkich nadziei, kiedy go zbadał. Kotek był tak odwodniony, że skóra stała, kiedy się ja odciągało. Ale dał kroplówkę i zastrzyki. Przyjechał do nas nawet we Wszystkich Świętych na kolejną kroplówkę. I w końcu wyciągnął go z agonii.

No ale oko było stracone. Byliśmy przygotowani, że trzeba je będzie usunąć. Powoli się zmniejszało, ale w środku wszystko było wymieszane, a na rogówce strup, jak na wrzodzie. Natomiast drugie oko miało zupełnie otwartą źrenicę; można było obserwować szczegóły anatomiczne na dnie oka. Pędzelek nie widział. No i tu zaskoczył nas Cichosza, zaczął go cierpliwie uczyć całego mieszkania, a Pędzel łaził za nim jak za matką.

Natomiast Awa nie lubiła, jak na nią wpadał i odszczekiwała się.  Tak też się kiedyś stało, a Pędzelek odskoczył tak niefortunnie, ze chorym okiem wylądował na szafie.  To była jatka! Mały uciekł płacząc przerażająco do łazienki, rozpryskując dokoła strumyki krwi i ropy. Awka tez była przerażona, bo nie rozumiała, co się stało, a ja wpadłam w histerię i krzyczałam, bo wydawało mi się, że Pędzelkowi oko wypłynęło.

Na szczęście ono się tylko oczyściło i potem dość szybko wróciło do normalnych rozmiarów. Po kolejnym miesiącu drugie oko zaczęło reagować na światło, źrenica wracała do pracy. A doktor zrezygnował z operacji, bo u kota, jak powiedział, nerwy wzrokowe są  splecione i usunięcie jednego oka właściwie oznacza całkowitą ślepotę. A tak – chociaż plamy światła będzie widział. No i trochę widzi. Z daleka i całkiem blisko ( na szczęście nie widzi gdzie jest koniec siatki, bo przelazłby przez płot).

Czasami tylko, kiedy się zdenerwuje, wystraszy, zdrowa źrenica znów się całkiem otwiera i Pędzelek wpada w popłoch. A tak radzi sobie świetnie, nawet poluje i to skutecznie. Dzięki Doktorze!

Przy okazji kastracji doktor znalazł pod skórą Pędzla śrut ( stąd miał te rany na karku i na boku). Co trzeba mieć w głowie, żeby strzelać do dwumiesięcznego kotka, drodzy mieszkańcy Łeby?

 

Tak więc na razie musieliśmy Pędzla chronić, bo nie było jeszcze ogrodzenia wokół domu, gdzie by go można swobodnie wypuścić, za to Cichosza korzystał z wolności na całego i był w swoim żywiole. Dziwiło nas to nawet bo przecież z pochodzenia był piwnicznym podwórkowym blokowym, nawiasem mówiąc uratowanym przez panią Magdę, która poświęciła życie dla zwierzaków – łowi je po piwnicach, leczy, odrobacza, sterylizuje, jak trzeba i znajduje im domy. Wspaniała osoba, dużo ode mnie młodsza, nie mieszcząca się w żadnych stereotypach. Ma też zawsze kilka psów, bo te też przecież ludzie wyrzucają.

Mam nadzieję, że spotka przyjaciela, który to zrozumie i jej pomoże,  na razie walczy sama.

 

W kuchni zasiatkowaliśmy okno, aby Pędzel z parapetu mógł  obserwować świat ( tak też było w mieście). Aż po drugiej stronie siatki pojawiło się towarzystwo.

 

KSIĘŻNICZKA I NOC LISTOPADOWA

 

Szaro-bura kotka szybko zorientowała się, że u nas znajdzie coś  do jedzenia i towarzyszyła nam w czasie pobytu, spała na progu domu, najbardziej lubiła na poduszeczce, więc dostała na imię księżniczka. Jacek ostrzegał mnie, żebym jej nie przywiązywała do nas karmieniem, bo przecież wyjedziemy i co wtedy. Wiedziałam, ze ma rację, ale jak nie nakarmić kota, który się tego domaga donośnie i widać, ze raczej się nie przejada?

A za Księżniczką przywędrowała czarna ciężarna kotka, którą Jacek nazwał Noc Listopadowa, bo taka była brzydka. Księżniczka była tolerowana przez nasze koty, a Noc Listopadowa – przeganiana. Pewnie czuły, że nosi w sobie obce geny.

Niestety Noc Listopadowa nie przeżyła kolejnego porodu, a Księżniczka już się nie pojawiła, kiedy przyjechaliśmy za miesiąc.

 

 

Lato 2011

Kredyt spłaciliśmy zaraz po sprzedaży mieszkania. Oczywiście wiązało się to z haraczem dla banku, bo – jak klient nie będzie spłacał z odsetkami przez te piętnaście lat, to niech chociaż karny procent zapłaci za przedterminową spłatę. Wiedzieliśmy, że nie chcemy być niewolnikami banku ani jeden dzień dłużej, niż to konieczne. Obiecaliśmy sobie też, ze nigdy więcej… żadnych kredytów, nawet gdybyśmy mieli robić wszystko własnymi rękami, a bankowcy niech się trzymają od nas z daleka.

Mieliśmy jednak poważniejszy dylemat – jak zamieszkać w naszym siedlisku. Koncepcji było kilka, najpierw chcieliśmy remontować dom, ale kiedy Jacek pojechał na Warmię z konstruktorem, ten orzekł, że drewno zjedzone i konstrukcja dachu do wymiany, fundamenty za słabe aby podwyższyć kondygnację. W końcu więc mieliśmy rozebrać stary dom i zbudować nowy, wykorzystując cegłę z rozbiórki, a na czas budowy postawić pożyczoną przyczepę. I jakoś tak optymistycznie zakładaliśmy, ze uda się nam to zrobić w ciągu roku.

Jacek długo bił się z myślami, radził się znajomych architektów, budowlańców i zaczął projektować „nasz wymarzony” – bo tak nazwaliśmy nasz projektowany dom.

No i olśniło go! Po co ma się dusić w jakiejś przyczepie niewiadomo jak długo. Dom zdążymy rozebrać, a że cegła i tak słaba, to lepiej starą chałupę wyczyścić, odmalować i zamieszkać na czas budowy, oczywiście tylko do jesieni, bo przecież nie ma jak grzać… Szczęście, że go olśniło.

Zleciliśmy załatanie dziur pomalowanie części mieszkalnej  na biało – tak byle jak, na chwilę.

W lipcu wynajęliśmy transport i przyjechaliśmy do siebie z materiałami budowlanymi, podstawowymi sprzętami i pomocnikiem, by posprzątać i jakoś urządzić się.

Dopiero teraz dotarło do nas jaki w środku jest śmietnik. Wywieźliśmy na wysypisko półtora tony gratów, w tym połamane meble, lodówki, dywany szmaty, nieprzebrane ilości butelek i słoików.

Zabrałam się też za porządkowanie otoczenia. Zieleń była w pełnym rozkwicie, chciało się wiec mieć ogród koło domu, nie busz. No i tu czekała mnie niemiła niespodzianka – wszędzie, gdzie tylko zanurkowałam w trawę, leżały śmieci. Poprzerastane roślinami, częściowo zasypane ziemią – widać, że leżą tu od dawna. Ambitnie zaczęłam wyrywać je spod zielonego dywanu i pakować w  worki. Były tam oczywiście butelki, głównie po wódce, ale i plastikowe butelki po kolorowych napojach,  maggi, puszki po piwie, zapalniczki, słoiki, głównie potłuczone, zakrętki, druty i rozpadające się szmaty, kości, czy po prostu całe worki ze śmieciami, ponadgryzane zębem czasu, a więc tym bardziej trudne do usunięcia w całości.

Ten przebogaty majątek pozostawili nam w spadku wcześniejsi lokatorzy – Edward i Henryk, dwóch braci z jednej matki, a różnych ojców, którzy niestety byli alkoholikami, ale – jak się wydaje – o dobrych sercach, ponieważ znani tu byli jako Wafelki. Panowie z rzadka mieli pieniądze na zakupy i często w sklepie brali na krechę, ale zawsze, nawet na kredyt, brali wafelki dla swojego pieska. Tylko dlatego jestem w stanie wybaczyć im to, co mi zostawili w ziemi i co do dzisiaj wygrzebuję nawet z głębokości pół metra, przygotowując grunt pod trawę czy byliny.

Mieszkaliśmy w tym czasie jeszcze w zajeździe, ale od rana do wieczora pracowaliśmy i prace posuwały się wyraźnie. Przede wszystkim Jacek kazał zdjąć wszystkie deski w części gospodarczej domu i pod ciśnieniem ( szczęście, że był wodociąg!) umył z węża cały strop i ściany. Podłoga jest tam betonowa, bo kiedyś trzymano tam zwierzęta hodowlane i na dodatek w podłodze były specjalne odpływy, tak więc cały ten syf pięknie odpływał na zewnątrz. Po jakimś czasie można już było oddychać tam czystym  powietrzem.

Jak już mówiłam,  część mieszkalna została połatana i pomalowana na biało, dało się więc tu wejść. Wyszorowałam wszystko kilkakrotnie, wywietrzyłam, umyłam okna i powoli znikał smród. Jacek uznał, że na osłabione  deski podłogi wystarczy położyć płyty wiórowe i wkrótce można już było wstawić przywiezione z działki  stare meble, lodówkę , kuchnię elektryczną, zlewozmywak ( stare, bo przecież porządne mieliśmy już przywieźć w ramach przeprowadzki do nowego domu).

Równolegle Jacek z pomocnikiem budował łazienkę – w formie osobnego domku, ale miała być z prysznicem, umywalka i wc, pełny wypas. No i przyjechali panowie spod Radomia…

Nasza chałupa nie miała łazienki, nie miała też dokąd odprowadzić tego, co się w łazience zostawia. Dlatego musieliśmy wybudować szambo. Szukaliśmy w internecie taniej oferty na gotowe szambo atestowane, ale  właściwie każde podejście kończyło się w okolicach Radomia. Okazało się, że tam właśnie zlokalizowane jest centrum produkcji tychże betonowych udogodnień i – jeśli nawet chcieliśmy zamówić je gdzieś w pobliżu – i tak miało przyjechać z Radomia.  Teraz już wiem, potrzebujesz szambo – dzwoń do Radomia.

Przyjechał więc samochód z dźwigiem, a z niego wysiadło dwóch panów. Raz dwa zrobili, co do nich należy, nawet nie bardzo wiedziałam kiedy, a potem dali taki koncert dowcipów ( przyznam, że dość rubasznych) i robili to tak zaraźliwie, że wkrótce pokładaliśmy się ze śmiechu.  Wszyscy.  A był jeszcze z nami pan Franek od koparki, pomocnik  Marek i Marcin.

Kiedy jeszcze panowie pracowali, musieliśmy  na chwilę wyjechać po jakieś brakujące materiały. Wracamy, a tu jakiś obcy młody człowiek pracuje z naszymi panami przy układaniu rur. Tak poznaliśmy naszego sąsiada Marcina – zobaczył, że ekipa pracuje, to się zatrzymał, żeby pomóc. Taki człowiek.

I tu właśnie tak jest. Niby wszyscy żyją osobno, ale niech tylko pojawią się burzowe chmury kiedy  zrolowane siano leży jeszcze  na polu, a zaraz z różnych stron pojawiają się ręce do pomocy i zawsze zdążą przed deszczem.

 

Naprawdę  zaskakująca była euforyczna radość ekipy spod Radomia, no ale przestaliśmy się dziwić kiedy jeden z panów opowiedział nam swoją historię. Rok wcześniej miał wypadek -  czołowe zderzenie samochodu ciężarowego z tirem. Lekarze dawali mu jeden procent szans na przeżycie, a lekarze z Warszawy w ogóle nie chcieli się podjąć operacji. Dopiero kobieta chirurg z Gdańska zdecydowała się go ratować, przewieźli go więc tam helikopterem.  Miał sześćset szwów. Z dumą pokazywał te na nogach; rzeczywiście wyglądał jak patchwork. Ale uratowali go, a on poczuł, że dostał drugie życie i teraz sieje radość. Jego kolega mówił, że całą drogę opowiada dowcipy przez CB, aż kierowcy proszą, by przestał, bo ich brzuchy bolą.

 

 

 

Wkrótce łazienka zaczęła już funkcjonować, choć nie miała jeszcze dachu. Ale to fantastyczne  mieć niebo nad głową, w każdej sytuacji. Co prawda spłukiwaliśmy jeszcze wodą z beczki, ale i tak było luksusowo.

A w części mieszkalnej domu zorganizowaliśmy sobie coś w rodzaju kuchni, sypialni i pokoju gościnnego, na razie na bardzo spartańskim poziomie. Reszta rzeczy została złożona w części gospodarczej. Tak zakończyliśmy pierwszy etap prac, bo trzeba było wrócić na chwilę do miasta.

 

Wkrótce jednak wybraliśmy się z kolejnym transportem rzeczy, tym razem mieliśmy już zamieszkać pod własnym dachem. Towarzyszyła nam nasza przyjaciółka Małgorzata, no i pierwszy raz zabraliśmy koty.

A nasze koty oszalały ze szczęścia. Cichosza, jak tylko otrząsnął się po podróży  a nienawidzi jazdy samochodem, rzyga i nie tylko…) zwiedził i zaanektował cały dom. Dla Pędzla to było większe wyzwanie, bo on jest prawie ślepy.

 

Podejmując tę decyzję wiedzieliśmy, ze będziemy musieli wziąć kredyt. Mieliśmy jakieś tam oszczędności, ale większość zapłaty miała być pokryta ze sprzedaży mieszkania. A , z kolei, nie chcieliśmy sprzedawać go na łapu-capu, bo wiadomo, ze to znacznie obniża cenę.

Podpisaliśmy z Warszawiakami umowę przedwstępną u notariusza, wpłaciliśmy zadatek i , ponieważ w akcie ustaliliśmy termin finalizacji transakcji za cztery miesiace,  z wielką dozą optymizmu  zabraliśmy się za załatwianie kredytu. Szybko dowiedzieliśmy się, ze dla banków jesteśmy ludźmi drugiej kategorii. Dwa banki od razu nam odmówiły, jak tylko się dowiedziały, ze mamy tak zwane wolne zawody. Ale te, w sumie, okazały się najuczciwsze, bo kolejne cztery naciągnęły nas na operaty szacunkowe, zaświadczenia i kolejne zaświadczenia, oczywiście płatne, co w efekcie kosztowało nas ponad dwa tysiące. No i już, już mieliśmy dostać kredyt, jeszcze tylko jakiś  analityk w centrali zerknie na papiery…A na koniec zawsze dostawaliśmy odmowę na podstawie jakiegoś kuriozalnego argumentu – a to nieruchomość za duża, a to w starej chałupie nie ma łazienki, ale podstawowym problemem było, że nie jesteśmy wiarygodni, bo nie pracujemy na etacie. Dyrektor jednego z banków przyznał, że dla banku bardziej wiarygodna jest pani sprzątająca ubikacje za tysiąc dwieście, ale na etacie, niż jakiś tam twórca, nawet wielokrotnie więcej średnio zarabiający, ale nieregularnie.

Dotkliwie przeżywaliśmy te wiwisekcje w kolejnych bankach. Czuliśmy się upokorzeni, gdy musieliśmy się tłumaczyć z wydatków, dostarczać umowy z dwudziestu-paru lat pracy, a wszystkie dokumenty były skrzętnie kserowane i trafiały bóg wie gdzie. Inwigilacja godna ubecji.

Ale termin zapłaty reszty kwoty z aktu notarialnego zbliżał się nieubłaganie. Oddaliśmy się więc w ręce pośredników. Jakimś cudem podobno pośrednik łatwiej załatwi kredyt niż sam delikwent i jeszcze jest za to dopieszczany przez bank. Konia z rzędem temu kto zrozumie dlaczego.

Niestety pierwszy pośrednik poległ i całkiem już odebrało nam humory. Nie pozostało nic innego jak tylko zawiadomić Warszawiaków, że nie jesteśmy w stanie zapłacić w terminie, bo ten właśnie mijał. No a trzeba wiedzieć, że umowa przedwstępna, z tytułu prawa, przewiduje taką sytuację, że – jeśli nabywca w zapisanym terminie nie zapłaci reszty sumy – to traci zadatek, a sprzedający może wziąć zadatek do kieszeni i znaleźć innego nabywcę. Wielu by tak zrobiło…

Nasi Warszawiacy okazali się nadzwyczajni! Powiedzieli, że rozumieją i poczekają. A my, zdołowani do granic, powierzyliśmy sprawę kredytu kolejnemu pośrednikowi. Tym razem z dobrym skutkiem, choć trwało to jeszcze dwa miesiące i musieliśmy między innymi prosić łaskawy sad ksiąg wieczystych aby zrobił to, co  powinien był już dawno zrobić, a urzędników z rejestru gruntów  – by nanieśli poprawki, które czekały na to już osiem lat. Ale to właśnie ów moloch wielkomiejski pozwala na takie bezduszne bałaganiarstwo w dokumentach. Któż z nas jest w stanie dociec kto przed laty miał to zrobić, a nie zrobił? A w małej gminie wiadomo – wtedy była pani Zosia, teraz jest pani Teresa.

Może to stwierdzenie z grubej rury, ale uważam, ze zmieniła się też zależność socjalna na wsi i w miastach – dziś mieszkańcy miast są często niewolnikami ( niewolnikami banków, korporacji), a ludzie na wsi są zdecydowanie bardziej wolni. Na pewno biedniejsi, ale bardziej wolni. W jakimś sensie to sprawiedliwość dziejowa.

 

Tak oto dokonało się; podpisaliśmy ostateczny akt notarialny i zostaliśmy właścicielami nieruchomości na Warmii. Ziemianami, jak żartują nasi przyjaciele, rolnikami, jak się nam wydawało w nieświadomości naszej mieszczańskiej.

Była…

 

Wiosna 2011

 

Nasza radość została szybko przesłonięta przez kłopoty zdrowotne naszej suczki. Awa, już trzynastoletnia, co dla psów dużych ras jest poważnym wiekiem, od dłuższego czasu miała problemy, powiedzmy starcze. Chociaż wyglądała ciągle na zdrowego, silnego psa, nie straciła żadnego zęba, zdarzało jej się siusiać bez czucia, okresowo miała tez kłopoty z oddychaniem. A ponieważ Awka spała z nami w łóżku, przez ostatnie miesiące w nocy musiała nosić pampersa, no i staraliśmy się z nią wychodzić na siku co trzy, cztery godziny, także w nocy. Dzieliliśmy się z Jackiem obowiązkami i jakoś się układało.

Od kilku lat w batalii o zdrowie naszej suczki wspierał nas wspaniały doktor weterynarii  Michał. Szczególnie po poprzednich doświadczeniach z weterynarzami, był on jak zbawienie, zarówno dla Awki, jak i Pędzla, którego po prostu cudem uratował. Kilkakrotnie wyciągnął Awę z ataków duszności, regularnie dostawała leki i wydawało się, że jeszcze będzie się z nami cieszyć wolnością na naszej wsi, którą zresztą od razu polubiła.

 

Ale niestety. Awka dziesiątego maja skończyła  czternaście lat, a dziewięć dni później już nie żyła. To były straszne dni. Wszyscy umieraliśmy razem z Awusią. Koty znakomicie czuły co się dzieje. A Cichosza, który zawsze spał z Awką i któremu ona na wszystko pozwalała, zastygał przy jej materacyku i tak spał.

Leki przestały pomagać, w płucach zebrała się woda i nasza kochana suczka po prostu zaczęła się topić, walczyła o każdy oddech i – chociaż właściwie już tylko leżała – potrafiła się zerwać i na chybotliwych nogach stawała pyskiem do ściany i  tak stała, jakby chciała wyjść z własnej cielesności. Pozwoliliśmy jej odejść.

Tak smutno zaczęło się nasze gospodarzenie na wsi. Zabraliśmy Awkę, by ją pochować pod jabłonką już przed nowym domem. Znów pięknie kwitł bez i kalina, z trawy wychylały się rozsiane orliki, zielone morze soczystych traw, drzew i krzewów dookoła. Mam nadzieję, że tam gdzie jest,  też jest tak pięknie i może hasać bez bólu po łąkach. Chociaż wiem, że za daleko nie odejdzie od swojego pana, bo uwielbiała go  miłością niepowtarzalna i bezwarunkową.

Jacek zabrał Awę z hodowli  kiedy już miała trzy miesiące, a to trudniejszy moment dla pieska na rozstanie z mamą niż gdy  odbiera się z gniazda ośmiotygodniowego szczeniaka. Być może dlatego panicznie bała się zostawać sama.

Ja pojawiłam się w życiu Awki, gdy miała już cztery lata. Na dodatek pojawiłam się ze swoim psem Pastelem, owczarkiem nizinnym. Musieliśmy więc ułożyć swoje stosunki, ale – o ile Awa ustawiła Pastelka od razu na niższej pozycji w stadzie ( jej zbójeckie prawo, w końcu była suczką, nie mówiąc że dwa razy większą) – ja nigdy nie miałam z nią problemów, dostąpiłam łaskawości i mogłam się nawet przytulać do pana. Taka dobra suczka.

 

 

 

Padało. Pan Andrzej czekał na nas . Przyjechał autem terenowym z warszawską rejestracją. Nie wróżyło to nic dobrego. Pojawił się też pan Stanisław, miejscowy rolnik, któremu pan Andrzej powierzył pieczę nad domem pod swoja nieobecność, a który teraz przyniósł klucze. Chałupa, ociekająca deszczem, nie miała w sobie nic zapraszającego, a otwarcie drzwi i rzut oka do środka tylko pogłębił to wrażenie. No i smród – okropny; brud wymieszany z myszami, kurz i stęchlizna.

Nie spodobało mi się to, co zobaczyłam i poczułam, ubrałam więc kalosze i poprosiłam pana Stanisława, aby zaprowadził mnie nad jezioro, bo z daleka było je widać, ale te trzysta metrów między nami były zarośnięte trawami po pas, a samo jezioro przesłonięte opaską krzewów i żadnej widocznej drogi.

Szliśmy dziwnymi zakosami, najpierw przez pole, potem nad stawem sąsiadów, a w końcu przez ols, który tu podobny jest do dżungli, bo opleciony dzikim chmielem, który potrafi skutecznie podciąć nogi. Na dodatek teren był grząski ( bez kaloszy ani rusz). Dotarliśmy do jeziora, jeziora zarośniętego trzciną, weszłam na stary pozałamywany pomost, a tam lilie wodne biało-różowe pływają sobie od niechcenia, teraz zwinięte z powodu deszczu, a na pomoście leżą skorupy po rakach, a dookoła kompletna cisza. Podobało mi się.

W tak zwanym międzyczasie Jacek zwiedzał dom . Awa towarzyszyła mu dzielnie, biegając nawet po wątpliwej trwałości schodach na strych. Ja też tam weszłam, ale przeraziło mnie składowisko starych gratów, szmat, pajęczyn. Taki sam śmietnik zastaliśmy w części gospodarczej domu. Żadna z tych rzeczy nie miała uroku staroci, jakie spodziewamy się znaleźć wchodząc do takiego starego domu. Tylko Jacek wypatrzył stary kask motocyklowy, tak zwany orzeszek w kolorze niebieskim ( głęboki socjalizm), który na pewno chciałby zachować.

Pokoje były częściowo opróżnione, ściany z lamperiami olejnymi, brudne niewiarygodnie, połamane deski podłogi, smętne resztki firanek i stare zdjęcie, a na nim pociągła twarz młodego człowieka – jak się okazało – jednego z braci alkoholików, którzy tu kiedyś mieszkali. I smród wszechobecny. Brrr…

Ale jest prąd i jest woda, bo niedawno gmina zrobiła wodociąg.

Za to przed domem stare jabłonie, przy drodze jaśmin i bzy. I przestrzeń dookoła, piękna i spokojna, mimo że w załzawionym krajobrazie.

Porozmawialiśmy o cenie, umówiliśmy się, że damy odpowiedź w ciągu tygodnia. I tak się rozstaliśmy.

Wróciliśmy nad morze i właściwie zapomniałam o Warmii, bo już po drodze uznaliśmy, że cena jest dla nas za wysoka i  uznałam , że  to miejsce nie spełnia naszych oczekiwań ( nie wiedziałam jeszcze jak to miejsce  zapadło w serce Jacusiowi).

Wiosna 2010

Wiosną, ponieważ jednak bardzo brakowało nam kontaktu z przyrodą i szczerze obmierzło nam miasto,  zdecydowaliśmy się na gruntowną inwestycję na naszej podmiejskiej działce rekreacyjnej. W maju mieliśmy już za sobą większość prac modernizacyjnych, właśnie kończyłam  urządzać oczko wodne, a tu dzwoni pan Andrzej i oświadcza, że nie znalazł jeszcze nabywcy, a cena spadła. Dla mnie to nie było olśnienie, a raczej zmartwienie, bo przecież sporo naszych oszczędności zużyliśmy na unowocześnienie podmiejskiej działki. Ale Jacka zelektryzowała ta wiadomość, a ponieważ „gdzie ty Kaju, tam ja – Kaja”, zaczęliśmy poważnie myśleć o kupnie siedliska.

Jestem realistką w sprawach finansowych, może dlatego, że zbyt wiele razy spotkało mnie w tej materii twarde zetkniecie z podłożem. Wspierani wiedzą naszego przyjaciela prawnika, postanowiliśmy najpierw sprawdzić czystość oferty, pojechaliśmy więc do gminy, starostwa i pozbieraliśmy wszystkie dokumenty. Oferenci okazali się być uczciwi, a nieruchomość bez obciążeń. Na dodatek absolutnie zszokowani byliśmy przyjęciem w urzędzie gminy, gdzie urzędnik, do którego właśnie mieliśmy trafić, ale o tym jeszcze nie wiedzieliśmy, sam zgarnął nas z korytarza, był miły, profesjonalny  i  odpowiedział na wszystkie nasze pytania.

I tak tu właśnie jest – i w gminie, i w powiecie. To jest małe środowisko i ludzie się znają, więc urzędnicy nie są anonimowi i – nawet gdyby chcieli mieć muchy w nosie – to nie mogą sobie na to pozwolić. To najlepsze lekarstwo na uprzejmość. Nie twierdzę, że wszyscy tu w urzędach są superkompetentni, ale są mili i starają się. Jakież to odmienne od doświadczeń z dużych miast!

Podczas tego pobytu zamieszkaliśmy w pobliskim zajeździe, ale oczywiście zwiedzaliśmy okolicę, no i raz jeszcze odwiedziliśmy siedlisko, tym razem skąpane w słońcu, z kwitnącym bzem. Okolica piękna, jezioro kuszące, choć trudno dostępne, ludzie mili, no ale dom… okropny.

Tym razem po otwarciu drzwi domu na powitanie spod schodów wybiegła myszka z małym myszkiem w pyszczku. Widocznie zburzyliśmy jej spokój i wpadła w popłoch, decydując się na gwałtowne przenosiny gniazda, tylko dokąd by tu…


Ale postanowiliśmy, że kupujemy.

 

 

Dwa lata mijają od dnia, kiedy porwaliśmy się na szaleństwo, porzuciliśmy nasze wygodne gniazdeczko w dużym mieście i przeprowadziliśmy się na wieś warmińską, …głuchą wieś, jak by wielu powiedziało.
Znajomi, rodzina patrzyli ( i patrzą) na nas jak na idiotów. No bo jak można mając 50, 60 lat wyjeżdżać z miasta, gdzie jest blisko do lekarza, sklepy na każdym rogu, oszałamiający świat marketów i tyle innych atrakcji. No przecież można pojechać w weekend na działkę, ale tak…
A my kupiliśmy kawał ziemi ze starą chałupą i pierwszą zimę spędziliśmy w naprawdę trudnych warunkach. I, chociaż nie jest łatwo, codziennie budzimy się z zachwytem patrząc na las, jezioro i pola, chłoniemy cudowna ciszę w nocy i głosy ptaków w ciągu dnia.

A było tak…

Jesień 2009

Jak co roku, pojechaliśmy we wrześniu nad morze. Zawsze jeździliśmy po sezonie, bo wybrzeże Bałtyku bez ludzi jest najpiękniejszym zjawiskiem świata. No i jeszcze – nasze zwierzaki jeżdżą z nami i dla nich też jest istotne, by dokoła była cisza i spokój. Wtedy była jeszcze z nami Awa, sznaucerka olbrzymka i dwa koty, czarno-biały Cichosza i szarobury Pędzel.
A Pędzla rok wcześniej znaleźliśmy umierającego właśnie na parkingu przy zachodniej plaży, ale to osobna historia.
Tak więc spędzaliśmy wakacje nad Bałtykiem. Długie wakacje, cudowne siedem tygodni spacerów po plaży i zbierania grzybów ( bo jesteśmy maniakami grzybobrania,…no dobra, przede wszystkim ja jestem, ale męża zaraziłam tą pasją). A ponieważ już od jakiegoś czasu marzyło nam się znalezienie nowego miejsca na ziemi ( bo szczerze nie lubiliśmy wielkiego miasta), w tym roku postanowiliśmy rozejrzeć się i poszukać siedliska, działki czy kawałka lasu do kupienia i osiedlenia się „na stare lata”.
Okazało się, że marzenia muszą pozostać w tej sferze, bo wszystkie oferty były poza naszym zasięgiem finansowym, a – przy okazji – zorientowaliśmy się jak tamtejsze społeczności niechętne są nowym osiedleńcom, traktując ich od razu w kategoriach zagrożenia własnych interesów. A to nie nasza bajka. Obydwoje mamy taki układ współczulny, ze bardzo źle funkcjonujemy w atmosferze podejrzliwości, zawiści, zazdrości.
Któregoś wieczoru Jacek, mój mąż, nie mówiąc mi nawet o zmianie kierunku poszukiwań, wpisał w wyszukiwarkę: działka nad jeziorem. Zadzwonił, umówił się, a potem powiedział, ze zabiera mnie na wycieczkę. Był koniec października, mżyło i padało na zmianę. Nie byłam zadowolona, wydusiłam z Jacka wreszcie, że jedziemy zobaczyć działkę nad jeziorem na Warmii, że to ponad 200 km. Ale jakoś w okolicach Grudziądza zaczęło się robić interesująco. Nigdy wcześniej nie byłam na Warmii; za Mazurach oczywiście tak, Kujawy, Bory Tucholskie zjeździłam jeszcze w dzieciństwie, Kaszuby też trochę znałam, Pomorze znakomicie, ale Warmię – nie. A przecież zjeździliśmy z Jackiem prawie całą Polskę, bo on jest scenografem i często towarzyszyłam mu podczas dokumentacji do filmów.
Znaleźliśmy się nagle wśród pagórków przetykanych lasami i jeziorami. No i otworzyło się niebo… to znaczy przestrzeń. Skończyły się ciasno zabudowane wsie wzdłuż drogi, właściwie jedna przechodząca w drugą, jak w środkowej Polsce, a kiedy byliśmy na górce, to było widać het… No pięknie! Na szczęście lubię jesień i deszcz. Uzależnionym od słońca pewnie aura odebrałaby możliwość takiej oceny rzeczywistości. Ale mnie to nie przeszkadzało, podziwiałam widoki.
Dojazd nie był łatwy, ale pan Andrzej wyjaśnił Jackowi przez telefon jak powinien szukać drogi, no a mąż, jako stary wyjadacz w poszukiwaniach terenowych, trafił bez specjalnych problemów. Tylko raz musieliśmy pytać gdzie skręcić w polną już drogę, bo kierunkowskazów to tu nie ma zbyt wiele. Jak mówi Jacek – boją się Niemca.
Dojechaliśmy do wsi, a potem jeszcze przez las dwa kilometry i już jest ten przysiółek, a na jego granicy, pod lasem – stara chałupa, zatopiona prawie całkowicie w wysokich trawach, krzewach i drzewach, widać, że od dawna nikt tu nie mieszkał.