owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

WIARA

1 komentarz

WIARA

Jeszcze w styczniu mieliśmy pierwsze spotkanie z księdzem. W mieście jest inaczej, ale tu ksiądz chodzi po kolędzie nawet naraz po świętach. A w naszej wsi jest tradycja, ze co roku inny gospodarz obwozi księdza z ministrantami po wszystkich gospodarstwach i  potem częstuje ich obiadem, a czasem jeszcze inny gospodarz zaprasza na kawę z ciastem. Tym razem księdza woził Marcin, Malwina szykowała obiad, a kawa miała być u nas. Uszyłam specjalny obrus, bo wiedziałam, że to dla Jacka ważne.
Z sąsiadami wyliczyliśmy, że kolęda miała się zakończyć koło  dwunastej, obiad u Marcinów z godzinę, a potem do nas. Ponieważ jednak nie chciałam aby koty przespacerowały się po jasnym obrusie, wszystko czekało złożone z boku, a Malwina miała do nas zadzwonić, kiedy ksiądz do niej przyjedzie, to będziemy mieli czas rozłożyć i przebrać się.
Malwina zadzwoniła koło dwunastej, ale  – jako młoda gospodyni – tak się zestresowała, biedna, że zadzwoniła dopiero kiedy ksiądz od niej wyjeżdżał, a to oznaczało, że w chwili gdy odkładaliśmy słuchawkę ksiądz wjeżdżał na podwórko. Wpadliśmy w popłoch. Jacek zaczął przebierać spodnie , a ja zdążyłam narzucić obrus na stół i postawić świece . Ministranci z księdzem  weszli do domu kiedy  Jacek nie dokończył  jeszcze zakładać koszuli. Ale ksiądz poczekał cierpliwie, sam zapalił świece, a potem odbyło się tradycyjnie. Ksiądz poświęcił nasz dom.
Jestem buddystką, wiec stałam z tyłu, ale gdy doszło do całowania krzyża, powiedziałam księdzu, że nie jestem katoliczką, a on nadzwyczaj spokojnie przeszedł nad tym do porządku dziennego. Potem była kawa, ciasto i interesująca rozmowa. Normalnie i sympatycznie. Okazało się, że ksiądz Kostka pracuje w tej parafii już piętnaście lat, a jest solidnie wykształcony i zna kilka języków. Jest też miłośnikiem opery i operetki,  czym nie mogliśmy go uraczyć, bo sami nie słuchamy takiej muzyki. Ksiądz opowiedział też o Sanktuarium Maryjnym w pobliskim  Strunowie, gdzie raz do roku odbywa się odpust, a dwa razy w miesiącu msze z ojcem egzorcystą.
Od Malwiny dowiedzieliśmy się, że te msze nazywa się tu odrobaczaniem i podobno ludzie przewracają się pod naporem mocy oczyszczającej egzorcysty. Nie kwestionuję jego mocy, ale sądzę, że dla nich to taka terapia. Sami we własnych sumieniach dokonują rachunku i ewentualne poczucie winy  każe im upaść  przed księdzem.
Bo tutejsi ludzie mają w kościach zasady wiary. Dawno nie słyszałam tak żarliwych śpiewów, jak tu na odpuście – to nie było żadne zawodzenie i fałszowanie, oni śpiewają czystymi głosami, z takim zaangażowaniem, że ciarki chodzą po skórze. To jest jak nasza mantra, na pewno niesie dobrą energię.

Dla mnie nieistotna jest religia jako przynależność do grupy, a tylko liczy się czy ona prowadzi w dobrą stronę. Nie jest ważne czy to katolicyzm, judaizm, shinto czy hinduizm, istotne by człowiek  starał się być lepszy, walczył ze swoimi słabościami, nie krzywdził, nie zadawał bólu i nie niszczył świata.
 Bardzo przekonuje mnie śpiewany w  kilku językach tekst piosenki The Klezmatics : „I ain’t affraid of your churches, I ain’t affraid of your tamples, I ain’t affraid of your praying, I am affraid of what you’re doing in the name of your God”.
W Chrześcijaństwie nie odpowiada mi antropocentryczny stosunek do świata. Buddyzm jest mi bliższy. Ale staram się nie oceniać innych i szanować ich wiarę, odrębność i tradycję. Każdy ma prawo wybrać drogę do boga, do mądrości do tajemnicy życia, jakkolwiek by to nazywać, chodzi o najwyższą wartość.
Miałam trochę obaw, że w takim zaściankowym środowisku moja odmienność religijna zostanie źle odebrana. I mile się rozczarowałam. Nasi sąsiedzi, którzy przestrzegają zasad swojej wiary w nie wynaturzonej jej wersji, są tolerancyjni. W naszej wsi mieszka jeszcze pani Zosia, Świadek Jehowy i nikt o niej złego słowa nie powie.
Ale, mam wrażenie, że dopiero po kolędzie naprawdę zostaliśmy przyjęci do tutejszej społeczności jako rodzina. Wizyta księdza była pewnego rodzaju egzaminem,  zaś pojawienie się Jacka w kościele  – w oczach sąsiadów – wprowadziło nasze życie na właściwe tory.  A, jak mówi Jacek, uśmiech babci Władki – bezcenne!


Nie znaczy to, że tu mieszkają anioły, o nie! Najpaskudniejszą przywarą jest tu plotkowanie. Do nas zbyt wiele nie dochodzi, ale czasem słyszymy, jakie głupoty ludzie wygadują. Chyba z nudów. Jak mówi Malwina, niech już będzie ta wiosna, to nie będą mieli czasu wymyślać.

Jeszcze kilkakrotnie spotykaliśmy się z księdzem Kostką na pogaduchy przy kolacji i był to naprawdę interesujący człowiek.  Jest Kaszubem, a jego matka  Niemką, która jako dziecko nie odpłynęła z rodziną po wojnie  z Gdańska do Niemiec, bo się rozchorowała. Rodzina zostawiła ją u znajomej Polki, by wydobrzała, a sami, razem z dziesięcioma tysiącami innych uchodźców wsiedli na statek Gustloff i, po storpedowaniu Gustloffa przez okręt radziecki, wszyscy zginęli. A matka księdza, która przyszła z opiekunką pożegnać się z rodziną do portu w Gdyni,  widziała płonący na redzie statek.
 Podobno, jak podają Wikimedia, „storpedowanie jednostki pomocniczej, idącej w konwoju, było jednak całkowicie zgodne z prawem wojennym, a konkretnie z układem londyńskim z 1936 roku, regulującym zasady prowadzenia wojny podwodnej”. Jak widać, historia nie jest łaskawa dla żadnej z ofiar, bez względu na narodowość.

Pod koniec zeszłego roku ksiądz Kostka odszedł na emeryturę. Teraz mamy młodego, pełnego zapału proboszcza, który przyszedł tu z miasta i też jest zaskoczony prawdziwością wiary i pobożnością mieszkańców.

 

ZWIERZYNIEC

Na podwórku przybywało nam stołowników. Całe stada ptaków przylatywały pod jabłonki. A ja skrzętnie jesienią sprzątnęłam resztki opadłych owoców, co – jak mi potem powiedział Witek – było błędem, bo tutejsze ptaki od, zawsze przylatywały zimą do sadów na wyżerkę, a do wiosny nie było już śladu po opadłych owocach. Zjawiły się też  sikorki bogatki i modre, powiesiliśmy więc słoninę i nasypaliśmy ziarno ze słonecznikiem do butelek-karmników. A potem pojawiły się jeszcze trznadle, dzwońce, drozdy, jemiołuszki, pierwiosnki, tęgodzioby, oczywiście kosy, sójki, ale i dzięcioły, które gustują w słoninie tak samo jak sikory. Mamy tu jeszcze jerzyki, jaskółki, wrony siwe, prawdziwe kruki,  bociany, żurawie, na jeziorze łabędzie i czaple siwe, błotniaki, kanie, a nad naszym domem orły bieliki uczą latać młode. Ależ to jest widok!

To ptasi raj! Na lato przylatuje wiele jeszcze innych gatunków, ale nie ujawniają się same, bo od człowieka nie potrzebują niczego, prócz spokoju i budują gniazda w pobliskich zaroślach, trzcinach i  na drzewach. Tylko czasami mój szanowny kotek przynosi mi w darze jakiegoś martwego biedaka.

Witek mówi, że teraz na jeziorze jest mało ptaków, że kiedyś to na wiosnę tu po prostu był hałas, ale jest za dużo lisów, no i, niestety, mamy tu norkę amerykańską, gatunek o morderczych skłonnościach.  Norka amerykańska uciekła z hodowli i jako gatunek znakomicie zaaklimatyzowała się w tutejszych warunkach, bo właściwie nie ma wroga.  Poluje zarówno na lądzie, w wodzie, jak i na drzewach. Nie ma więc przed nią ucieczki. Niszczy jaja ptakom, zagryza młode. Jest naprawdę agresywna i zabija nie tylko z głodu. Czytałam kiedyś, że w parku zoologicznym pod Łebą w jedną noc potrafiła  zamordować pięćdziesiąt ptaków ozdobnych. U nas też źle się zasłużyła się, bo w nocy u sąsiada pozagryzała  śpiące w szopie młode koty i kilka kur. Nie widziałam jej jeszcze na oczy, ale zła sława ją wyprzedza.

Nadmiar lisów ( a faktycznie sporo ich widuję, ale jakieś drobne) jest podobno przyczyną małej liczby zajęcy. Do nas przykicuje parka, codziennie teraz widzę ślady na śniegu, a na wiosnę to obserwowaliśmy jak się ganiają w miłosnym zapędzie – wtedy są tak sobą zajęte, ze nasze towarzystwo im nie przeszkadza.

Codziennie wieczorem nawiedzają nasze pole sarny, nad jeziorem drogę wydeptują jelenie, a młode dziki, jak nam powiedział leśnik, buchtują na łące przed  jeziorem. Napisałam: leśnik, a tu się mówi „leśny”, tak jak na pana listonosza mówi się „listowy”. Bardzo nam się to podoba.

A na podwórku pojawiły się też dwie kotki. Jedną nazwaliśmy Lanserka, bo tak pięknie prezentowała się na parapecie, mizdrząc się i miaucząc przymilnie, acz donośnie. Czarna z białą mordką i zielonymi oczami. Piękna! To na pewno była kotka domowa, bo jak tylko miała sposobność, to wpadała do domu i robiła czystkę w miskach naszych kotów. A one ją tolerowały, bo baba.

Chociaż to nie jest takie oczywiste u kotów. Z lasu przywędrowała  do nas tamtej zimy  inna kotka; nazwaliśmy ja Składak, bo była dziwnie zbudowana. Czarna, puchata, z białymi łapkami, ale ogon miała rudy i łysawy, jakby doklejony od innego zwierzaka. Pędzel, jak tylko ją wyczuł za płotem, prychał i rzucał się na siatkę, a Cichosza przeganiał ją nawet za płotem. No nie była w ich typie i już. A kotka była młoda i milutka, ale bardzo płochliwa. Zjadała postawione w misce jedzonko, ale pogłaskać mogłam ją tylko kiedy piła mleko. Zresztą nie starałam się zbytnio jej oswajać, bo wiadomo było, że więcej kotów mieć nie możemy. Ale było mi jej szkoda, bo siedziała tak za domem na deskach, jakby to był kiedyś jej azyl. Może nawet tu się urodziła, kiedy jeszcze chałupa prawie stała otworem. Dlatego zbudowałam jej domek ze styropianu, wyłożyłam sianem i postawiliśmy go pod deskami od południowej strony. Skwapliwie z niego skorzystała i cały czas siedziała tam, ledwie widoczna, tylko ten nasz cholernik Cichosza podchodził i bił ją, a wtedy uciekała w pobliskie krzaki.

Od czasu do czasu nawiedzał nas jeszcze czarno-biały kocur. Ponieważ pojawił się razem ze Składakiem, myśleliśmy że to kotka, a ponieważ miała biały pasek na nosie, dostała imię Strzałka. Ale jak nam obsikała samochód, to już wiedzieliśmy, że to kocur i został Szczałek.  Jacek jest uczulony na zapach moczu nie kastrowanego kota. Staraliśmy się  więc go przeganiać, ale, o dziwo, Pędzel siadywał  z nim w komitywie i nie wykazywał żadnych skłonności do agresji. Za to Cichosza go gonił, no i tak pod wiosnę doszło do bitwy – Szczałek rozdarł Cichoszkowi ucho, ale został przepędzony.

ZIMA 2012

Po wymianie okien  i drzwi w domu zrobiło się ciepło. A  tyle prac w domu  było do zrobienia, a  i w ogrodzie  nie było widać końca roboty. Pieliłam, kopałam, siałam trawę, sadziłam, przesadzałam, obcinałam suche gałęzie, przycinałam krzewy, no i przecież trzeba było zdążyć do lasu na grzyby, a tu dzień coraz krótszy.

Listopad też okazał się ciepły, więc zdecydowaliśmy się jeszcze zostać, a w grudniu już wiedzieliśmy, że nie wrócimy  do żadnego miasta. Pojechaliśmy tylko na chwilę żeby spędzić  święta z mamą.

Jacek z Tymonem opatulili jeszcze strych wełną mineralną, zrobili ocieplenie domku-łazienki, wstawiliśmy tam olejak i dzielnie kąpaliśmy się w temperaturze około piętnastu stopni. I było to fantastycznie pobudzające. Najgorszy moment to było zdjęcie ubrania, potem pod gorący prysznic – bosko! Namiastka sauny. A jak się wychodziło w szlafroku, to przejście do domu nie robiło już żadnego wrażenia, chyba że był silny wiatr. Tylko deska była trochę zimna…

W styczniu pojawiły się śniegi  i mróz. Czasem temperatura spadała do minus dwudziestu pięciu stopni, a my dalej korzystaliśmy z naszej oryginalnej łazienki, tylko czasami klapki przymarzały po drodze do ziemi. Trzeba było pamiętać, by na noc przestawić piecyk pod rury, aby woda w nocy nie zamarzła.

Jacek zaczął coś na boku rysować, gadał z sąsiadami, aż oświadczył mi, że jednak wybudujemy łazienkę w domu. Zaplanował zabudowę części gospodarczej tak, że powstała łazienka i mały pokój do pracy. No i zaczęło się, Jacek zaprosił dwóch sąsiadów do pomocy, czasem dojeżdżał też Tymek. Pobliska hurtownia przywoziła duże elementy budowlane, a po drobiazgi sama jeździłam, bo przecież, jak zwykle, zawsze czegoś brakowało. Przy okazji zbierałam informacje na temat tutejszych fachowców od budowy domów. No i gotowałam, bo w części gospodarczej było bardzo zimno i chociaż ciepłym jedzeniem, herbatą z cytryną, grzanym piwem starałam się ochronić chłopaków przed  przeziębieniem.

Pracowali razem przez miesiąc, a w lutym, już tylko we dwoje, zajęliśmy się wykończeniówką.

TYMON

1 komentarz

Robiło się coraz chłodniej. Ale tak nam się tu tak podobało, że nie chcieliśmy jeszcze wracać do miasta. Kominek grzał pełna parą. Nawiasem mówiąc, dopiero tu dowiedziałam się, że w takim piecu można palić jedynie drewnem z drzew liściastych. Podobno żywica z sosny czy świerku raz-dwa zakleja piec i komin, co trudno usunąć i  można się spodziewać ognia w samym kominie, a to nic dobrego, bo komin może odfrunąć. Dlatego też jeszcze przed uruchomieniem pieca wezwaliśmy kominiarza, bardzo sympatycznego pana w czarnym mundurku, który nie podaje ręki ( z wiadomych względów), ale pięknie udrażnia kominy.

O właśnie! Tutaj kobietom w ogóle nie podaje się ręki. Mężczyźni  witają się uściskiem dłoni, ale babom tylko mówią dzień dobry. Nie mam pojęcia dlaczego i nikt nie był mi w stanie tego wyjaśnić. Tak jest i już, jak śpiewa poeta.

Piecyk grzał więc pięknie, ale z mizernym dla nas skutkiem, ponieważ okna w domu były w opłakanym stanie – pojedyncze, wypaczone, z dziurawymi futrynami i dyktą zamiast części szyb. Postanowiliśmy więc poszukać jakichś tanich okien plastikowych.

W okolicy jest kilka fabryczek okien i drzwi. A w jednej z nich niespodzianka! Stoją piękne białe drewniane okna z tradycyjnymi podziałami w cenie plastikowych. Podobno pan kierownik pomylił się w wymiarach, a  zrobili  ich trzynaście dla starej szkoły i tak stoją czekając na amatora. W ten sposób kupiliśmy okna już do całego planowanego domu. Poszczęściło się nam, a okna okazały się dobrze izolujące i porządnie wykonane.

W czasie zakładania monter opowiedział nam historyjkę. Wymienił gospodarzowi okna w domu. Na drugi dzień matka gospodarza siedzi smutna i mówi:

-         Wiesz, synuś, chyba ogłuchłam.

-         A dlaczego, mamo?

-         Bo psa nie słyszę…

No i faktycznie, nie słychać ani psa, ani traktora.

Zanim to do mnie dotarło, mało nie dostałam zawału, kiedy któregoś ranka stałam przy oknie pochylona nad miskami kotów, a Tymek stuknął w szybę tuż

przy mojej głowie. Przyjechał dużym ciężarowym samochodem, a ja go nie usłyszałam.

Tymon mieszka pod Poznaniem, ale wpada czasami aby nam pomóc w remoncie. Kiedyś pracował z Jackiem i tak się zaprzyjaźniliśmy. Jest wysokim, przystojnym, odpowiedzialnym  trzydziestoparolatkiem.  I jest dobrze wychowany, co dziś naprawdę jest rzadkością.

Tymon był akurat po przejściach, bo przytrafiła mu się niewiarygodna wręcz historia.  Wracał do domu z grilla od znajomych. Piechotą, bo to niedaleko, a przecież pił. Na drodze zatrzymał się motocykl i koleś zaproponował, że go podwiezie kawałek. Tymon wsiadł, ale paręset metrów dalej zostali zatrzymani przez policjantów. Okazało się, że motocyklista był po alkoholu. A Tymon też był bez dokumentów, a chcieli niego zrobić świadka, zabrali więc ich obu na komisariat. Siedział Tymek ze dwie godziny i nic się nie działo. W końcu zapytał czy jest o coś oskarżony, bo jak nie, to wychodzi. Wstał i ruszył do drzwi. Nooo, wtedy panowie policjanci przypomnieli sobie scenariusze amerykańskich seriali i rzucili się do niego z łapami i wyzwiskami: „ty s… itd.” A Tymon jest naprawdę wielki, za to jeden z policjantów był nieduży ( i pewnie to go rozjuszyło), więc jak doszło do szarpaniny, policjantowi okulary spadły i

się potłukły. Wtedy jeszcze dwóch rzuciło się na pomoc koledze, w końcu skuli Tymka i wsadzili do celi. Tymon, przytomnie, starał się robić sobie zdjęcia komórką, bo pokiereszowali mu twarz ( ale potem zabrali mu telefon i wykasowali zdjęcia). Siedział kolejne godziny i chciało mu się pić. Prosił głośno o wodę – nic. Jeszcze raz – brak reakcji. A ponieważ jest bardzo rozgarniętym chłopcem, znalazł w necie numer telefonu do tego komisariatu i zadzwonił, prosząc o wodę. Zindyczyli się panowie władza. Z policjantami był też strażnik miejski i to on właśnie przyszedł do Tymona z kubkiem wody. Podszedł do kraty, a kiedy Tymon wyciągnął rękę, chlusnął mu wodą w twarz z tekstem: „Masz wodę!|” Ten koleś też naoglądał się kiepskich filmów i byłoby to zabawne, gdyby pozostało w sferze ruchomych obrazów. A tu mamy dwa tysiące jedenasty rok w wolnej Polsce…

Tymon oczywiście się wściekł, podskoczył do kraty, złapał  i szarpnął, a … krata została mu w rękach. No, teraz to panowie już wezwali antyterrorystów, a Ci bardzo szybko się zjawili i zrobili z Tymona kotlet. Oczywiście bili go skutego, bo jak by inaczej.

Gdyby nie to, ze znam człowieka, nie mogłabym uwierzyć, że w naszej rzeczywistości mogą się dziać takie rzeczy. Później widzieliśmy w telewizji reportaż o podobnych szeryfach, ale wtedy nie mogłam się otrząsnąć. To po co była ta cała zmiana ustrojowa? Kiedy my byliśmy młodzi, wiadomo było, że milicja to wróg i wszystkiego się można spodziewać, jak się trafi na dołek, a powiedzenie „na władzę nie poradzę” dobrze oddawało stan faktyczny. Do dzisiaj się we mnie gotuje, jak o tym myślę, a panowie władza pozostali bezkarni.

Rano zabrali Tymona do prokuratora. Nie dali mu szansy na jakąkolwiek poradę prawną, zarzut – naruszenie cielesności funkcjonariusza na służbie i obraza munduru.

-         „Uderzył pan policjanta?”

-         „Uderzyłem, ale w samoobronie”

-       „To nie ma znaczenia, jak się pan zgodzi na dobrowolne przyznanie do winy, dostanie pan trzy lata w zawieszeniu. Inaczej do pierdla na

          pięć lat”.

No i Tymon podpisał. A potem byli prawnicy, próby ugody, proces, w końcu dostał dwa lata w zawieszeniu, a policjanci dalej pracują. Widać nie ma takiego systemu, który mógłby nas naprawdę ochronić przed zwyrodnialcami, których na pewno  sporo trafia do tego zawodu. A, jak wiadomo, prawo jest dla prawników. Właśnie prawnik wytłumaczył nam, ze Tymon powinien siedzieć grzecznie aż by go sami wypuścili, ewentualnie dać się pobić, a potem wytoczyć im proces, pod warunkiem  jeszcze, że miałby świadków. No Super!

No i wtedy, jak do nas przyjechał, miał dozór. Po trzech dniach musiał więc gnać do  Poznania. Ale przyjeżdżał jeszcze kilka razy i pomógł nam w najcięższych pracach, za co jesteśmy mu wdzięczni.

Ale przy tej okazji wspomniałam o batalii przez telefon… To nasze utrapienie. Od początku  w naszym siedlisku nie było zasięgu. Obydwoje mieliśmy telefony w Plusie, ale rozmawiać z nich można było tylko stojąc w jednym miejscu przy płocie, a i to nie zawsze. Swoje rozmowy z dyrekcją marketów odbywałam więc na pobliskiej górce, przy czym jednorazowo nie udawało mi się zamienić więcej niż jedno zdanie. No a o internecie mobilnym w Plusie mogliśmy w ogóle zapomnieć. Żeby odebrać pocztę musieliśmy jechać z laptopem  ze dwa kilometry samochodem.

Słaliśmy więc monity i zapytania do naszego operatora komórkowego, do narodowego operatora telefonii stacjonarnej, łudząc się, że  – skoro po drugiej stronie drogi sąsiedzi mają telefon z neostradą, to jaki to problem podać ten sygnał kablem jeszcze sto metrów. Ale okazało się, że problem. Do sąsiadów położyli tylko jeden kabel, a i tak centralka nie wytrzymałaby już żadnego nowego abonenta.

Byliśmy klientami Plusa  od czternastu lat, ale teraz mieli nas w nosie. Nawet po interwencji UKE, do którego się zwróciliśmy o mediację, stwierdzili, że nie interesuje ich czy możemy korzystać z tej sieci w nowym miejscu zamieszkania, bo oni mają w  regulaminie, że będą realizować usługę w ramach możliwości technicznych ( fajny patent!). Na mediację się nie zgodzili i tyle. Musieliśmy jeszcze zapłacić karę za zerwanie umowy.

Była późna jesień i trudno było stać pod płotem w kapciach, kiedy ktoś zadzwonił. Telefony załatwialiśmy głównie zbierając grzyby ( w lesie był lepszy sygnał niż u nas), a maile słaliśmy z samochodu po drodze.

Sprawdziliśmy inne sieci i właściwie żadna nie działa tu dobrze. Wybraliśmy najlepszą  z możliwych, ale nadal mamy pływający sygnał telefoniczny( zrywanie połączeń, jąkanie, nakładanie się słów, echo,  itd.). A internet raz jest, a raz go nie ma,  o oglądaniu filmików możemy tylko pomarzyć. Codziennie dostajemy lekcję cierpliwości. To jest cena za lepsze życie.

Myśleliśmy, że ratunkiem może być tak nagłaśniany internet szerokopasmowy na terenach wiejskich. Tyle się czyta o programie wyrównywania szans za pieniądze unijne. Są specjalne dotacje na restrukturyzację wsi poprzez zakładanie mikroprzedsiębiorstw, w tym działających w sieci. To wszystko bajki. Mam wrażenie, że korzyści z tego mają tylko osoby czy instytucje, które tworzą te programy na papierze. Tak naprawdę realizacja projektów nikogo już nie interesuje.

Podobnie zresztą jak los pracowników po pięćdziesiątce. Tu też program goni program, wrzawa medialna, przez cały rok hasło pięćdziesiąt plus jest po wielokroć powtarzane przez naszych złotoustych polityków, ale kompletnie nic z tego nie wynika. Nie mówię tego bezpodstawnie, bo sprawdziłam jak to działa, kiedy chciałam skorzystać z jakiegoś programu czy dotacji. Dużo zadrukowanego papieru i jakiś departament senioralny w ministerstwie – to tyle. A najśmieszniejsze, że przy tworzeniu owych programów byli zaangażowani głównie młodzi ludzie i to oni tak naprawdę odnieśli korzyści. Żadnemu mądrali nie przyszło do głowy, że może już przy tworzeniu zarysu pomocy, można było dać zarobić tym , do których ta pomoc miała być skierowana, nie mówiąc o tym, że tak zwani seniorzy  ( nie wiem dlaczego będąc w tym wieku nie czuję się seniorką!) sami chyba by lepiej wiedzieli co im potrzeba. Jest  – jak zawsze. Ktoś się pewnie zdoktoryzował, kogoś poklepali, a inny dostał nagrodę i wszyscy zadowoleni. Nikt się nawet nie zająknie jakie te programy przyniosły wymierne korzyści. Chętnie zobaczyłabym jakieś statystyki. Podobno tylko dwadzieścia osiem procent ludzi po pięćdziesiątce jest w Polsce zatrudnionych na etacie. No i kogo to obchodzi?

 

JESIEŃ 2011

We wrześniu mieliśmy robotę w mieście. Ale zaraz po niej przyjechaliśmy, mając w zamiarach posunięcie robót  w domu i zabezpieczenie go na zimę, po czy mieliśmy wrócić tu dopiero na wiosnę i rozpocząć budowę.

W międzyczasie złożyliśmy już wniosek o warunki zabudowy, a nasz przyjaciel architekt zaczął przetwarzać projekt Jacka na projekt prawem wymagany. W planach mieliśmy nasz „wymarzony” i budynek gospodarczy.

Jacek dokończył instalacje elektryczną, doprowadził wodę do kuchni i łazienki ( oczywiście w tym czasie domek-łazienka miała już dach). No i  ogrodziliśmy kawałek terenu, aby Pędzel mógł odzyskać wolność. Bardzo był zadowolony i szybko wydeptał ścieżkę wzdłuż płotu, do dziś zachowuje się jak kot stróżujący.

Postanowiliśmy też kupić kozę, bo wieczorami robiło się zimno.

Pojechaliśmy do marketu w Toruniu, gdzie, jak informowano na stronie internetowej, miały być kozy, to znaczy  żeliwne kominki wolnostojące, o obiecującej nazwie Samson, w przyzwoitej cenie. Strona zapewniała, że to produkt polski i to nas przekonało. Ale  okazało się, w tym markecie cała dostawa Samsonów spadła z palety i się porozbijała. Żeliwo może pękać po uderzeniu. Myśleliśmy – pech. Ale pracownicy wysłali nas do Bydgoszczy, gdzie  Samson na nas czekał. Kupiliśmy rury, uszczelniacze, podstawę, wszystko co nam zasugerował pracownik. Panowie wpakowali nam to osiemdziesięciokilowe cudo do bagażnika i pojechaliśmy do domu.

Bardzo z siebie zadowoleni wytargaliśmy kozę z auta i ustawiliśmy na miejscu. Następnego dnia Jacek miał  montować rury, a drewno już czekało.

Witek wpadł do nas na herbatę. Chwalimy się naszym nabytkiem, a on kiwa ze zrozumieniem głową, potem jeszcze kiwa i  głowę przekrzywia, a po jakimś czasie podchodzi, otwiera drzwiczki piecyka i mówi: „ale tu jest ułamany uchwyt”. Zmroziło nas, ale miał absolutną rację.

Takie kozy są składane z dwóch lub więcej odlewów żeliwnych, które łączone są na specjalne śruby, ale te śruby musza się znaleźć w odpowiednich „łapkach”, a tu jedna łapka wyparowała i śruba była przekrzywiona, przez co piecyk nie byłby szczelny. No mieliśmy szczęście, ze Witek to zauważył. Ma oko.

No, a potem – mówiąc w skrócie – odbyłam tygodniową walkę telefoniczną z kierownictwami marketu, a na końcu ustaliliśmy, że pojedziemy do… Gdańska, a tam nam piec wymienią.

Znowu załadowaliśmy grzmota do samochodu i  w drogę. Przyjeżdżamy do marketu. Tak, już wszystko na nas czeka, ale miły pracownik mówi: „no tak, bo to chiński chłam”. No to my na baczność! Jak to – pytamy, przecież piszecie, ze polski. „ W Polsce są tylko skręcane. Odlewy – chińskie”, mówi nasz informator.

Skończyło się na tym, że zarekomendował nam piec francuski, dużo pojemniejszy, co prawda tylko na drewno, ale za to ładniejszy i nowocześniejszy w formie. Naprawdę jesteśmy z niego zadowoleni. Mamy już za sobą dwie zimy i nie zmarzliśmy nawet przy dwudziestopięciostopniowych mrozach. Widocznie tak miało być.

 

Za  to piękną historię z kotem  przeżyła nasza sąsiadka Malwina, żona Marcina, o którym już opowiadałam. To jest młode, nowoczesne małżeństwo, mają czteroletniego synka Adasia. Obydwoje wychowali się na wsi i zwierzęta traktowali jako naturalnych kompanów, ale na podwórku. Jak wszyscy tutaj, byli niezmiernie zdziwieni ( i pewnie oburzeni, ale nie dali tego poznać po sobie), kiedy zobaczyli, że nasze koty, nie dość że są w domu, to jeszcze buszują po stole.

Marcin często wyjeżdża do pracy za granicę, bo tutaj nie ma pracy. Bezrobocie w naszym powiecie osiągnęło w tym roku poziom dwudziestu pięciu procent.

A młodzi musieli wyremontować dom po babci, wzięli więc kredyt, no i teraz go spłacają ( płaczą i spłacają , ale też sobie obiecują, ze nigdy więcej…). Jeździ więc Marcin do Skandynawii i zarabia na kredyt i na życie. A Malwina opiekuje się Adasiem i cały czas próbuje znaleźć jakąś dodatkową pracę, bo wie, że długo nie wytrzymają takiego trybu życia – Adaś rośnie i coraz bardziej potrzebuje ojca, a małżeństwu to też nie służy. Szczególnie że – jak wiem z opowieści wyjeżdżających chłopaków – po robocie siadają przy piwie i wymyślają, co też te ich baby robią jako  słomiane wdowy. To jest trucizna, którą sami sobie dolewają do piwa. Potem wyobraźnia działa i sprawdzają żony telefonami o różnych porach, a nie daj boże żeby jej w domu nie zastali… A te żony, urobione po uszy, obciążone najczęściej kilkoma dzieciakami, teściami, rodzicami, marzą tylko aby on już wrócił, to może uda się raz pospać dłużej.

Tym razem Marcin wrócił kilka dni przed wigilią. Zima dopisała, śniegu dość, mrozy solidne, a jeszcze wiatr taki wyje za oknem, …  ale nawet przez ten wiatr Malwina usłyszała przeraźliwe miauczenie pod drzwiami. Otworzyła drzwi, a tam stoi piękny rudo-biały kot z zielonymi oczami i przeraźliwie się drze, licząc że wzbudzi litość. No to ugięła się, wpuściła, nakarmiła, pozwoliła się ogrzać. A kot, jakby tam zawsze mieszkał, natychmiast docenił  podgrzewaną podłogę i zachowywał się przymilnie, próbując też zauroczyć Marcina. Był wieczór w przeddzień wigilii.

Malwina, za mrukliwym przyzwoleniem Marcina,  postanowiła zatrzymać kota, ale wiedziała, że na Święta pojadą na dwa dni do sąsiedniej wsi i nie mogą go zostawić samego. Zresztą nie miała ani kuwety, ani żwirku.  Zabrała go więc do Reni i poprosiła, by przechowała go przez te dni w szopie.

Wydawało się, że sytuacja opanowana, ale kiedy wróciła do domu, pod drzwiami znów rozległo się maaau. Rudzielec wrócił jak bumerang. No i został. Dostał na imię Mikołaj, a Adaś był zachwycony kiedy zobaczył  rano kotka, którego przyniósł Święty Mikołaj. Są teraz kumplami, a rudzielec  okazał się nadzwyczajnie łagodny i spokojny,  cierpliwie znosi wszystkie, czasami zbyt gwałtowne, przytulanki Adasia i koncerty pisków.

Nasze Chmurowo liczy dziewięć dymów, ale gospodarstwa są od siebie oddalone. Znamy wszystkich sąsiadów, ale po tej stronie  górki jakoś znamy się bardziej. Obok nas mieszkają jeszcze Lidka i Piotrek, ale oni na razie tylko czasowo, bo jak dotąd  swój dom traktują jako letni.

Obydwoje piękni. Ona w typie Mii Farrow, szczupła, zgrabna z gładką młodziutką twarzą, on – brunecik przystojniaczek, ale luzak. Mieszkają w Warszawie, a przyjeżdżają tu na wypoczynek. I też uwielbiają to miejsce. Znaleźli je osiem lat temu, postawili drewniany dom i pięknie zagospodarowali otoczenie. Z przyjemnością korzystamy z tego widoku.

SĄSIEDZI

Czarna kotka wpadała do nas, ale na stałe mieszkała u sąsiadów po drugiej stronie drogi, Reni i Witka.

Od początku zorientowaliśmy się, że trafili się nam sąsiedzi najlepsi z możliwych. Szybko się o tym przekonaliśmy. Nie raz już ratowali nam tyłek, opiekowali zwierzakami, gdy musieliśmy wyjechać, palili w piecu, byśmy mieli ciepło po przyjeździe. Nie mówiąc już o kopalni wiedzy i doświadczenia, które my, nuworysze chłoniemy jak gąbka.

Renia i Witek sa rolnikami, hodują krowy na mleko, kury dla jajek, uprawiają ziemię i, wierzcie mi, ni jest to łatwy kawałek chleba. Oni nigdy nie mieli urlopu, nie wyjeżdżają na wycieczki, bo przecież inwentarz wymaga oprzątania, dojenia i karmienia dwa razy dziennie. Nawet kiedy trzeba jechać na pogrzeb gdzieś dalej, to jedno jedzie, a drugie zostaje na gospodarstwie.

Renia jest trzynaście lat młodsza od Witka, ale widać, że się kochają i szanują

( może inaczej to wygląda niż w mieście, gdzie bardziej liczą się pozory na pokaz,  a ściany mieszkań  często  widują smutniejsze obrazki). No i cały czas iskrzy miedzy nimi,  czuje się namiętność w ich relacjach.

Kiedy Renia jako babcia ( czterdziestoletnia babcia, he, he) pojechała opiekować się wnuczką do szpitala, to Witek tęsknił jak narzeczony…

A mają trzy córki – Basię, Karolinę i Mariannę. Basia wyszła już za mąż, co tu nie jest niczym niezwykłym. Rodzice się nie sprzeciwiali, ale postawili twardy warunek, że Basia musi zdać maturę i tak się stało. To zdolna dziewczyna. Urodziła zdrową córeczkę,  poszła na bal maturalny wiotka już jak gałązka, zdała maturę, a teraz studiuje zaocznie.

Młodzi mieszkają u Witków (  paternalistyczny model rodziny) z babcią, a teraz i prababcią Władką, która jest ostoją tradycji i wiary.  Taki tu zwyczaj, że rodziny są wielopokoleniowe. Nam się to podoba, bo widzimy jak sobie pomagają i jak wszystko naturalnie się toczy. Ale oczywiście to wszystko zależy od charakterów, a akurat ci sąsiedzi są wyjątkowi także dlatego, że mają liczną  rodzinę. Każda okazja to wielkie przyjęcie i naprawdę miło jest z nimi biesiadować, ponieważ potrafią świetnie się bawić.

To także jest dla nas kompletną nowością. W mieście nie do pomyślenia, a tu całkiem naturalne. Na imprezy -  imieniny, urodziny, z okazji świąt – oprócz rodziny zaprasza się też sąsiadów! Natomiast chrzciny są bardzo intymną uroczystością. Nawet do kościoła idą tylko zaproszone osoby. Za to stypę po pogrzebie może się zjawić każdy, kto przyszedł na pogrzeb, co często jest utrapieniem dla rodziny, nie mówiąc że kosztownym. No i butelki!

Tego zwyczaju nie znaliśmy wcześniej wcale. W przeddzień wesela chodzi się do panny młodej „na butelki”. Oczywiście narzeczony też tam jest. Dom i podwórko udekorowane. Jest muzyka,  tańce i  duuużo wódki. A goście przychodzą i tłuką butelki na podwórku – na szczęście! Tłuką o ziemię,  ściany i maszyny. Gospodarze są zadowoleni, jeśli uda się to zebrać w jednym miejscu, bo posprzątanie szkła po imprezie nie jest proste, a przecież wesele nazajutrz.

Na butelki może  czy przyjechać każdy, nawet kompletnie obcy, i zostanie ugoszczony.

U Witków mieszka sporo psów i kotów. Jak ich poznaliśmy, to mieli pięć piesków i tyleż kotów. Psy, nieduże kudłate kundelki, biegają luzem po gospodarstwie, są nakarmione, ale nie rozpieszczane. Może dlatego tak sobie cenią, gdy Renia je pogłaszcze w drodze do obory czy szopy. Powarkują wtedy na siebie z zazdrości, ale to nie jest groźne, bo przecież hierarchia stada jest ściśle ustalona. Tylko  Ciapek trafił na łańcuch ( ale długi), bo każdą wycieczkę kończył w kurniku sąsiadów, ale wygląda na całkiem zadowolonego i nawet czasami dzieli się jedzeniem z kotami. Tylko kości nie odda, bo to jego uwielbiane kąski.

A koty… Nigdy nie wiem ile ich aktualnie jest, bo tu rządzi natura.  Niestety, na wsi koty pracują – łowią myszy, nie można więc ich przekarmiać, ale też ich się nie sterylizuje, bo bardzo wiele , szczególnie kotek, ginie co roku pod kołami samochodów. Wszystko jest  zostawione naturze i kotki są w ciąży nawet trzy razy w roku.  Nic dziwnego, że tak krótko żyją. Kiedy powiedziałam, że koty w mieście żyją po osiemnaście lat, nie chcieli wierzyć. Tutaj „stara kotka” mówi się o pięcioletniej. No i na wiosnę kocury walczą do ostatniej krwi. Wychodzą wtedy z lasu tak zwane reproduktory – koty leśne, które mieszkają tam cały rok i  nawet w najgorsze mrozy  jakoś sobie radzą. Witek mówi, ze sypiają w paśnikach, zagrzebane w słomę pod śniegiem.

Czuję w sobie bunt przeciwko losowi tutejszych kotów, ale – z drugiej strony – obserwuję o ile  moje są szczęśliwsze, mogąc buszować w przyrodzie i polować zgodnie ze swoja naturą,  niż były w mieście. Mamy więc dylemat:  życie długie, ale nudne i ciekawe, pełne, ale krótkie. Nie potrafię tego rozstrzygnąć, i, na szczęście, nie ode mnie to zależy. A miałam już doświadczenia, jak tutaj kończy się interwencja człowieka w scenariusz natury.

Przychodził do nas taki starszy kot biało-czarny, którego Jacek nazwał Kotem w Czapce , bo wyglądał jakby na białą głowę założył głęboko na uszy czarny beret.  Nasze koty go przeganiały, a… no bo one i w tym względzie wróciły do natury. Choć są kastrowane, znaczą teren ( na szczęście bezzapachowo dla ludzi) i przeganiają intruzów. Ale na wiosnę Kot w Czapce został pobity przez inne kocury i ledwo łaził, widać było, że z nim źle. Dlatego zaczęłam go dokarmiać i po jakimś czasie doszedł do równowagi. W międzyczasie na tyłach naszego domu w przybudówce, która kiedyś była tutejszą toaletą, ale wszelkie tego dowody dawno zostały stamtąd usunięte, dzika kotka urodziła kociaki. Już się z |Renią umówiłam, że jak je odchowa to trafią do nich do gospodarstwa i przynajmniej dostaną szansę. Ale,  niestety, któregoś dnia znalazłam ich jeszcze ciepłe ciałka bez głów. Kot w Czapce pozagryzał kociaki, bo to nie były jego geny. Sam też przez to skazał się na banicję i po lecie już nikt go nie widział.  To był jeden z najgorszych moich dni tutaj. Pochowałam te cztery czarne puchate futerka z różowymi łapeczkami i bardzo mi było ciężko na duszy, bo miałam świadomość, że to moja wina,  gdybym nie odkarmiła starego kota, pewnie by żyły.

 

 

PĘDZEL

 

Pędzelka znaleźliśmy na parkingu przy zachodniej plaży  w Łebie pod koniec października 2008 roku. Jak co roku, w czasie wakacyjnego pobytu dokarmialiśmy stadko kotów, które zawsze po sezonie zbierają się tam, licząc że w grupie jakoś uda im się przetrwać. Zwykle są to młode kotki z tegorocznych miotów, no i ich matki. Kocury, bardzo dzikie,  zwykle grasują po lesie, ale wpadają na wyżerkę, jak tylko usłyszą samochód. O tej porze roku  niewielu tu turystów, a do miasteczka jest kilometr, zresztą maluchy nawet nie wiedza, że tam jest jakieś miasteczko i port, gdzie można by się wyżywić przy kutrach.  W sezonie małe kotki są dokarmiane, fotografowane, pieszczone, bo dokoła ośrodki wypoczynkowe i dwa  bary, a małe kotki są niewątpliwą atrakcją, ale we wrześniu robi się całkiem pusto.

Przyjechaliśmy z Awą na wieczorny spacer plażą, po drodze wysypaliśmy jedzenie dla kotów, które rzuciły się natychmiast do misek. Były tam dwa maluchy, kilka średniaków, ze dwie matki i zaraz też zsunął się ze słupa czarny kocur,  budząc powszechny lęk ( nigdy nie widziałam takiego grubego futra u kota, to widocznie zimowa szata dzikusa leśnego).  Jak czarny się najadł ( a nic nie robił sobie z naszej obecności), reszta wróciła do misek, ale – jak się okazało – nie wszystkie były dopuszczane. Ponieważ jedzenie trafiało się rzadko, najsłabsze osobniki nie miały prawa dojść do miski. Niestety, takie są prawa stada, szczególnie w stanie zagrożenia głodem. Zresztą i tak niewiele z nich przeżywa zimę.

Wróciliśmy ze spaceru i wsiadamy do auta, a za Awą ( czterdzieści pięć kilo) do samochodu wskakuje około trzymiesięczny kotek. Mieliśmy już kota. Cichosza czekał na nas w wynajętym pokoju, bo nie jest plażowym kotem. I choć nam było przykro widząc determinację kotka, wyjęłam go z samochodu i zostawiliśmy go na parkingu, Tego płaczu, jaki wtedy usłyszałam nie zapomnę do końca życia! Tak rozpaczliwie krzyczał, że aż mnie skręciło. Nie mogłam spać całą noc. Ale wcześniej już usłyszałam ostrzegawcze „nie” od Jacka. On dobrze wie, jakie mam miękkie serce i  czasami stara się być rozsądny za nas dwoje, ale że jest dobrym człowiekiem, najlepszym jakiego znam, potem odpuszcza. Rano uzgodniliśmy, ze pojadę po kotka, nakarmimy go, podleczymy i znajdziemy mu dom. Zaraz też rozesłałam wici po znajomych.

Kiedy przyjechałam na parking, biedak siedział samotnie na murku już kompletnie zrezygnowany,  nie  miał sił się ruszyć, nawet kiedy go zawołałam. Wzięłam więc w ręce to ciałko, które nic nie ważyło, a jak tylko to zrobiłam kotek zaczął mruczeć ( tego też nigdy nie zapomnę). Zawinęłam go w ręcznik i położyłam z tyłu, a on natychmiast zasnął snem kamiennym w ciepłym aucie.

Nie obudził się przez całą drogę do Lęborka, ani kiedy czekałam w kolejce do weterynarza. Dopiero w gabinecie trochę się ożywił, ale nie na tyle aby protestować przy podawaniu leków. A lekarz wpakował w niego antybiotyk, na odrobaczenie i zakropił na odpchlenie. Opatrzył mu też łapkę, bo staw miał solidnie pogryziony i rany na karku. Kazał przyjechać następnego dnia. Wróciliśmy do Łeby. Nakarmiliśmy, napoiliśmy, a  Jacek zrobił mu klatkę z dwóch skrzynek samochodowych z  posłaniem i kuwetką. Tak poznaliśmy go z Cichoszą. A nasz kot oszalał. Syczał, prychał, atakował. Dobrze, ze była klatka.

A mały  cały czas spał z przerwami na jedzenie i picie. Ale kupa była z krwią. Następnego dnia weterynarz powtórzył antybiotyk i na odrobaczenie ( ja jeszcze wtedy nie wiedziałam, ze to zabójcza dawka). Jak tylko wróciliśmy, kotkowi zaczęło puchnąc oko, lał się przez ręce, no umierał. Zadzwoniliśmy po pomoc do naszego kochanego miastowego doktora Michała, który kazał mi sprawdzić kolo śluzówki ( była prawie biała), zalecił  nawodnienie kroplówką z soli fizjologicznej  i obiecał przyjechać jak tylko dotrzemy do domu, bo zdecydowaliśmy się  skrócić pobyt i wyjechać następnego dnia.

Cichosza zupełnie  zmienił stosunek do kotka, razem z Awką leżał obok kocyka z maluchem.

Rano oko kotka było wielkości piłki golfowej. Wyglądał przerażająco. Po drodze podjechaliśmy do weterynarza na kroplówkę, a on po prostu wstrzyknął mu płyn pod skórę, robiąc wielki bąbel.

Do domu jechaliśmy siedem godzin, a kotek leżał bezwładnie na moich kolanach i tylko czarna końcówka jego ogonka ciągle pakowała mi się pod palce, taki pędzelek. No i został Pędzelek.

Doktor  Michał przyjechał, jak obiecał, ale nie dawał nam wielkich nadziei, kiedy go zbadał. Kotek był tak odwodniony, że skóra stała, kiedy się ja odciągało. Ale dał kroplówkę i zastrzyki. Przyjechał do nas nawet we Wszystkich Świętych na kolejną kroplówkę. I w końcu wyciągnął go z agonii.

No ale oko było stracone. Byliśmy przygotowani, że trzeba je będzie usunąć. Powoli się zmniejszało, ale w środku wszystko było wymieszane, a na rogówce strup, jak na wrzodzie. Natomiast drugie oko miało zupełnie otwartą źrenicę; można było obserwować szczegóły anatomiczne na dnie oka. Pędzelek nie widział. No i tu zaskoczył nas Cichosza, zaczął go cierpliwie uczyć całego mieszkania, a Pędzel łaził za nim jak za matką.

Natomiast Awa nie lubiła, jak na nią wpadał i odszczekiwała się.  Tak też się kiedyś stało, a Pędzelek odskoczył tak niefortunnie, ze chorym okiem wylądował na szafie.  To była jatka! Mały uciekł płacząc przerażająco do łazienki, rozpryskując dokoła strumyki krwi i ropy. Awka tez była przerażona, bo nie rozumiała, co się stało, a ja wpadłam w histerię i krzyczałam, bo wydawało mi się, że Pędzelkowi oko wypłynęło.

Na szczęście ono się tylko oczyściło i potem dość szybko wróciło do normalnych rozmiarów. Po kolejnym miesiącu drugie oko zaczęło reagować na światło, źrenica wracała do pracy. A doktor zrezygnował z operacji, bo u kota, jak powiedział, nerwy wzrokowe są  splecione i usunięcie jednego oka właściwie oznacza całkowitą ślepotę. A tak – chociaż plamy światła będzie widział. No i trochę widzi. Z daleka i całkiem blisko ( na szczęście nie widzi gdzie jest koniec siatki, bo przelazłby przez płot).

Czasami tylko, kiedy się zdenerwuje, wystraszy, zdrowa źrenica znów się całkiem otwiera i Pędzelek wpada w popłoch. A tak radzi sobie świetnie, nawet poluje i to skutecznie. Dzięki Doktorze!

Przy okazji kastracji doktor znalazł pod skórą Pędzla śrut ( stąd miał te rany na karku i na boku). Co trzeba mieć w głowie, żeby strzelać do dwumiesięcznego kotka, drodzy mieszkańcy Łeby?

 

Tak więc na razie musieliśmy Pędzla chronić, bo nie było jeszcze ogrodzenia wokół domu, gdzie by go można swobodnie wypuścić, za to Cichosza korzystał z wolności na całego i był w swoim żywiole. Dziwiło nas to nawet bo przecież z pochodzenia był piwnicznym podwórkowym blokowym, nawiasem mówiąc uratowanym przez panią Magdę, która poświęciła życie dla zwierzaków – łowi je po piwnicach, leczy, odrobacza, sterylizuje, jak trzeba i znajduje im domy. Wspaniała osoba, dużo ode mnie młodsza, nie mieszcząca się w żadnych stereotypach. Ma też zawsze kilka psów, bo te też przecież ludzie wyrzucają.

Mam nadzieję, że spotka przyjaciela, który to zrozumie i jej pomoże,  na razie walczy sama.

 

W kuchni zasiatkowaliśmy okno, aby Pędzel z parapetu mógł  obserwować świat ( tak też było w mieście). Aż po drugiej stronie siatki pojawiło się towarzystwo.

 

KSIĘŻNICZKA I NOC LISTOPADOWA

 

Szaro-bura kotka szybko zorientowała się, że u nas znajdzie coś  do jedzenia i towarzyszyła nam w czasie pobytu, spała na progu domu, najbardziej lubiła na poduszeczce, więc dostała na imię księżniczka. Jacek ostrzegał mnie, żebym jej nie przywiązywała do nas karmieniem, bo przecież wyjedziemy i co wtedy. Wiedziałam, ze ma rację, ale jak nie nakarmić kota, który się tego domaga donośnie i widać, ze raczej się nie przejada?

A za Księżniczką przywędrowała czarna ciężarna kotka, którą Jacek nazwał Noc Listopadowa, bo taka była brzydka. Księżniczka była tolerowana przez nasze koty, a Noc Listopadowa – przeganiana. Pewnie czuły, że nosi w sobie obce geny.

Niestety Noc Listopadowa nie przeżyła kolejnego porodu, a Księżniczka już się nie pojawiła, kiedy przyjechaliśmy za miesiąc.

 

 

Lato 2011

Kredyt spłaciliśmy zaraz po sprzedaży mieszkania. Oczywiście wiązało się to z haraczem dla banku, bo – jak klient nie będzie spłacał z odsetkami przez te piętnaście lat, to niech chociaż karny procent zapłaci za przedterminową spłatę. Wiedzieliśmy, że nie chcemy być niewolnikami banku ani jeden dzień dłużej, niż to konieczne. Obiecaliśmy sobie też, ze nigdy więcej… żadnych kredytów, nawet gdybyśmy mieli robić wszystko własnymi rękami, a bankowcy niech się trzymają od nas z daleka.

Mieliśmy jednak poważniejszy dylemat – jak zamieszkać w naszym siedlisku. Koncepcji było kilka, najpierw chcieliśmy remontować dom, ale kiedy Jacek pojechał na Warmię z konstruktorem, ten orzekł, że drewno zjedzone i konstrukcja dachu do wymiany, fundamenty za słabe aby podwyższyć kondygnację. W końcu więc mieliśmy rozebrać stary dom i zbudować nowy, wykorzystując cegłę z rozbiórki, a na czas budowy postawić pożyczoną przyczepę. I jakoś tak optymistycznie zakładaliśmy, ze uda się nam to zrobić w ciągu roku.

Jacek długo bił się z myślami, radził się znajomych architektów, budowlańców i zaczął projektować „nasz wymarzony” – bo tak nazwaliśmy nasz projektowany dom.

No i olśniło go! Po co ma się dusić w jakiejś przyczepie niewiadomo jak długo. Dom zdążymy rozebrać, a że cegła i tak słaba, to lepiej starą chałupę wyczyścić, odmalować i zamieszkać na czas budowy, oczywiście tylko do jesieni, bo przecież nie ma jak grzać… Szczęście, że go olśniło.

Zleciliśmy załatanie dziur pomalowanie części mieszkalnej  na biało – tak byle jak, na chwilę.

W lipcu wynajęliśmy transport i przyjechaliśmy do siebie z materiałami budowlanymi, podstawowymi sprzętami i pomocnikiem, by posprzątać i jakoś urządzić się.

Dopiero teraz dotarło do nas jaki w środku jest śmietnik. Wywieźliśmy na wysypisko półtora tony gratów, w tym połamane meble, lodówki, dywany szmaty, nieprzebrane ilości butelek i słoików.

Zabrałam się też za porządkowanie otoczenia. Zieleń była w pełnym rozkwicie, chciało się wiec mieć ogród koło domu, nie busz. No i tu czekała mnie niemiła niespodzianka – wszędzie, gdzie tylko zanurkowałam w trawę, leżały śmieci. Poprzerastane roślinami, częściowo zasypane ziemią – widać, że leżą tu od dawna. Ambitnie zaczęłam wyrywać je spod zielonego dywanu i pakować w  worki. Były tam oczywiście butelki, głównie po wódce, ale i plastikowe butelki po kolorowych napojach,  maggi, puszki po piwie, zapalniczki, słoiki, głównie potłuczone, zakrętki, druty i rozpadające się szmaty, kości, czy po prostu całe worki ze śmieciami, ponadgryzane zębem czasu, a więc tym bardziej trudne do usunięcia w całości.

Ten przebogaty majątek pozostawili nam w spadku wcześniejsi lokatorzy – Edward i Henryk, dwóch braci z jednej matki, a różnych ojców, którzy niestety byli alkoholikami, ale – jak się wydaje – o dobrych sercach, ponieważ znani tu byli jako Wafelki. Panowie z rzadka mieli pieniądze na zakupy i często w sklepie brali na krechę, ale zawsze, nawet na kredyt, brali wafelki dla swojego pieska. Tylko dlatego jestem w stanie wybaczyć im to, co mi zostawili w ziemi i co do dzisiaj wygrzebuję nawet z głębokości pół metra, przygotowując grunt pod trawę czy byliny.

Mieszkaliśmy w tym czasie jeszcze w zajeździe, ale od rana do wieczora pracowaliśmy i prace posuwały się wyraźnie. Przede wszystkim Jacek kazał zdjąć wszystkie deski w części gospodarczej domu i pod ciśnieniem ( szczęście, że był wodociąg!) umył z węża cały strop i ściany. Podłoga jest tam betonowa, bo kiedyś trzymano tam zwierzęta hodowlane i na dodatek w podłodze były specjalne odpływy, tak więc cały ten syf pięknie odpływał na zewnątrz. Po jakimś czasie można już było oddychać tam czystym  powietrzem.

Jak już mówiłam,  część mieszkalna została połatana i pomalowana na biało, dało się więc tu wejść. Wyszorowałam wszystko kilkakrotnie, wywietrzyłam, umyłam okna i powoli znikał smród. Jacek uznał, że na osłabione  deski podłogi wystarczy położyć płyty wiórowe i wkrótce można już było wstawić przywiezione z działki  stare meble, lodówkę , kuchnię elektryczną, zlewozmywak ( stare, bo przecież porządne mieliśmy już przywieźć w ramach przeprowadzki do nowego domu).

Równolegle Jacek z pomocnikiem budował łazienkę – w formie osobnego domku, ale miała być z prysznicem, umywalka i wc, pełny wypas. No i przyjechali panowie spod Radomia…

Nasza chałupa nie miała łazienki, nie miała też dokąd odprowadzić tego, co się w łazience zostawia. Dlatego musieliśmy wybudować szambo. Szukaliśmy w internecie taniej oferty na gotowe szambo atestowane, ale  właściwie każde podejście kończyło się w okolicach Radomia. Okazało się, że tam właśnie zlokalizowane jest centrum produkcji tychże betonowych udogodnień i – jeśli nawet chcieliśmy zamówić je gdzieś w pobliżu – i tak miało przyjechać z Radomia.  Teraz już wiem, potrzebujesz szambo – dzwoń do Radomia.

Przyjechał więc samochód z dźwigiem, a z niego wysiadło dwóch panów. Raz dwa zrobili, co do nich należy, nawet nie bardzo wiedziałam kiedy, a potem dali taki koncert dowcipów ( przyznam, że dość rubasznych) i robili to tak zaraźliwie, że wkrótce pokładaliśmy się ze śmiechu.  Wszyscy.  A był jeszcze z nami pan Franek od koparki, pomocnik  Marek i Marcin.

Kiedy jeszcze panowie pracowali, musieliśmy  na chwilę wyjechać po jakieś brakujące materiały. Wracamy, a tu jakiś obcy młody człowiek pracuje z naszymi panami przy układaniu rur. Tak poznaliśmy naszego sąsiada Marcina – zobaczył, że ekipa pracuje, to się zatrzymał, żeby pomóc. Taki człowiek.

I tu właśnie tak jest. Niby wszyscy żyją osobno, ale niech tylko pojawią się burzowe chmury kiedy  zrolowane siano leży jeszcze  na polu, a zaraz z różnych stron pojawiają się ręce do pomocy i zawsze zdążą przed deszczem.

 

Naprawdę  zaskakująca była euforyczna radość ekipy spod Radomia, no ale przestaliśmy się dziwić kiedy jeden z panów opowiedział nam swoją historię. Rok wcześniej miał wypadek -  czołowe zderzenie samochodu ciężarowego z tirem. Lekarze dawali mu jeden procent szans na przeżycie, a lekarze z Warszawy w ogóle nie chcieli się podjąć operacji. Dopiero kobieta chirurg z Gdańska zdecydowała się go ratować, przewieźli go więc tam helikopterem.  Miał sześćset szwów. Z dumą pokazywał te na nogach; rzeczywiście wyglądał jak patchwork. Ale uratowali go, a on poczuł, że dostał drugie życie i teraz sieje radość. Jego kolega mówił, że całą drogę opowiada dowcipy przez CB, aż kierowcy proszą, by przestał, bo ich brzuchy bolą.

 

 

 

Wkrótce łazienka zaczęła już funkcjonować, choć nie miała jeszcze dachu. Ale to fantastyczne  mieć niebo nad głową, w każdej sytuacji. Co prawda spłukiwaliśmy jeszcze wodą z beczki, ale i tak było luksusowo.

A w części mieszkalnej domu zorganizowaliśmy sobie coś w rodzaju kuchni, sypialni i pokoju gościnnego, na razie na bardzo spartańskim poziomie. Reszta rzeczy została złożona w części gospodarczej. Tak zakończyliśmy pierwszy etap prac, bo trzeba było wrócić na chwilę do miasta.

 

Wkrótce jednak wybraliśmy się z kolejnym transportem rzeczy, tym razem mieliśmy już zamieszkać pod własnym dachem. Towarzyszyła nam nasza przyjaciółka Małgorzata, no i pierwszy raz zabraliśmy koty.

A nasze koty oszalały ze szczęścia. Cichosza, jak tylko otrząsnął się po podróży  a nienawidzi jazdy samochodem, rzyga i nie tylko…) zwiedził i zaanektował cały dom. Dla Pędzla to było większe wyzwanie, bo on jest prawie ślepy.