owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: chory kot

Pierwsze dni w nowym miejscu to było szaleństwo. Rodzice i ich znajomi rozpakowywali rzeczy i budowali swoją kuwetę, a nas zamknęli w chałupie. Cichosza zabrał się do penetrowania kątów. Kazał mi siedzieć i czekać aż wróci. Niby nie chciałem go słuchać, ale czułem się dość niepewnie, bo tu wszystko absolutnie inaczej pachniało. Mieliśmy, co prawda, swoje wiklinowe koszyki i poduszki, ale wszystko wokół wydawało się nieprzyjazne. Chata pachniała świeżą farbą, spod której jednak wyłaniał się smród stęchlizny i jakieś odległe wspomnienia zwierzaków, które tu kiedyś mieszkały. Cichosza już zaczął znaczyć  swoim zapachem, co mi trochę dodawało odwagi (my, kastraty, zostawiamy zapach nieczytelny dla ludzi, ale koty znakomicie odczytują z niego wszystkie informacje, to nasza poczta). Ale potykałem się stale o jakieś rozstawione pakunki. Nie było miło.

W końcu brat wrócił i powiedział, że znalazł strych, a  tam pod deskami słychać myszy. No super! Polowanko we własnej chałupie. Ekstra. Zaraz poszedłem za nim, ale to nie było proste, bo miałem do pokonania dość strome schody. Właziłem na macanego za bratem, to jeszcze jakoś szło, ale powrót był dużo trudniejszy. W końcu jednak zakończyłem zwiedzanie bez kontuzji. Natomiast na strychu czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka – nietoperze. Czuliśmy je i słyszeliśmy jak drapią pazurkami, ale nie bardzo wiedzieliśmy co się z nimi robi.

Później jeszcze odkryliśmy warsztat, który kiedyś był oborą. Tam to dopiero słychać było przemykanie myszy i szczurów polnych. Pomyślałem, że to będzie moje ulubione miejsce, ale jednak najlepiej czułem się na dworze.

Rodzice na początku wypuszczali mnie tylko na krótko w takim zasiatkowanym kojcu. Ale niby co ja mogłem robić na dwudziestu metrach kwadratowych? Wkurzałem się i awanturowałem, próbowałem zwiać. Na szczęście szybko zrobili ogrodzenie i już miałem kawał ogrodu do penetrowania. Najbardziej spodobały mi się niskie jabłonie, na które łatwo mogłem się wdrapać i siedzieć półtora metra nad ziemią. Później właziłem i wyżej, bo tam słyszałem ptaszki. Wchodzenie nie było zbyt trudne, ale schodzenie – makabryczne. Kiedyś spadłem tak niefortunnie, że kulałem potem przez dwa tygodnie. Ale byłem zawzięty, nie przestałem włazić na drzewa.

W takich razach rodzice dzwonili po poradę do doktora Michała, ale jasne było, że trzeba znaleźć dobrego lekarza na miejscu. Pierwsze próby były fiaskiem. Wiejscy weterynarze nie mają pojęcia o kotach i psach, a jeśli mają odrobinę sumienia, to się do tego sami przyznają. Zresztą doświadczony opiekun to od razu pozna. Rodzice szukali najpierw w Nowym Mieście i po kilku kiepskich trafieniach, wylądowaliśmy u doktor Karoliny. Miła, kompetentna i kochająca. U niej czułem się bezpiecznie, ale kiedy zaczęły się poważne problemy z moim zdrowiem, doktor Karolina sama wysłała nas do specjalisty do Iławy. Tak trafiłem w ręce doktor Agaty i jej męża Huberta.

Tak,   jakoś po roku zacząłem  mieć problemy z pęcherzem. Zdarzało mi się posikiwać z krwią, napinałem się, a tu tylko kropelka i straszny ból. Płakałem, mama pakowała mnie do samochodu i jechaliśmy na zastrzyki. Później już mama sama robiła zastrzyki, ale zawsze była okropnie zestresowana. Czułem się  winny, bo nie chciałem zjeść żadnej tabletki. Nic nie mogłem jednak na to poradzić – kiedy ktoś próbował mi włożyć tabletkę do pyska, zawsze przypominał mi się pierwszy weterynarz , który mnie prawie otruł, więc odruchowo broniłem się do upadłego.

Dopiero tato znalazł na mnie sposób. Specjalnie preparował moje ulubione chrupki. Robił w nich dziurkę mikrowiertarką, wkładał tabletkę i zasmarowywał masłem oraz obsypywał pokruszoną chrupką. No jubilerska robota! Taka niespodzianka była umieszczana precyzyjnie na wierzchu stosiku z moim posiłkiem i pierwszym chapsem połykałem tabletkę, zanim cokolwiek zauważyłem. Gdybym tylko ją wyczuł, to bym wypluł i po zawodach.

cdn.

Na drugi dzień pani znowu zabrała mnie do weterynarza. Czekaliśmy z kolejce i był tam taki pan w zielonym ubraniu i jego piesek, jamnik szorstkowłosy, który został postrzelony w czasie polowania. Cicho skowyczał. Rozumiałem go dobrze, bo znałem ten ból.

Od wczoraj trochę lepiej się czułem, ale byłem słaby i kręciło mi się w głowie. A ten doktor znowu dał mi zastrzyki i kolejną gorzką tabletkę wepchnął mi do pyska. Powiedział, że to na odrobaczenie. Tym razem nawet próbowałem protestować, bo tabletka  paliła mnie w brzuszku, ale nikt mnie nie słuchał. Kiedy wracaliśmy do domu zrobiło mi się słabo. W domu pani dała jedzenie, ale jakoś nie mogłem nic przełknąć, wypiłem tylko wodę, bo coś paliło mnie w środku. Położyli mnie spać do domku ze skrzynek, ale niewiele spałem. Poczułem jak gorący prąd przebija mi wnętrzności. Płakałem. Pani przybiegła i powiedziała: „ Nie jest dobrze, on robi kupę z krwią”. Wyjęła mnie z pudła i postawiła w kuwecie, ale ja już nie wiedziałem co się dzieje, tylko czułem rozdzierający wnętrze płomień i zacząłem jeść żwirek z kuwety, by ten ogień zgasić. Pani przerażona zabrała mnie z powrotem do skrzynki. Czułem, że tracę przytomność. Drugi raz zobaczyłem śmierć. Śmierć jest brzydka.

Rano było już całkiem źle. Leżałem bezwładny na boku i czułem pulsowanie w lewym oku. Pani owinęła mnie w kocyk i położyła na kanapie obok psa i kota, które razem teraz spokojnie mi się przyglądały. One wiedziały, że koniec bliski. Państwo zadzwonili do kogoś i usłyszałem jak mówili, że oko mi napęczniało i jest wielkości piłki golfowej, że jest wypełnione krwią, że krwawa biegunka i co robić?

A tamten doktor przepytał ich, co mi podał weterynarz w Lęborku. Powiedział, że prawdopodobnie byłem odwodniony i miałem anemię, więc taka ilość leków na raz spowodowała skazę krwotoczną. I że trzeba podać kroplówkę z soli fizjologicznej i jak najszybciej przyjechać do Łodzi, on spróbuje pomóc. Obiecał, że przyjedzie do domu, jak tylko tam dotrzemy.

Pan zdecydował: „ No to wracamy. Jedź z nim na tę kroplówkę, a ja wszystko spakuję”. I pojechaliśmy. Kiedy weterynarz z Lęborka mnie zobaczył,  mruknął: „No, tu już nic się nie da zrobić” i coś tam mętnie próbował tłumaczyć, kiedy pani przedstawiała mu zdanie lekarza z Łodzi, ale sól fizjologiczną wstrzyknął mi pod skórę i z takim wodnym garbem Państwo zabrali mnie w długą podróż, bo do tej Łodzi to było prawie pięćset kilometrów.

Niewiele pamiętam z drogi. Leżałem u pani na kolanach, głaskała mnie i ciężko wzdychała. Państwo wiedzieli, że umieram i postanowili dać mi imię, żebym nie odszedł  anonimowo, bo stracili już kiedyś kotka i wiedzieli jak to jest…

Pan wymyślił – Kapitan Morgan, ale doszli do wniosku, że to nie fair robić ze mnie pirata, ponieważ mam krwiak w oku. Pani bezwiednie międliła koniec mojego ogona i w końcu powiedziała – Pędzelek, bo miałem taki czarny pędzel na końcu pręgowanego ogona. Tak zostało. Dostałem imię, ale czułem, że życie ze mnie wycieka, trzymało się na takiej wątłej niteczce, przyciąganej przez siłę, jakiej dotąd nie poznałem – miłość.

Przez głowę przelatywały mi obrazki z dzieciństwa przy plaży. Latem, kiedy się urodziłem, było ciepło, dużo ludzi przychodziło do baru, więc zostawiali sporo resztek. Moja mama  była najedzona, więc i nam nie brakowało mleka. Dzieci brały nas na ręce. Taka miła dziewczynka zabierała mnie nawet ze sobą do drewnianego domku na kempingu i tam się ze mną bawiła, ale potem rodzice kazali jej odnieść mnie na miejsce. Dziewczynka wyjechała, na morzu zrobił się sztorm, liście pospadały z drzew i zaczął się głód. Majaczyłem, leżąc bezwładnie na kolanach pani.

cdn.