Poza tymi problemami życie na wsi bardzo nam się podobało. Było anielsko cicho i spokojnie, a jednocześnie codziennie mnóstwo atrakcji – polowania bez ograniczeń i zawsze świeża dostawa mysiny. Trochę wkurzało mnie, że Cichosza znowu łazi po całej okolicy, a ja jestem zamknięty za płotem, ale tutaj też dużo się działo i mieliśmy sporo gości. Mama dokarmiała tutejsze dzikie koty. Na początku pojawiła się pręgowana kotka Księżniczka. Takie chucherko, ale milutka. Niestety szybko zniknęła. Ledwie ją pamiętam. Wpadała  do nas na wyżerkę z gospodarstwa kotka Noc Listopadowa ( tato ją tak nazwał, bo była brzydka okrutnie). Potem przyszła od sąsiadów  Lanserka. Piękna czarno-biała kocica. Bardzo chciała zamieszkać z nami, ale rodzice postawili weto. Dokarmiali na zewnątrz. Lanserka była w ciąży i już jej nie zobaczyliśmy po porodzie.

Przychodziły też dzikie kotki leśne. Te wchodziły na teren tylko w nocy, a rodzice zostawiali im jedzenie za siatką. Była taka mała kotka Składak (wyglądała jak zlepiona z dwóch kotów) i moja ulubiona – Strzałka, piękna czarna kotka z białą strzałką na nosie. Ale ona była ostra. Cichosza próbował odganiać wszystkie obce koty, a Strzałka mu się postawiła i nieźle oberwał. Podrapała go i przecięła mu ucho. Dostał  pamiątkę na całe życie.

A ja mogłem godzinami gadać ze Strzałką. Siedzieliśmy tak sobie po obu stronach siatki i gwarzyliśmy, a ona mi uświadomiła jak wygląda tutaj dzikie kocie życie. Dowiedziałem się, że część kotów mieszka przy gospodarstwach, ale są też koty leśne, głównie kocury, na które gospodarze mówią „reproduktory”, bo pojawiają się na wiosnę i przeganiają miejscowe kocury w dramatycznych walkach, potem zapładniają kotki i znikają. Takie akcje odbywają się dwa razy do roku, więc koteczki rodzą dwa mioty, jeśli oczywiście przeżyją, bo najczęściej są zbyt młode. Tym sposobem w gospodarstwie raz jest ponad dziesięć kotów, a po zimie zostają trzy albo cztery. Nie mają lekko. Wystarczy spojrzeć, są małe i chude, dręczone przez pchły, kleszcze i pasożyty. Przy nas, wypasionych pieszczochach, wyglądają po prostu rachitycznie. A jeśli terytorializm i zew  jajek karze im wdać się w walkę, to najczęściej obie strony otrzymują rany, z których trudno już się wylizać. Dlatego koty żyją tu bardzo krótko, zwykle dwa lata, oczywiście jeśli w ogóle przetrwają do dorosłości, bo małe kotki najczęściej giną w pierwszych tygodniach życia, zagryzione przez kocury, z powodu chorób albo z głodu.

U nas też była taka sytuacja. Składak przyprowadziła swoje dzieci z pierwszego miotu i umieściła je w przybudówce, miauczała o tym do mamy, ale mama nie zrozumiała, a Składak znowu była w ciąży i poszła do lasu rodzić następne dzieci. Już nigdy nie wróciła. Kiedy mama odkryła kociaki, już nie żyły, umarły z głodu. Mama płakała. Śmierć z głodu jest straszna, ja to wiem.

Oprócz dziewczyn pojawiały się u nas kocury. To zawsze oznaczało wojnę. Jeśli byliśmy we dwóch z bratem, to tamte nie miały szans. Czasami jednak trafiało się spotkanie jeden na jeden, wtedy efekty bywały różne. Cichosza był zręczny, no i widział.  Ja, z kolei,  byłem bardzo silny, więc zwykle kładłem się na plecach i waliłem czterema łapami i to z dobrym skutkiem. Przeganialiśmy intruzów, ale bywało, że sami byliśmy ranni, a wtedy zostawaliśmy w domu i pozwalaliśmy się kurować rodzicom.

Wtedy też przyszedł do nas biało-czarny starszy kocur, wyrzucony przez młodsze z gospodarstwa, bardzo wymizerowany. Tato nazwał go Kot w Czapce, bo wyglądał jakby miał beret na głowie. Rodzice się ulitowali i odkarmili go. Rzeczywiście wydobrzał, ale paskudnie się odwdzięczył, bo zagryzł kociaki, które tym razem Strzałka do nas przyprowadziła. Wtedy rodzice postanowili, że nie będą ingerować w losy tutejszych kotów, bo nie są w stanie przygarnąć i wykarmić całego kociego towarzystwa. Wiedziałem, że to słuszna decyzja, ale – z drugiej strony – cieszyłem się, że nie pomyśleli tak wcześniej o mnie.