owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: historia kotka

Samochód to najstraszniejsza broń na świecie. Na dodatek prawie każdy z nas dostaje ją do ręki, tak naprawdę bez świadomości jaka jest groźna. Można wyczytać w Wikipedii, że na świecie w wypadkach samochodowych ginie rocznie milion dwieście tysięcy ludzi. A zwierzaków? Miliardy. Gdyby zaznaczyć czerwonymi kółkami miejsca, gdzie samochód zabił zwierzę, to nasze drogi byłyby czerwone, nie czarne.

Na drogach codziennie spotykamy rozjechane szczątki kotów, psów, lisów, wiewiórek, zająców, jeży czy borsuków. Nikomu nie przyjdzie do głowy, by zdjąć je z drogi po wypadku. Są miażdżone przez kolejne samochody, aż w końcu zamieniają się w bezkształtny placek futra.  Większe potrącone zwierzęta są zabierane z drogi, bo stanowią zagrożenie dla ludzi w samochodach, ale małe nie.

Kto wie, że zgodnie z Ustawą o Ochronie Zwierząt prowadzący pojazd mechaniczny, który nieumyślnie potrąci zwierzę, obowiązany jest  do zapewnienia mu stosownej pomocy lub zawiadomienia odpowiednich służb (art. 25 ustawy ). Natomiast świadome potrącenie zwierzaka, w przypadku gdy można było temu zapobiec, może zostać zakwalifikowane jako przestępstwo z art. 35 ust. 1 ustawy z dnia 21.08.1997 r. o ochronie zwierząt, dotyczące zabijania zwierząt. To jest niestety martwe prawo.

Ludzie! Jeśli już zdarzy się wam potrącić na drodze jakieś zwierzę, to zatrzymajcie się, sprawdźcie czy można mu pomóc, zawołajcie opiekunów, jeśli to się zdarzyło między domami, a jeśli zwierzak jest martwy, to zabierzcie go na pobocze, by zachować godność śmierci. Każdej czującej istocie należy się szacunek. To jest po prostu szacunek wobec życia. 

Pędzelek był najmilszym kotkiem, jakiego kiedykolwiek poznaliśmy. Całym sobą starał się dać do zrozumienia, że jest wdzięczny za uratowanie. Był łagodny, przytulaśny, mruczący i bardzo potrzebował kontaktu z człowiekiem. Lgnął  nie tylko do nas, ale do naszych przyjaciół, a nawet do dalszych znajomych, którzy nas odwiedzali. Inne koty, w pełni sprawne, człowieka potrzebują tylko do spełniania własnych potrzeb i zachcianek. A Pędzelek był bardzo wrażliwy na nasze nastroje i zawsze stawał się szczególnie czuły, gdy my tego potrzebowaliśmy.

Wypuszczając ślepego  kota na wolność musieliśmy być przygotowani na taki dramatyczny koniec. Ale, wierzcie mi, nie byliśmy. Do tego nie można się przygotować. Jest nam bardzo smutno i pewnie długo jeszcze będziemy odruchowo usuwać przeszkody na trasach wędrówek Pędzelka…Zresztą nie tylko my cierpimy. Cichosza i Tusia też nie mogą dojść do równowagi.

Ale pomimo bólu, uważamy, że otwarcie bramy to była słuszną decyzją, bo wolność jest równie ważna jak samo życie. Jeśli ten, kogo kochasz, chce iść dalej, pozwól mu. Jeżeli sam wróci, to będziesz czuł się szczęśliwy jak nigdy dotąd.

Minęły dwa lata, a ja na wolności radziłem sobie fantastycznie. Rodzice już okrzepli i przestali histeryzować kiedy tylko spóźniałem się z powrotem do domu. A ja starałem się nie nadwyrężać ich nerwów i przybiegałem na gwizdanie. Czasami w domu były jakieś zawirowania – goście, nadzwyczajna robota, to wtedy zdarzało mi się zostać na dworze po zmroku, ale starałem się być blisko domu. Lubiłem przysypiać nad oczkiem wodnym obok Tusi, ale najczęściej wieczorem leżałem na stole w ogrodzie, bo tam czułem się bezpiecznie, a jednocześnie wszystko słyszałem.

Lubiłem też zwiedzać nasz nowy dom, który rodzice sami wykańczali. Kiedy mama zabrała mnie tam pierwszy raz, to nie było jeszcze schodów. Zabrała mnie na poddasze, abym obwąchał nowe kąty, a mnie zachciało się biegać i nagle znalazłem się piętro niżej. Ale bez wrażenia, nawet łapy nie zmieniłem i pomaszerowałem dalej. Potem rodzice szybko zrobili schody tymczasowe z palet, a ja z zapałem nauczyłem się wdrapywać na nie i tupałem moim ludziom nad głową. Cieszyłem się, że niedługo się przeprowadzimy.

Taty często nie było, bo pracował poza domem, wieczorami więc kładłem się mamie na ramieniu, gdy siedziała przy komputerze, mruczałem i tak zasypiałem. W nocy spałem przy jej głowie albo obok pod kołdrą, tak jak Tusia, która od dziecka  właziła pod przykrycie nawet w największe upały. Cichosza miał swoje miejsce na parapecie i wydawało mu się, że ja tam nie wskoczę. A ja bym dał radę, ale nie chciałem mu zakłócać wrażenia, że ma tam swój azyl.

Kiedy  wędrowałem po okolicy, napotykałem nieznane koty, te leśne. One były agresywne i silne (w lesie to już był taki odsiew, że przeżywały tylko  superkoty z bardzo silnymi genami).  Walcząc z nimi najczęściej  wołałem o pomoc, bo wiedziałem,  że to nie przelewki. Tusia szczekała jak wściekła, a mama przybiegała na pomoc. Nie raz obie  uratowały mi skórę. Ale w zasadzie ułożyłem sobie dobre stosunki ze wszystkimi mieszkańcami naszego przysiółka. Przecież byłem łagodnego serca. Odzyskałem spokój. Można powiedzieć, że żyłem pełnym kocim życiem.

Tylko z oczami było jeszcze gorzej niż kiedyś. Przez ostatnie dwa lata na prawe oko weszła mi taka zaćma, że przestałem widzieć i plamy światła. Nie widziałem już kompletnie nic. Za to słyszałem i czułem wyśmienicie.

Nasze życie toczyło się w pewnym rytmie. Budziłem mamę rano, no latem to około czwartej, ale nie dawała się ubłagać i zamykała mnie jeszcze do izolatki, to znaczy do łazienki, gdzie spałem na koszu jakoś do szóstej. Potem już pozwalała nam z Cichoszą  wyjść na dwór. A wtedy było najpiękniej. Ptaki śpiewał swoją pieśń powitalną i były trochę nieuważne, gdy zbierały gąsienice na trawie. No wiecie… Jakieś pierwsze śniadanko sami sobie organizowaliśmy. Oczywiście każdy osobno.

Tusia z mamą szła na spacer około ósmej, to wtedy obaj dołączaliśmy do korowodu, ale jak Cichosza chciał wejść na podwórko, to ja mu pokazywałem kto tu rządzi. Mama interweniowała, nie lubiła naszych przepychanek. W końcu zwykle razem wchodziliśmy do domu i zajadaliśmy swoje chrupki i popijaliśmy śmietanką. Potem znowu marsz na pole. Wracałem w południe na obiadek, a Cichosza wtedy spał. Ja szedłem na dalsze wyprawy i wracałem wieczorem, a on wybywał koło piątej i pojawiał się łaskawie po dziesiątej lub jedenastej, oczywiście jak było ciepło, nie było burzy i deszczu. Cichosza uwielbiał pełnię, wtedy w ogóle nie wracał do domu na noc. Rodzice świrowali, ale on miał to w nosie. Pojawiał się na śniadaniu i mówił: „No, co takiego się stało, przecież jestem!”. Wieczorem każdy z nas wylizywał Tusię i odbywał własną toaletę. Ja włączałem koncert mruczanek i kładłem  się spać. A Cichosza jeszcze polował na strychu albo gapił się przez okno. On był nocnym markiem, jak każdy prawdziwy kot, a ja przestawiłem się na tryb dzienny.

Czasami wydarzało się coś spektakularnego, jak wtedy gdy się przestraszyłem Mańki, suczki naszych sąsiadów (też przygarniętej) i w panice wdrapałem się na dach drewutni. Donośnym głosem zawiadomiłem o tym Tusię, Tusia tatę, a tata zawołał mamę, która z drabiny jakoś mnie zdjęła z tego dachu. Zwykle jednak nasze kocie życie toczyło się miło i leniwie.

cdn.

 

Pod koniec nadmorskich wakacji nasi ludzie wybrali się na Warmię. Tato znalazł ogłoszenie – siedlisko nad jeziorem. Pojechali tam pod koniec października, akurat padało, więc nic nie zapowiadało, że się zachwycą tym miejscem. Awa opowiadała ( bo ją to oczywiście zabrali), że tam wiało jak nad morzem, że za domem był las, na dole jezioro, dookoła łąki, cisza i spokój. A jak mama zeszła nad jezioro, to na pomoście  leżały resztki raków, znaczy woda czysta.

Rodzice spotkali się z właścicielem, porozmawiali i wrócili do Łeby, a potem pojechaliśmy do domu. Wiedzieliśmy z bratem, że marzy im się dom na wsi, ale właściwie nie wracali do tematu tego siedliska. W końcu była działka pod Łodzią i całkiem ładne tereny wokół niej.

Niespodziewanie po kilku miesiącach właściciel zadzwonił z informacją, że obniża cenę, a rodzice zaczęli sprawdzać szanse zakupu siedliska. Prawie rok zajęły formalności, ale w końcu klamka zapadła. Zdecydowali, że przeprowadzamy się na wieś i to definitywnie, bo trzeba wszystko zlikwidować w mieście. Najpierw jeździli tam tylko z Awką załatwiać sprawy urzędowe i przygotować dom na nasz przyjazd. Awa opowiadała nam po powrocie, że tam pięknie i jeszcze dziko, że duży teren, że górki i doliny, a   powietrze ładnie pachnie. Intrygowało nas to, ale Cichosza drętwiał na samą myśl o podróży.

Niestety naszą ekscytację zmąciła choroba Awki. Nagle jej stan zdrowia się pogorszył. Zaczęła się dusić, a właściwie topić, bo zbierała jej się woda w płucach. Doktor ratował jak mógł, ale w końcu i on musiał się poddać. Awka odeszła. Odprowadziliśmy ją z bratem, gdy przechodziła na drugą stronę, tak jak ona kiedyś odprowadzała Pastelka, ukochanego pieska mamy.

Było to dla nas trudne przeżycie, a jeszcze rodzice nas zostawili samych na dwa dni, bo pojechali pochować Awkę już na terenie nowo kupionego siedliska. Wiemy, że było im ciężko, ale nie pomyśleli, że dla nas to też szok. Zostawili nam wodę i jedzenie i pojechali. A my byliśmy przerażeni. Cichosza się bał, że już nie wrócą. Nawet się pokłóciliśmy, bo on uważał, że teraz musi zostać przewodnikiem stada, a ja przecież byłem większy i silniejszy, no to nie chciałem się zgodzić… Od tego momentu już nigdy nie było jak dawniej. Śmierć Awy zakłóciła równowagę stada. Nasi ludzie byli bardzo zajęci przeprowadzką, a my z Cichoszą zaczęliśmy konkurować o przywództwo.

cdn.