owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: historia prawdziwa

Bywały takie dni, że nagle dookoła pojawiało się dużo nowych przyjezdnych osób, nowych dźwięków i zapachów. Ludzie to nazywali długimi weekendami. Czasami wtedy też odbywały się imprezy z głośną muzyką. Nie lubiliśmy tych anomalii, bo zakłócały porządek rzeczy. Starałem się wtedy trzymać na uboczu, unikać wchodzenia na teren sąsiadów, do których czasem przyjeżdżały obce psy. Tylko wcześnie rano, gdy ludzie jeszcze spali, robiłem obchód moich miejsc, podsłuchiwałem co nowego w norach, no i przekąsiłem to i owo. Potem zaszywałem się gdzieś w krzakach i przeczekiwałem dzień.

Był właśnie taki czerwcowy weekend. Nie wiem co mnie wtedy pognało na ten asfalt. O drugiej  po południu. Noc mieliśmy wszyscy zarwaną, bo u jednego sąsiada  były głośne imieniny, a u drugich – ognisko. Na dodatek było upalnie, a ja byłem jakiś rozkojarzony. Po porannym obchodzie leżałem spokojnie w cieniu bzów i nagle coś mi wpadło do głowy, ale już nie wiem, co to było. Wyszedłem na drogę, a tam, niestety, złapał mnie kolejny atak duszności. Na środku drogi.  Nie mogłem się ruszyć, jak zwykle w takich sytuacjach byłem bezradny. Stałem z szyją wyciągniętą jak struna i próbowałem złapać powietrze.

I wtedy zobaczyłem szary samochód. On też mnie zauważył i nawet zwolnił, ale zaraz potem centralnie we mnie wjechał. Poczułem jak taran uderza mnie i wciąga pod swój niski brzuch. Zrolował mnie i odjechał. Nawet nie wydałem żadnego dźwięku. Straciłem przytomność.

Jak przez mgłę usłyszałem krótkie szczeknięcie Tuśki i poczułem jak przerażona mama  podnosi mnie z asfaltu. Oprzytomniałem i poczułem straszny ból. Zamiauczałem boleśnie. Wiedziałem, że tylne łapy mam bezwładne, połamane żebra, a ogon złamany u nasady. Mama pobiegła z krzykiem w stronę domu do taty, a ten zaraz wybiegł do ogrodu. „Połóż Pędzelka na stole i dzwoń do doktor Agaty” – powiedział. Mama pobiegła po telefon, a mnie tato próbował utulić.

A ja w tym czasie walczyłem, bo zobaczyłem, że ONA przyszła po mnie. Broniłem się, chciałem ją przegonić, z całej siły waliłem przednimi łapami, aż poczułem, że wbiłem pazury w tatę. Odpuściłem. Nie mogłem złapać oddechu, czułem w pysku krew. Tato mnie głaskał i w końcu się uspokoiłem.

Okazało się, że nasze doktorostwo niestety wyjechało i  trzeba jechać do…  „ Ale on umiera” – powiedział tato. Mama położyła mnie na trawie obok Tuśki, głaskała po głowie i szeptała do mnie uspokajająco. Słyszałem jak się modli, żebym nie cierpiał. Jeszcze dwa płytkie oddechy i …

I wtedy ich wszystkich ZOBACZYŁEM. Mamę, tatę, Tusię i Cichoszę.  Brat, który nigdy o tej porze się nie pokazywał na podwórku, już wiedział i przyszedł mnie odprowadzić. Pierwszy raz wyraźnie  zobaczyłem Tusię,  nasz dom, jezioro i las. Zrozumiałem, że  jestem już po drugiej stronie. Rodzice płakali.

Odzyskałem wzrok i jestem wolny. Czułem,  że teraz mogę iść dokąd tylko zechcę. Ale dokąd ja pójdę? Tu byłem szczęśliwy. Zostanę tutaj i poczekam na resztę stada…

 

Minęły dwa lata, a ja na wolności radziłem sobie fantastycznie. Rodzice już okrzepli i przestali histeryzować kiedy tylko spóźniałem się z powrotem do domu. A ja starałem się nie nadwyrężać ich nerwów i przybiegałem na gwizdanie. Czasami w domu były jakieś zawirowania – goście, nadzwyczajna robota, to wtedy zdarzało mi się zostać na dworze po zmroku, ale starałem się być blisko domu. Lubiłem przysypiać nad oczkiem wodnym obok Tusi, ale najczęściej wieczorem leżałem na stole w ogrodzie, bo tam czułem się bezpiecznie, a jednocześnie wszystko słyszałem.

Lubiłem też zwiedzać nasz nowy dom, który rodzice sami wykańczali. Kiedy mama zabrała mnie tam pierwszy raz, to nie było jeszcze schodów. Zabrała mnie na poddasze, abym obwąchał nowe kąty, a mnie zachciało się biegać i nagle znalazłem się piętro niżej. Ale bez wrażenia, nawet łapy nie zmieniłem i pomaszerowałem dalej. Potem rodzice szybko zrobili schody tymczasowe z palet, a ja z zapałem nauczyłem się wdrapywać na nie i tupałem moim ludziom nad głową. Cieszyłem się, że niedługo się przeprowadzimy.

Taty często nie było, bo pracował poza domem, wieczorami więc kładłem się mamie na ramieniu, gdy siedziała przy komputerze, mruczałem i tak zasypiałem. W nocy spałem przy jej głowie albo obok pod kołdrą, tak jak Tusia, która od dziecka  właziła pod przykrycie nawet w największe upały. Cichosza miał swoje miejsce na parapecie i wydawało mu się, że ja tam nie wskoczę. A ja bym dał radę, ale nie chciałem mu zakłócać wrażenia, że ma tam swój azyl.

Kiedy  wędrowałem po okolicy, napotykałem nieznane koty, te leśne. One były agresywne i silne (w lesie to już był taki odsiew, że przeżywały tylko  superkoty z bardzo silnymi genami).  Walcząc z nimi najczęściej  wołałem o pomoc, bo wiedziałem,  że to nie przelewki. Tusia szczekała jak wściekła, a mama przybiegała na pomoc. Nie raz obie  uratowały mi skórę. Ale w zasadzie ułożyłem sobie dobre stosunki ze wszystkimi mieszkańcami naszego przysiółka. Przecież byłem łagodnego serca. Odzyskałem spokój. Można powiedzieć, że żyłem pełnym kocim życiem.

Tylko z oczami było jeszcze gorzej niż kiedyś. Przez ostatnie dwa lata na prawe oko weszła mi taka zaćma, że przestałem widzieć i plamy światła. Nie widziałem już kompletnie nic. Za to słyszałem i czułem wyśmienicie.

Nasze życie toczyło się w pewnym rytmie. Budziłem mamę rano, no latem to około czwartej, ale nie dawała się ubłagać i zamykała mnie jeszcze do izolatki, to znaczy do łazienki, gdzie spałem na koszu jakoś do szóstej. Potem już pozwalała nam z Cichoszą  wyjść na dwór. A wtedy było najpiękniej. Ptaki śpiewał swoją pieśń powitalną i były trochę nieuważne, gdy zbierały gąsienice na trawie. No wiecie… Jakieś pierwsze śniadanko sami sobie organizowaliśmy. Oczywiście każdy osobno.

Tusia z mamą szła na spacer około ósmej, to wtedy obaj dołączaliśmy do korowodu, ale jak Cichosza chciał wejść na podwórko, to ja mu pokazywałem kto tu rządzi. Mama interweniowała, nie lubiła naszych przepychanek. W końcu zwykle razem wchodziliśmy do domu i zajadaliśmy swoje chrupki i popijaliśmy śmietanką. Potem znowu marsz na pole. Wracałem w południe na obiadek, a Cichosza wtedy spał. Ja szedłem na dalsze wyprawy i wracałem wieczorem, a on wybywał koło piątej i pojawiał się łaskawie po dziesiątej lub jedenastej, oczywiście jak było ciepło, nie było burzy i deszczu. Cichosza uwielbiał pełnię, wtedy w ogóle nie wracał do domu na noc. Rodzice świrowali, ale on miał to w nosie. Pojawiał się na śniadaniu i mówił: „No, co takiego się stało, przecież jestem!”. Wieczorem każdy z nas wylizywał Tusię i odbywał własną toaletę. Ja włączałem koncert mruczanek i kładłem  się spać. A Cichosza jeszcze polował na strychu albo gapił się przez okno. On był nocnym markiem, jak każdy prawdziwy kot, a ja przestawiłem się na tryb dzienny.

Czasami wydarzało się coś spektakularnego, jak wtedy gdy się przestraszyłem Mańki, suczki naszych sąsiadów (też przygarniętej) i w panice wdrapałem się na dach drewutni. Donośnym głosem zawiadomiłem o tym Tusię, Tusia tatę, a tata zawołał mamę, która z drabiny jakoś mnie zdjęła z tego dachu. Zwykle jednak nasze kocie życie toczyło się miło i leniwie.

cdn.

 

Wiem, że od czasu mojego uwolnienia rodzice mieli sporo stresów.  Starałem się nie przysparzać im zmartwień, ale nie zawsze się udawało. Któregoś dnia postanowiłem zwiedzić las. Nasza łąka kończyła się pod lasem, ale chciałem zobaczyć co jest dalej. Powędrowałem, przedzierając się przez gałęzie, krzaki i paprocie. Tam inaczej pachniało niż w nadmorskim lesie. Nie było tyle iglastych drzew, no i na poszyciu nie czułem zbyt dużo mchu, za to więcej liści.

Szedłem długo. Wydawało mi się, że cały czas robię w głowie mapę do powrotu. Niestety zgubiłem się. A czułem, że nadchodzi wieczór, bo zmieniał się zapach powietrza i wilgoć osiadała na wszystkim. Wcisnąłem się w jakieś zagłębienie pod krzakiem i postanowiłem przeczekać, nie mając pojęcia jak uda mi  się wykaraskać z tej opresji. Słyszałem, że las ożywa. Duże zwierzęta ruszały na żer, a spod ziemi wychodzili różni nocni łowcy. Miałem nadzieję, że nie zainteresują się mną, ale trochę się bałem. Była już  noc.

I wtedy usłyszałem!

Kiedy nie pojawiłem się w domu wieczorem, rodzice zaczęli mnie szukać. Najpierw sprawdzili wszystkie znane miejsca, a potem jechali wzdłuż lasu i  wołali, gwizdali. Byli za daleko żeby mnie usłyszeć, ale ja natychmiast namierzyłem kierunek i – nie bacząc na nocne zagrożenia – zacząłem się przedzierać w stronę domu. Po północy wołanie ucichło, ale ja już wiedziałem gdzie jestem. Nad ranem dotarłem do domu, wlazłem na parapet i czekałem. Jaka była radość, jak mnie tam odkryli! A ja rzuciłem się na jedzenie. Jaki ja byłem głodny!

Po tej przygodzie  trzymałem się już naszego terenu, za to rodzice reagowali nerwowo, jak tylko nie pojawiłem się o zwykłej porze przed domem. Rodzice brali wtedy latarkę i mnie szukali. Czasem, przyznaję, przysnąłem w krzakach albo zagapiłem się przy jakiejś obiecującej norce. Kiedy poświecili latarką, to od razu wiedzieli,  że to ja, bo tylko jedno oko odbijało światło.

Któregoś razu mama długo szukała mnie  latarką, nawoływała, gwizdała i nic. W domu nerwowo, Tusia od razu wyczuła napięcie i też biegała z mamą szukać. Ale nie znalazły. Rozpacz. Była już głęboka noc, kiedy mama przypomniała sobie, że ostatni raz widziała mnie, kiedy układała rzeczy w szafie na strychu. Popędziła tam, otworzyła drzwi, a ja wyszedłem z szafy, przeciągając się. Dobrze mi się tam spało.

Rodzice okropnie nie lubili kiedy wychodziłem na drogę. Próbowali mnie przeganiać, a ja nie rozumiałem o co im chodzi. Przecież już nauczyłem się być ostrożny. Uciekałem jak tylko słyszałem nadjeżdżający samochód czy motocykl, nie mówiąc już o traktorach czy kombajnach. Bo kiedy przychodził okres prac polowych, to na drogę wyjeżdżały straszne motorowe potwory i uciekaliśmy z bratem w jakieś zaciszne miejsca albo opiekunowie zamykali nas w domu. Sąsiad zawsze informował kiedy będzie u nas kosił. Mówił, że niektóre koty nie uciekają, a zamierają w bezruchu  ze strachu i  to jest ich zguba. Tak zginęło wielu naszych braci. Straszne.

W ogóle na wsi  nie najlepiej traktuje się zwierzęta. Wszystkie powinny pracować. Koty są od łowienia myszy, a psy od pilnowania obejścia. Krowy mają dawać mleko, a kury znosić jajka. Jak któraś się nie sprawdza, to się ją wymienia na inną. A te niechciane krowy wywożą gdzieś daleko. Przyjeżdżają takie wielkie samochody i słyszymy jak się skarżą, jak nie chcą tam wejść i się bronią.

No i wszystkie muszą schodzić z drogi człowiekowi i jego maszynom. Jeśli któreś z nas nie zdąży, trudno, „dobór naturalny” – mówią. Co roku pod kołami maszyn giną kociaki, szczeniaki. Nikt nad nimi nie płacze. Żadnych sentymentów. Przeżywają tylko te psy i koty, które się boją ludzi i przed nimi uciekają.

Na szczęście nasi ludzie myślą inaczej. Troszczą się o nas, kochają, głaszczą, przytulają. A tamte czasem są głodne, a do lekarza na pewno nikt ich nie zabierze.

Kiedyś przywędrowała do naszego domu chora kotka. Rodzice się potem dziwili,  że żadne z nas nie zdradziło, że ona jest w warsztacie. Przecież my normalnie przeganialiśmy obce koty, nie mówiąc o Tusi, która nie cierpiała takich wizyt. A tu żadne z nas ani mru mru. W końcu mama zauważyła kotkę, która była już okropnie wychudzona, zaczęła ją dokarmiać, ale było za późno. Kotka umarła i jeszcze był problem jak ją wydostać z kryjówki, bo  schowała się w stropie. My koty idziemy umierać w samotności, a inni członkowie stada to szanują. Wiedzieliśmy, że jest chora i dlatego zostawiliśmy ją w spokoju.

cdn.

I otworzyła się brama raju! Mogłem wychodzić, gdzie chciałem. Na początku rodzina śledziła mnie dość skrupulatnie. Rodzice, Tusia i brat, który szedł za mną w pewnej odległości, jak szpieg. Rodzice interweniowali, gdy widzieli zagrożenie. Pierwsza wycieczka na asfaltową drogę okazała się bardzo niebezpieczna, bo akurat jechał autobus szkolny, ale kierowca zatrąbił i wtedy mama zgarnęła mnie z drogi. Z kolei Tusia reagowała szczekaniem kiedy tylko z daleka usłyszała mój miauk albo  ujadaniem ostrzegała o zbliżającym się zagrożeniu, bo widziała obcego kota lub psa. Cichosza zaś dyskretnie mnie kontrolował, ale biegł na pomoc, kiedy wdałem się w kocią awanturę. Bo oczywiście zacząłem spotykać koty z gospodarstwa. One nie wchodziły w dzień na nasze podwórko, bo im Tusia nie pozwalała, ale przecież znałem ich zapachy zostawione na płocie. Na neutralnym terenie musieliśmy ustalić czyj on jest . Już tak mamy poukładane w głowach, my koty.

Uwolnienie miało jeszcze jeden cudowny aspekt – rodzice przestali obcinać mi pazury, żebym miał szansę się bronić w razie czego. Hurra!

Powoli zapuszczałem się coraz dalej, odwiedziłem już wszystkie miejsca, które poznałem spacerując z mamą. Ułożyłem się z kilkoma kocimi dziewczynami od sąsiadów. Teraz bardzo ciągnęło mnie do gospodarstwa po drugiej stronie drogi. Tam poznałem jeszcze inne koty, ale   szybko się zorientowałem, że wszystkie były chude i mniejsze ode mnie.  Kiedy dochodziło do bójki, dawałem im manto i potem już schodziły mi z drogi. A były tam też psy. Co mi tam psy! Nie bałem się, bo w domu miałem Tusię. A one chyba wyczuły, że się ich nie boję, bo w zasadzie się mną nie interesowały. Gdybym się zbliżał do ich miski, to może…, ale ja nie byłem zainteresowany.

W gospodarstwie mieszkały też krowy, kury, czasem kaczki i gęsi. Mówię – czasem, bo potem jakoś znikały i ich nie było. Krowy i kury były stale. Krowy były uwięzione w oborze, a kury  miały lepiej, ale też nie mogły wychodzić za ogrodzenie. Zasadniczo, bo zawsze znalazły się takie, które, jak ja, ceniły sobie wolność ponad wszystko i skakały przez płot, a potem wędrowały po podwórku czy po drodze. Mama mówi, że kury to dinozaury i coś w tym jest. Ale dogadać się z nimi nie mogłem. Do obory też zachodziłem, z ciekawości, ale niespecjalnie mi się tam podobało, a krowy także nie były zachwycone jak im się kręciliśmy pod nogami.

Nad stawem spotykałem dzikie kaczki. Niewiele sobie robiły z mojej obecności. Wyczuwałem bociana, zające, jeże, czaple, bażanty i żurawie. Bywało, że czułem lisa, sarny i łanie, ale wtedy raczej wolałem wrócić do domu. Nie moja waga.

Nad stawem odkryłem nory szczurów wodnych i spędzałem tam dużo czasu polując na nie. Najłatwiej było złapać małe. Polowałem także na krety. Trzeba było godzinami warować przy kopcu i czekać na ten jeden moment… Czasem zanosiłem mamie, ale ona zupełnie tego nie doceniała. Nawet się złościła, szczególnie jak przyniosłem ptaszka. Ludzie to są trochę dziwni.

 Zimą ślizgałem się na lodzie i wąchałem łuski po rybach, który wykradała wydra. Lubiłem śnieg i deszcz mi też nie przeszkadzał ( no chyba że była ulewa). Burzy się nie bałem. Natomiast nie przepadałem za wiatrem. Zawsze jednak można było znaleźć jakieś zaciszne miejsce w krzakach, a w krzakach ukrywały się małe ptaszki. Tyle atrakcji!

Do domu wpadałem w ciągu dnia na jedzenie. Brama była stale uchylona na tyle abym ja mógł się wsunąć uciekając przed jakimś zagrożeniem, ale nie na tyle, by Tusia mogła wyjść za płot.

Utarło się, że jak mama wychodziła na spacer z Tusią, to gwizdała na nią. Tak się nauczyliśmy, że na gwizd my koty też wychodziliśmy z kryjówek i dołączaliśmy do spacerowiczów. Mama była zachwycona kiedy wszyscy razem obchodziliśmy nasze łąki. A to gwizdanie stało się też wieczorem zawołaniem: do domu! Przychodziłem więc na gwizdanie lub sam, kiedy zbliżał się zmierzch, a to było o różnych godzinach w różnych porach roku. Właziłem na stół w ogrodzie albo na parapet. Szybko się nauczyłem tej sztuki. Pod parapetem stała balia z wodą ( zimą odwrócona do góry dnem), nad balią kran z półeczką, Wdrapywałem się na rant balii ( tylko raz się skąpałem), potem hyc na półkę i skok na parapet. Gdyby ktoś to obserwował, to  by się na pewno nie zorientował, że nie widzę.

Czułem się cudownie wolny, czułem się świetnie fizycznie. Owszem, czasem oberwałem i wracałem  poraniony do domu, ale rodzice zawsze  albo sami pomogli, albo zabrali do lekarza. Najgorsze było, że czasem  powracały ataki duszności, te skurcze oskrzeli, które towarzyszyły mi  przez całe życie. Wtedy, niestety, byłem bezradny, nie mogłem się ruszyć ani obronić. Byłem wyprężony jak struna i łapałem oddech między skurczami. Pół minuty, minutę, aż przeszło.

cdn.

Skończyła się zima i nagle na naszym spokojnym podwórku pojawiło się kilku panów i jakiś warczący ciężki sprzęt.  Rodzice zaczęli budowę domu. Koparki, wykopy, spaliny, krzyki. A jeszcze mama gotowała robotnikom, więc kręcili się też po domu.

Zacząłem szukać miejsc schronienia, ale te hałasy i obce głosy zupełnie wybiły mnie z równowagi i straciłem poczucie bezpieczeństwa. Niestety rodzice nie zauważyli tego, bo bardzo byli zajęci. Pozornie wszystko było jak dawniej, mama wychodziła z nami na spacery, ale właściwie wszystko było podporządkowane budowie i atmosfera stała się dość nerwowa.

Wróciły problemy z pęcherzem. Znowu posikiwałem krwią, kolejne wizyty u lekarza, zastrzyki, cewnikowanie. Niestety nie pomogły. W końcu kompletnie się zatkałem, wyłem z bólu i żadne leki nie dawały mi ulgi. Doktor Agata zrobiła mi usg i  orzekła – natychmiast operacja. Miałem krwotoczne zapalenie pęcherza.

Oczywiście rodzice byli ze mną. Przed operacją dostałem „głupiego jasia” i zwymiotowałem… martwego tasiemca. Wszyscy byli zaskoczeni, bo przecież regularnie dostawałem środki na odrobaczenie. Okazało się, że nie były skuteczne na wszystkie pasożyty. Odtąd co kwartał dostawaliśmy z bratem specjalne zastrzyki na tasiemca.

Doktorostwo operowali razem. Uprzedzili rodziców, że jeśli rozcięcie i wyczyszczenie pęcherza nie da skutku, to kolejnym krokiem będzie wyszycie cewki moczowej. Tłumaczyli, że będę sikał jak dziewczynka. Pomyślałem – nigdy! Tego nie zniosę. Ale by Cichosza miał używanie! No i nie mógłbym znaczyć terenu. Postanowiłem się skoncentrować i wyzdrowieć. Tylko niech mi nic nie wyszywają…

Operacja poszła dobrze. Rozcięli, wyczyścili z piasku i krwi, zaszyli,  a doktor Hubert zrobił mi piękny szew śródskórny. Niestety założyli mi też cewnik, a na dodatek  kołnierz , żebym sobie tego cewnika nie wyjął.  Doktor Agata powiedziała, że najlepiej by było, aby mocz cały czas odpływał. Rodzice specjalnie przygotowali  pokój, wyłożyli go folią i mama spała tam ze mną  przez kilka dni.

Najgorzej znosiłem plastikowy kołnierz, ale obiecałem sobie przecież zrobić wszystko, by wyzdrowieć. I tak też się stało. Zagoiło się jak na psie  (sic!). Wkrótce po szwie nie było śladu. Sikanie wróciło do normy. Rodzice zmienili mi karmę na specjalną antystruwitową. Żal mi tylko było, że nie mam już dostawać surowej ryby, mojej ulubionej, pachnącej morzem, ech… Ale przecież tyle świeżego mięska biegało po ogrodzie. Jakoś dam sobie radę.

Najważniejsze jednak były rozważania doktor Agaty. Próbowała dociec dlaczego to mi się przytrafiło. dopytywała się czy coś się w naszej rodzinie ostatnio wydarzyło, zmieniło… No tak, przecież w domu rewolucja, bo zaczęła się budowa. To wszystko jasne. Doktor Agata wytłumaczyła rodzicom, że koty bardzo często mają zaburzenia somatyczne na tle psychicznym. A ja, jeszcze ślepy, straciłem poczucie bezpieczeństwa. Podziwiałem doktor Agatę, że taka mądra i cieszyłem, że nam to wytłumaczyła, bo przynajmniej wiedziałem teraz jak się bronić przed powtórką. Rodzice też obiecali zrobić wszystko, by zapewnić mi azyl i dobre samopoczucie. Nawet brat odpuścił, znowu był opiekuńczy, a Tusia to już całkiem oszalała, obiecała że mnie będzie bronić przed wszystkimi.

Dość szybko wróciłem do formy, znowu wychodziłem do ogrodu, polowałem, codziennie spacerowałem z Tusią i mamą. Szybko zapomniałem o przestrogach doktor Agaty, bo znowu zaczęło mi się robić ciasno na podwórku. Wydeptałem nawet ścieżkę wzdłuż płotu, tak mnie wkurzało, że Cichosza może chodzić wszędzie sam, a ja nie. I nakręcałem się. Aż któregoś razu przyuważyłem jak Cichosza przeskakuje przez płot. Spróbowałem zrobić to samo w tym samym miejscu. Nagle znalazłem się na słupku. Eureka! Już wiem jak to się robi! Tylko co dalej? Jak zejść? trudno, skoczyłem na oślep, nie mając pojęcia, co jest po drugiej stronie, ale dobrze trafiłem, więc tylko biegiem, zanim się zorientują…

Rodzice szybko zauważyli, że zwiałem, a że poszedłem wcześniej zapamiętaną drogą spacerową, to  szybko mnie znaleźli i z powrotem zaaresztowali za ogrodzeniem. Ta seria ucieczek trwała jakiś czas. Rodzice próbowali wymyślać przeszkody. A to zakładali jakieś gałęzie na płot, które miały mi przeszkadzać. Znalazłem lukę. A to tato założył kawałki blachy na słupki, po których się wspinałem – żebym się ześliznął pazurami. Dałem radę. Tak się wyćwiczyłem, że jednym susem byłem od razu na górze słupka. Rodzice byli podłamani. Naradzili się z doktor Agatą, długo debatowali i w końcu ustalili, że trzeba  dać mi wolność. WOLNOŚĆ!

cdn.

Któregoś lipcowego popołudnia mama pojechała  na grzyby, a przywiozła z lasu szczeniaka. Kolejna wyrzucona bida dostała na imię Tusia. Na początku byliśmy z bratem obrażeni, ale rodzice rozsądnie początkowo zamykali ją na noc w łazience, więc nie straciłem poczucia bezpieczeństwa na swoim terenie.  Cichosza ją szybko ustawił, a ja też miałem swój udział  w wychowaniu Tusi. Szybko zrozumiała, że też jest kotem, przestała się  tak gwałtownie, po psiemu, zachowywać, więc ją przyjęliśmy do stada i codziennie wylizywaliśmy, jak siostrę. W końcu była dwa razy większa i bardzo szybka, mogła się przydać do obrony stada.

Niestety niedługo potem Tusia znalazła w trawie to coś. Bardzo małego biało-szarego kotka, którego rodzice nazwali Gremlins, bo tak wyglądał. Dla mnie to było za dużo. Mały garnął się do nas, ale Cichosza dawał dyla za płot, a ja  omijałem gówniarza łukiem. Za to Tusia była zachwycona, bo miała partnera do dziecięcych zabaw, a kociała przy tym na potęgę.

Od początku było wiadomo, że Gremlins nie może u nas zostać i mama poszukała mu domu. Świetnie chłopak trafił. Pojechał do miasta i mieszka u cioci Violi jak książę udzielny, łaskawie pozwalając się pieścić i adorować.

Mama chciała mi jakoś wynagrodzić te udręki, bo widziała, że tracę poczucie bezpieczeństwa, że się robię nerwowy, więc razem z Tusią zaczęła mnie wyprowadzać na spacery poza ogrodzenie. I tak dowiedziałem się gdzie jest staw, brzeg jeziora, gdzie rośnie zboże, a gdzie jest las. Cały czas słyszałem też odgłosy z drogi asfaltowej, ale tam mi  nie pozwalali chodzić, ani do gospodarstwa za drogą też nie. Coraz pewniej czułem się w okolicy i uważałem, że mógłbym już chodzić wszędzie sam, jak Cichosza. Protestowałem kiedy wracaliśmy za ogrodzenie, ale nikt mnie nie chciał słuchać. Złościłem się kiedy brat uciekał przez płot i w końcu mu wykrzyczałem, że jak tak, to niech sobie tam zostanie, ale teren podwórka jest mój i zacząłem go przeganiać sprzed domu. Brat był sprytny,  stosował uniki, przecież wiedział, że go nie widzę, ale za to dobrze słyszałem! W każdym razie atmosfera miedzy nami zgęstniała. W domu był rozejm, bo tam jednak zasady ustalali  rodzice, ale na podwórku – nie ma przeproś.

Właściwie odtąd Tusia stała się katalizatorem. Już nie spaliśmy z bratem obok siebie. Każdy sypiał obok Tuśki. Czasem jeszcze odruchowo wylizywaliśmy sobie pyski, ale Cichosza potrafił syknąć na mój widok. No, muszę się przyznać, że trochę miał powodów. Wiedział, że jestem większy i silniejszy i w razie zapasów – przegra. A  przecież zawsze dotąd był dla mnie starszym bratem, opiekunem i przewodnikiem. Byłem niewdzięcznikiem.

cdn.

Pod koniec nadmorskich wakacji nasi ludzie wybrali się na Warmię. Tato znalazł ogłoszenie – siedlisko nad jeziorem. Pojechali tam pod koniec października, akurat padało, więc nic nie zapowiadało, że się zachwycą tym miejscem. Awa opowiadała ( bo ją to oczywiście zabrali), że tam wiało jak nad morzem, że za domem był las, na dole jezioro, dookoła łąki, cisza i spokój. A jak mama zeszła nad jezioro, to na pomoście  leżały resztki raków, znaczy woda czysta.

Rodzice spotkali się z właścicielem, porozmawiali i wrócili do Łeby, a potem pojechaliśmy do domu. Wiedzieliśmy z bratem, że marzy im się dom na wsi, ale właściwie nie wracali do tematu tego siedliska. W końcu była działka pod Łodzią i całkiem ładne tereny wokół niej.

Niespodziewanie po kilku miesiącach właściciel zadzwonił z informacją, że obniża cenę, a rodzice zaczęli sprawdzać szanse zakupu siedliska. Prawie rok zajęły formalności, ale w końcu klamka zapadła. Zdecydowali, że przeprowadzamy się na wieś i to definitywnie, bo trzeba wszystko zlikwidować w mieście. Najpierw jeździli tam tylko z Awką załatwiać sprawy urzędowe i przygotować dom na nasz przyjazd. Awa opowiadała nam po powrocie, że tam pięknie i jeszcze dziko, że duży teren, że górki i doliny, a   powietrze ładnie pachnie. Intrygowało nas to, ale Cichosza drętwiał na samą myśl o podróży.

Niestety naszą ekscytację zmąciła choroba Awki. Nagle jej stan zdrowia się pogorszył. Zaczęła się dusić, a właściwie topić, bo zbierała jej się woda w płucach. Doktor ratował jak mógł, ale w końcu i on musiał się poddać. Awka odeszła. Odprowadziliśmy ją z bratem, gdy przechodziła na drugą stronę, tak jak ona kiedyś odprowadzała Pastelka, ukochanego pieska mamy.

Było to dla nas trudne przeżycie, a jeszcze rodzice nas zostawili samych na dwa dni, bo pojechali pochować Awkę już na terenie nowo kupionego siedliska. Wiemy, że było im ciężko, ale nie pomyśleli, że dla nas to też szok. Zostawili nam wodę i jedzenie i pojechali. A my byliśmy przerażeni. Cichosza się bał, że już nie wrócą. Nawet się pokłóciliśmy, bo on uważał, że teraz musi zostać przewodnikiem stada, a ja przecież byłem większy i silniejszy, no to nie chciałem się zgodzić… Od tego momentu już nigdy nie było jak dawniej. Śmierć Awy zakłóciła równowagę stada. Nasi ludzie byli bardzo zajęci przeprowadzką, a my z Cichoszą zaczęliśmy konkurować o przywództwo.

cdn.