owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: kot na wolności

I otworzyła się brama raju! Mogłem wychodzić, gdzie chciałem. Na początku rodzina śledziła mnie dość skrupulatnie. Rodzice, Tusia i brat, który szedł za mną w pewnej odległości, jak szpieg. Rodzice interweniowali, gdy widzieli zagrożenie. Pierwsza wycieczka na asfaltową drogę okazała się bardzo niebezpieczna, bo akurat jechał autobus szkolny, ale kierowca zatrąbił i wtedy mama zgarnęła mnie z drogi. Z kolei Tusia reagowała szczekaniem kiedy tylko z daleka usłyszała mój miauk albo  ujadaniem ostrzegała o zbliżającym się zagrożeniu, bo widziała obcego kota lub psa. Cichosza zaś dyskretnie mnie kontrolował, ale biegł na pomoc, kiedy wdałem się w kocią awanturę. Bo oczywiście zacząłem spotykać koty z gospodarstwa. One nie wchodziły w dzień na nasze podwórko, bo im Tusia nie pozwalała, ale przecież znałem ich zapachy zostawione na płocie. Na neutralnym terenie musieliśmy ustalić czyj on jest . Już tak mamy poukładane w głowach, my koty.

Uwolnienie miało jeszcze jeden cudowny aspekt – rodzice przestali obcinać mi pazury, żebym miał szansę się bronić w razie czego. Hurra!

Powoli zapuszczałem się coraz dalej, odwiedziłem już wszystkie miejsca, które poznałem spacerując z mamą. Ułożyłem się z kilkoma kocimi dziewczynami od sąsiadów. Teraz bardzo ciągnęło mnie do gospodarstwa po drugiej stronie drogi. Tam poznałem jeszcze inne koty, ale   szybko się zorientowałem, że wszystkie były chude i mniejsze ode mnie.  Kiedy dochodziło do bójki, dawałem im manto i potem już schodziły mi z drogi. A były tam też psy. Co mi tam psy! Nie bałem się, bo w domu miałem Tusię. A one chyba wyczuły, że się ich nie boję, bo w zasadzie się mną nie interesowały. Gdybym się zbliżał do ich miski, to może…, ale ja nie byłem zainteresowany.

W gospodarstwie mieszkały też krowy, kury, czasem kaczki i gęsi. Mówię – czasem, bo potem jakoś znikały i ich nie było. Krowy i kury były stale. Krowy były uwięzione w oborze, a kury  miały lepiej, ale też nie mogły wychodzić za ogrodzenie. Zasadniczo, bo zawsze znalazły się takie, które, jak ja, ceniły sobie wolność ponad wszystko i skakały przez płot, a potem wędrowały po podwórku czy po drodze. Mama mówi, że kury to dinozaury i coś w tym jest. Ale dogadać się z nimi nie mogłem. Do obory też zachodziłem, z ciekawości, ale niespecjalnie mi się tam podobało, a krowy także nie były zachwycone jak im się kręciliśmy pod nogami.

Nad stawem spotykałem dzikie kaczki. Niewiele sobie robiły z mojej obecności. Wyczuwałem bociana, zające, jeże, czaple, bażanty i żurawie. Bywało, że czułem lisa, sarny i łanie, ale wtedy raczej wolałem wrócić do domu. Nie moja waga.

Nad stawem odkryłem nory szczurów wodnych i spędzałem tam dużo czasu polując na nie. Najłatwiej było złapać małe. Polowałem także na krety. Trzeba było godzinami warować przy kopcu i czekać na ten jeden moment… Czasem zanosiłem mamie, ale ona zupełnie tego nie doceniała. Nawet się złościła, szczególnie jak przyniosłem ptaszka. Ludzie to są trochę dziwni.

 Zimą ślizgałem się na lodzie i wąchałem łuski po rybach, który wykradała wydra. Lubiłem śnieg i deszcz mi też nie przeszkadzał ( no chyba że była ulewa). Burzy się nie bałem. Natomiast nie przepadałem za wiatrem. Zawsze jednak można było znaleźć jakieś zaciszne miejsce w krzakach, a w krzakach ukrywały się małe ptaszki. Tyle atrakcji!

Do domu wpadałem w ciągu dnia na jedzenie. Brama była stale uchylona na tyle abym ja mógł się wsunąć uciekając przed jakimś zagrożeniem, ale nie na tyle, by Tusia mogła wyjść za płot.

Utarło się, że jak mama wychodziła na spacer z Tusią, to gwizdała na nią. Tak się nauczyliśmy, że na gwizd my koty też wychodziliśmy z kryjówek i dołączaliśmy do spacerowiczów. Mama była zachwycona kiedy wszyscy razem obchodziliśmy nasze łąki. A to gwizdanie stało się też wieczorem zawołaniem: do domu! Przychodziłem więc na gwizdanie lub sam, kiedy zbliżał się zmierzch, a to było o różnych godzinach w różnych porach roku. Właziłem na stół w ogrodzie albo na parapet. Szybko się nauczyłem tej sztuki. Pod parapetem stała balia z wodą ( zimą odwrócona do góry dnem), nad balią kran z półeczką, Wdrapywałem się na rant balii ( tylko raz się skąpałem), potem hyc na półkę i skok na parapet. Gdyby ktoś to obserwował, to  by się na pewno nie zorientował, że nie widzę.

Czułem się cudownie wolny, czułem się świetnie fizycznie. Owszem, czasem oberwałem i wracałem  poraniony do domu, ale rodzice zawsze  albo sami pomogli, albo zabrali do lekarza. Najgorsze było, że czasem  powracały ataki duszności, te skurcze oskrzeli, które towarzyszyły mi  przez całe życie. Wtedy, niestety, byłem bezradny, nie mogłem się ruszyć ani obronić. Byłem wyprężony jak struna i łapałem oddech między skurczami. Pół minuty, minutę, aż przeszło.

cdn.

Skończyła się zima i nagle na naszym spokojnym podwórku pojawiło się kilku panów i jakiś warczący ciężki sprzęt.  Rodzice zaczęli budowę domu. Koparki, wykopy, spaliny, krzyki. A jeszcze mama gotowała robotnikom, więc kręcili się też po domu.

Zacząłem szukać miejsc schronienia, ale te hałasy i obce głosy zupełnie wybiły mnie z równowagi i straciłem poczucie bezpieczeństwa. Niestety rodzice nie zauważyli tego, bo bardzo byli zajęci. Pozornie wszystko było jak dawniej, mama wychodziła z nami na spacery, ale właściwie wszystko było podporządkowane budowie i atmosfera stała się dość nerwowa.

Wróciły problemy z pęcherzem. Znowu posikiwałem krwią, kolejne wizyty u lekarza, zastrzyki, cewnikowanie. Niestety nie pomogły. W końcu kompletnie się zatkałem, wyłem z bólu i żadne leki nie dawały mi ulgi. Doktor Agata zrobiła mi usg i  orzekła – natychmiast operacja. Miałem krwotoczne zapalenie pęcherza.

Oczywiście rodzice byli ze mną. Przed operacją dostałem „głupiego jasia” i zwymiotowałem… martwego tasiemca. Wszyscy byli zaskoczeni, bo przecież regularnie dostawałem środki na odrobaczenie. Okazało się, że nie były skuteczne na wszystkie pasożyty. Odtąd co kwartał dostawaliśmy z bratem specjalne zastrzyki na tasiemca.

Doktorostwo operowali razem. Uprzedzili rodziców, że jeśli rozcięcie i wyczyszczenie pęcherza nie da skutku, to kolejnym krokiem będzie wyszycie cewki moczowej. Tłumaczyli, że będę sikał jak dziewczynka. Pomyślałem – nigdy! Tego nie zniosę. Ale by Cichosza miał używanie! No i nie mógłbym znaczyć terenu. Postanowiłem się skoncentrować i wyzdrowieć. Tylko niech mi nic nie wyszywają…

Operacja poszła dobrze. Rozcięli, wyczyścili z piasku i krwi, zaszyli,  a doktor Hubert zrobił mi piękny szew śródskórny. Niestety założyli mi też cewnik, a na dodatek  kołnierz , żebym sobie tego cewnika nie wyjął.  Doktor Agata powiedziała, że najlepiej by było, aby mocz cały czas odpływał. Rodzice specjalnie przygotowali  pokój, wyłożyli go folią i mama spała tam ze mną  przez kilka dni.

Najgorzej znosiłem plastikowy kołnierz, ale obiecałem sobie przecież zrobić wszystko, by wyzdrowieć. I tak też się stało. Zagoiło się jak na psie  (sic!). Wkrótce po szwie nie było śladu. Sikanie wróciło do normy. Rodzice zmienili mi karmę na specjalną antystruwitową. Żal mi tylko było, że nie mam już dostawać surowej ryby, mojej ulubionej, pachnącej morzem, ech… Ale przecież tyle świeżego mięska biegało po ogrodzie. Jakoś dam sobie radę.

Najważniejsze jednak były rozważania doktor Agaty. Próbowała dociec dlaczego to mi się przytrafiło. dopytywała się czy coś się w naszej rodzinie ostatnio wydarzyło, zmieniło… No tak, przecież w domu rewolucja, bo zaczęła się budowa. To wszystko jasne. Doktor Agata wytłumaczyła rodzicom, że koty bardzo często mają zaburzenia somatyczne na tle psychicznym. A ja, jeszcze ślepy, straciłem poczucie bezpieczeństwa. Podziwiałem doktor Agatę, że taka mądra i cieszyłem, że nam to wytłumaczyła, bo przynajmniej wiedziałem teraz jak się bronić przed powtórką. Rodzice też obiecali zrobić wszystko, by zapewnić mi azyl i dobre samopoczucie. Nawet brat odpuścił, znowu był opiekuńczy, a Tusia to już całkiem oszalała, obiecała że mnie będzie bronić przed wszystkimi.

Dość szybko wróciłem do formy, znowu wychodziłem do ogrodu, polowałem, codziennie spacerowałem z Tusią i mamą. Szybko zapomniałem o przestrogach doktor Agaty, bo znowu zaczęło mi się robić ciasno na podwórku. Wydeptałem nawet ścieżkę wzdłuż płotu, tak mnie wkurzało, że Cichosza może chodzić wszędzie sam, a ja nie. I nakręcałem się. Aż któregoś razu przyuważyłem jak Cichosza przeskakuje przez płot. Spróbowałem zrobić to samo w tym samym miejscu. Nagle znalazłem się na słupku. Eureka! Już wiem jak to się robi! Tylko co dalej? Jak zejść? trudno, skoczyłem na oślep, nie mając pojęcia, co jest po drugiej stronie, ale dobrze trafiłem, więc tylko biegiem, zanim się zorientują…

Rodzice szybko zauważyli, że zwiałem, a że poszedłem wcześniej zapamiętaną drogą spacerową, to  szybko mnie znaleźli i z powrotem zaaresztowali za ogrodzeniem. Ta seria ucieczek trwała jakiś czas. Rodzice próbowali wymyślać przeszkody. A to zakładali jakieś gałęzie na płot, które miały mi przeszkadzać. Znalazłem lukę. A to tato założył kawałki blachy na słupki, po których się wspinałem – żebym się ześliznął pazurami. Dałem radę. Tak się wyćwiczyłem, że jednym susem byłem od razu na górze słupka. Rodzice byli podłamani. Naradzili się z doktor Agatą, długo debatowali i w końcu ustalili, że trzeba  dać mi wolność. WOLNOŚĆ!

cdn.