owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: kot niepełnosprawny na wolności

Bywały takie dni, że nagle dookoła pojawiało się dużo nowych przyjezdnych osób, nowych dźwięków i zapachów. Ludzie to nazywali długimi weekendami. Czasami wtedy też odbywały się imprezy z głośną muzyką. Nie lubiliśmy tych anomalii, bo zakłócały porządek rzeczy. Starałem się wtedy trzymać na uboczu, unikać wchodzenia na teren sąsiadów, do których czasem przyjeżdżały obce psy. Tylko wcześnie rano, gdy ludzie jeszcze spali, robiłem obchód moich miejsc, podsłuchiwałem co nowego w norach, no i przekąsiłem to i owo. Potem zaszywałem się gdzieś w krzakach i przeczekiwałem dzień.

Był właśnie taki czerwcowy weekend. Nie wiem co mnie wtedy pognało na ten asfalt. O drugiej  po południu. Noc mieliśmy wszyscy zarwaną, bo u jednego sąsiada  były głośne imieniny, a u drugich – ognisko. Na dodatek było upalnie, a ja byłem jakiś rozkojarzony. Po porannym obchodzie leżałem spokojnie w cieniu bzów i nagle coś mi wpadło do głowy, ale już nie wiem, co to było. Wyszedłem na drogę, a tam, niestety, złapał mnie kolejny atak duszności. Na środku drogi.  Nie mogłem się ruszyć, jak zwykle w takich sytuacjach byłem bezradny. Stałem z szyją wyciągniętą jak struna i próbowałem złapać powietrze.

I wtedy zobaczyłem szary samochód. On też mnie zauważył i nawet zwolnił, ale zaraz potem centralnie we mnie wjechał. Poczułem jak taran uderza mnie i wciąga pod swój niski brzuch. Zrolował mnie i odjechał. Nawet nie wydałem żadnego dźwięku. Straciłem przytomność.

Jak przez mgłę usłyszałem krótkie szczeknięcie Tuśki i poczułem jak przerażona mama  podnosi mnie z asfaltu. Oprzytomniałem i poczułem straszny ból. Zamiauczałem boleśnie. Wiedziałem, że tylne łapy mam bezwładne, połamane żebra, a ogon złamany u nasady. Mama pobiegła z krzykiem w stronę domu do taty, a ten zaraz wybiegł do ogrodu. „Połóż Pędzelka na stole i dzwoń do doktor Agaty” – powiedział. Mama pobiegła po telefon, a mnie tato próbował utulić.

A ja w tym czasie walczyłem, bo zobaczyłem, że ONA przyszła po mnie. Broniłem się, chciałem ją przegonić, z całej siły waliłem przednimi łapami, aż poczułem, że wbiłem pazury w tatę. Odpuściłem. Nie mogłem złapać oddechu, czułem w pysku krew. Tato mnie głaskał i w końcu się uspokoiłem.

Okazało się, że nasze doktorostwo niestety wyjechało i  trzeba jechać do…  „ Ale on umiera” – powiedział tato. Mama położyła mnie na trawie obok Tuśki, głaskała po głowie i szeptała do mnie uspokajająco. Słyszałem jak się modli, żebym nie cierpiał. Jeszcze dwa płytkie oddechy i …

I wtedy ich wszystkich ZOBACZYŁEM. Mamę, tatę, Tusię i Cichoszę.  Brat, który nigdy o tej porze się nie pokazywał na podwórku, już wiedział i przyszedł mnie odprowadzić. Pierwszy raz wyraźnie  zobaczyłem Tusię,  nasz dom, jezioro i las. Zrozumiałem, że  jestem już po drugiej stronie. Rodzice płakali.

Odzyskałem wzrok i jestem wolny. Czułem,  że teraz mogę iść dokąd tylko zechcę. Ale dokąd ja pójdę? Tu byłem szczęśliwy. Zostanę tutaj i poczekam na resztę stada…

 

Minęły dwa lata, a ja na wolności radziłem sobie fantastycznie. Rodzice już okrzepli i przestali histeryzować kiedy tylko spóźniałem się z powrotem do domu. A ja starałem się nie nadwyrężać ich nerwów i przybiegałem na gwizdanie. Czasami w domu były jakieś zawirowania – goście, nadzwyczajna robota, to wtedy zdarzało mi się zostać na dworze po zmroku, ale starałem się być blisko domu. Lubiłem przysypiać nad oczkiem wodnym obok Tusi, ale najczęściej wieczorem leżałem na stole w ogrodzie, bo tam czułem się bezpiecznie, a jednocześnie wszystko słyszałem.

Lubiłem też zwiedzać nasz nowy dom, który rodzice sami wykańczali. Kiedy mama zabrała mnie tam pierwszy raz, to nie było jeszcze schodów. Zabrała mnie na poddasze, abym obwąchał nowe kąty, a mnie zachciało się biegać i nagle znalazłem się piętro niżej. Ale bez wrażenia, nawet łapy nie zmieniłem i pomaszerowałem dalej. Potem rodzice szybko zrobili schody tymczasowe z palet, a ja z zapałem nauczyłem się wdrapywać na nie i tupałem moim ludziom nad głową. Cieszyłem się, że niedługo się przeprowadzimy.

Taty często nie było, bo pracował poza domem, wieczorami więc kładłem się mamie na ramieniu, gdy siedziała przy komputerze, mruczałem i tak zasypiałem. W nocy spałem przy jej głowie albo obok pod kołdrą, tak jak Tusia, która od dziecka  właziła pod przykrycie nawet w największe upały. Cichosza miał swoje miejsce na parapecie i wydawało mu się, że ja tam nie wskoczę. A ja bym dał radę, ale nie chciałem mu zakłócać wrażenia, że ma tam swój azyl.

Kiedy  wędrowałem po okolicy, napotykałem nieznane koty, te leśne. One były agresywne i silne (w lesie to już był taki odsiew, że przeżywały tylko  superkoty z bardzo silnymi genami).  Walcząc z nimi najczęściej  wołałem o pomoc, bo wiedziałem,  że to nie przelewki. Tusia szczekała jak wściekła, a mama przybiegała na pomoc. Nie raz obie  uratowały mi skórę. Ale w zasadzie ułożyłem sobie dobre stosunki ze wszystkimi mieszkańcami naszego przysiółka. Przecież byłem łagodnego serca. Odzyskałem spokój. Można powiedzieć, że żyłem pełnym kocim życiem.

Tylko z oczami było jeszcze gorzej niż kiedyś. Przez ostatnie dwa lata na prawe oko weszła mi taka zaćma, że przestałem widzieć i plamy światła. Nie widziałem już kompletnie nic. Za to słyszałem i czułem wyśmienicie.

Nasze życie toczyło się w pewnym rytmie. Budziłem mamę rano, no latem to około czwartej, ale nie dawała się ubłagać i zamykała mnie jeszcze do izolatki, to znaczy do łazienki, gdzie spałem na koszu jakoś do szóstej. Potem już pozwalała nam z Cichoszą  wyjść na dwór. A wtedy było najpiękniej. Ptaki śpiewał swoją pieśń powitalną i były trochę nieuważne, gdy zbierały gąsienice na trawie. No wiecie… Jakieś pierwsze śniadanko sami sobie organizowaliśmy. Oczywiście każdy osobno.

Tusia z mamą szła na spacer około ósmej, to wtedy obaj dołączaliśmy do korowodu, ale jak Cichosza chciał wejść na podwórko, to ja mu pokazywałem kto tu rządzi. Mama interweniowała, nie lubiła naszych przepychanek. W końcu zwykle razem wchodziliśmy do domu i zajadaliśmy swoje chrupki i popijaliśmy śmietanką. Potem znowu marsz na pole. Wracałem w południe na obiadek, a Cichosza wtedy spał. Ja szedłem na dalsze wyprawy i wracałem wieczorem, a on wybywał koło piątej i pojawiał się łaskawie po dziesiątej lub jedenastej, oczywiście jak było ciepło, nie było burzy i deszczu. Cichosza uwielbiał pełnię, wtedy w ogóle nie wracał do domu na noc. Rodzice świrowali, ale on miał to w nosie. Pojawiał się na śniadaniu i mówił: „No, co takiego się stało, przecież jestem!”. Wieczorem każdy z nas wylizywał Tusię i odbywał własną toaletę. Ja włączałem koncert mruczanek i kładłem  się spać. A Cichosza jeszcze polował na strychu albo gapił się przez okno. On był nocnym markiem, jak każdy prawdziwy kot, a ja przestawiłem się na tryb dzienny.

Czasami wydarzało się coś spektakularnego, jak wtedy gdy się przestraszyłem Mańki, suczki naszych sąsiadów (też przygarniętej) i w panice wdrapałem się na dach drewutni. Donośnym głosem zawiadomiłem o tym Tusię, Tusia tatę, a tata zawołał mamę, która z drabiny jakoś mnie zdjęła z tego dachu. Zwykle jednak nasze kocie życie toczyło się miło i leniwie.

cdn.