owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: kot uratowany

Pierwsze dni w nowym miejscu to było szaleństwo. Rodzice i ich znajomi rozpakowywali rzeczy i budowali swoją kuwetę, a nas zamknęli w chałupie. Cichosza zabrał się do penetrowania kątów. Kazał mi siedzieć i czekać aż wróci. Niby nie chciałem go słuchać, ale czułem się dość niepewnie, bo tu wszystko absolutnie inaczej pachniało. Mieliśmy, co prawda, swoje wiklinowe koszyki i poduszki, ale wszystko wokół wydawało się nieprzyjazne. Chata pachniała świeżą farbą, spod której jednak wyłaniał się smród stęchlizny i jakieś odległe wspomnienia zwierzaków, które tu kiedyś mieszkały. Cichosza już zaczął znaczyć  swoim zapachem, co mi trochę dodawało odwagi (my, kastraty, zostawiamy zapach nieczytelny dla ludzi, ale koty znakomicie odczytują z niego wszystkie informacje, to nasza poczta). Ale potykałem się stale o jakieś rozstawione pakunki. Nie było miło.

W końcu brat wrócił i powiedział, że znalazł strych, a  tam pod deskami słychać myszy. No super! Polowanko we własnej chałupie. Ekstra. Zaraz poszedłem za nim, ale to nie było proste, bo miałem do pokonania dość strome schody. Właziłem na macanego za bratem, to jeszcze jakoś szło, ale powrót był dużo trudniejszy. W końcu jednak zakończyłem zwiedzanie bez kontuzji. Natomiast na strychu czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka – nietoperze. Czuliśmy je i słyszeliśmy jak drapią pazurkami, ale nie bardzo wiedzieliśmy co się z nimi robi.

Później jeszcze odkryliśmy warsztat, który kiedyś był oborą. Tam to dopiero słychać było przemykanie myszy i szczurów polnych. Pomyślałem, że to będzie moje ulubione miejsce, ale jednak najlepiej czułem się na dworze.

Rodzice na początku wypuszczali mnie tylko na krótko w takim zasiatkowanym kojcu. Ale niby co ja mogłem robić na dwudziestu metrach kwadratowych? Wkurzałem się i awanturowałem, próbowałem zwiać. Na szczęście szybko zrobili ogrodzenie i już miałem kawał ogrodu do penetrowania. Najbardziej spodobały mi się niskie jabłonie, na które łatwo mogłem się wdrapać i siedzieć półtora metra nad ziemią. Później właziłem i wyżej, bo tam słyszałem ptaszki. Wchodzenie nie było zbyt trudne, ale schodzenie – makabryczne. Kiedyś spadłem tak niefortunnie, że kulałem potem przez dwa tygodnie. Ale byłem zawzięty, nie przestałem włazić na drzewa.

W takich razach rodzice dzwonili po poradę do doktora Michała, ale jasne było, że trzeba znaleźć dobrego lekarza na miejscu. Pierwsze próby były fiaskiem. Wiejscy weterynarze nie mają pojęcia o kotach i psach, a jeśli mają odrobinę sumienia, to się do tego sami przyznają. Zresztą doświadczony opiekun to od razu pozna. Rodzice szukali najpierw w Nowym Mieście i po kilku kiepskich trafieniach, wylądowaliśmy u doktor Karoliny. Miła, kompetentna i kochająca. U niej czułem się bezpiecznie, ale kiedy zaczęły się poważne problemy z moim zdrowiem, doktor Karolina sama wysłała nas do specjalisty do Iławy. Tak trafiłem w ręce doktor Agaty i jej męża Huberta.

Tak,   jakoś po roku zacząłem  mieć problemy z pęcherzem. Zdarzało mi się posikiwać z krwią, napinałem się, a tu tylko kropelka i straszny ból. Płakałem, mama pakowała mnie do samochodu i jechaliśmy na zastrzyki. Później już mama sama robiła zastrzyki, ale zawsze była okropnie zestresowana. Czułem się  winny, bo nie chciałem zjeść żadnej tabletki. Nic nie mogłem jednak na to poradzić – kiedy ktoś próbował mi włożyć tabletkę do pyska, zawsze przypominał mi się pierwszy weterynarz , który mnie prawie otruł, więc odruchowo broniłem się do upadłego.

Dopiero tato znalazł na mnie sposób. Specjalnie preparował moje ulubione chrupki. Robił w nich dziurkę mikrowiertarką, wkładał tabletkę i zasmarowywał masłem oraz obsypywał pokruszoną chrupką. No jubilerska robota! Taka niespodzianka była umieszczana precyzyjnie na wierzchu stosiku z moim posiłkiem i pierwszym chapsem połykałem tabletkę, zanim cokolwiek zauważyłem. Gdybym tylko ją wyczuł, to bym wypluł i po zawodach.

cdn.

Wyjazdy na wieś były niewątpliwą atrakcją dla wszystkich członków stada, ale w mieście też nam się nie nudziło. Nasi ludzie mieli swoją pracę i inne sprawy, a my z bratem swoje gonitwy i zapasy, różne zabawki,  wygrzewanie się na słońcu i słodkie obżarstwo. A do tego rytuały. Codziennie wieczorem właziłem na stół albo biurko ( zależy, gdzie tato akurat siedział) i układałem się na lewym ramieniu taty, zawsze na lewym, tym samym, na którym pierwszy raz położył mnie sobie w Łebie. Mościłem się tak, mruczałem  i zasypiałem. Często po prostu przeszkadzałem mu w pracy na komputerze, ale on, biedny,  znosił to bez skargi, bo go to okropnie wzruszało. A kiedy nie było taty, to uwalałem się na ramieniu mamy. Obydwoje głaskali mnie wtedy, było  bezpiecznie, przytulnie i miło. Pełny komfort.

No i oczywiście spaliśmy wszyscy razem. Tato zamówił wielkie łóżko, które było jak wyspa na morzu. Wieczorem wszyscy złaziliśmy się tam. Awa spała przytulona do taty, a my z bratem zwykle po obu stronach głowy mamy, a czasem przytuleni do siebie.

Tak minęło lato, a we wrześniu rodzice zabrali nas wszystkich na wakacje. Jechaliśmy do Łeby! Cichosza znowu był nieszczęśliwy, a ja też trochę marudziłem w czasie tak długiej podróży, ale jak tylko poczułem znajome zapachy okolic Parku Słowińskiego, to przestałem się wiercić i już tylko wciągałem znajome powietrze.

Nasi ludzie wynajęli to samo mieszkanie, co przed rokiem, ale nie miałem złych skojarzeń. Czułem się dobrze, a mętne wspomnienia dzieciństwa intrygowały mnie możliwością konfrontacji tamtego mnie i dzisiejszego.

Tato zrobił nam konstrukcję z siatką na tarasie, żebyśmy mogli jak najwięcej przebywać na powietrzu, ale jednak bezpiecznie oddzieleni od tubylczych kocurów, które codziennie grasowały pod domem ( w końcu były u siebie). Ganialiśmy się z bratem, polowaliśmy na siebie nawzajem, a potem godzinami rozszyfrowywaliśmy wiadomości niesione wiatrem znad  mokradeł  i od morza.

Któregoś popołudnia mama zabrała mnie na smyczy na zachodnią plażę. Pozwoliła mi spokojnie obwąchać wszystkie znajome kąty na parkingu, gdzie spędziłem dzieciństwo, byliśmy też razem nad samym brzegu morza. Było pięknie, wcale się nie zestresowałem, miałem już w sobie pewność, że jestem pod dobrą opieką, więc mogłem bez emocji powracać do wspomnień. Czułem, że moje rodzone stado jest w pobliżu i wiedziałem też, że jest tam moja kocia mama, to znaczy ze przeżyła kolejną zimę i pewnie urodziła kolejne dzieci.

Usłyszałem potem jak mama mówiła pani Magdzie, od której ludzie wynajęli mieszkanie, że znów jest pięć małych kociąt z drugiego miotu i trzeba coś zrobić…Pani Magda podjęła wyzwanie i zgodziła się przyjąć dwa, trzy kotki. Miała duży dom z ogrodem koło Słupska. Tylko… no właśnie, trzeba było te kotki złapać. Tato znów stanął na wysokości zadania. Przygotował siatkę i rękawiczki i pojechali z mamą na parking. Pani Magda z mężem czekała z transporterem przed domem.

Mama nalała mleko do dużej miski, oczywiście zaraz kocia czereda wyłoniła się z kątów i rzuciła do miski. Wtedy tato zarzucił siatkę… Podobno panika była nieprawdopodobna. Większe koty pouciekały od razu, a z maluchów udało się złapać tylko szaro-białego pręgowanego kotka, który z przerażenia darł się wniebogłosy i próbował drapać. Pani Magda zabrała więc tylko tego jednego dzikusa. Potem relacjonowała mamie przez telefon, że Lenor (dzieci dały mu takie imię, bo był bardzo puszysty) dość szybko się oswoił i codziennie przychodził do dzieci na głaskanie. Niestety kilka miesięcy później dowiedzieliśmy się, że Lenor nie przeżył spotkania z samochodem. Pani Magda znalazła go na ulicy przed domem, był jeszcze ciepły…

Mama powiedziała wtedy, że już nie będzie zabierać żadnego kotka z parkingu przy plaży. Napisała do stowarzyszenia opieki nad zwierzętami w Lęborku i opowiedziała im jaka jest sytuacja kotów w tym miejscu. Tacy mili państwo, którzy prowadzą sklep wędkarski w Łebie zobowiązali się zimą dokarmiać tamte  koty. To się chyba udało, mieliśmy później relacje od znajomych. Teraz podobno ktoś postawił dla nich nawet domki na zimę.

cdn.

Siedem godzin trwała podróż po ocalenie. Doktor Michał, tak jak obiecał, przyjechał zaraz, jak tylko dotarliśmy. Wziął mnie w dłonie i powiedział: „ Nie chcę Was martwić, ale nie wygląda to dobrze. Ale będziemy próbować.” Doktor zawiesił kroplówkę na lampie, odciągnął mi skórę na plecach. „O, widzicie, on jest tak odwodniony.” – powiedział. Skóra została w tym samym miejscu, sztywna jak blacha. „ Będzie nawet trudno wbić igłę.”

I tak było. Trzeba było  brać grubsze igły, by zrobić mi zastrzyk czy podać kroplówkę.

Tamtej pierwszej kroplówki prawie nie pamiętam. Czułem, że coś się ze mną dzieje, że jestem w nowym miejscu, ale pachniało tam  psem Awą i czarnym kotem Cichoszą, więc instynkt nie zmuszał mnie już do próby ucieczki w mysią dziurę. Zresztą i tak bym nie dał rady. Przecież nic nie widziałem.

To było trzydziestego października. Dwa dni później było Święto Zmarłych. Mimo to doktor przyjechał na kolejną kroplówkę, bo państwo próbowali mi sami ją podać, ale pani tak niefortunnie wbiła igłę, że poczułem ją w kręgosłupie i odruchowo ugryzłem ją w palec. Mocno, ale przecież nie chciałem, to się nie liczy, to było w samoobronie!

Po kilku dniach doktor Michał stwierdził poprawę i pozwolił przejść na normalne karmienie i podawanie antybiotyków w  jedzeniu. Pani gotowała rosołek i rozpuszczała tabletkę, a ja posłusznie wypijałem wszystko, chociaż wiedziałem, że tam jest coś dosypane. Ale ufałem państwu i bardzo chciałem żyć.

Powoli nabierałem sił i zacząłem zwiedzać nowy dom. O dziwo Cichosza już mnie nie atakował. Widać uznał, że nie stanowię dla niego zagrożenia. Wiedział, że oślepłem. Miał dobry charakter, poczuł się gospodarzem  i powiedział, że mi wszystko pokaże. I rzeczywiście, przeciągnął mnie po wszystkich meblach, parapetach, tak że po tygodniu miałem już mapę mieszkania w głowie. Tylko jak ktoś przestawił krzesło albo postawił torbę, to waliłem głową, ale starałem się  być ostrożny, a i Cichosza ostrzegał jak mógł. Postanowiłem uznać Cichoszę za brata. Niewiele dobrego spotkało mnie od rodzonych braci, tych, którzy przeżyli, a ten kotek, starszy ode mnie o rok, jest naprawdę dobry, opiekuńczy, nigdy nie odepchnął mnie od miski, no i w ogóle fajny kumpel. Jak brat.

Była jeszcze pani Awa. Do niej nie miałem śmiałości i sam nie mogłem uwierzyć, że wtedy wskoczyłem jej pod pysk. Ona ma ze czterdzieści pięć kilo  i   jest ogromna. Ale to starsza pani   i – chociaż ma dobry charakter – to nie bardzo lubi, żeby gówniarze kręcili jej się pod nogami. Zasadniczo schodzę jej z drogi, czasami jednak niestety wpadam na nią, wtedy karci mnie warknięciem. Uciekam.

Kolejne wizyty doktora potwierdzały moje szanse na wyzdrowienie. Państwo dziękowali doktorowi za pomoc, ale on skromnie odpowiadał: „ Ten kot sam się leczy, musi mieć bardzo silne geny, żeby wylizać się z takiego stanu”. Ale tam! Geny genami, ale gdyby nie doktor Michał, to i starania państwa nic by nie pomogły. Kocham go za uratowanie mi życia! Nie postawił na mnie krzyżyka, jak tamci w Lęborku. Doktor Michał, poza ogromną wiedzą, ma serce na właściwym miejscu, o czym przekonał nas jeszcze nie raz.

Jakoś po dwóch miesiącach chore oko się obkurczyło prawie do normalnych rozmiarów. Doktor nam wytłumaczył, że nerwy wzrokowe u kotów są ze sobą splecione, więc zwykle przy uszkodzeniu jednego oka, kot nie widzi na oba. Tak było i ze mną. Dlatego doktor chciał uniknąć usunięcia gałki ocznej  i próbował wyleczyć zakażenie nieinwazyjnymi środkami. Ale pomógł nam jeszcze przypadek, który wydawał się tragiczny, a przyniósł zbawienny skutek. Któregoś dnia biegłem dość nieostrożnie i nadepnąłem na głowę śpiącej Awy. Ona zerwała się gwałtownie ze szczekaniem, a ja z przerażenia wylądowałem pyskiem na szafie. Boże, jak to bolało! Uderzyłem chorym okiem o drzwi, oko pękło, wpadłem do łazienki, dookoła pełno krwi, pani krzyczy z przerażenia, a ja wyję w niebogłosy, aż się Awa schowała pod biurko. Pani utuliła w końcu moją rozpacz i przerażenie. Potem doktor orzekł, że właściwie dobrze się stało, bo oko się oczyściło, pękł wrzód (a nie oko) i teraz szybciej powinna nastąpić poprawa. Dzięki temu po niedługim czasie prawym okiem zacząłem zauważać plamy światła. Pani powiedziała, że źrenica prawego oka zaczęła działać.

Wreszcie uwierzyłem, że będę zdrowy. Co prawda doktor nie dawał szansy lewemu oku, bo tam wszystko było wymieszane jak kogel-mogel, ale nerwy wzrokowe uratowane, więc miałem szansę            patrzeć chociaż trochę, chociaż jednym. Wtedy postanowiłem się usynowić…, to znaczy uznać panią i pana za  mamę i tatę. Miałem co prawda swoją kocią mamę; mama była śliczną  czarno-białą kotką, ale ona rodziła dzieci dwa razy do roku , więc była drobna i słaba, nie potrafiła mnie obronić. Kociego ojca nigdy nie poznałem i to pewnie – na szczęście, bo jego pojawienie  oznaczałoby kłopoty dla wszystkich maluchów. Wystarczyło, że widziałem popłoch kiedy wujek Pumak przychodził z lasu i wyjadał nam lepsze kąski. W nocy przybiegał z lasu, zeskakiwał z dachu

baru, a stado rozpierzchało się we wszystkie strony. Pumak był wielkim czarnym kotem leśnym, miał grube futro, ostre pazury i żadnych skrupułów. Nawet pani przeraziła się kiedy zjawił się sycząc w trakcie karmienia któregoś wieczoru jesienią.

Teraz mieszkałem w mieście z państwem i od czasu, jak zachorowałem,  nikt już nie mówił, że będę musiał odejść. Uznałem, że czas się odwdzięczyć mamie i tacie i uznać ich za rodzinę.

cdn.

 

Na drugi dzień pani znowu zabrała mnie do weterynarza. Czekaliśmy z kolejce i był tam taki pan w zielonym ubraniu i jego piesek, jamnik szorstkowłosy, który został postrzelony w czasie polowania. Cicho skowyczał. Rozumiałem go dobrze, bo znałem ten ból.

Od wczoraj trochę lepiej się czułem, ale byłem słaby i kręciło mi się w głowie. A ten doktor znowu dał mi zastrzyki i kolejną gorzką tabletkę wepchnął mi do pyska. Powiedział, że to na odrobaczenie. Tym razem nawet próbowałem protestować, bo tabletka  paliła mnie w brzuszku, ale nikt mnie nie słuchał. Kiedy wracaliśmy do domu zrobiło mi się słabo. W domu pani dała jedzenie, ale jakoś nie mogłem nic przełknąć, wypiłem tylko wodę, bo coś paliło mnie w środku. Położyli mnie spać do domku ze skrzynek, ale niewiele spałem. Poczułem jak gorący prąd przebija mi wnętrzności. Płakałem. Pani przybiegła i powiedziała: „ Nie jest dobrze, on robi kupę z krwią”. Wyjęła mnie z pudła i postawiła w kuwecie, ale ja już nie wiedziałem co się dzieje, tylko czułem rozdzierający wnętrze płomień i zacząłem jeść żwirek z kuwety, by ten ogień zgasić. Pani przerażona zabrała mnie z powrotem do skrzynki. Czułem, że tracę przytomność. Drugi raz zobaczyłem śmierć. Śmierć jest brzydka.

Rano było już całkiem źle. Leżałem bezwładny na boku i czułem pulsowanie w lewym oku. Pani owinęła mnie w kocyk i położyła na kanapie obok psa i kota, które razem teraz spokojnie mi się przyglądały. One wiedziały, że koniec bliski. Państwo zadzwonili do kogoś i usłyszałem jak mówili, że oko mi napęczniało i jest wielkości piłki golfowej, że jest wypełnione krwią, że krwawa biegunka i co robić?

A tamten doktor przepytał ich, co mi podał weterynarz w Lęborku. Powiedział, że prawdopodobnie byłem odwodniony i miałem anemię, więc taka ilość leków na raz spowodowała skazę krwotoczną. I że trzeba podać kroplówkę z soli fizjologicznej i jak najszybciej przyjechać do Łodzi, on spróbuje pomóc. Obiecał, że przyjedzie do domu, jak tylko tam dotrzemy.

Pan zdecydował: „ No to wracamy. Jedź z nim na tę kroplówkę, a ja wszystko spakuję”. I pojechaliśmy. Kiedy weterynarz z Lęborka mnie zobaczył,  mruknął: „No, tu już nic się nie da zrobić” i coś tam mętnie próbował tłumaczyć, kiedy pani przedstawiała mu zdanie lekarza z Łodzi, ale sól fizjologiczną wstrzyknął mi pod skórę i z takim wodnym garbem Państwo zabrali mnie w długą podróż, bo do tej Łodzi to było prawie pięćset kilometrów.

Niewiele pamiętam z drogi. Leżałem u pani na kolanach, głaskała mnie i ciężko wzdychała. Państwo wiedzieli, że umieram i postanowili dać mi imię, żebym nie odszedł  anonimowo, bo stracili już kiedyś kotka i wiedzieli jak to jest…

Pan wymyślił – Kapitan Morgan, ale doszli do wniosku, że to nie fair robić ze mnie pirata, ponieważ mam krwiak w oku. Pani bezwiednie międliła koniec mojego ogona i w końcu powiedziała – Pędzelek, bo miałem taki czarny pędzel na końcu pręgowanego ogona. Tak zostało. Dostałem imię, ale czułem, że życie ze mnie wycieka, trzymało się na takiej wątłej niteczce, przyciąganej przez siłę, jakiej dotąd nie poznałem – miłość.

Przez głowę przelatywały mi obrazki z dzieciństwa przy plaży. Latem, kiedy się urodziłem, było ciepło, dużo ludzi przychodziło do baru, więc zostawiali sporo resztek. Moja mama  była najedzona, więc i nam nie brakowało mleka. Dzieci brały nas na ręce. Taka miła dziewczynka zabierała mnie nawet ze sobą do drewnianego domku na kempingu i tam się ze mną bawiła, ale potem rodzice kazali jej odnieść mnie na miejsce. Dziewczynka wyjechała, na morzu zrobił się sztorm, liście pospadały z drzew i zaczął się głód. Majaczyłem, leżąc bezwładnie na kolanach pani.

cdn.

 

Nic nie pamiętam z kolejnych godzin tamtej nocy. Ocknąłem się o świcie na murku, gdzie próbowałem łapać ciepło wschodzącego słońca. Siedziałem zdrętwiały, kiedy nadjechał granatowy samochód. Nawet nie drgnąłem. Nie było już we mnie woli walki. Ale z auta wysiadła ta pani co wczoraj i powiedziała; „ Chodź, kotku”. Normalnie pognałbym  do niej całym swoim futrzanym bytem, ale nie mogłem się ruszyć. Pani się zawahała, ale podeszła do murku, wzięła mnie na ręce, a ręce były cudownie ciepłe, zacząłem mruczeć ( jak ja dawno nie mruczałem, chyba ostatni raz kiedy mama nas karmiła) i …zasnąłem natychmiast.

Pani ułożyła mnie w samochodzie w skrzynce, przykryła ręcznikiem i pojechaliśmy. Auto łagodnie kołysało i było mi cudownie ciepło. Ostatkiem świadomości usłyszałem jak pani mówi: „ Jedziemy do lekarza, a potem znajdziemy ci dom”.

Nie wiem na jak długo odpłynąłem. Ocknąłem się u pani na kolanach, w ręczniku, w jakimś pomieszczeniu pełnym ludzi ze zwierzakami, ale zaraz znów zatopiłem się w sen. Nie obudziłem się, gdy weterynarz robił zastrzyki, kiedy opatrywał mi pogryzioną łapę i rany po śrucie, nie dotarło do mnie, że kropił mnie na pchły i kleszcze. Dopiero kiedy poczułem, że ktoś mi na siłę otwiera pyszczek i wkłada gorzkie lekarstwo, ocknąłem się, ale tylko na moment. Zaraz znów zapadłem w ciemność.

Podobno pani jeszcze robiła zakupy, bo weterynarz kazał karmić mnie wątrobą, podobno, bo budziłem się dopiero kiedy pani wyjęła mnie ze skrzynki i zaniosła na górę. A tam oprzytomniałem, bo usłyszałem syk i prychanie kota. Skuliłem się odruchowo, ale pani nie wypuściła mnie z rąk. W pokoju rzeczywiście był czarno-biały, jak mi się wtedy wydawało – wielki kot. Nie był zachwycony moim towarzystwem, czego wyraz dawał groźnym prychaniem i prężeniem ogona i grzbietu.

„Cichoszku, zostaw kotka” – powiedział pan, wyraźnie nadąsany.

„Muszę mu zrobić kontener ze skrzynek, żeby go jeszcze Cichosza nie uszkodził” – powiedział pan do pani.

Pani postawiła mnie na podłodze, a przede mną miseczkę z mlekiem i drugą – z cudownym czerwonym czymś… Smak mleka znałem, ale to drugie coś czułem pierwszy raz, a jednak od razu wiedziałem, że to nasz koci przysmak – wątróbka. Nie wierzyłem, że to dla mnie, więc chociaż bardzo chciałem jeść, trochę się cofnąłem, odruchowo czekając na atak. Ale nikt na mnie nie napadł, a pani podsunęła jedzenie bliżej. Wtedy już nie mogłem się powstrzymać. Połykałem kawałki wątróbki jeden po drugim, a potem szybko wylizałem mleko. Cały mój organizm jadł razem ze mną, czułem jak wewnętrzne ciepło rozlewa się po żyłach i znowu zasnąłem. Kiedy się obudziłem pani znowu mnie nakarmiła ( smakowitym białym serem), a potem postawiła w takim pudełku z czymś podobnym do piasku i wyraźnie czułem, że to jest intymne miejsce dla tamtego kota. Jakiś instynkt kazał mi zrobić siusiu, a pani mnie pochwaliła.

Teraz rozejrzałem się po pokoju. O matko! tam na łóżku leży ta ogromna góra czarnego futra, suczka sznaucerka olbrzymka, ale jakimś cudem w ogóle się mną nie interesuje. Natomiast czarny kot nadal podchodzi i prycha. Tylko państwo trzymają go na dystans. Pan wziął mnie i położył sobie na ramieniu, a pani zrobiła mi zdjęcia. Podsłuchałem, że rozmawiali z kimś miłym przez telefon, a potem stukali na klawiaturze i powiedzieli, że może będę miał dom w  mieście. Pani wyraźnie starała się jak najszybciej go znaleźć. Opowiadała, że była w Łebie u rzeźnika i taka sprzedawczyni to by wzięła kotka dla synka, ale musi być zdrowy i żeby nie drapał. Nie do końca rozumiałem co to znaczy, ale postanowiłem być grzeczny, bo już potrafiłem docenić, że u ludzi jest ciepło i nie trzeba walczyć o jedzenie. Tylko ciągle byłem taki słaby.

Pan zbudował mi domek ze skrzynek. Dostałem tam ręczniczek do leżenia, miskę z wodą i coś w rodzaju toalety z takim samym piaskiem, jaki miał tamten kot. Domek stanął na korytarzu. Było ciepło, cicho i bezpiecznie. Zasnąłem jak kamień.

cdn.

 

PĘDZEL

 

Pędzelka znaleźliśmy na parkingu przy zachodniej plaży  w Łebie pod koniec października 2008 roku. Jak co roku, w czasie wakacyjnego pobytu dokarmialiśmy stadko kotów, które zawsze po sezonie zbierają się tam, licząc że w grupie jakoś uda im się przetrwać. Zwykle są to młode kotki z tegorocznych miotów, no i ich matki. Kocury, bardzo dzikie,  zwykle grasują po lesie, ale wpadają na wyżerkę, jak tylko usłyszą samochód. O tej porze roku  niewielu tu turystów, a do miasteczka jest kilometr, zresztą maluchy nawet nie wiedza, że tam jest jakieś miasteczko i port, gdzie można by się wyżywić przy kutrach.  W sezonie małe kotki są dokarmiane, fotografowane, pieszczone, bo dokoła ośrodki wypoczynkowe i dwa  bary, a małe kotki są niewątpliwą atrakcją, ale we wrześniu robi się całkiem pusto.

Przyjechaliśmy z Awą na wieczorny spacer plażą, po drodze wysypaliśmy jedzenie dla kotów, które rzuciły się natychmiast do misek. Były tam dwa maluchy, kilka średniaków, ze dwie matki i zaraz też zsunął się ze słupa czarny kocur,  budząc powszechny lęk ( nigdy nie widziałam takiego grubego futra u kota, to widocznie zimowa szata dzikusa leśnego).  Jak czarny się najadł ( a nic nie robił sobie z naszej obecności), reszta wróciła do misek, ale – jak się okazało – nie wszystkie były dopuszczane. Ponieważ jedzenie trafiało się rzadko, najsłabsze osobniki nie miały prawa dojść do miski. Niestety, takie są prawa stada, szczególnie w stanie zagrożenia głodem. Zresztą i tak niewiele z nich przeżywa zimę.

Wróciliśmy ze spaceru i wsiadamy do auta, a za Awą ( czterdzieści pięć kilo) do samochodu wskakuje około trzymiesięczny kotek. Mieliśmy już kota. Cichosza czekał na nas w wynajętym pokoju, bo nie jest plażowym kotem. I choć nam było przykro widząc determinację kotka, wyjęłam go z samochodu i zostawiliśmy go na parkingu, Tego płaczu, jaki wtedy usłyszałam nie zapomnę do końca życia! Tak rozpaczliwie krzyczał, że aż mnie skręciło. Nie mogłam spać całą noc. Ale wcześniej już usłyszałam ostrzegawcze „nie” od Jacka. On dobrze wie, jakie mam miękkie serce i  czasami stara się być rozsądny za nas dwoje, ale że jest dobrym człowiekiem, najlepszym jakiego znam, potem odpuszcza. Rano uzgodniliśmy, ze pojadę po kotka, nakarmimy go, podleczymy i znajdziemy mu dom. Zaraz też rozesłałam wici po znajomych.

Kiedy przyjechałam na parking, biedak siedział samotnie na murku już kompletnie zrezygnowany,  nie  miał sił się ruszyć, nawet kiedy go zawołałam. Wzięłam więc w ręce to ciałko, które nic nie ważyło, a jak tylko to zrobiłam kotek zaczął mruczeć ( tego też nigdy nie zapomnę). Zawinęłam go w ręcznik i położyłam z tyłu, a on natychmiast zasnął snem kamiennym w ciepłym aucie.

Nie obudził się przez całą drogę do Lęborka, ani kiedy czekałam w kolejce do weterynarza. Dopiero w gabinecie trochę się ożywił, ale nie na tyle aby protestować przy podawaniu leków. A lekarz wpakował w niego antybiotyk, na odrobaczenie i zakropił na odpchlenie. Opatrzył mu też łapkę, bo staw miał solidnie pogryziony i rany na karku. Kazał przyjechać następnego dnia. Wróciliśmy do Łeby. Nakarmiliśmy, napoiliśmy, a  Jacek zrobił mu klatkę z dwóch skrzynek samochodowych z  posłaniem i kuwetką. Tak poznaliśmy go z Cichoszą. A nasz kot oszalał. Syczał, prychał, atakował. Dobrze, ze była klatka.

A mały  cały czas spał z przerwami na jedzenie i picie. Ale kupa była z krwią. Następnego dnia weterynarz powtórzył antybiotyk i na odrobaczenie ( ja jeszcze wtedy nie wiedziałam, ze to zabójcza dawka). Jak tylko wróciliśmy, kotkowi zaczęło puchnąc oko, lał się przez ręce, no umierał. Zadzwoniliśmy po pomoc do naszego kochanego miastowego doktora Michała, który kazał mi sprawdzić kolo śluzówki ( była prawie biała), zalecił  nawodnienie kroplówką z soli fizjologicznej  i obiecał przyjechać jak tylko dotrzemy do domu, bo zdecydowaliśmy się  skrócić pobyt i wyjechać następnego dnia.

Cichosza zupełnie  zmienił stosunek do kotka, razem z Awką leżał obok kocyka z maluchem.

Rano oko kotka było wielkości piłki golfowej. Wyglądał przerażająco. Po drodze podjechaliśmy do weterynarza na kroplówkę, a on po prostu wstrzyknął mu płyn pod skórę, robiąc wielki bąbel.

Do domu jechaliśmy siedem godzin, a kotek leżał bezwładnie na moich kolanach i tylko czarna końcówka jego ogonka ciągle pakowała mi się pod palce, taki pędzelek. No i został Pędzelek.

Doktor  Michał przyjechał, jak obiecał, ale nie dawał nam wielkich nadziei, kiedy go zbadał. Kotek był tak odwodniony, że skóra stała, kiedy się ja odciągało. Ale dał kroplówkę i zastrzyki. Przyjechał do nas nawet we Wszystkich Świętych na kolejną kroplówkę. I w końcu wyciągnął go z agonii.

No ale oko było stracone. Byliśmy przygotowani, że trzeba je będzie usunąć. Powoli się zmniejszało, ale w środku wszystko było wymieszane, a na rogówce strup, jak na wrzodzie. Natomiast drugie oko miało zupełnie otwartą źrenicę; można było obserwować szczegóły anatomiczne na dnie oka. Pędzelek nie widział. No i tu zaskoczył nas Cichosza, zaczął go cierpliwie uczyć całego mieszkania, a Pędzel łaził za nim jak za matką.

Natomiast Awa nie lubiła, jak na nią wpadał i odszczekiwała się.  Tak też się kiedyś stało, a Pędzelek odskoczył tak niefortunnie, ze chorym okiem wylądował na szafie.  To była jatka! Mały uciekł płacząc przerażająco do łazienki, rozpryskując dokoła strumyki krwi i ropy. Awka tez była przerażona, bo nie rozumiała, co się stało, a ja wpadłam w histerię i krzyczałam, bo wydawało mi się, że Pędzelkowi oko wypłynęło.

Na szczęście ono się tylko oczyściło i potem dość szybko wróciło do normalnych rozmiarów. Po kolejnym miesiącu drugie oko zaczęło reagować na światło, źrenica wracała do pracy. A doktor zrezygnował z operacji, bo u kota, jak powiedział, nerwy wzrokowe są  splecione i usunięcie jednego oka właściwie oznacza całkowitą ślepotę. A tak – chociaż plamy światła będzie widział. No i trochę widzi. Z daleka i całkiem blisko ( na szczęście nie widzi gdzie jest koniec siatki, bo przelazłby przez płot).

Czasami tylko, kiedy się zdenerwuje, wystraszy, zdrowa źrenica znów się całkiem otwiera i Pędzelek wpada w popłoch. A tak radzi sobie świetnie, nawet poluje i to skutecznie. Dzięki Doktorze!

Przy okazji kastracji doktor znalazł pod skórą Pędzla śrut ( stąd miał te rany na karku i na boku). Co trzeba mieć w głowie, żeby strzelać do dwumiesięcznego kotka, drodzy mieszkańcy Łeby?

 

Tak więc na razie musieliśmy Pędzla chronić, bo nie było jeszcze ogrodzenia wokół domu, gdzie by go można swobodnie wypuścić, za to Cichosza korzystał z wolności na całego i był w swoim żywiole. Dziwiło nas to nawet bo przecież z pochodzenia był piwnicznym podwórkowym blokowym, nawiasem mówiąc uratowanym przez panią Magdę, która poświęciła życie dla zwierzaków – łowi je po piwnicach, leczy, odrobacza, sterylizuje, jak trzeba i znajduje im domy. Wspaniała osoba, dużo ode mnie młodsza, nie mieszcząca się w żadnych stereotypach. Ma też zawsze kilka psów, bo te też przecież ludzie wyrzucają.

Mam nadzieję, że spotka przyjaciela, który to zrozumie i jej pomoże,  na razie walczy sama.

 

W kuchni zasiatkowaliśmy okno, aby Pędzel z parapetu mógł  obserwować świat ( tak też było w mieście). Aż po drugiej stronie siatki pojawiło się towarzystwo.

 

KSIĘŻNICZKA I NOC LISTOPADOWA

 

Szaro-bura kotka szybko zorientowała się, że u nas znajdzie coś  do jedzenia i towarzyszyła nam w czasie pobytu, spała na progu domu, najbardziej lubiła na poduszeczce, więc dostała na imię księżniczka. Jacek ostrzegał mnie, żebym jej nie przywiązywała do nas karmieniem, bo przecież wyjedziemy i co wtedy. Wiedziałam, ze ma rację, ale jak nie nakarmić kota, który się tego domaga donośnie i widać, ze raczej się nie przejada?

A za Księżniczką przywędrowała czarna ciężarna kotka, którą Jacek nazwał Noc Listopadowa, bo taka była brzydka. Księżniczka była tolerowana przez nasze koty, a Noc Listopadowa – przeganiana. Pewnie czuły, że nosi w sobie obce geny.

Niestety Noc Listopadowa nie przeżyła kolejnego porodu, a Księżniczka już się nie pojawiła, kiedy przyjechaliśmy za miesiąc.