owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: kotek

Nadeszła wiosna, a z nią niepokojące zapachy zza okna i jakieś znajome zalotne kocie piosenki dobiegały z dworu. Rodzice szeroko otwierali okna. Założyli tam siatki, podobno dla naszego bezpieczeństwa. Cichosza mi opowiadał, że mama kiedyś sprzątała półki na regale i tak niefortunnie stanęła na biurku, że  jak spadała, to jeszcze przewróciła krzesło i narobiła takiego huku, że brat, który akurat siedział na parapecie, z przerażenia wyskoczył przez okno. To było pierwsze piętro, ale pod oknem chodnik betonowy. Mogło być różnie, ale nic mu się nie stało. Sam nie wie jak znalazł się pod jakimś samochodem  i wyszedł stamtąd dopiero, gdy mama  zeszła po niego z Awą. Awka była wystarczająco dużą smoczycą, by się niczego nie bać.

Tak więc tato zamontował siatki i mogliśmy leżeć na parapecie za skrzynkami z kwiatami i słuchać plotek jaki kot z jaką kotką, słuchać koncertu ptaszków (ale o polowaniu ani marzyć, ech…) i wszystkich żyjątek, które cykają, brzęczą i trzepoczą.

Wtedy Cichosza pokazał mi jak się łapie muchy. Na początku mi nie wychodziło, ale w końcu kiedyś udało się – nastawiłem uszy i jednym susem złapałem ją dwiema łapami. Jak była smaczna. Ależ byłem z siebie dumny! Brat też mnie pochwalił. Tylko mama jakoś nie rozumiała naszego zachwytu.

Któregoś dnia mama założyła nam szelki. Najpierw Cichoszy (brat od początku ich nie polubił), a potem mnie. Zabrała nas po kolei na spacer do ogrodu przed domem. Dla mnie szelki i smycz nie były skaraniem, bo czułem się pewniej, będąc jakby przywiązany do mamy, kiedy stawiałem pierwsze kroki w nowym terenie. A tam była trawa! Chłodna, wilgotna, fantastyczna! I pachnąca ziemia, i tyle nowych zapachów i dźwięków. Przypomniało mi się dziecięce lato z zapachem igliwia i nadmorskich krzewów. I jeszcze coś – usłyszałem jak nornica biegnie pod ziemią. Od razu zrozumiałem, że gdybym tylko posiedział tak z godzinkę przy jej norce… Ale nic z tego, mama miała inne plany.

Nasi ludzie często zostawiali nas samych na kilka godzin. Za to Awę często zabierali ze sobą. Któregoś dnia przywieźli nam miskę pełną kęp trawy i perzu. Jakież to było smakowite. Kocia sałata! A razem z trawą przyjechał zapach łąki i lasu. To była zapowiedź, bo niedługo potem zapakowali do samochodu nas wszystkich. Awa wskoczyła do auta szczęśliwa. Dla niej w ogóle samochód był budą. Opowiadała, że praktycznie spędziła tam dzieciństwo, ale za to wszędzie jeździła z panem, to znaczy z tatą i mogła go pilnować, żeby nie narobił głupot. Bo ludzie są czasem tacy nierozważni … Wchodzą do wody, bo im się wydaje, że umieją pływać. Nieraz Awa musiała tatę wyganiać z wody albo bronić przed falami, dla jego dobra oczywiście.

Za to Cichosza był przerażony. A… jeszcze nie powiedziałem dlaczego brat dostał imię Cichosza. On prawie się nie odzywał do ludzi. Pierwsze cichutkie miauczenie ja sam usłyszałem dopiero wtedy. To był protest przed podróżą. Cichosza nie znosił jazdy samochodem. Było mu niedobrze i często wymiotował, a czasem nawet gorzej, …no lepiej nie mówić. W każdym razie Cichoszę rodzice zamknęli w wiklinowym koszyku i postawili obok Awki na tylnym siedzeniu. Ja, jak zwykle, siedziałem u mamy na kolanach z przodu. Pojechaliśmy -  jak powiedzieli nasi ludzie – na działkę.

Po drodze falami przelatywały zapachy i hałasy. No nie były to przyjazne dla kotów dźwięki. Gwar miasta, szum samochodów na drodze to nie dla nas. Ale w końcu skręciliśmy w bok od głównej drogi i od razu zmieniły się zapachy, a hałasy ucichły. Zapachniało rozgrzanym lasem, mokrymi łąkami i czymś, czego w ogóle nie znałem – wsią. Pierwszy raz poczułem zapach kur i kaczek, krów i świnek oraz  tego, co pozostawiały po sobie w kurnikach i oborach. Rodzice mówili, że teraz krowy często w ogóle nie widują trawy ani słońca, bo całe życie stoją w boksach na betonie, przywiązane łańcuchami i są traktowane jak maszyny do produkcji  mleka. Dziwne, że one to znoszą. Koty by nie mogły żyć w niewoli. Nam wolność jest potrzebna jak tlen. A że  ludzie potrafią być okrutni to już wiedziałem z własnego doświadczenia.

Ale minęliśmy wieś i pojechaliśmy w stronę lasu. Był tam też zapach wody, ale inny niż morski. Tam płynęła rzeka. Już wiedziałem, że mi się tam będzie podobać. Mama założyła nam szelki i puściła do ogrodu. Cichosza od razu zaczął jeść trawę, no to ja też, a potem on gdzieś przepadł, a ja powoli penetrowałem teren, próbując stworzyć sobie w głowie mapę tego miejsca. Działka była ogrodzona, więc nie musiałem się obawiać, że pójdę za daleko, co na razie mi odpowiadało. Dreptałem po trawie wąchając i węsząc. Nasłuchiwałem obiecujących odgłosów pod powierzchnią ziemi. Potem dotarłem do miejsca, gdzie coś na mój widok zrobiło chlup i tam odkryłem mały zbiornik wodny, w którym aż gęsto było  od różnych odgłosów. Nauczyłem się już „widzieć uszami”, ale to wszystko to były nowe doświadczenia i tego pierwszego dnia tak się zmęczyłem, że nie wiem kiedy zasnąłem pod krzakiem. Ale obudziłem się w drewnianym domku (gdzie mnie mama zaniosła) na łóżku, obok Awy i Cichoszy. To oznaczało, że zostajemy na dłużej. Fajnie. Wieczorem działka jeszcze ładniej pachniała, a po rosie szły takie informacje znad rzeki i z lasu…

Później wielokrotnie jeździliśmy na kilkudniowe wypady na działkę. Mama zawsze ubierała nam szelki, do których był przyczepiony dzwoneczek – „Aby ostrzec ptaszki” – jak mówiła. Tak było do czasu, gdy Cichosza, buszując po okolicy, zgubił drugie szelki, a znalazł je sąsiad zawinięte wokół wirnika pod maską swojego samochodu. Rodzice natychmiast zrezygnowali z szelek. Cichosza triumfował. Udało się!

A właśnie, brat wychodził jakoś z działki i zwiedzał okolicę. Znikał mi z oczu na długie godziny i trochę mi było smutno. Kiedyś prosiłem żeby mnie ze sobą zabrał, ale tylko trzepnął łapą w siatkę. „Ty zostajesz, Młody, nie dałbyś sobie rady na wolności”. Tak mi powiedział, a mnie to dotknęło do żywego kociego pazura.

Mama czasami zabierała mnie do lasu na smyczy. Albo razem z tatą wędrowaliśmy po tym lesie zimą. Już miałem ułożoną mapkę dojścia do rzeki i na skarpę. Planowałem więc kiedyś dać nogę i samodzielnie zwiedzić okolicę. Ale nie wiedziałem jeszcze jak wyjść. Przed nosem miałem siatkę albo bramę i nie widziałem gdzie one się kończą. Cichosza gdzieś wskakiwał, ale gdzie? Próbowałem wdrapać się na drzewo, ale tylko kawałek, bo nie widziałem co jest dalej.

W okolicy pojawiały się też inne koty. Cichosza mówił, że przychodzą ze wsi szukać jedzenia u ludzi, a my jesteśmy dla nich niepotrzebną konkurencją do żarcia. Kilka razy brat wdał się w bójkę i oberwał, ale też natłukł tamtym solidnie. W końcu my byliśmy odpasieni, więc silni, a tamto były chucherka, tyle że z jajkami.

A odnośnie jedzenia – mama nam dawała surowe i gotowane mięso, biały ser, no i smakowite chrupki. I właśnie te chrupki to był mój problem. Bo zawsze na parapecie stała pełna ich miseczka. Nie mogłem się  powstrzymać, za każdym razem zakopywałem je „na później”, drapiąc w kamienny parapet. Głupio to wyglądało, ale nic nie mogłem poradzić na instynkt, który przypominał mi, że kiedyś byłem bardzo głodny.

Jakoś po piątym pobycie na wsi byłem już zdobywcą. Sam upolowałem ryjówkę! Poleciałem do mamy pochwalić się, ale ona się zupełnie nie poznała, nie pochwaliła, no i staraj się tu człowieku, …pardon, kocie. Dość szybko się zorientowałem, że rodzice nie gustują w naszych przysmakach  i przestałem przynosić trofea do pokazania. Sam zajadałem w zaciszu krzaków. Tylko żaby nosiłem w pysku, bo one były nie do jedzenia, a do zabawy. Puszczałem – uciekały, to ja znowu cap!

Mama mi zbierała te żywe zabawki, ale ja je znowu łapałem. Właściwie to był odwet, bo właśnie przez żabę wylądowałem w stawie. Skoczyłem za nią i plum, prosto do wody. Odruchowo natychmiast wyskoczyłem z wody, ale tak naprawdę nie było to nieprzyjemne doświadczenie. Przy okazji dowiedziałem się, że umiem pływać. Ale okropnie długo musiałem wylizywać futro żeby się wysuszyć.

cdn.

Kotku – opowiedzieć Twoją historię, tylko tyle już mogę zrobić…

Pamiętam, byłem mały, głodny i było mi strasznie zimno. Już od kilku godzin było ciemno. Przecież to koniec października. Od morza wiał wiatr, a my skuleni pod ścianą baru, jak zwykle czekaliśmy na cud. Bo czasami cud się zdarzał i na parking przy plaży przyjeżdżali ludzie, którzy przywozili nam coś do zjedzenia. Ale nawet gdyby dziś ktoś taki się zjawił, to wiedziałem, że mnie i tak już nie dopuszczą do miski…

Od czasu kiedy do mnie strzelali i nie udało mi się uciec,  byłem ranny, więc stado uznało, że i tak nie mam szans na przeżycie. Jedzenia trafiało się niewiele, jadły tylko najsilniejsze. Niby to wiedziałem, ale byłem taki głodny, że wczoraj spróbowałem złapać jakiś kąsek. Niestety starszy brat  Szylkret od razu mnie skarcił, mocno ugryzł mnie w łapę. Bardzo boli.

Nie mam już siły się bronić, siedzę  sam, trzymam się z dala od naszej grupy, która ulokowała się w kręgu światła latarni, bo to daje złudzenie ciepła. Właściwie wiem, że umieram. Już to widziałem tyle razy. Wtedy kiedy chłopcy z Łeby przyjechali terenówkami sobie postrzelać, Totuś, mój brat bliźniak miał mniej szczęścia ode mnie. Dopadli go ze śrutówką na asfalcie i już nie uciekł. Zrobili z niego sito. Toto umierał w ciszy.  Potem jeszcze go rozjechali oponami aut i został takim futrzanym plackiem na drodze. Chodziłem tam i próbowałem go wygrzebać, ale jego tam pod spodem już nie było.

Obiecałem sobie, że ja się nie dam, że się wyliżę z ran, że będę bardzo ostrożny i ucieknę przed każdym samochodem i już nie dam się skrzywdzić ludziom. Tak, łatwo powiedzieć, tylko skąd wziąć siły, kiedy brzuszek pusty, a rany coraz bardziej się paprzą.

Nagle rozbłysło światło reflektorów. Jedzie samochód. Alarm! Chować się po kątach, o tej porze to raczej nie turyści, tylko oprawcy z bronią! Ale nie, to inne auto. Wjeżdża spokojnie na parking, otwierają się drzwi, wysiada pani i ach…! Pani otwiera tylne drzwi, a stamtąd bije takie ciepło… Nie, nie mogę się powstrzymać, ostatkiem sił zbieram się, zamykam oczy i wskakuję do środka, do tego cudownego cieplutkiego piecyka na kółkach. Ojej, a co to za góra futra nade mną? To nic, nieważne, trzeba wołać o pomoc, to ostatnia szansa. I z całych sił, jakie tylko udało mi się wykrzesać, krzyknąłem rozpaczliwe: miaaaau!

Wtedy pani mnie zauważyła i powiedziała do pana: „ Jakiś kotek wskoczył do Awy. No musi być okropnie zdesperowany, że wskoczył psu pod pysk.” Pan mruknął niechętnie: „Żadnych więcej kotków, daj im jedzenie i idziemy na spacer”.

I stało się, pani wyciągnęła rękę i wygarnęła mnie spod tylnego siedzenia i postawiła na betonie. Ogromna suczka wyskoczyła z auta i radośnie podbiegła do pana, który już kierował się w stronę plaży. Pani wysypała pachnące chrupki pod ścianą i nawet złapałem kilka, zanim przybiegła cała banda, która rozpierzchła się na widok wjeżdżającego auta. Pani poszła za swoim stadem, a mnie rodzina odepchnęła od jedzenia.

To koniec, już nie miałem siły dalej walczyć. Nie wiem ile czasu minęło. Ale jedzenie, jak zawsze zniknęło w kosmicznym tempie, reszta stada znów się poukrywała, a ja stałem tam, gdzie mnie pani postawiła i czułem, że znikam, staję się przeźroczysty, nie ma mnie. Nawet nie zauważyłem kiedy Państwo wrócili i odjechali. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem swoją śmierć.

cdn.

GREMLINS

 

Lato było piękne, Tusia rosła. W sierpniu, jak zwykle spadały nam na głowy meteoryty. Tutaj jest to zjawiskowy spektakl, ponieważ wydaje się, że niebo mamy na wyciągnięcie ręki. Dokoła domu jest duża wolna przestrzeń, na dodatek mieszkamy na górce, więc niewiele elementów przesłania horyzont. Dlatego obserwowanie wygwieżdżonego nieba ma tu wymiar duchowy. A  panuje  czasem taka kompletna, aksamitna cisza,  szczególnie w zimowe noce, o jakiej mieszczanie nie mogą nawet pomarzyć. Kontakt z kosmosem staje się niemal namacalny. To jest medytacja.

Czasem tylko cywilizacja przypomni nam o sobie jakimś satelitą lub odrzutowcem, bo mamy też nad głowami korytarz powietrzny Berlin-Afganistan.

 

We wrześniu noce zaczynają się robić trochę chłodniejsze, ale od rana jest gorąco i właściwie całe życie odbywa się w ogrodzie. Ciągle jeszcze kwiaty kwitną, groszek pachnie, pomidory dojrzewają,  śliwki i jabłka kuszą kolorami, a zachody słońca jak w raju.

Któregoś dnia przechodząc za domem zauważyłam, że coś się poruszyło w stercie drewna. Malutki kotek schował się pod belki. Pomyślałam, że znowu dzika kotka znalazła sobie u nas legowisko, ale postanowiłam się nie wtrącać, bo – jak mówi Jacek – nie można uratować całego świata, a tutejsi mieszkańcy też uważają, że lepiej zostawić to naturze, bo przeżyją tylko najsilniejsze.

Faktycznie, czy chcemy, czy nie w przyrodzie wszystko wzajemnie się zjada. Tutaj niemal codziennie mamy tego przykłady. Nietoperze polują na owady. Koty zjadają myszy i szczury wędrowne. Lisy polują na młode zające. Orły polują na różne zwierzaki, a zimą też na inne ptaki. Osy też są mięsożerne, choć niewielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę. W każdym razie nic się tu nie marnuje. Nawet ” zżerają się stare, bezzębne sielawy, wzajemnie nad sobą się pastwiąc…” – jak śpiewał Jan Kaczmarek.

Kotek czmychnął sprawnie, wiec nic nie wzbudziło moich podejrzeń. Ale następnego dnia zobaczyłam już cztery kotki. Pomyślałam jednak, że matka pewnie poluje, a one wygrzewają się w popołudniowym słońcu.

Trzeciego dnia w czasie spaceru Tusia zaczęła głośno szczekać ( a wtedy jeszcze nie miała tego w zwyczaju) i wyciągać coś z trawy. To coś uciekało i chciało się z powrotem ukryć w trawie. Pomyślałam, że bawi się myszą, ale ona znalazła  kotka. Był wielkości dłoni, ale kiedy go wzięłam do ręki dzielnie zrobił „pchchyyy”. Mieścił się miedzy palcem wskazującym i kciukiem, był bardzo odwodniony i słaby.

Zrozumieliśmy, że z matką coś się musiało stać, bo odszedł jakieś pięćdziesiąt metrów, od miejsca, w którym je poprzednio widziałam.

Jacek się wzruszył kiedy zobaczył to maleństwo, zajął się nim, próbował karmić mlekiem ze strzykawki. A ja poszłam szukać pozostałych. W trawie koło drewna nic nie było. Otworzyłam przybudówkę, a tam, niestety, leżał śliczny czarno-biały maluch, ale martwy. Na dodatek widać było, że umarł z głodu, bo  wydawało się że skóra z futerkiem jest prawie przeźroczysta, a pyszczek miał otwarty, pewnie do końca wołał matkę. To było okropne. Przeszukałam jeszcze okolicę, ale nie znalazłam pozostałych dwóch kociaków. Już musiało coś się nimi pożywić. Nad nami stale krążą ptaki drapieżne, a lisy też podchodzą czasem pod ogrodzenie. Jeśli małe piszczały, to szybko znaleźli je amatorzy.

Czuliśmy się okropnie, bo mieliśmy świadomość, że gdybyśmy zareagowali  w porę, maluchy miałyby szansę. Nie przyszło nam do głowy, ze matka-kotka mogła zostawić małe nam pod opieką, bo sama była w kolejnej ciąży. Dopiero później przypomniałam sobie, że któregoś dnia pojawiła się  na chwilę kotka Składak i miauczała coś do mnie zza płotu, a potem znikła. Może też coś jej się stało, bo od tamtej pory jej nie widziałam. Na zimę do nas nie przyszła, ale to może być też z powodu Tusi. Leśne koty unikają psów.

Kotek był biało-czarny i w dużym stopniu przypominał Kota w Czapce, bo też miał czarny berecik na czubku głowy. Był potwornie chudy, a kiedy się darł, wyglądał  jak mały potworek. Nazwaliśmy go więc roboczo Gremlins, bo tak nam się z filmowymi potworkami skojarzył.

Najpierw poiliśmy go mlekiem z żółtkiem. Na szczęście jadł. Masowaliśmy brzuszek i układ trawienny jakoś ruszył.

Tusia była szczęśliwa, bo miała żywą zabawkę, ale ponieważ była delikatna, Gremlins szybko przestał protestować, kiedy go dręczyła. Zakumplowali się bardzo.

Natomiast koty nie były zachwycone. Czarny po prostu dawał dyla obrażony i wracał tylko na noc, a Pędzel prychał, kiedy tylko poczuł, że mały zbliża się do niego. Gremlins oczywiście lgnął do wujka-kota, bo na pewno bliższy mu był jego zapach niż Tuśki.

Udało się kotka wyprowadzić na prostą. Weterynarz ocenił, że zdrowy, odrobaczyliśmy, odpchliliśmy i odkarmiliśmy. Raz dwa pokazał do czego ma ząbki i wcinał mięso na równi z Tusią. Ale sucha karma smakowała mu równie dobrze, wiec szybko rósł.

Od początku wiedzieliśmy, że Gremlins nie może u nas zostać, bo koty go nie zaakceptowały i dla bezpieczeństwa cały czas sypiał sam w łazience. Bardzo szybko nauczył się czystości i chętnie korzystał z kuwety ze żwirkiem. Miał też fantastyczny zwyczaj sadowienia się na krześle za plecami, grzał mi nerki i mrucząc warczał jak motorek.

Dla takiego słodziaka szukaliśmy domu. Rozpuściliśmy wici mailowo-facebookowe, ale długo nikt się nie zgłaszał. Kotek miał już skończyć dwa miesiące i robiło się nerwowo, bo to jest moment, kiedy powinien opuścić gniazdo, najlepiej też wtedy asymiluje się w nowym domu.

Nieodgadnione są jednak ścieżki losu… Apel o dom dla kota trafił między innymi do mojej koleżanki, która mieszka w Stanach, a ta, via intertnet, przesłała mój list do naszej wspólnej koleżanki z liceum, oczywiście w Polsce, która zaoferowała się przygarnąć Gremlinsa.

Zawieźliśmy więc kotka do nowego domu. Od razu wiedziałam, że trafił najlepiej, jak można. Owinął sobie nowe opiekunki wokół pazura. Dostał nobilitujące imię Kociniak i wyleguje się na poduszkach.

Oczywiście bolało trochę, kiedy go zostawiałam, ale zdecydowanie silniejsze jest uczucie ulgi, kiedy się wie, że kot zyskał prawdziwy dom, ma zapewnioną przyszłość i troskliwych opiekunów. Mam nadzieję, że odpłaci im swoim ciepłem i mruczeniem.