owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: koty

Zima się kończyła, a ja już miałem sześć miesięcy. Coraz częściej słyszałem, że czeka mnie operacja. Cichosza najpierw nie chciał nic gadać, ale w końcu wydusił, że on już nie ma jajek, ale to mu wcale nie przeszkadza i że w ogóle nie bolało. On próbował zbyć temat, ale mnie to niepokoiło. Mama mówiła, że trzeba mi jeszcze usunąć ten koralik, co się przesuwa pod skórą, bo kiedy się mnie tam dotknie, to okazuję, że boli. Faktycznie, pogryziona łapa i  inne rany się wygoiły, a to miejsce na boku pozostało bolesne.

Nadszedł więc ten dzień, nie dali mi rano jeść ani pić (muszę to zapamiętać i być czujny na przyszłość). Mama mnie trzymała na rękach, tato głaskał, a doktor Michał dał mi zastrzyk, zakręciło mi się w głowie i zrobiłem się rozluźniony… Nic nie pamiętam. Kiedy się budziłem znów byłem u mamy na rękach i czułem się jak pijany. Doktor powiedział, że ten bolący koralik pod skórą to był śrut diabolo, widocznie został w ranie i zarósł futerkiem. Ale teraz już go nie było. Jajek też, ale co tam…

Ja jeszcze nie bardzo wiedziałem do czego miały mi służyć, ale widziałem walki kocurów przy plaży i to była straszna walka na śmierć i życie. Pokonany kot kuśtykał gdzieś w czarną dziurę i wykrwawiał się  w samotności. Bo my koty już tak mamy – umieramy w samotności, jak to samotni wojownicy. Natomiast zwycięzca dopadał kotkę, a ta okropnie krzyczała. Nie jestem pewny dlaczego, rozsądek mi podpowiada, że  jej się to nie podobało, a instynkt – że ten krzyk to zew natury.

Po zabiegu szybko wróciłem do formy i na dobre mogłem się ganiać z Cichoszą. Najbardziej lubiłem zabawę w „łap mysz pod kapą”. Cichosza właził pod narzutę, a ja na niego polowałem na wierzchu. Czasami złapałem go za mocno pazurkami, to pisnął. Ale innym razem to ja oberwałem. Lubiliśmy się, toteż sobie wybaczaliśmy. Zdecydowanie gorzej znosiła to narzuta. Szybko zamieniła się w kłębowisko pętelek. Mama uznała, że czas obciąć pazurki. Oj, tego nie lubiłem nigdy. Z podziwem słuchałem jak Cichosza znosi te tortury z godnością. Próbowałem się wykręcić, nawet złapałem mamę zębami za palec, ale była nieugięta. Czasem przerywała obcinanie na chwilę, gdy bardzo się wierciłem, ale konsekwentnie wracała do zabiegu. W końcu poddałem się, już tylko protestowałem głosem. Fakt, że mama nigdy mnie nie skaleczyła. W końcu musiałem to docenić. Za to po udręce dostawałem śmietankę. Lubiłem słodką śmietankę. Brat też.

Ułożyłem  sobie jakoś stosunki z Awą. Zawsze traktowała mnie z rezerwą, ale czasem mogłem nawet położyć się obok i grzać się w jej cieple, tak jak Cichosza, któremu Awa wyraźnie  matkowała.  Ona dużo spała, ale mama regularnie z nią wychodziła na spacery, a my tylko obserwowaliśmy je  z okna. Od strony balkonu patrzyliśmy jak idą wzdłuż ulicy. Ab potem szły na druga stronę domu i chodziły po ogrodzie. Mama prowadziła Awę na smyczy. Awka załatwiała tam swoje sprawy, bo w domu nie miała swojej kuwety. Pewnie była z duża…

Czasami coś tam widziałem jednym okiem, ale nigdy wzrok mi nie wrócił do poprzedniej sprawności. Na tyle jednak to się poprawiło, że rozpoznawałem fragmenty domu i potem kojarzyłem je z zapachami. Niekiedy, szczególnie gdy byłem zdenerwowany albo wystraszony, prawa źrenica znowu otwierała się całkowicie i taka dawka światła oślepiała mnie ponownie, wtedy  wpadałem na jakiś przestawiony mebel czy przedmiot. Byłem niepełnosprawny. Trudna rada.

Do tego miałem jeszcze ataki duszności. Nieregularne, ale nieprzyjemne. Doktor powiedział, że to skurcze oskrzeli, że to się u kotów zdarza i nic się nie da z tym zrobić, trzeba przeczekać aż atak minie. Faktycznie trwało to z minutę, półtorej i przechodziło. Tylko, że byłem wtedy kompletnie bezradny, przykuty do miejsca, już nic nie mogłem zrobić. Mama zwykle pilnowała, by mi nikt nie przeszkadzał. A potem otrząsałem się jak gdyby nigdy nic i wracałem do zabawy albo czatowania. Cichoszy też się zdarzały takie skurcze, ale bardzo rzadko.

cdn.

 

Już jakiś czas temu słyszeliśmy, że w nocy coś skacze na strychu. Myśleliśmy, że może kuna albo inne zwierzątko tak hałasuje. Mamy tam jeszcze przecież nietoperze, wiec się specjalnie nie przejmowaliśmy.
Kiedyś weszłam do warsztatu, a tu wysoko nad moją głową pojawił się czarno-biały pyszczek i zamiauczał. To było jakiś miesiąc temu. Doszliśmy do wniosku, że może kotka od sąsiadów znalazła bezpieczne miejsce na wychowanie młodych. Pogadaliśmy z sąsiadką, a ona potwierdziła nasze przypuszczenia, bo – jak mówi – u nich kocury zagryzają młode, więc kotki muszą je dobrze chować.  Nie wiedzieliśmy jak kotka mogła wejść do warsztatu, ale był otwarty jeden otwór wentylacyjny, więc przypuszczaliśmy, że tędy. Zostawiliśmy jej  jedzenie i wodę i daliśmy spokój.
Jedzenie zniknęło. Woda nie. Zostawiliśmy kolejną porcję karmy, ale ta stała kilka dni, więc w końcu ja zabrałam, by nie stała się zachętą dla myszy.
Za kilka dni znalazłam nasze worki ze śmieciami kompletnie porozrzucane. Kicia pokazała się znowu z miaukiem, wysoko pod sufitem. Ale żadnych odgłosów małych kotków.
Nie rozumiemy co ona właściwie u nas robi, czy w ogóle wychodzi na dwór. W końcu zeszła na dół. Jest strasznie chuda, po prostu szkielecik. Jak Jacek ją zobaczył, to stwierdził, że trzeba odkarmić, bo wiejskie koty ją zabiją.
Znowu ją dokarmiamy. Teraz  już regularnie i zjada wszystko. Pije też. Ale nie wygląda na to, by wychodziła na zewnątrz. Zostawiamy jej na kilka godzin drzwi otwarte i  nic. A najdziwniejsze, że nasze koty nie reagują. One zwykle penetrowały warsztat codziennie, a teraz się nie interesują. Tylko Tusia obwąchuje.

Kompletnie nie rozumiemy sytuacji i nie mamy pojęcia co robić. Czy ona ukrywa się przed światem? Czy to leśna kotka? Czy rzeczywiście ma małe? Trochę już za długo to trwa, by małe były niesłyszalne. A nie mamy dostępu do jej kryjówki, bo to jest miedzy starym stropem i nowym sufitem łazienki. No i co dalej?

 

Minął kolejny tydzień i kotka przestała zjadać karmę. Zniknęła, więc uznaliśmy, że powędrowała w świat.

 

Jakoś tydzień temu  zaczęliśmy czuć w domu nieprzyjemny odór. Drugiego dnia było jasne, że to zapach padliny. Przypuszczaliśmy, że któryś z naszych kotów przyniósł jeszcze żywy fant w postaci myszki czy szczurka i to biedne zwierzątko oddało ducha pod meblami.  Łudziliśmy się, że po dwóch dniach myszka zaschnie i zapach zniknie ( tak podobno jest, jak mówił nam znajomy weterynarz). Ale fetor dochodził jakby z góry, coraz bardziej dokuczliwy. Przejrzeliśmy więc strych i warsztat, ale bezskutecznie. Okropny zapach coraz bardziej wypełniał dom, więc nie było wyjścia i rozebraliśmy fragment stropu. Znaleźliśmy tam  naszą biedną koteczkę, zwiniętą w kłębek na wełnie mineralnej. Niestety w stanie zaawansowanego rozkładu.

Nie rozumiem dlaczego umarła, kiedy miała dostęp do jedzenia i picia. Dlaczego nie miauczała, nie wołała pomocy. Pewnie była chora. Ale czy to prawda, że koty zawsze umierają w samotności? Dlaczego tak jest? Przecież mimo, że była dziką kotką, obdarzyła nas zaufaniem. Czy ona przywędrowała do nas umrzeć w spokoju? No i dlaczego nasze koty w ogóle nie reagowały, nie interesowały się Kicią . Dlaczego suczka nie szczekała i nie anonsowała intruza, chociaż zwykle jest bardzo czujna? Czy nasi czworonożni domownicy wiedzieli, co się dzieje, czy jakimś swoim zmysłem wiedzą i akceptują stan rzeczy?

Tak naprawdę niewiele wiemy o ich świecie, rozumiemy tylko to, co daje się przełożyć na nasze ludzkie zachowania.

Jest mi okropnie smutno, a świadomość, że Kicia umierała bez pomocy tuż nad naszymi głowami jest przytłaczająca. Niby wiem, że nic nie można było zrobić, ale okropnie mi żal.