owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: koty na wsi

Minęły dwa lata, a ja na wolności radziłem sobie fantastycznie. Rodzice już okrzepli i przestali histeryzować kiedy tylko spóźniałem się z powrotem do domu. A ja starałem się nie nadwyrężać ich nerwów i przybiegałem na gwizdanie. Czasami w domu były jakieś zawirowania – goście, nadzwyczajna robota, to wtedy zdarzało mi się zostać na dworze po zmroku, ale starałem się być blisko domu. Lubiłem przysypiać nad oczkiem wodnym obok Tusi, ale najczęściej wieczorem leżałem na stole w ogrodzie, bo tam czułem się bezpiecznie, a jednocześnie wszystko słyszałem.

Lubiłem też zwiedzać nasz nowy dom, który rodzice sami wykańczali. Kiedy mama zabrała mnie tam pierwszy raz, to nie było jeszcze schodów. Zabrała mnie na poddasze, abym obwąchał nowe kąty, a mnie zachciało się biegać i nagle znalazłem się piętro niżej. Ale bez wrażenia, nawet łapy nie zmieniłem i pomaszerowałem dalej. Potem rodzice szybko zrobili schody tymczasowe z palet, a ja z zapałem nauczyłem się wdrapywać na nie i tupałem moim ludziom nad głową. Cieszyłem się, że niedługo się przeprowadzimy.

Taty często nie było, bo pracował poza domem, wieczorami więc kładłem się mamie na ramieniu, gdy siedziała przy komputerze, mruczałem i tak zasypiałem. W nocy spałem przy jej głowie albo obok pod kołdrą, tak jak Tusia, która od dziecka  właziła pod przykrycie nawet w największe upały. Cichosza miał swoje miejsce na parapecie i wydawało mu się, że ja tam nie wskoczę. A ja bym dał radę, ale nie chciałem mu zakłócać wrażenia, że ma tam swój azyl.

Kiedy  wędrowałem po okolicy, napotykałem nieznane koty, te leśne. One były agresywne i silne (w lesie to już był taki odsiew, że przeżywały tylko  superkoty z bardzo silnymi genami).  Walcząc z nimi najczęściej  wołałem o pomoc, bo wiedziałem,  że to nie przelewki. Tusia szczekała jak wściekła, a mama przybiegała na pomoc. Nie raz obie  uratowały mi skórę. Ale w zasadzie ułożyłem sobie dobre stosunki ze wszystkimi mieszkańcami naszego przysiółka. Przecież byłem łagodnego serca. Odzyskałem spokój. Można powiedzieć, że żyłem pełnym kocim życiem.

Tylko z oczami było jeszcze gorzej niż kiedyś. Przez ostatnie dwa lata na prawe oko weszła mi taka zaćma, że przestałem widzieć i plamy światła. Nie widziałem już kompletnie nic. Za to słyszałem i czułem wyśmienicie.

Nasze życie toczyło się w pewnym rytmie. Budziłem mamę rano, no latem to około czwartej, ale nie dawała się ubłagać i zamykała mnie jeszcze do izolatki, to znaczy do łazienki, gdzie spałem na koszu jakoś do szóstej. Potem już pozwalała nam z Cichoszą  wyjść na dwór. A wtedy było najpiękniej. Ptaki śpiewał swoją pieśń powitalną i były trochę nieuważne, gdy zbierały gąsienice na trawie. No wiecie… Jakieś pierwsze śniadanko sami sobie organizowaliśmy. Oczywiście każdy osobno.

Tusia z mamą szła na spacer około ósmej, to wtedy obaj dołączaliśmy do korowodu, ale jak Cichosza chciał wejść na podwórko, to ja mu pokazywałem kto tu rządzi. Mama interweniowała, nie lubiła naszych przepychanek. W końcu zwykle razem wchodziliśmy do domu i zajadaliśmy swoje chrupki i popijaliśmy śmietanką. Potem znowu marsz na pole. Wracałem w południe na obiadek, a Cichosza wtedy spał. Ja szedłem na dalsze wyprawy i wracałem wieczorem, a on wybywał koło piątej i pojawiał się łaskawie po dziesiątej lub jedenastej, oczywiście jak było ciepło, nie było burzy i deszczu. Cichosza uwielbiał pełnię, wtedy w ogóle nie wracał do domu na noc. Rodzice świrowali, ale on miał to w nosie. Pojawiał się na śniadaniu i mówił: „No, co takiego się stało, przecież jestem!”. Wieczorem każdy z nas wylizywał Tusię i odbywał własną toaletę. Ja włączałem koncert mruczanek i kładłem  się spać. A Cichosza jeszcze polował na strychu albo gapił się przez okno. On był nocnym markiem, jak każdy prawdziwy kot, a ja przestawiłem się na tryb dzienny.

Czasami wydarzało się coś spektakularnego, jak wtedy gdy się przestraszyłem Mańki, suczki naszych sąsiadów (też przygarniętej) i w panice wdrapałem się na dach drewutni. Donośnym głosem zawiadomiłem o tym Tusię, Tusia tatę, a tata zawołał mamę, która z drabiny jakoś mnie zdjęła z tego dachu. Zwykle jednak nasze kocie życie toczyło się miło i leniwie.

cdn.

 

Wiem, że od czasu mojego uwolnienia rodzice mieli sporo stresów.  Starałem się nie przysparzać im zmartwień, ale nie zawsze się udawało. Któregoś dnia postanowiłem zwiedzić las. Nasza łąka kończyła się pod lasem, ale chciałem zobaczyć co jest dalej. Powędrowałem, przedzierając się przez gałęzie, krzaki i paprocie. Tam inaczej pachniało niż w nadmorskim lesie. Nie było tyle iglastych drzew, no i na poszyciu nie czułem zbyt dużo mchu, za to więcej liści.

Szedłem długo. Wydawało mi się, że cały czas robię w głowie mapę do powrotu. Niestety zgubiłem się. A czułem, że nadchodzi wieczór, bo zmieniał się zapach powietrza i wilgoć osiadała na wszystkim. Wcisnąłem się w jakieś zagłębienie pod krzakiem i postanowiłem przeczekać, nie mając pojęcia jak uda mi  się wykaraskać z tej opresji. Słyszałem, że las ożywa. Duże zwierzęta ruszały na żer, a spod ziemi wychodzili różni nocni łowcy. Miałem nadzieję, że nie zainteresują się mną, ale trochę się bałem. Była już  noc.

I wtedy usłyszałem!

Kiedy nie pojawiłem się w domu wieczorem, rodzice zaczęli mnie szukać. Najpierw sprawdzili wszystkie znane miejsca, a potem jechali wzdłuż lasu i  wołali, gwizdali. Byli za daleko żeby mnie usłyszeć, ale ja natychmiast namierzyłem kierunek i – nie bacząc na nocne zagrożenia – zacząłem się przedzierać w stronę domu. Po północy wołanie ucichło, ale ja już wiedziałem gdzie jestem. Nad ranem dotarłem do domu, wlazłem na parapet i czekałem. Jaka była radość, jak mnie tam odkryli! A ja rzuciłem się na jedzenie. Jaki ja byłem głodny!

Po tej przygodzie  trzymałem się już naszego terenu, za to rodzice reagowali nerwowo, jak tylko nie pojawiłem się o zwykłej porze przed domem. Rodzice brali wtedy latarkę i mnie szukali. Czasem, przyznaję, przysnąłem w krzakach albo zagapiłem się przy jakiejś obiecującej norce. Kiedy poświecili latarką, to od razu wiedzieli,  że to ja, bo tylko jedno oko odbijało światło.

Któregoś razu mama długo szukała mnie  latarką, nawoływała, gwizdała i nic. W domu nerwowo, Tusia od razu wyczuła napięcie i też biegała z mamą szukać. Ale nie znalazły. Rozpacz. Była już głęboka noc, kiedy mama przypomniała sobie, że ostatni raz widziała mnie, kiedy układała rzeczy w szafie na strychu. Popędziła tam, otworzyła drzwi, a ja wyszedłem z szafy, przeciągając się. Dobrze mi się tam spało.

Rodzice okropnie nie lubili kiedy wychodziłem na drogę. Próbowali mnie przeganiać, a ja nie rozumiałem o co im chodzi. Przecież już nauczyłem się być ostrożny. Uciekałem jak tylko słyszałem nadjeżdżający samochód czy motocykl, nie mówiąc już o traktorach czy kombajnach. Bo kiedy przychodził okres prac polowych, to na drogę wyjeżdżały straszne motorowe potwory i uciekaliśmy z bratem w jakieś zaciszne miejsca albo opiekunowie zamykali nas w domu. Sąsiad zawsze informował kiedy będzie u nas kosił. Mówił, że niektóre koty nie uciekają, a zamierają w bezruchu  ze strachu i  to jest ich zguba. Tak zginęło wielu naszych braci. Straszne.

W ogóle na wsi  nie najlepiej traktuje się zwierzęta. Wszystkie powinny pracować. Koty są od łowienia myszy, a psy od pilnowania obejścia. Krowy mają dawać mleko, a kury znosić jajka. Jak któraś się nie sprawdza, to się ją wymienia na inną. A te niechciane krowy wywożą gdzieś daleko. Przyjeżdżają takie wielkie samochody i słyszymy jak się skarżą, jak nie chcą tam wejść i się bronią.

No i wszystkie muszą schodzić z drogi człowiekowi i jego maszynom. Jeśli któreś z nas nie zdąży, trudno, „dobór naturalny” – mówią. Co roku pod kołami maszyn giną kociaki, szczeniaki. Nikt nad nimi nie płacze. Żadnych sentymentów. Przeżywają tylko te psy i koty, które się boją ludzi i przed nimi uciekają.

Na szczęście nasi ludzie myślą inaczej. Troszczą się o nas, kochają, głaszczą, przytulają. A tamte czasem są głodne, a do lekarza na pewno nikt ich nie zabierze.

Kiedyś przywędrowała do naszego domu chora kotka. Rodzice się potem dziwili,  że żadne z nas nie zdradziło, że ona jest w warsztacie. Przecież my normalnie przeganialiśmy obce koty, nie mówiąc o Tusi, która nie cierpiała takich wizyt. A tu żadne z nas ani mru mru. W końcu mama zauważyła kotkę, która była już okropnie wychudzona, zaczęła ją dokarmiać, ale było za późno. Kotka umarła i jeszcze był problem jak ją wydostać z kryjówki, bo  schowała się w stropie. My koty idziemy umierać w samotności, a inni członkowie stada to szanują. Wiedzieliśmy, że jest chora i dlatego zostawiliśmy ją w spokoju.

cdn.

Któregoś lipcowego popołudnia mama pojechała  na grzyby, a przywiozła z lasu szczeniaka. Kolejna wyrzucona bida dostała na imię Tusia. Na początku byliśmy z bratem obrażeni, ale rodzice rozsądnie początkowo zamykali ją na noc w łazience, więc nie straciłem poczucia bezpieczeństwa na swoim terenie.  Cichosza ją szybko ustawił, a ja też miałem swój udział  w wychowaniu Tusi. Szybko zrozumiała, że też jest kotem, przestała się  tak gwałtownie, po psiemu, zachowywać, więc ją przyjęliśmy do stada i codziennie wylizywaliśmy, jak siostrę. W końcu była dwa razy większa i bardzo szybka, mogła się przydać do obrony stada.

Niestety niedługo potem Tusia znalazła w trawie to coś. Bardzo małego biało-szarego kotka, którego rodzice nazwali Gremlins, bo tak wyglądał. Dla mnie to było za dużo. Mały garnął się do nas, ale Cichosza dawał dyla za płot, a ja  omijałem gówniarza łukiem. Za to Tusia była zachwycona, bo miała partnera do dziecięcych zabaw, a kociała przy tym na potęgę.

Od początku było wiadomo, że Gremlins nie może u nas zostać i mama poszukała mu domu. Świetnie chłopak trafił. Pojechał do miasta i mieszka u cioci Violi jak książę udzielny, łaskawie pozwalając się pieścić i adorować.

Mama chciała mi jakoś wynagrodzić te udręki, bo widziała, że tracę poczucie bezpieczeństwa, że się robię nerwowy, więc razem z Tusią zaczęła mnie wyprowadzać na spacery poza ogrodzenie. I tak dowiedziałem się gdzie jest staw, brzeg jeziora, gdzie rośnie zboże, a gdzie jest las. Cały czas słyszałem też odgłosy z drogi asfaltowej, ale tam mi  nie pozwalali chodzić, ani do gospodarstwa za drogą też nie. Coraz pewniej czułem się w okolicy i uważałem, że mógłbym już chodzić wszędzie sam, jak Cichosza. Protestowałem kiedy wracaliśmy za ogrodzenie, ale nikt mnie nie chciał słuchać. Złościłem się kiedy brat uciekał przez płot i w końcu mu wykrzyczałem, że jak tak, to niech sobie tam zostanie, ale teren podwórka jest mój i zacząłem go przeganiać sprzed domu. Brat był sprytny,  stosował uniki, przecież wiedział, że go nie widzę, ale za to dobrze słyszałem! W każdym razie atmosfera miedzy nami zgęstniała. W domu był rozejm, bo tam jednak zasady ustalali  rodzice, ale na podwórku – nie ma przeproś.

Właściwie odtąd Tusia stała się katalizatorem. Już nie spaliśmy z bratem obok siebie. Każdy sypiał obok Tuśki. Czasem jeszcze odruchowo wylizywaliśmy sobie pyski, ale Cichosza potrafił syknąć na mój widok. No, muszę się przyznać, że trochę miał powodów. Wiedział, że jestem większy i silniejszy i w razie zapasów – przegra. A  przecież zawsze dotąd był dla mnie starszym bratem, opiekunem i przewodnikiem. Byłem niewdzięcznikiem.

cdn.

Poza tymi problemami życie na wsi bardzo nam się podobało. Było anielsko cicho i spokojnie, a jednocześnie codziennie mnóstwo atrakcji – polowania bez ograniczeń i zawsze świeża dostawa mysiny. Trochę wkurzało mnie, że Cichosza znowu łazi po całej okolicy, a ja jestem zamknięty za płotem, ale tutaj też dużo się działo i mieliśmy sporo gości. Mama dokarmiała tutejsze dzikie koty. Na początku pojawiła się pręgowana kotka Księżniczka. Takie chucherko, ale milutka. Niestety szybko zniknęła. Ledwie ją pamiętam. Wpadała  do nas na wyżerkę z gospodarstwa kotka Noc Listopadowa ( tato ją tak nazwał, bo była brzydka okrutnie). Potem przyszła od sąsiadów  Lanserka. Piękna czarno-biała kocica. Bardzo chciała zamieszkać z nami, ale rodzice postawili weto. Dokarmiali na zewnątrz. Lanserka była w ciąży i już jej nie zobaczyliśmy po porodzie.

Przychodziły też dzikie kotki leśne. Te wchodziły na teren tylko w nocy, a rodzice zostawiali im jedzenie za siatką. Była taka mała kotka Składak (wyglądała jak zlepiona z dwóch kotów) i moja ulubiona – Strzałka, piękna czarna kotka z białą strzałką na nosie. Ale ona była ostra. Cichosza próbował odganiać wszystkie obce koty, a Strzałka mu się postawiła i nieźle oberwał. Podrapała go i przecięła mu ucho. Dostał  pamiątkę na całe życie.

A ja mogłem godzinami gadać ze Strzałką. Siedzieliśmy tak sobie po obu stronach siatki i gwarzyliśmy, a ona mi uświadomiła jak wygląda tutaj dzikie kocie życie. Dowiedziałem się, że część kotów mieszka przy gospodarstwach, ale są też koty leśne, głównie kocury, na które gospodarze mówią „reproduktory”, bo pojawiają się na wiosnę i przeganiają miejscowe kocury w dramatycznych walkach, potem zapładniają kotki i znikają. Takie akcje odbywają się dwa razy do roku, więc koteczki rodzą dwa mioty, jeśli oczywiście przeżyją, bo najczęściej są zbyt młode. Tym sposobem w gospodarstwie raz jest ponad dziesięć kotów, a po zimie zostają trzy albo cztery. Nie mają lekko. Wystarczy spojrzeć, są małe i chude, dręczone przez pchły, kleszcze i pasożyty. Przy nas, wypasionych pieszczochach, wyglądają po prostu rachitycznie. A jeśli terytorializm i zew  jajek karze im wdać się w walkę, to najczęściej obie strony otrzymują rany, z których trudno już się wylizać. Dlatego koty żyją tu bardzo krótko, zwykle dwa lata, oczywiście jeśli w ogóle przetrwają do dorosłości, bo małe kotki najczęściej giną w pierwszych tygodniach życia, zagryzione przez kocury, z powodu chorób albo z głodu.

U nas też była taka sytuacja. Składak przyprowadziła swoje dzieci z pierwszego miotu i umieściła je w przybudówce, miauczała o tym do mamy, ale mama nie zrozumiała, a Składak znowu była w ciąży i poszła do lasu rodzić następne dzieci. Już nigdy nie wróciła. Kiedy mama odkryła kociaki, już nie żyły, umarły z głodu. Mama płakała. Śmierć z głodu jest straszna, ja to wiem.

Oprócz dziewczyn pojawiały się u nas kocury. To zawsze oznaczało wojnę. Jeśli byliśmy we dwóch z bratem, to tamte nie miały szans. Czasami jednak trafiało się spotkanie jeden na jeden, wtedy efekty bywały różne. Cichosza był zręczny, no i widział.  Ja, z kolei,  byłem bardzo silny, więc zwykle kładłem się na plecach i waliłem czterema łapami i to z dobrym skutkiem. Przeganialiśmy intruzów, ale bywało, że sami byliśmy ranni, a wtedy zostawaliśmy w domu i pozwalaliśmy się kurować rodzicom.

Wtedy też przyszedł do nas biało-czarny starszy kocur, wyrzucony przez młodsze z gospodarstwa, bardzo wymizerowany. Tato nazwał go Kot w Czapce, bo wyglądał jakby miał beret na głowie. Rodzice się ulitowali i odkarmili go. Rzeczywiście wydobrzał, ale paskudnie się odwdzięczył, bo zagryzł kociaki, które tym razem Strzałka do nas przyprowadziła. Wtedy rodzice postanowili, że nie będą ingerować w losy tutejszych kotów, bo nie są w stanie przygarnąć i wykarmić całego kociego towarzystwa. Wiedziałem, że to słuszna decyzja, ale – z drugiej strony – cieszyłem się, że nie pomyśleli tak wcześniej o mnie.