Nic nie pamiętam z kolejnych godzin tamtej nocy. Ocknąłem się o świcie na murku, gdzie próbowałem łapać ciepło wschodzącego słońca. Siedziałem zdrętwiały, kiedy nadjechał granatowy samochód. Nawet nie drgnąłem. Nie było już we mnie woli walki. Ale z auta wysiadła ta pani co wczoraj i powiedziała; „ Chodź, kotku”. Normalnie pognałbym  do niej całym swoim futrzanym bytem, ale nie mogłem się ruszyć. Pani się zawahała, ale podeszła do murku, wzięła mnie na ręce, a ręce były cudownie ciepłe, zacząłem mruczeć ( jak ja dawno nie mruczałem, chyba ostatni raz kiedy mama nas karmiła) i …zasnąłem natychmiast.

Pani ułożyła mnie w samochodzie w skrzynce, przykryła ręcznikiem i pojechaliśmy. Auto łagodnie kołysało i było mi cudownie ciepło. Ostatkiem świadomości usłyszałem jak pani mówi: „ Jedziemy do lekarza, a potem znajdziemy ci dom”.

Nie wiem na jak długo odpłynąłem. Ocknąłem się u pani na kolanach, w ręczniku, w jakimś pomieszczeniu pełnym ludzi ze zwierzakami, ale zaraz znów zatopiłem się w sen. Nie obudziłem się, gdy weterynarz robił zastrzyki, kiedy opatrywał mi pogryzioną łapę i rany po śrucie, nie dotarło do mnie, że kropił mnie na pchły i kleszcze. Dopiero kiedy poczułem, że ktoś mi na siłę otwiera pyszczek i wkłada gorzkie lekarstwo, ocknąłem się, ale tylko na moment. Zaraz znów zapadłem w ciemność.

Podobno pani jeszcze robiła zakupy, bo weterynarz kazał karmić mnie wątrobą, podobno, bo budziłem się dopiero kiedy pani wyjęła mnie ze skrzynki i zaniosła na górę. A tam oprzytomniałem, bo usłyszałem syk i prychanie kota. Skuliłem się odruchowo, ale pani nie wypuściła mnie z rąk. W pokoju rzeczywiście był czarno-biały, jak mi się wtedy wydawało – wielki kot. Nie był zachwycony moim towarzystwem, czego wyraz dawał groźnym prychaniem i prężeniem ogona i grzbietu.

„Cichoszku, zostaw kotka” – powiedział pan, wyraźnie nadąsany.

„Muszę mu zrobić kontener ze skrzynek, żeby go jeszcze Cichosza nie uszkodził” – powiedział pan do pani.

Pani postawiła mnie na podłodze, a przede mną miseczkę z mlekiem i drugą – z cudownym czerwonym czymś… Smak mleka znałem, ale to drugie coś czułem pierwszy raz, a jednak od razu wiedziałem, że to nasz koci przysmak – wątróbka. Nie wierzyłem, że to dla mnie, więc chociaż bardzo chciałem jeść, trochę się cofnąłem, odruchowo czekając na atak. Ale nikt na mnie nie napadł, a pani podsunęła jedzenie bliżej. Wtedy już nie mogłem się powstrzymać. Połykałem kawałki wątróbki jeden po drugim, a potem szybko wylizałem mleko. Cały mój organizm jadł razem ze mną, czułem jak wewnętrzne ciepło rozlewa się po żyłach i znowu zasnąłem. Kiedy się obudziłem pani znowu mnie nakarmiła ( smakowitym białym serem), a potem postawiła w takim pudełku z czymś podobnym do piasku i wyraźnie czułem, że to jest intymne miejsce dla tamtego kota. Jakiś instynkt kazał mi zrobić siusiu, a pani mnie pochwaliła.

Teraz rozejrzałem się po pokoju. O matko! tam na łóżku leży ta ogromna góra czarnego futra, suczka sznaucerka olbrzymka, ale jakimś cudem w ogóle się mną nie interesuje. Natomiast czarny kot nadal podchodzi i prycha. Tylko państwo trzymają go na dystans. Pan wziął mnie i położył sobie na ramieniu, a pani zrobiła mi zdjęcia. Podsłuchałem, że rozmawiali z kimś miłym przez telefon, a potem stukali na klawiaturze i powiedzieli, że może będę miał dom w  mieście. Pani wyraźnie starała się jak najszybciej go znaleźć. Opowiadała, że była w Łebie u rzeźnika i taka sprzedawczyni to by wzięła kotka dla synka, ale musi być zdrowy i żeby nie drapał. Nie do końca rozumiałem co to znaczy, ale postanowiłem być grzeczny, bo już potrafiłem docenić, że u ludzi jest ciepło i nie trzeba walczyć o jedzenie. Tylko ciągle byłem taki słaby.

Pan zbudował mi domek ze skrzynek. Dostałem tam ręczniczek do leżenia, miskę z wodą i coś w rodzaju toalety z takim samym piaskiem, jaki miał tamten kot. Domek stanął na korytarzu. Było ciepło, cicho i bezpiecznie. Zasnąłem jak kamień.

cdn.