owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: miłość

ZOŚKA

1 komentarz

Nikomu nie życzę, by z facebooka dowiedział się o śmierci bliskiej osoby. A tak właśnie się stało. Wśród całej zamieci wiadomości ważnych i mniej ważnych, nagle zobaczyłam legitymacyjne zdjęcie Zośki z lat osiemdziesiątych, a pod nim krótką notatkę, że zmarła 25 maja… kierowniczka produkcji telewizyjnych spektakli teatralnych i filmów…w dorobku… O Boże! To nie może być prawda! To jakiś diabelski żart, przecież bym wiedziała…, czułabym…

Złapałam za telefon i zadzwoniłam do Zośki. Nie odebrała.

Napisałam wiadomość do Kazika z pytaniem: „Czy to prawda?” I miałam wielką nadzieję, że spyta: „Ale co?” Niestety, potwierdził, że nie ma już z nami Zosi.

Zośka była blondynką  w typie urody Catherine Deneuve. Bardzo podobała się mężczyznom. Mój Jacek mówił o niej zawsze: piękna Zocha. Miała w sobie dystynkcję damy i pewnego rodzaju powściągliwość i niedostępność, szczególnie wobec obcych,  a jednocześnie miała w sobie ogromne pokłady dziecięcego zachwytu i radości życia. Była bardzo świadoma tego, jak żyje, co robi i jakich dokonuje wyborów. Zawsze lekko uśmiechnięta, często w rozmowach służbowych zasadnicza, prywatnie była wulkanem radości, a jej cudowny chichot będzie mi towarzyszył w pamięci do końca.

Zosia była niezwykłą kobietą. Mądrą, odważną, trochę szaloną. Nietuzinkową. W latach osiemdziesiątych sama przejechała Maluchem  całą Europę. Będąc dwudziestoparoletnią dziewczyną zaprzyjaźniła się   w Szwecji z siedemdziesięciolatką i sekundowała jej miłości, podczas gdy większość młodych ludzi patrzyłaby z niesmakiem na bliskość starych ludzi, bo Zośka już wtedy wiedziała, że na miłość nigdy nie jest za późno. Zośka zawsze żyła na sto procent. Zachłystywała się pięknem przyrody, gdy jeździła po świecie, ale doceniała też łagodne chwile w swoim malutkim ogródku przy domu. Podziwiała przestrzenie Australii  i z  takim samym zachwytem pochylała się nad małym kamykiem. Świętowała życie w każdym jego przejawie.

Uwielbiała  swoją pracę i doceniała fakt, że może współtworzyć spektakle i filmy. Świadomie nie zatopiła się w reklamie. Dla Zosi było bardzo ważne, by to, co robi, miało wartość, by niosło przesłanie. Zawsze obdarzała zaufaniem twórców, z którymi pracowała i wierzyła w ich sukces. I to nie był żaden marketing, tylko prawdziwe oparcie i zaangażowanie.  Nie wszystkie produkcje okazywały się tego warte, ale Zosia i tak zawsze starała się w nich odnajdywać te lepsze strony. Czy to była produkcja dla wielkiej gwiazdy, czy niszowego reżysera, który w środowisku uznawany jest za niebezpiecznego świrusa, Zosia przede wszystkim widziała w nich artystów i razem z nimi zagłębiała się w dramaty ludzi. Zawsze głęboko przeżywała czyjeś cierpienie, miała bardzo wrażliwy układ współczulny.

Natomiast Zośka nie znosiła obłudy, bezmyślności i chamstwa. Brzydziła się  polityką. Niestety przez ostatnie lata spotkała wielu nieuczciwych ludzi w branży. W tej chwili przy pracy w filmie bardzo często spotyka się oszustów, co także przytrafiało się Zosi i miała wtedy wielki problem, jak zmusić tak zwanego producenta, by zapłacił ludziom za pracę. Boleśnie to przeżywała i nigdy się nie pogodziła  ani z nieuczciwością, ani z bylejakością, do której często zmuszała nadmierna pazerność producentów i zatrudnianie znajomych królika. Ale miała też świadomość granic swoich możliwości.

Zosia była perfekcjonistką w każdej dziedzinie. Pamiętam kolejne wynajmowane przez Zosię mieszkania – wszystkie doprowadzała  do stanu idealnej czystości; lubiła białe ściany i dużo światła słonecznego, które przecież ujawniłoby każdy okruszek. A później  tak pięknie i czysto  urządziła swój dom. Przy tym Zosia nie ulegała modom. Miała swój styl, który nie poddawał się żadnym koniunkturalnym ocenom.

Prywatne życie Zośki mogłoby być kanwą scenariusza filmu romantycznego. Nie ma się co nadymać, każdy chce być szczęśliwy i kochać, a naprawdę niewielu jest to dane. Zośka miała szczęście i, co prawda dość późno, ale znalazła swoją drugą połówkę jabłka. Książę jeździł łazikiem, a nie na białym koniu, ale porwał i zauroczył. Kazik,  jako rasowy epuzer,  jechał pięćset kilometrów tylko po to by dać Zosi bukiet kwiatów i zjeść razem śniadanie.  Pokazał jej  cudowności przyrodnicze, zabierał w miejsca, o których istnieniu większość ludzi nie ma nawet pojęcia. Razem zwiedzali świat, ale też o każdej porze roku jeździli nad ukochany Bałtyk. Bo Zośka bardzo kochała morze, chociaż wychowała się na południu Polski.

Oboje szanowali swoją odrębność, szanowali swoją pracę, która często oddalała ich przestrzennie, ale za to wspólny czas traktowali zawsze jak święto. Kazik jest…był… jednak jest dla Zosi najważniejszym człowiekiem, więc pewnie dlatego zdecydowała, by każdą z chwil, które jej zostały, spędzić tylko z nim. Nikomu nie powiedziała o swojej chorobie. Strasznie mnie  zabolało, że nic nie wiedziałam, ale teraz myślę, że czuła, jak mało ma czasu i jak wiele spraw do przygotowania do drogi, więc rozumiem  i szanuję jej decyzję. Szczególnie w dzisiejszych czasach, gdzie wszystko, nawet umieranie, dzieje się pod okiem kamer, Zosia dała nam lekcję jak  ochronić prywatność, jak zachować dla siebie to, co najistotniejsze, najintymniejsze. Wierzę też, że dzięki Kazikowi nie bała się, bo do końca trzymał ją za rękę…

Niestety Zosia bardzo wcześnie poczuła oddech śmierci. Jako nastolatka straciła mamę, niedługo potem brata. Kilkanaście lat temu w najdłuższą drogę odprowadziła swojego tatę, a i wielu przyjaciołom towarzyszyła w pożegnaniach bliskich. Obcowanie ze śmiercią buduje szacunek dla życia, ale też daje bolesną wiedzę, jak to jest.

Zośka, moja przyjaciółka od trzydziestu lat. Połączyła nas praca przy filmie, ale potem rozjechałyśmy się w różne strony. Jednak stałyśmy się sobie bliskie i wspierałyśmy się w trudnych decyzjach, towarzyszyłyśmy sobie w ciężkich chwilach, opowiadałyśmy o najważniejszych sprawach. Ostatnio to nie było zbyt często, ale  co jakiś czas ucinałyśmy sobie godzinną rozmowę przez telefon. Ceniłam te rozmowy dlatego, że nie gadałyśmy o pierdołach, ale o tym, co najważniejsze dla człowieka – o sensie, o miłości, o zdrowiu, o szczęściu i o drodze do boga. Oczywiście planowałyśmy, że  przyjadą z Kazikiem na to nasze odludzie, ale ciągle coś stało na przeszkodzie.  Wystarczała mi świadomość, że zawsze mogę zadzwonić.  Nie miałam nawet mglistego przeczucia, że może nie być na to czasu. Planowałyśmy przecież, że na emeryturze, otoczone kwiatami, każda w swoim ogrodzie   będziemy spisywać anegdoty filmowe i rozpieszczać nasze zwierzaki…

Jestem Ci wdzięczna, Zosio ( lubiła kiedy tak do niej mówiłam), za przyjaźń,  dobre serce i  Twą czystą duszę. Dziękuję, że byłaś.

Marta i Michał prowadzą gospodarstwo ekologiczne. Mieszkają w takim zakątku,  który widziało może ze sto  osób. Pięknie tam. Pola kolorami układają się po wzgórkach, w dole małe ale bardzo czyste  jezioro, a wszystko to otulone lasem. Nie widać drogi ani innych gospodarstw. Tak mogło tu wyglądać i pięćset lat temu. Jedyny symbol współczesności to słup elektryczny. Ale stoi na uboczu, jakby się wstydził zakłócić piękno krajobrazu, który aż prosi się o uwiecznienie na płótnie.

Poznali się całkiem niedawno, choć mieszkali w pobliżu całe życie. Na wiejskiej imprezie. Michał zobaczył w tłumie niewysoką urodziwą dziewczynę, która ma w sobie takie pokłady wdzięku, że mogłaby obdzielić nim tuzin panienek. On – wysoki, spokojny,  zrównoważony – już nie odpuścił. Ślub przypieczętował początek ich wspólnej drogi. Zamieszkali w tym zaczarowanym zakątku, razem z rodzicami Marty.

Obydwoje docenili wyjątkowość tego miejsca i jego nieskażenie cywilizacyjnym śmieciem. Postanowili uprawiać ziemię ekologicznie, bez sztucznych nawozów i ciężkiej chemii. W Marcie ujawniła się jakaś tajemna wiedza, którą pewnie odziedziczyła po przodkach, a raczej po prababkach, bo znajomość ziół i ziołolecznictwa była przecież dawniej domeną  „babek” wiejskich czy wiedźm. Marta sypie z głowy łacińskimi nazwami ziół, jak z rękawa, a kiedy ją spytać skąd je zna, to mówi, że nie wie. Ale dużo czyta, cały czas się dokształca, teraz już nie z tajemnych ksiąg, a raczej z internetu. I zaraża Michała kolejnymi pomysłami. Od niedawna prowadzą  pasiekę. Miód mają znakomity, niechrzczony. Do tej pory nie miałam pojęcia, jakie istnieją możliwości oszukiwania na miodzie i z pełną ufnością kupowałam miód od gospodarzy, którzy mieli ule, zakładając, że jest w stu procentach naturalny, pełnowartościowy i leczniczy. Jako klasyczny mieszczuch uważałam, że można zabrać z ula wszystko, co pszczoły wyprodukują. Dopiero od Marty dowiedziałam się, że powinno się zostawiać pszczółkom co najmniej jedną piątą wytworzonego miodu, bo w nim, poza wartościami odżywczymi, są leki dla pszczół i to jest właśnie najlepsza ochrona pasieki przed chorobami.

Okazuje się, że inni pszczelarze potrafią zabrać pszczołom wszystko i dać im w zamian syrop z cukru, z którego one oczywiście będą korzystać jako z pokarmu, ale nie znajdą w nim składników leczniczych.  Zwycięża chciwość, której nawet nie równoważy dbałość o przyszłość pasieki.

Miód Marty i Michała nie jest taki czyściutki i przeźroczysty, jest mętny i szybko się krystalizuje, ale to jest właśnie naturalny proces, który świadczy o stuprocentowej naturalności produktu. Nie dajcie się nabierać na bursztynowy przejrzysty płyn w słoikach z napisem miód, który nawet po dwóch latach wygląda tak samo. Miód jest płynny bardzo krótko po zbiorach lub po ogrzaniu ( powyżej czterdziestu stopni traci wiele na wartości, więc ten ogrzany też niewiele wart). Pakują tam syrop, pewnie z jakimś barwnikiem i sprzedają  za połowę ceny prawdziwego miodu. Prawdziwy miód nie może być tani! Ale też prawdziwy miód się nigdy nie psuje.

Na własnej skórze przekonałam się o cudownych właściwościach propolisu, kolejnego pszczelego wytworu. Paskudnie skaleczyłam sobie palec przy paznokciu, sięgając  do pudełka z paczkami orzeszków w Biedronce (sic!). Przecięcie papierem zawsze słabo się goi, a tu jeszcze nie wiadomo ile rąk dotykało tej tektury i zaczęło się paprać, mimo użycia wody utlenionej i maści z antybiotykiem. Po trzech dniach już miałam opuchliznę, ropę, po pięciu – pulsowanie palca i narastającą ziarninę. Moczyłam  palec we wrzątku ze strachu przed zastrzałem, ponieważ kiedyś na wakacjach skaleczyłam się ością, a skończyło się u szpitalnego rzeźnika w białym fartuchu, który na żywca przeciął mi palec i jeszcze był oburzony, że się zwinęłam z bólu tak, iż znalazłam się głową pod stołem. Nigdy nie zapomnę…

Marta przyniosła fiolkę z propolisem rozpuszczonym w spirytusie. „Namoczyć gazik, zawinąć palec i za trzy dni będzie po wszystkim” -   powiedziała. I tak się stało. Z zafascynowaniem oglądałam etapy poprawy. Dziś nie ma śladu, a przecież wcześniej widziałam jak palec się deformował.

Marta z Michałem uprawiają owies nagi. To taka odmiana, która nadaje się na płatki owsiane. By otrzymać certyfikat o ekologiczności uprawy co roku muszą się poddawać kilkukrotnej kontroli, no i… sporo za to zapłacić. Okazuje się, że ekologia w polskim wydaniu to kosztowne hobby. Certyfikaty kosztują, a nie ma żadnej pewności zbytu, nie ma organizacji, które by skupowały ekologiczne płody i zajmowały się dystrybucją, płacąc godziwe pieniądze. Pojedynczy rolnik nie ma szans zarobić na takiej produkcji i musi zaakceptować każdą cenę, jaką dostanie, jeśli nawet nie pokrywa ona kosztów produkcji. Więc ludzie szybko rezygnują z ambicji wytwarzania ekologicznej żywności.

Naturalne środki ochrony roślin wymagają wiele zachodu i bardzo dużo pracy. Wiem to już na pewno, bo doświadczyłam na własnej skórze, walcząc w tym roku z zarazą ziemniaczaną, która atakowała moje pomidory. Dzięki poradom Marty miałam w końcu niezłe zbiory, ale ile zmartwień i oprysków z ziół i pokrzyw. To się nie da zmieścić w cenie pomidorów, bo nikt tego nie zapłaci. Tak można się tylko starać na własny użytek, dla  zdrowia własnej rodziny.

Zresztą smutna prawda wygląda tak, że rolnicy, którzy uprawiają warzywa na rynek, mają odrębne warzywniki dla własnego stołu. Jarzyny na sprzedaż są piękne i wybujałe, bo lane chemią bez ograniczeń. Te na własny użytek na pewno są zdrowsze, bo traktowane preparatami chemicznymi w znacznie mniejszym stopniu. Choć i tak zawsze jakaś chemia jest używana, bo przekonanie, że bez tego nic się nie uchowa, jest wszechobecne.

Kiedyś Michał zrobił mi wykład na temat uprawy rzepaku. Przeraziłam się. Nie miałam pojęcia, że w naszym – wdzięcznie się kojarzącym – oleju rzepakowym jest tyle świństw chemicznych. Rzepak sieje się na jesieni i już wtedy leje się chemię na chwasty, jeżeli dobrze rośnie, to jesienią może już osiągnąć wysokość powyżej dwudziestu centymetrów, a wtedy trzeba polać środkiem hamującym wzrost, bo jeśli zbyt  się rozrośnie, to stworzy warstwę, pod którą zacznie się rozwijać grzyb, więc na grzyba też pryskamy. Na przedwiośniu jest zawsze niebezpieczeństwo wymarznięcia, ale na to nie ma rady,  natomiast jeżeli się uda przetrzymać mrozy, to na wiosnę pryskamy  na robaka, no i na chwasty… Matko! Przecież to wszystko nie znika za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tylko zostaje w ziarnach, a potem w oleju. I tak też jest ze wszystkimi zbożami. Nagminnie używany jest roundup i nadal panuje przekonanie, że on się rozkłada w ziemi. Mimo, że już od jakiegoś czasu  zniknęły z opakowań informacje, że jest biodegradowalny.

Innym problemem jest jeszcze grzebanie w genetyce. Dzisiejsza pszenica zawiera pięć razy więcej glutenu niż dawniej.  Praktycznie cała uprawiana kukurydza to jest GMO. Zniszczono stare odmiany jabłek, wprowadzając w latach siedemdziesiątych ich genetyczne mutacje, z których dziś niewiele w ogóle przypomina smakiem prawdziwe jabłka.

W gospodarstwie Marty rosną takie odmiany jabłoni, o jakich nawet nie słyszałam. To jeszcze zasługa dziadków, bo drzewa mają ponad osiemdziesiąt lat. Marta przycięła je, więc znowu dobrze owocują. Sadzi też zaszczepione stare odmiany. W okolicy mamy szkółkę, która odtwarza stare drzewa owocowe. 

Miło się patrzy, jak obydwoje krzątają się w gospodarstwie. Mają sporo zwierząt, ale wszystkie żyją wolno – kaczki, kury, gęsi, perliczki łażą gdzie chcą, dziobią co chcą. Mama Marty mówi, że kura potrafi wybrać się na wycieczkę nawet dwa kilometry od domu. Swoją drogą nie zawsze uda jej się wrócić, bo lis tylko na to czeka. Krowy ( stara odmiana Jersey) wyprowadza się na łąkę, pieski i koty mają obowiązki, ale dostają w zamian i jedzenie, i miłość.

A wieczorami Marta plecie wianki. Piękne kolorowe dekoracje z ziół, zbóż, gałęzi krzewów i owoców. W sezonie robi nalewki z płatków róży, konfitury z zielonych pomidorów. Marta to taka nasza wiejska czarownica, zielarka, o niedzisiejszej urodzie, która dobrze się wpisuje w średniowieczny kostium.

Żyją z Michałem w swoim zakątku, jakby na innej planecie. Zakochani, szczęśliwi, ale inni niż  okoliczni mieszkańcy, którzy uważają ich trochę za dziwaków.

WARTO BYŁO CZEKAĆ

On – pięć lat po rozwodzie. Poraniony psychicznie, bo został zdradzony i oszukany, a potem jeszcze opluty i spotwarzony przed sądem.

Ona – dziewięć lat w  samotności odchorowywała swój poprzedni toksyczny związek.

Obydwoje  bezgranicznie zanurzeni w pracę. Pracę, która pozwalała zapomnieć, nie myśleć  o bolesnych sprawach, bo pochłaniała bez reszty i jeszcze dawała satysfakcję.

On – uważał, że już nigdy żadnej kobiecie nie zawierzy.

Ona – że tamten był tym jedynym.

On – ciepły i dobry z natury, o wrażliwości dziecka, był niestety łatwym łupem, a nie rozumiał dlaczego. Sam widział siebie jako mężczyznę-opokę. Miał zasady i tego samego oczekiwał od żony. W jego świecie nie było przebaczenia dla zdrady ani wyrozumiałości dla kłamstwa i nielojalności. Bo sam tak nigdy by nie postąpił. Przecież przysięgał, przysięgali…

Nie było szansy na powrót, nie kontaktował się z byłą żoną, mimo że mieli przecież wspólnego syna. Zobaczył się z nią dopiero po latach, na ślubie syna właśnie.

Ona – oddana swojemu mężczyźnie jak pies, łykała wszystkie jego kłamstwa i zgadzała się na kolejne ustępstwa, ale coraz mniej czuła dla siebie szacunku. Bolało bardzo, ale w końcu odeszła…

Znali się od kilku lat, bo spotykali się przy różnych projektach w pracy. Lubili się, przyjaźnili. Spotykali, gadali, pili kawę, ale nigdy nawet do głowy im nie przyszło, by pomyśleć…

Aż którejś nocy, po kolejnych męczących przygotowaniach do zdjęć, kiedy już wszystko było gotowe, ale na sen było  zbyt mało czasu, koleżanka, w potoku różnej paplaniny i dowcipów, powiedziała :” Fajna by z Was była para”.

Spojrzeli na siebie jakoś inaczej. Jakby ich zaczarowała, czy raczej odczarowała.

Zaczęli trochę inaczej rozmawiać, spotykać się po pracy, wyjeżdżać z pasami do lasu, nad rzekę.  Było miło, ale był to też trudny czas, bo jego ojciec umierał. Wspierała go jak mogła. Wiedziała jak to jest, bo sama miała już za sobą rozstanie z ojcem. I też zabrał go rak.

Na pogrzebie oficjalnie wystąpili razem. A potem już coraz częściej razem.

Witał ją  bukietem kwiatów, gdy nad ranem wracała z pracy, Czekał na nią pod garażem, by przewieźć do domu, choć było to tylko  kilkaset metrów. Był opiekuńczy i ciepły. O takim mężczyźnie marzy każda kobieta!

Ona opiekowała się suczką, kiedy wyjeżdżał, zadbała trochę o jego garderobę, posprzątała pracownię. Ociepliła mu  życie. Zachciało mu się znowu prawdziwego domu.

W końcu zamieszkali razem. Jak wiadomo wspólne życie to nie to samo co romantyczne spotkania wieczorami. A tu niespodzianka – wszystko do siebie pasuje, nikt nikogo nie chce zmieniać. Tylko czasem poprzednie doświadczenia gdzieś podskórnie dają znaki – strach przed „odsłonięciem brzuszka”, odkryciem wrażliwych miejsc, lęk przed cierpieniem. Ale rozmawiają o tym i przyrzekają nie ranić się wzajemnie.

Czas płynął i coraz bardziej sklejały się te połówki jabłka. Po pięciu latach on się oświadczył. Zrobił to jak zwykle w sposób nietuzinkowy, przy stole wigilijnym. Nie było klękania i kwiatów, tylko dziecinne jajko-niespodzianka, a w nim pierścionek zaręczynowy. Jajko było zamknięte jak oryginalne, opakowanie nienaganne, no trzeba było rąk perfekcyjnego artysty, by tak ukryć niespodziankę. A on taki właśnie jest – bałaganiarz w codziennym życiu i absolutny perfekcjonista przy pracy.

Postanowili wziąć ślub na Helu. Zaplanowali wakacje we wrześniu nad Bałtykiem, oczywiście ze zwierzakami, a na koniec ślub w obecności dwóch członków rodziny jako świadków.

Ale, jak zwykle w ich przypadku, nic nie mogło iść zwykłym trybem. Co prawda ona, zdecydowanie bardziej stworzona do załatwiania spraw, umówiła wszystko w urzędzie , powysyłała listy w sprawie dokumentów potrzebnych do ślubu ( bo urodzili się przecież w różnych miastach). Jej  dokumenty przyszły pocztą na czas. Jego – z niewiadomych powodów -  nie, więc mieli je odebrać jadąc nad morze. Na dodatek okazało się, że on, jadąc gdzieś służbowo, zostawił dowód osobisty na stacji benzynowej. No wyglądało na to, że wszystko sprzysięgło się przeciw ich planom.

Ale zadzwonili ze stacji, na dodatek stacja była na trasie nad morze. Pani urzędniczka zobowiązała się czekać z dokumentami do skutku, nawet po godzinach. I tak też się stało. Poskładało się na koniec jak klocki lego.

Obydwoje nie lubią wesel i choć może rodziny nie przyjęły tego ze zrozumieniem, chcieli oszczędzić sobie imprezy weselnej. Wypili szampana na plaży, potem zaprosili  świadków na uroczysty obiad i tyle. Pogoda piękna, morze ciepłe. Bajka!

To w ogóle był dobry rok. Ona pracowała wtedy w teatrze. I właśnie  tam od jednej z młodych aktorek, która sama strasznie miotała się w małżeństwie, usłyszała: ” Jak się na Was patrzy, to człowiekowi wraca wiara w miłość i że… może warto poczekać”.

Warto było czekać. Są razem trzynaście lat. Jak papużki nierozłączki nie wyobrażają sobie życia bez siebie. Nie lubią rozstań, nawet na kilka dni. A kiedy wracają do domu z jakiegoś samotnego wyjazdu, niezmiennie cieszą się swoim widokiem.
Czasami tylko robią sobie „awantury” o te wcześniejsze lata – to taka gra w zazdrość, która podgrzewa temperaturę uczuć.

To wielkie szczęście w tym pokręconym świecie mieć kogoś, komu można całkowicie zaufać, kto przytuli, gdy ci smutno i pogłaszcze kiedy sama nie wiesz czego chcesz. To wyjątkowe w tym samolubnym świecie, że ktoś bliski zawsze cię wysłucha i zrozumie, podniesie na duchu albo pocieszy. 

Bo miłość to rzadkie szczęście, które trzeba pielęgnować, gdy cudownie nam się trafi. Najpierw trzeba je dostrzec, potem dać mu szansę urosnąć i wreszcie je docenić. Żadne erotyczne uniesienia i zawroty głowy nie zastąpią dojrzałego uczucia. Tylko taka miłość daje poczucie bezpieczeństwa, wsparcie w kłopotach   czy chorobie.

Kiedy przekroczyli magiczną granicę permanentnej młodości zaczęli mieć kłopoty z pracą. Coraz mniej mieli spraw do miasta. Już od jakiegoś czasu pomieszkiwali w sezonie na działce i zaczęli marzyć o ucieczce z miasta, o domu na wsi, z dala od miejskiego molocha. Rodzina i znajomi uznali ich za szaleńców, ale popłynęli za swoim marzeniem. Na pewno osobno żadne z nich nie zdecydowałoby się na taki krok. Ale razem… A co tam! Głową w dół!

Warto było czekać. Mieszkają szczęśliwi pod lasem, budują dom, a marzeń i planów mają tyle, że pewnie im życia nie starczy.  Cieszą się każdym dniem i zdalnie, na ekranie komputera z radością oglądają jak rośnie jego wnuczka.

…Tak jak my…. Bo to nasza historia.