owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: natura

dedykuję Hani

Mija pięć lat od momentu, gdy porzuciliśmy swoje miejskie życie i zamieszkaliśmy na wsi. Czas na jakieś podsumowania. Muszę przyznać, że ocena nie jest jednoznaczna, bo nie było i nie jest łatwo. Jeśli się zważy trud i troski, to  było ich niemało i pewnie jeszcze wiele przed nami.

Ale i tak codziennie błogosławimy los, opatrzność, energię kosmiczną, z wdzięczności, że możemy mieszkać w takim pięknym miejscu. Każdego ranka z zachwytem witamy kolejne kwiaty w ogrodzie, wysłuchujemy ptasich koncertów, podglądamy sarenki i płoszymy ( oczywiście niechcący) zające.  W szczególny sposób  majowe wybuchowe przemiany pochłaniają naszą uwagę. I stale odkrywamy coś nowego. Mogło by się wydawać, że kolejna wiosna, kolejny cykl w przyrodzie to tylko powtórka z lat ubiegłych. Może dla przyrody tak, lecz  my pewnie dojrzewamy, by zauważać nowe zjawiska i żyjątka.

Na przykład wczoraj usłyszeliśmy bardzo charakterystyczny głos, silny i nieziemski. Akurat była u nas sąsiadka i mówi, że to samiec rzekotki. A głos był tak mocny, że płazik musiał być gdzieś bardzo blisko. No i rzeczywiście, siedział na listwie ganku wśród dzikiego wina i nawoływał swoją partnerkę tak, że mogła być kilometry dalej i by usłyszała. Intensywnie jasnozielony z napompowanym balonikiem podgardla, no stworek nie z tego świata. Rzekotki są piękne i podobno już rzadkie. Mam tylko nadzieję, że kotki nie upolują rzekotki…

A przedwczoraj zawitała do nas para bocianów, krążyły nad domem kilka razy, jakby szukały miejsca na gniazdo. My byśmy nie mieli nic przeciwko temu, ale nasza suczka była innego zdania i przegoniła boćki głośnym szczekaniem. Do głosu żurawi już się przyzwyczaiła, ale jak tylko siądą gdzieś blisko na łące, to je straszy szczekaniem. Taki z tej naszej Tusi kundel terytorialny.

Nasze życie tutaj nie składa się tylko z  przyjemności. Codziennie trzeba ciężko pracować. A praca w ziemi jest naprawdę trudna, szczególnie gdy nie używa się maszyn i chemii. Przy najcięższych robotach pomagają nam sąsiedzi, ale jednak gros prac trzeba wykonać ręcznie, na kolanach, bo miejski kręgosłup zupełnie sobie nie radzi ze stałym pochyleniem.

Kiedyś się zastanawiałam dlaczego stare kobiety na wsi mają taką jednakowo przygarbioną postawę. Teraz już wiem. To sadzenie, pielenie, zbieranie płodów powoduje, że w końcu nie uda się im całkiem wyprostować. Pokorny ukłon przed matka naturą, która nas karmi.

Ale próbujemy podratować trochę swoje kręgosłupy, jeździmy na rehabilitację do pobliskiego miasteczka. Tam dopiero widać jak ciężka praca niszczy ludziom zdrowie. I choć w tej przychodni są stosowane tylko naprawdę podstawowe zabiegi, to i tak ludzie są zadowoleni, bo do tej pory nie mieli żadnych możliwości rehabilitacji, a ten termin kojarzył się jedynie z pobytem w szpitalu. Jeśli więc uzyskają nawet niewielką ulgę, to sam fakt, że ktoś dba o ich samopoczucie jest tu całkiem nowym zjawiskiem i jest doceniany.

Ogromna jest różnica między poziomem usług medycznych w dużych miastach i na wsi. Na pewno trzeba się liczyć z taką ceną przeprowadzki na wieś. My od pięciu lat jeździmy do naszego lekarza dwieście pięćdziesiąt kilometrów, ale -  po pierwsze – warto, bo to dobry doktor i zna nas od lat, a po drugie  – na szczęście jeździmy autostradą, co zdecydowanie przyśpiesza  drogę.

Za to mamy dostęp do dobrego jedzenia, do  polskich odmian owoców, ekologicznych warzyw, do „chodzonych” jajek, a i drób dla Jacka szczęśliwie sobie żyje zanim przyjdzie ten dzień… W lesie są maliny i grzyby, a nawet żurawiny. Raj na ziemi.

Ale nie ma pracy. Kompletnie. Trudno trafić w rynek usług, bo – poza stricte budowlanymi – nie ma na nie zapotrzebowania. A coś takiego jak projektowanie wnętrz jest zbędne. Ważny jest projekt z pieczątką, a już co na tym projekcie jest nie ma znaczenia, bo i tak się potem zrobi po swojemu. Trzeba więc za pracą jeździć albo za granicę, albo do dużego miasta.

Kiedy jest nam źle i tracimy nadzieję, często mówimy sobie, że za późno się zdecydowaliśmy, że gdyby dziesięć lat wcześniej, to sił by było więcej i tak dalej, i tak dalej… Ale tak naprawdę NIGDY nie jest za późno na zmiany. Jak sobie pomyślę, że pozostając w znienawidzonym mieście, które – jak czułam – codziennie zabija mnie po kawałku, mogłabym tutaj nie dokonać tych wszystkich odkryć, nie doznać  tych wszystkich wzruszeń i poczucia harmonii, to wtedy jestem dumna z mojego męża i z siebie, że znaleźliśmy w sobie odwagę na taki krok. Chociaż wielu ludzi stukało się w czoło, a nawet część rodziny do dziś tego nie pochwala.

Domu jeszcze nie skończyliśmy, bo… patrz wyżej, czyli nie było pracy. Bywały  w związku z tym trudne momenty, kiedy już byliśmy bardzo blisko granicy, za którą jest rozpacz, brakowało nam pomysłów jak się wydobyć z kłopotów. Ale wtedy modliłam się o ratunek i zjawił się ANIOŁ. Nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć, ale nie pierwszy raz w życiu przekonałam się, że jak się czegoś bardzo pragnie i się o to prosi, to się dostaje.  Ale trzeba wierzyć w Anioły.

Dzięki Aniołowi udało nam się przetrwać najgorszy czas i znowu mogę żyć tak jak chcę. Nie muszę niczego udawać, grać jakiejś roli, jak to było w mieście. Wiem, że dla niektórych ludzi taka gra to sól życia, ale dla mnie to była udręka. Wiejskie życie daje mi poczucie harmonii i szczęścia. Mogę sadzić drzewa, komponować ogród,  hodować warzywa, zrywać owoce, spacerować z psem i kotami, podziwiać chmury na niebie. Bardzo jestem za to wdzięczna.

 

AHOJ PRZYRODO!

 
Ta budowa dostarcza nam i radości, i nerwów, bo cięgle prześladuje nas strach, czy starczy pieniędzy, by dom zamknąć pod dachem przed zimą. Ale na wszystkie te smutki najlepszy jest spacer albo przejażdżka po okolicy.

Nieważne, że czasami siąpi ( a i tak u nas więcej słońca niż ma reszta kraju), cały czas przyroda włazi nam pod oczy i kusi, zdumiewa,  zaskakuje i zadziwia.

Czy widzieliście kiedyś dobrze namokniętego zająca kicającego po majowym polu w strugach deszczu? To niesłychany widok! Wygląda jak nasączona gąbka, uszy ma przyklejone do pleców i kica jakoś tak blisko ziemi, prawie słychać ten plask przyklejającego się mokrego futerka. Pada od trzech dni, ale biedak przecież musi… Gdzieś ma zabunkrowane młode, no i sam, albo sama też musi zjeść.

 Kiedy się jedzie krętą drogą wśród pól trzeba uważać aby nie przewrócić bociana, bo łazi na samym skraju i w ogóle nie boi się samochodów. Nigdy wcześniej nie mogłam oglądać tych ptaków z tak bliska. Co prawda mieliśmy kiedyś Maćka przy teledysku, ale to był bociek tresowany. To nie to samo.

Lubię też podglądać żurawie jak dostojnie paradują w swoich stylowych srebrzystych tiurniurach. Też specjalnie nie boją się ludzi, ale szczekająca Tuśka już im trochę przeszkadza. Przylatują zawsze pierwsze, często jeszcze w lutym i martwimy się czy mają co jeść, ale jakoś dają sobie radę, bo na wiosnę chodzą niewielkimi stadami i dokonują jakichś roszad matrymonialnych, a potem do jesieni prowadzają się parami ( ale gdzie one właściwie mają gniazda?), po czym  w październiku znów zbierają się, tym razem w większe grupy.  Jak kiedyś, jeszcze pod Łebą, obserwowaliśmy odloty, to było ich kilkaset. Potem słychać pożegnalne charakterystyczne krzyki. Oj,  głosy żurawie mają awanturnicze, Jacek mówi, że  po prostu „wydzierają dzioby”. Ale ja je lubię i już!

Czasami też, niestety, mam kontakt z martwymi zwierzątkami, których pewnie normalnie nie mogłabym sobie szczegółowo obejrzeć. Są to ofiary naszych kotów, a przede wszystkim Cichoszy, który jest niezwykle łownym kotem. Od wczesnej wiosny w tym roku namiętnie poluje na bogu ducha winne szczury wodne. Są to piękne zwierzęta, futerko mają ciemnobrązowe, delikatne, bardzo podobne do piżmaka, tylko ogonek jest okrągły w przekroju i cztery przednie zęby bardzo żółte.

Nie mam  niestety sposobu, by wytłumaczyć kotu, że one nie są szkodnikami, więc nie powinien ich prześladować, tak samo zresztą jak krety. Cóż, Cichosza zna kocie prawa, a ja, chociaż cierpnę na samą myśl, muszę się liczyć z tym, że na mojego Cichoszka też coś może zapolować.

Latają nad nami niezwykłe drapieżniki. O rodzinie orłów Bielików już pisałam, ale jest ich bardzo wiele i niektórych w ogóle nie znam ani nigdy nie widziałam w żadnym albumie. Kiedyś przeleciały nad nami trzy bielusieńkie jak śnieg ptaki o charakterystycznych kształtach i rysunku skrzydeł dla drapieżców, ale co to było – nie wiem.

Czy słyszeliście kiedyś szczekanie saren? Za pierwszym razem kompletnie zdębiałam, bo to brzmi, jakby człowiek niewprawnie próbował krzyczeć: „hau, hau”. Teraz już poznaję te nawoływania, szczególnie głośne na wiosnę, i już nie wydają mi się przerażające.

 

Często spotykamy tu zaskrońce, ale i żmiję Jacek ostatnio wyminął na asfalcie. Wygrzewała się na nagrzanym słońcem czarnym podłożu zwinięta w spiralę.

 

 Dużo chodzę po lesie, szczególnie jesienią i raz miałam spotkanie ze stadem dzików, ale to był mój błąd, bo późną jesienią dziki wcześniej wychodzą na żer ( przecież wcześnie  robi się ciemno), a ja się wybrałam do lasu po piętnastej.

 

Ale chciałam sprawdzić swoje miejsce na rydze, które mieści się opodal świerkowego młodniaka. Najpierw usłyszałam jakiś ruch w świerkach, a potem zobaczyłam zbite w gromadkę młodziki, takie roczniaki. Powiedziałam:„ przepraszam, chłopaki” i spokojnie, oczywiście na pozór,  odeszłam w przeciwną stronę, ale zdecydowanie wprost do samochodu. Chwilę później jechałam leśną drogą i stado w dwóch częściach ( i stare, i młode) przebiegło mi drogę. Jednak się spłoszyły. Pewnie dźwięk zapalanego silnika przekroczył ich wytrzymałość.

 

Tej wiosny na naszym podwórku zamieszkała wróbla rodzinka. Są to wróble mazurki, z białymi kołnierzykami, podobno coraz rzadsze w Polsce.

Najpierw Jacek zauważył, że wróbel wyciąga wełnę mineralną z ocieplenia budyneczku zewnętrznej łazienki. Sądziliśmy, że zabiera ją i ociepla któryś z drewnianych domków, zawieszonych na drzewach. Ale okazało się, że on po prostu tu robi sobie miejsce na własną konstrukcję gniazdka, a dookolna wełna będzie stanowić dobre ocieplenie. To powinno nam było od razu zasugerować, że zima tego roku będzie chłodna. Warto nauczyć się czytać takie sygnały od przyrody. Tak jak w przypadku kopców kretów, już teraz wiem, że jeśli krety budują korytarze u podórza góry – będzie suchy rok, a jeśli na szczycie – rok będzie mokry, co można łatwo udowodnić, bo i właśnie tak teraz jest. Tylko górkę jakąś porządną trzeba mieć do obserwacji…

No i znosiły tam gałązki i piórka, a potem wysiadywały. Jacek zauważył, że nasz pan wróbelek lata do tego gniazda, ale i zagląda do domku na drzewie… Czyżby zamieszkał u nas wróbel bigamista? Kiedy wróblowa oszalała i zaczęła co rano      ( regularnie budziła nas o świcie) walić dziobem w szybę i atakować najbliższe  okno, byliśmy gotowi założyć, że niestety tak jest, bo przecież bez powodu nie byłaby taka nerwowa. A ona pewnie widziała swoje odbicie w szybie, bo akurat rano słońce operuje z tamtej strony, więc atakowała domniemaną konkurentkę, ratując swoje stadło.

 

Serce nam zamarło kiedy któregoś dnia zobaczyliśmy jak Pędzel ściska w pysku wróbelka. Zabrałam mu ptaszka, choć strasznie protestował ( kot wtedy warczy ostrzegawczo), ale niestety wróbel nie żył. No i czekaliśmy przerażeni, czy pojawi się nasza parka w komplecie, bo nawet nie wiedzieliśmy na jakim etapie jest wychowanie  wróblich dzieci.

 

…uff, są obydwa. A jeszcze pojawiła się dwójka podlotków, już całkiem pięknie upierzonych, które ćwiczyły z rodzicami loty. Teraz musieliśmy bardziej uważać na koty, ale mama wróblowa za każdym razem nas informuje, że  dzieci są na zewnątrz charakterystycznym trzaskaniem dziobem ( może stąd wziął się ten termin?). No i nadal ma problem z rywalkami – zobaczyła siebie w samochodowych lusterkach i dawaj atakować swoje odbicie. Ona jednak musi mieć jakąś traumę z powodu niewiernego męża!

 

Wraz z wiosennym szczekaniem saren, pojawiają się niestety odgłosy strzelania. To nas okropnie oburza, więc wyobrażacie sobie jak nas zamurowało, kiedy któregoś dnia na skraju naszego pola pod lasem zaparkował samochód, wysiadł z niego facet z dubeltówką, pozdrowił oniemiałego Jacka i skrajem naszego pola zszedł do naszego lasu nad jezioro, skąd potem usłyszeliśmy strzały.

 

Ja się zagotowałam, ale najpierw musieliśmy ustalić stan prawny. Okazuje się, że koła łowieckie mają wydzierżawione przez wojewodów tereny i bez względu na to, kto jest ich właścicielem ( państwo, gmina, czy prywatna osoba) myśliwi mają prawo wejść na teren i polować, oczywiście nie w okresach ochronnych, ale na przykład na dzika to już mogą przez cały rok. Jedynym ograniczeniem jest dla nich teren ogrodzony. A tak, przyjeżdżają o zmroku i zasadzają się w krzakach. Mogliby mi zastrzelić psa na spacerze na prywatnym terenie! To jak to jest z tym prawem własności, które jest podstawą naszego ustroju? Ciekawe ilu ludzi o tym wie.

 

Okropnie nas to oburza, ale nie stać nas na ogrodzenie całego terenu. Jednak nie pozwolimy u nas  na strzelanie do zwierząt. Choćby krzykiem można ostrzec zwierzaki.

 

Mamy fantastycznego leśniczego, który też jest przeciwny zabijaniu zwierząt i sam ogrodził leśniczówkę po pięćset metrów z każdej strony, by mu myśliwi tam nie strzelali.

 

Jakoś trudno mi uwierzyć w dobroczynne działania myśliwych. Podobno zabijają słabe i chore, to skąd się biorą te wielkie, piękne i regularne poroża? No i te bigosiki nad pokotem trupów, taka tradycja … Ech…, szkoda gadać.