Kiedy jeżdżę do pobliskiego miasteczka na zakupy, prawie zawsze spotykam po drodze Marka, sąsiada zza jeziora. Marek ma czterdzieści kilka lat i  jest niepełnosprawny intelektualnie, jak by się teraz elegancko powiedziało. A tak zwyczajnie, to mentalnie zatrzymał się w rozwoju na poziomie kilkuletniego chłopca.

Marek mieszka ze starszym bratem, jego żoną i dziećmi, w gospodarstwie po rodzicach i, niestety, bardzo ciężko pracuje. Wozi taczkami kiszonkę dla krów i świń, wywozi gnój, orze, kosi. Codziennie ciężko pracuje fizycznie i zawsze przy tym jest sam. Brat i siostrzeńcy jeżdżą po polach ciężkimi maszynami, a Marek posługuje się starym traktorem albo siłą swoich mięśni. A pewnie nie jest mu łatwo, bo – jak mówi – nogi go bolą.

Kiedy się mijamy, przyjaźnie machamy do siebie ręką. Zresztą Marek zawsze ma pogodną twarz. Raz tylko widziałam jak płakał, kiedy opowiadał, że mama mu umarła.

Marka poznaliśmy w dość nietypowych okolicznościach. Jakoś miesiąc po przeprowadzce na wieś, w niedzielę spaliśmy sobie jeszcze smacznie z Jackiem, kiedy usłyszeliśmy, że ktoś wszedł do domu. Dom nie był zamykany, bo od początku mieliśmy tu niezwykłe poczucie bezpieczeństwa. Marek wszedł i usiadł pod oknem na ślubanku, jak gdyby nigdy nic. Szybko wskoczyliśmy w szlafroki, żeby podjąć gościa. Zjadł z nami śniadanie i opowiadał. Właśnie wracał rowerem z kościoła i zaszedł do Wafelków, „jak zawsze”, żeby dać odpoczynek obolałym nogom. Z gospodarstwa do kościoła ma trzy kilometry, a po drodze same górki, dołki i to niebylejakie. Dom Wafelków, w którym my zamieszkaliśmy, znajduje się prawie w połowie drogi, więc świetnie nadaje się na przerwę, a i Wafle musieli  dobrze Marka traktować, bo mówi o nich z czułością.

Właściwie to się wcale nie zdziwił, że teraz kto inny już tu mieszka, chociaż przecież wiedział, że kilka lat wcześniej umarli i był na ich pogrzebach. Ot, cud nieświadomości. Zachowywał się bardzo naturalnie i rozmawiał z nami szczerze, chociaż widzieliśmy się pierwszy raz i tytułowaliśmy go „pan”. Mężczyzna o twarzy dziecka i takim umyśle, wydawał się być bardzo przyjaźnie ustosunkowany do świata, mieliśmy więc nadzieję, że i świat jest dla niego łaskawy. Ale potem zobaczyliśmy jak ciężko pracuje…

Gdyby Marek żył w mieście, chodziłby zapewne na terapię zajęciową i na pewno miałby lepszą opiekę lekarską. Stale skarży się na ból nóg, ale kto by się tu przejmował żylakami i choroba zakrzepową? Wieś to miejsce dla twardych ludzi i nikt tu raczej się nad sobą nie rozczula.

Marek jeszcze kilka razy odwiedził nas w niedzielne poranki. Któregoś razu płacząc opowiedział, że „mama umarła i teraz to jest całkiem inaczej”. Dopóki żyła, przytulała go jak dziecko i dawała poczucie bezpieczeństwa. On pozostał dzieckiem, ale już sierotą, bo ani brat, ani bratowa nie zastąpią mu matczynej troski. Teraz dla Marka najważniejszy stał się ksiądz. Zapamiętywał i powtarzał każde jego słowo. Niestety, po kilku miesiącach ten ksiądz, starszy człowiek, który mógł mu się wydawać ojcem, także zniknął z życia Marka. Jego następca jest młodszy od Marka i już pewnie nie kojarzy mu się z opiekunem.

Marek przestał nas odwiedzać. Może brat mu zakazał, może dotarło do niego, że to już nie swoi Wafle, a ludzie, co przyjechali z miasta. A może brat wozi Marka do kościoła samochodem i nie ma powodu się u nas zatrzymać. Widujemy się teraz tylko na trasie do miasteczka, ale zawsze sympatycznie pozdrawiamy. Bardzo by mi brakowało Marka, gdyby nie pojawił się na mojej drodze. Marka i  jego pięknego szczerego uśmiechu.