owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: opowieść kotka

Bywały takie dni, że nagle dookoła pojawiało się dużo nowych przyjezdnych osób, nowych dźwięków i zapachów. Ludzie to nazywali długimi weekendami. Czasami wtedy też odbywały się imprezy z głośną muzyką. Nie lubiliśmy tych anomalii, bo zakłócały porządek rzeczy. Starałem się wtedy trzymać na uboczu, unikać wchodzenia na teren sąsiadów, do których czasem przyjeżdżały obce psy. Tylko wcześnie rano, gdy ludzie jeszcze spali, robiłem obchód moich miejsc, podsłuchiwałem co nowego w norach, no i przekąsiłem to i owo. Potem zaszywałem się gdzieś w krzakach i przeczekiwałem dzień.

Był właśnie taki czerwcowy weekend. Nie wiem co mnie wtedy pognało na ten asfalt. O drugiej  po południu. Noc mieliśmy wszyscy zarwaną, bo u jednego sąsiada  były głośne imieniny, a u drugich – ognisko. Na dodatek było upalnie, a ja byłem jakiś rozkojarzony. Po porannym obchodzie leżałem spokojnie w cieniu bzów i nagle coś mi wpadło do głowy, ale już nie wiem, co to było. Wyszedłem na drogę, a tam, niestety, złapał mnie kolejny atak duszności. Na środku drogi.  Nie mogłem się ruszyć, jak zwykle w takich sytuacjach byłem bezradny. Stałem z szyją wyciągniętą jak struna i próbowałem złapać powietrze.

I wtedy zobaczyłem szary samochód. On też mnie zauważył i nawet zwolnił, ale zaraz potem centralnie we mnie wjechał. Poczułem jak taran uderza mnie i wciąga pod swój niski brzuch. Zrolował mnie i odjechał. Nawet nie wydałem żadnego dźwięku. Straciłem przytomność.

Jak przez mgłę usłyszałem krótkie szczeknięcie Tuśki i poczułem jak przerażona mama  podnosi mnie z asfaltu. Oprzytomniałem i poczułem straszny ból. Zamiauczałem boleśnie. Wiedziałem, że tylne łapy mam bezwładne, połamane żebra, a ogon złamany u nasady. Mama pobiegła z krzykiem w stronę domu do taty, a ten zaraz wybiegł do ogrodu. „Połóż Pędzelka na stole i dzwoń do doktor Agaty” – powiedział. Mama pobiegła po telefon, a mnie tato próbował utulić.

A ja w tym czasie walczyłem, bo zobaczyłem, że ONA przyszła po mnie. Broniłem się, chciałem ją przegonić, z całej siły waliłem przednimi łapami, aż poczułem, że wbiłem pazury w tatę. Odpuściłem. Nie mogłem złapać oddechu, czułem w pysku krew. Tato mnie głaskał i w końcu się uspokoiłem.

Okazało się, że nasze doktorostwo niestety wyjechało i  trzeba jechać do…  „ Ale on umiera” – powiedział tato. Mama położyła mnie na trawie obok Tuśki, głaskała po głowie i szeptała do mnie uspokajająco. Słyszałem jak się modli, żebym nie cierpiał. Jeszcze dwa płytkie oddechy i …

I wtedy ich wszystkich ZOBACZYŁEM. Mamę, tatę, Tusię i Cichoszę.  Brat, który nigdy o tej porze się nie pokazywał na podwórku, już wiedział i przyszedł mnie odprowadzić. Pierwszy raz wyraźnie  zobaczyłem Tusię,  nasz dom, jezioro i las. Zrozumiałem, że  jestem już po drugiej stronie. Rodzice płakali.

Odzyskałem wzrok i jestem wolny. Czułem,  że teraz mogę iść dokąd tylko zechcę. Ale dokąd ja pójdę? Tu byłem szczęśliwy. Zostanę tutaj i poczekam na resztę stada…

 

Wiem, że od czasu mojego uwolnienia rodzice mieli sporo stresów.  Starałem się nie przysparzać im zmartwień, ale nie zawsze się udawało. Któregoś dnia postanowiłem zwiedzić las. Nasza łąka kończyła się pod lasem, ale chciałem zobaczyć co jest dalej. Powędrowałem, przedzierając się przez gałęzie, krzaki i paprocie. Tam inaczej pachniało niż w nadmorskim lesie. Nie było tyle iglastych drzew, no i na poszyciu nie czułem zbyt dużo mchu, za to więcej liści.

Szedłem długo. Wydawało mi się, że cały czas robię w głowie mapę do powrotu. Niestety zgubiłem się. A czułem, że nadchodzi wieczór, bo zmieniał się zapach powietrza i wilgoć osiadała na wszystkim. Wcisnąłem się w jakieś zagłębienie pod krzakiem i postanowiłem przeczekać, nie mając pojęcia jak uda mi  się wykaraskać z tej opresji. Słyszałem, że las ożywa. Duże zwierzęta ruszały na żer, a spod ziemi wychodzili różni nocni łowcy. Miałem nadzieję, że nie zainteresują się mną, ale trochę się bałem. Była już  noc.

I wtedy usłyszałem!

Kiedy nie pojawiłem się w domu wieczorem, rodzice zaczęli mnie szukać. Najpierw sprawdzili wszystkie znane miejsca, a potem jechali wzdłuż lasu i  wołali, gwizdali. Byli za daleko żeby mnie usłyszeć, ale ja natychmiast namierzyłem kierunek i – nie bacząc na nocne zagrożenia – zacząłem się przedzierać w stronę domu. Po północy wołanie ucichło, ale ja już wiedziałem gdzie jestem. Nad ranem dotarłem do domu, wlazłem na parapet i czekałem. Jaka była radość, jak mnie tam odkryli! A ja rzuciłem się na jedzenie. Jaki ja byłem głodny!

Po tej przygodzie  trzymałem się już naszego terenu, za to rodzice reagowali nerwowo, jak tylko nie pojawiłem się o zwykłej porze przed domem. Rodzice brali wtedy latarkę i mnie szukali. Czasem, przyznaję, przysnąłem w krzakach albo zagapiłem się przy jakiejś obiecującej norce. Kiedy poświecili latarką, to od razu wiedzieli,  że to ja, bo tylko jedno oko odbijało światło.

Któregoś razu mama długo szukała mnie  latarką, nawoływała, gwizdała i nic. W domu nerwowo, Tusia od razu wyczuła napięcie i też biegała z mamą szukać. Ale nie znalazły. Rozpacz. Była już głęboka noc, kiedy mama przypomniała sobie, że ostatni raz widziała mnie, kiedy układała rzeczy w szafie na strychu. Popędziła tam, otworzyła drzwi, a ja wyszedłem z szafy, przeciągając się. Dobrze mi się tam spało.

Rodzice okropnie nie lubili kiedy wychodziłem na drogę. Próbowali mnie przeganiać, a ja nie rozumiałem o co im chodzi. Przecież już nauczyłem się być ostrożny. Uciekałem jak tylko słyszałem nadjeżdżający samochód czy motocykl, nie mówiąc już o traktorach czy kombajnach. Bo kiedy przychodził okres prac polowych, to na drogę wyjeżdżały straszne motorowe potwory i uciekaliśmy z bratem w jakieś zaciszne miejsca albo opiekunowie zamykali nas w domu. Sąsiad zawsze informował kiedy będzie u nas kosił. Mówił, że niektóre koty nie uciekają, a zamierają w bezruchu  ze strachu i  to jest ich zguba. Tak zginęło wielu naszych braci. Straszne.

W ogóle na wsi  nie najlepiej traktuje się zwierzęta. Wszystkie powinny pracować. Koty są od łowienia myszy, a psy od pilnowania obejścia. Krowy mają dawać mleko, a kury znosić jajka. Jak któraś się nie sprawdza, to się ją wymienia na inną. A te niechciane krowy wywożą gdzieś daleko. Przyjeżdżają takie wielkie samochody i słyszymy jak się skarżą, jak nie chcą tam wejść i się bronią.

No i wszystkie muszą schodzić z drogi człowiekowi i jego maszynom. Jeśli któreś z nas nie zdąży, trudno, „dobór naturalny” – mówią. Co roku pod kołami maszyn giną kociaki, szczeniaki. Nikt nad nimi nie płacze. Żadnych sentymentów. Przeżywają tylko te psy i koty, które się boją ludzi i przed nimi uciekają.

Na szczęście nasi ludzie myślą inaczej. Troszczą się o nas, kochają, głaszczą, przytulają. A tamte czasem są głodne, a do lekarza na pewno nikt ich nie zabierze.

Kiedyś przywędrowała do naszego domu chora kotka. Rodzice się potem dziwili,  że żadne z nas nie zdradziło, że ona jest w warsztacie. Przecież my normalnie przeganialiśmy obce koty, nie mówiąc o Tusi, która nie cierpiała takich wizyt. A tu żadne z nas ani mru mru. W końcu mama zauważyła kotkę, która była już okropnie wychudzona, zaczęła ją dokarmiać, ale było za późno. Kotka umarła i jeszcze był problem jak ją wydostać z kryjówki, bo  schowała się w stropie. My koty idziemy umierać w samotności, a inni członkowie stada to szanują. Wiedzieliśmy, że jest chora i dlatego zostawiliśmy ją w spokoju.

cdn.

I otworzyła się brama raju! Mogłem wychodzić, gdzie chciałem. Na początku rodzina śledziła mnie dość skrupulatnie. Rodzice, Tusia i brat, który szedł za mną w pewnej odległości, jak szpieg. Rodzice interweniowali, gdy widzieli zagrożenie. Pierwsza wycieczka na asfaltową drogę okazała się bardzo niebezpieczna, bo akurat jechał autobus szkolny, ale kierowca zatrąbił i wtedy mama zgarnęła mnie z drogi. Z kolei Tusia reagowała szczekaniem kiedy tylko z daleka usłyszała mój miauk albo  ujadaniem ostrzegała o zbliżającym się zagrożeniu, bo widziała obcego kota lub psa. Cichosza zaś dyskretnie mnie kontrolował, ale biegł na pomoc, kiedy wdałem się w kocią awanturę. Bo oczywiście zacząłem spotykać koty z gospodarstwa. One nie wchodziły w dzień na nasze podwórko, bo im Tusia nie pozwalała, ale przecież znałem ich zapachy zostawione na płocie. Na neutralnym terenie musieliśmy ustalić czyj on jest . Już tak mamy poukładane w głowach, my koty.

Uwolnienie miało jeszcze jeden cudowny aspekt – rodzice przestali obcinać mi pazury, żebym miał szansę się bronić w razie czego. Hurra!

Powoli zapuszczałem się coraz dalej, odwiedziłem już wszystkie miejsca, które poznałem spacerując z mamą. Ułożyłem się z kilkoma kocimi dziewczynami od sąsiadów. Teraz bardzo ciągnęło mnie do gospodarstwa po drugiej stronie drogi. Tam poznałem jeszcze inne koty, ale   szybko się zorientowałem, że wszystkie były chude i mniejsze ode mnie.  Kiedy dochodziło do bójki, dawałem im manto i potem już schodziły mi z drogi. A były tam też psy. Co mi tam psy! Nie bałem się, bo w domu miałem Tusię. A one chyba wyczuły, że się ich nie boję, bo w zasadzie się mną nie interesowały. Gdybym się zbliżał do ich miski, to może…, ale ja nie byłem zainteresowany.

W gospodarstwie mieszkały też krowy, kury, czasem kaczki i gęsi. Mówię – czasem, bo potem jakoś znikały i ich nie było. Krowy i kury były stale. Krowy były uwięzione w oborze, a kury  miały lepiej, ale też nie mogły wychodzić za ogrodzenie. Zasadniczo, bo zawsze znalazły się takie, które, jak ja, ceniły sobie wolność ponad wszystko i skakały przez płot, a potem wędrowały po podwórku czy po drodze. Mama mówi, że kury to dinozaury i coś w tym jest. Ale dogadać się z nimi nie mogłem. Do obory też zachodziłem, z ciekawości, ale niespecjalnie mi się tam podobało, a krowy także nie były zachwycone jak im się kręciliśmy pod nogami.

Nad stawem spotykałem dzikie kaczki. Niewiele sobie robiły z mojej obecności. Wyczuwałem bociana, zające, jeże, czaple, bażanty i żurawie. Bywało, że czułem lisa, sarny i łanie, ale wtedy raczej wolałem wrócić do domu. Nie moja waga.

Nad stawem odkryłem nory szczurów wodnych i spędzałem tam dużo czasu polując na nie. Najłatwiej było złapać małe. Polowałem także na krety. Trzeba było godzinami warować przy kopcu i czekać na ten jeden moment… Czasem zanosiłem mamie, ale ona zupełnie tego nie doceniała. Nawet się złościła, szczególnie jak przyniosłem ptaszka. Ludzie to są trochę dziwni.

 Zimą ślizgałem się na lodzie i wąchałem łuski po rybach, który wykradała wydra. Lubiłem śnieg i deszcz mi też nie przeszkadzał ( no chyba że była ulewa). Burzy się nie bałem. Natomiast nie przepadałem za wiatrem. Zawsze jednak można było znaleźć jakieś zaciszne miejsce w krzakach, a w krzakach ukrywały się małe ptaszki. Tyle atrakcji!

Do domu wpadałem w ciągu dnia na jedzenie. Brama była stale uchylona na tyle abym ja mógł się wsunąć uciekając przed jakimś zagrożeniem, ale nie na tyle, by Tusia mogła wyjść za płot.

Utarło się, że jak mama wychodziła na spacer z Tusią, to gwizdała na nią. Tak się nauczyliśmy, że na gwizd my koty też wychodziliśmy z kryjówek i dołączaliśmy do spacerowiczów. Mama była zachwycona kiedy wszyscy razem obchodziliśmy nasze łąki. A to gwizdanie stało się też wieczorem zawołaniem: do domu! Przychodziłem więc na gwizdanie lub sam, kiedy zbliżał się zmierzch, a to było o różnych godzinach w różnych porach roku. Właziłem na stół w ogrodzie albo na parapet. Szybko się nauczyłem tej sztuki. Pod parapetem stała balia z wodą ( zimą odwrócona do góry dnem), nad balią kran z półeczką, Wdrapywałem się na rant balii ( tylko raz się skąpałem), potem hyc na półkę i skok na parapet. Gdyby ktoś to obserwował, to  by się na pewno nie zorientował, że nie widzę.

Czułem się cudownie wolny, czułem się świetnie fizycznie. Owszem, czasem oberwałem i wracałem  poraniony do domu, ale rodzice zawsze  albo sami pomogli, albo zabrali do lekarza. Najgorsze było, że czasem  powracały ataki duszności, te skurcze oskrzeli, które towarzyszyły mi  przez całe życie. Wtedy, niestety, byłem bezradny, nie mogłem się ruszyć ani obronić. Byłem wyprężony jak struna i łapałem oddech między skurczami. Pół minuty, minutę, aż przeszło.

cdn.

Skończyła się zima i nagle na naszym spokojnym podwórku pojawiło się kilku panów i jakiś warczący ciężki sprzęt.  Rodzice zaczęli budowę domu. Koparki, wykopy, spaliny, krzyki. A jeszcze mama gotowała robotnikom, więc kręcili się też po domu.

Zacząłem szukać miejsc schronienia, ale te hałasy i obce głosy zupełnie wybiły mnie z równowagi i straciłem poczucie bezpieczeństwa. Niestety rodzice nie zauważyli tego, bo bardzo byli zajęci. Pozornie wszystko było jak dawniej, mama wychodziła z nami na spacery, ale właściwie wszystko było podporządkowane budowie i atmosfera stała się dość nerwowa.

Wróciły problemy z pęcherzem. Znowu posikiwałem krwią, kolejne wizyty u lekarza, zastrzyki, cewnikowanie. Niestety nie pomogły. W końcu kompletnie się zatkałem, wyłem z bólu i żadne leki nie dawały mi ulgi. Doktor Agata zrobiła mi usg i  orzekła – natychmiast operacja. Miałem krwotoczne zapalenie pęcherza.

Oczywiście rodzice byli ze mną. Przed operacją dostałem „głupiego jasia” i zwymiotowałem… martwego tasiemca. Wszyscy byli zaskoczeni, bo przecież regularnie dostawałem środki na odrobaczenie. Okazało się, że nie były skuteczne na wszystkie pasożyty. Odtąd co kwartał dostawaliśmy z bratem specjalne zastrzyki na tasiemca.

Doktorostwo operowali razem. Uprzedzili rodziców, że jeśli rozcięcie i wyczyszczenie pęcherza nie da skutku, to kolejnym krokiem będzie wyszycie cewki moczowej. Tłumaczyli, że będę sikał jak dziewczynka. Pomyślałem – nigdy! Tego nie zniosę. Ale by Cichosza miał używanie! No i nie mógłbym znaczyć terenu. Postanowiłem się skoncentrować i wyzdrowieć. Tylko niech mi nic nie wyszywają…

Operacja poszła dobrze. Rozcięli, wyczyścili z piasku i krwi, zaszyli,  a doktor Hubert zrobił mi piękny szew śródskórny. Niestety założyli mi też cewnik, a na dodatek  kołnierz , żebym sobie tego cewnika nie wyjął.  Doktor Agata powiedziała, że najlepiej by było, aby mocz cały czas odpływał. Rodzice specjalnie przygotowali  pokój, wyłożyli go folią i mama spała tam ze mną  przez kilka dni.

Najgorzej znosiłem plastikowy kołnierz, ale obiecałem sobie przecież zrobić wszystko, by wyzdrowieć. I tak też się stało. Zagoiło się jak na psie  (sic!). Wkrótce po szwie nie było śladu. Sikanie wróciło do normy. Rodzice zmienili mi karmę na specjalną antystruwitową. Żal mi tylko było, że nie mam już dostawać surowej ryby, mojej ulubionej, pachnącej morzem, ech… Ale przecież tyle świeżego mięska biegało po ogrodzie. Jakoś dam sobie radę.

Najważniejsze jednak były rozważania doktor Agaty. Próbowała dociec dlaczego to mi się przytrafiło. dopytywała się czy coś się w naszej rodzinie ostatnio wydarzyło, zmieniło… No tak, przecież w domu rewolucja, bo zaczęła się budowa. To wszystko jasne. Doktor Agata wytłumaczyła rodzicom, że koty bardzo często mają zaburzenia somatyczne na tle psychicznym. A ja, jeszcze ślepy, straciłem poczucie bezpieczeństwa. Podziwiałem doktor Agatę, że taka mądra i cieszyłem, że nam to wytłumaczyła, bo przynajmniej wiedziałem teraz jak się bronić przed powtórką. Rodzice też obiecali zrobić wszystko, by zapewnić mi azyl i dobre samopoczucie. Nawet brat odpuścił, znowu był opiekuńczy, a Tusia to już całkiem oszalała, obiecała że mnie będzie bronić przed wszystkimi.

Dość szybko wróciłem do formy, znowu wychodziłem do ogrodu, polowałem, codziennie spacerowałem z Tusią i mamą. Szybko zapomniałem o przestrogach doktor Agaty, bo znowu zaczęło mi się robić ciasno na podwórku. Wydeptałem nawet ścieżkę wzdłuż płotu, tak mnie wkurzało, że Cichosza może chodzić wszędzie sam, a ja nie. I nakręcałem się. Aż któregoś razu przyuważyłem jak Cichosza przeskakuje przez płot. Spróbowałem zrobić to samo w tym samym miejscu. Nagle znalazłem się na słupku. Eureka! Już wiem jak to się robi! Tylko co dalej? Jak zejść? trudno, skoczyłem na oślep, nie mając pojęcia, co jest po drugiej stronie, ale dobrze trafiłem, więc tylko biegiem, zanim się zorientują…

Rodzice szybko zauważyli, że zwiałem, a że poszedłem wcześniej zapamiętaną drogą spacerową, to  szybko mnie znaleźli i z powrotem zaaresztowali za ogrodzeniem. Ta seria ucieczek trwała jakiś czas. Rodzice próbowali wymyślać przeszkody. A to zakładali jakieś gałęzie na płot, które miały mi przeszkadzać. Znalazłem lukę. A to tato założył kawałki blachy na słupki, po których się wspinałem – żebym się ześliznął pazurami. Dałem radę. Tak się wyćwiczyłem, że jednym susem byłem od razu na górze słupka. Rodzice byli podłamani. Naradzili się z doktor Agatą, długo debatowali i w końcu ustalili, że trzeba  dać mi wolność. WOLNOŚĆ!

cdn.

Któregoś lipcowego popołudnia mama pojechała  na grzyby, a przywiozła z lasu szczeniaka. Kolejna wyrzucona bida dostała na imię Tusia. Na początku byliśmy z bratem obrażeni, ale rodzice rozsądnie początkowo zamykali ją na noc w łazience, więc nie straciłem poczucia bezpieczeństwa na swoim terenie.  Cichosza ją szybko ustawił, a ja też miałem swój udział  w wychowaniu Tusi. Szybko zrozumiała, że też jest kotem, przestała się  tak gwałtownie, po psiemu, zachowywać, więc ją przyjęliśmy do stada i codziennie wylizywaliśmy, jak siostrę. W końcu była dwa razy większa i bardzo szybka, mogła się przydać do obrony stada.

Niestety niedługo potem Tusia znalazła w trawie to coś. Bardzo małego biało-szarego kotka, którego rodzice nazwali Gremlins, bo tak wyglądał. Dla mnie to było za dużo. Mały garnął się do nas, ale Cichosza dawał dyla za płot, a ja  omijałem gówniarza łukiem. Za to Tusia była zachwycona, bo miała partnera do dziecięcych zabaw, a kociała przy tym na potęgę.

Od początku było wiadomo, że Gremlins nie może u nas zostać i mama poszukała mu domu. Świetnie chłopak trafił. Pojechał do miasta i mieszka u cioci Violi jak książę udzielny, łaskawie pozwalając się pieścić i adorować.

Mama chciała mi jakoś wynagrodzić te udręki, bo widziała, że tracę poczucie bezpieczeństwa, że się robię nerwowy, więc razem z Tusią zaczęła mnie wyprowadzać na spacery poza ogrodzenie. I tak dowiedziałem się gdzie jest staw, brzeg jeziora, gdzie rośnie zboże, a gdzie jest las. Cały czas słyszałem też odgłosy z drogi asfaltowej, ale tam mi  nie pozwalali chodzić, ani do gospodarstwa za drogą też nie. Coraz pewniej czułem się w okolicy i uważałem, że mógłbym już chodzić wszędzie sam, jak Cichosza. Protestowałem kiedy wracaliśmy za ogrodzenie, ale nikt mnie nie chciał słuchać. Złościłem się kiedy brat uciekał przez płot i w końcu mu wykrzyczałem, że jak tak, to niech sobie tam zostanie, ale teren podwórka jest mój i zacząłem go przeganiać sprzed domu. Brat był sprytny,  stosował uniki, przecież wiedział, że go nie widzę, ale za to dobrze słyszałem! W każdym razie atmosfera miedzy nami zgęstniała. W domu był rozejm, bo tam jednak zasady ustalali  rodzice, ale na podwórku – nie ma przeproś.

Właściwie odtąd Tusia stała się katalizatorem. Już nie spaliśmy z bratem obok siebie. Każdy sypiał obok Tuśki. Czasem jeszcze odruchowo wylizywaliśmy sobie pyski, ale Cichosza potrafił syknąć na mój widok. No, muszę się przyznać, że trochę miał powodów. Wiedział, że jestem większy i silniejszy i w razie zapasów – przegra. A  przecież zawsze dotąd był dla mnie starszym bratem, opiekunem i przewodnikiem. Byłem niewdzięcznikiem.

cdn.

Poza tymi problemami życie na wsi bardzo nam się podobało. Było anielsko cicho i spokojnie, a jednocześnie codziennie mnóstwo atrakcji – polowania bez ograniczeń i zawsze świeża dostawa mysiny. Trochę wkurzało mnie, że Cichosza znowu łazi po całej okolicy, a ja jestem zamknięty za płotem, ale tutaj też dużo się działo i mieliśmy sporo gości. Mama dokarmiała tutejsze dzikie koty. Na początku pojawiła się pręgowana kotka Księżniczka. Takie chucherko, ale milutka. Niestety szybko zniknęła. Ledwie ją pamiętam. Wpadała  do nas na wyżerkę z gospodarstwa kotka Noc Listopadowa ( tato ją tak nazwał, bo była brzydka okrutnie). Potem przyszła od sąsiadów  Lanserka. Piękna czarno-biała kocica. Bardzo chciała zamieszkać z nami, ale rodzice postawili weto. Dokarmiali na zewnątrz. Lanserka była w ciąży i już jej nie zobaczyliśmy po porodzie.

Przychodziły też dzikie kotki leśne. Te wchodziły na teren tylko w nocy, a rodzice zostawiali im jedzenie za siatką. Była taka mała kotka Składak (wyglądała jak zlepiona z dwóch kotów) i moja ulubiona – Strzałka, piękna czarna kotka z białą strzałką na nosie. Ale ona była ostra. Cichosza próbował odganiać wszystkie obce koty, a Strzałka mu się postawiła i nieźle oberwał. Podrapała go i przecięła mu ucho. Dostał  pamiątkę na całe życie.

A ja mogłem godzinami gadać ze Strzałką. Siedzieliśmy tak sobie po obu stronach siatki i gwarzyliśmy, a ona mi uświadomiła jak wygląda tutaj dzikie kocie życie. Dowiedziałem się, że część kotów mieszka przy gospodarstwach, ale są też koty leśne, głównie kocury, na które gospodarze mówią „reproduktory”, bo pojawiają się na wiosnę i przeganiają miejscowe kocury w dramatycznych walkach, potem zapładniają kotki i znikają. Takie akcje odbywają się dwa razy do roku, więc koteczki rodzą dwa mioty, jeśli oczywiście przeżyją, bo najczęściej są zbyt młode. Tym sposobem w gospodarstwie raz jest ponad dziesięć kotów, a po zimie zostają trzy albo cztery. Nie mają lekko. Wystarczy spojrzeć, są małe i chude, dręczone przez pchły, kleszcze i pasożyty. Przy nas, wypasionych pieszczochach, wyglądają po prostu rachitycznie. A jeśli terytorializm i zew  jajek karze im wdać się w walkę, to najczęściej obie strony otrzymują rany, z których trudno już się wylizać. Dlatego koty żyją tu bardzo krótko, zwykle dwa lata, oczywiście jeśli w ogóle przetrwają do dorosłości, bo małe kotki najczęściej giną w pierwszych tygodniach życia, zagryzione przez kocury, z powodu chorób albo z głodu.

U nas też była taka sytuacja. Składak przyprowadziła swoje dzieci z pierwszego miotu i umieściła je w przybudówce, miauczała o tym do mamy, ale mama nie zrozumiała, a Składak znowu była w ciąży i poszła do lasu rodzić następne dzieci. Już nigdy nie wróciła. Kiedy mama odkryła kociaki, już nie żyły, umarły z głodu. Mama płakała. Śmierć z głodu jest straszna, ja to wiem.

Oprócz dziewczyn pojawiały się u nas kocury. To zawsze oznaczało wojnę. Jeśli byliśmy we dwóch z bratem, to tamte nie miały szans. Czasami jednak trafiało się spotkanie jeden na jeden, wtedy efekty bywały różne. Cichosza był zręczny, no i widział.  Ja, z kolei,  byłem bardzo silny, więc zwykle kładłem się na plecach i waliłem czterema łapami i to z dobrym skutkiem. Przeganialiśmy intruzów, ale bywało, że sami byliśmy ranni, a wtedy zostawaliśmy w domu i pozwalaliśmy się kurować rodzicom.

Wtedy też przyszedł do nas biało-czarny starszy kocur, wyrzucony przez młodsze z gospodarstwa, bardzo wymizerowany. Tato nazwał go Kot w Czapce, bo wyglądał jakby miał beret na głowie. Rodzice się ulitowali i odkarmili go. Rzeczywiście wydobrzał, ale paskudnie się odwdzięczył, bo zagryzł kociaki, które tym razem Strzałka do nas przyprowadziła. Wtedy rodzice postanowili, że nie będą ingerować w losy tutejszych kotów, bo nie są w stanie przygarnąć i wykarmić całego kociego towarzystwa. Wiedziałem, że to słuszna decyzja, ale – z drugiej strony – cieszyłem się, że nie pomyśleli tak wcześniej o mnie.

Pierwsze dni w nowym miejscu to było szaleństwo. Rodzice i ich znajomi rozpakowywali rzeczy i budowali swoją kuwetę, a nas zamknęli w chałupie. Cichosza zabrał się do penetrowania kątów. Kazał mi siedzieć i czekać aż wróci. Niby nie chciałem go słuchać, ale czułem się dość niepewnie, bo tu wszystko absolutnie inaczej pachniało. Mieliśmy, co prawda, swoje wiklinowe koszyki i poduszki, ale wszystko wokół wydawało się nieprzyjazne. Chata pachniała świeżą farbą, spod której jednak wyłaniał się smród stęchlizny i jakieś odległe wspomnienia zwierzaków, które tu kiedyś mieszkały. Cichosza już zaczął znaczyć  swoim zapachem, co mi trochę dodawało odwagi (my, kastraty, zostawiamy zapach nieczytelny dla ludzi, ale koty znakomicie odczytują z niego wszystkie informacje, to nasza poczta). Ale potykałem się stale o jakieś rozstawione pakunki. Nie było miło.

W końcu brat wrócił i powiedział, że znalazł strych, a  tam pod deskami słychać myszy. No super! Polowanko we własnej chałupie. Ekstra. Zaraz poszedłem za nim, ale to nie było proste, bo miałem do pokonania dość strome schody. Właziłem na macanego za bratem, to jeszcze jakoś szło, ale powrót był dużo trudniejszy. W końcu jednak zakończyłem zwiedzanie bez kontuzji. Natomiast na strychu czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka – nietoperze. Czuliśmy je i słyszeliśmy jak drapią pazurkami, ale nie bardzo wiedzieliśmy co się z nimi robi.

Później jeszcze odkryliśmy warsztat, który kiedyś był oborą. Tam to dopiero słychać było przemykanie myszy i szczurów polnych. Pomyślałem, że to będzie moje ulubione miejsce, ale jednak najlepiej czułem się na dworze.

Rodzice na początku wypuszczali mnie tylko na krótko w takim zasiatkowanym kojcu. Ale niby co ja mogłem robić na dwudziestu metrach kwadratowych? Wkurzałem się i awanturowałem, próbowałem zwiać. Na szczęście szybko zrobili ogrodzenie i już miałem kawał ogrodu do penetrowania. Najbardziej spodobały mi się niskie jabłonie, na które łatwo mogłem się wdrapać i siedzieć półtora metra nad ziemią. Później właziłem i wyżej, bo tam słyszałem ptaszki. Wchodzenie nie było zbyt trudne, ale schodzenie – makabryczne. Kiedyś spadłem tak niefortunnie, że kulałem potem przez dwa tygodnie. Ale byłem zawzięty, nie przestałem włazić na drzewa.

W takich razach rodzice dzwonili po poradę do doktora Michała, ale jasne było, że trzeba znaleźć dobrego lekarza na miejscu. Pierwsze próby były fiaskiem. Wiejscy weterynarze nie mają pojęcia o kotach i psach, a jeśli mają odrobinę sumienia, to się do tego sami przyznają. Zresztą doświadczony opiekun to od razu pozna. Rodzice szukali najpierw w Nowym Mieście i po kilku kiepskich trafieniach, wylądowaliśmy u doktor Karoliny. Miła, kompetentna i kochająca. U niej czułem się bezpiecznie, ale kiedy zaczęły się poważne problemy z moim zdrowiem, doktor Karolina sama wysłała nas do specjalisty do Iławy. Tak trafiłem w ręce doktor Agaty i jej męża Huberta.

Tak,   jakoś po roku zacząłem  mieć problemy z pęcherzem. Zdarzało mi się posikiwać z krwią, napinałem się, a tu tylko kropelka i straszny ból. Płakałem, mama pakowała mnie do samochodu i jechaliśmy na zastrzyki. Później już mama sama robiła zastrzyki, ale zawsze była okropnie zestresowana. Czułem się  winny, bo nie chciałem zjeść żadnej tabletki. Nic nie mogłem jednak na to poradzić – kiedy ktoś próbował mi włożyć tabletkę do pyska, zawsze przypominał mi się pierwszy weterynarz , który mnie prawie otruł, więc odruchowo broniłem się do upadłego.

Dopiero tato znalazł na mnie sposób. Specjalnie preparował moje ulubione chrupki. Robił w nich dziurkę mikrowiertarką, wkładał tabletkę i zasmarowywał masłem oraz obsypywał pokruszoną chrupką. No jubilerska robota! Taka niespodzianka była umieszczana precyzyjnie na wierzchu stosiku z moim posiłkiem i pierwszym chapsem połykałem tabletkę, zanim cokolwiek zauważyłem. Gdybym tylko ją wyczuł, to bym wypluł i po zawodach.

cdn.

Wyjazdy na wieś były niewątpliwą atrakcją dla wszystkich członków stada, ale w mieście też nam się nie nudziło. Nasi ludzie mieli swoją pracę i inne sprawy, a my z bratem swoje gonitwy i zapasy, różne zabawki,  wygrzewanie się na słońcu i słodkie obżarstwo. A do tego rytuały. Codziennie wieczorem właziłem na stół albo biurko ( zależy, gdzie tato akurat siedział) i układałem się na lewym ramieniu taty, zawsze na lewym, tym samym, na którym pierwszy raz położył mnie sobie w Łebie. Mościłem się tak, mruczałem  i zasypiałem. Często po prostu przeszkadzałem mu w pracy na komputerze, ale on, biedny,  znosił to bez skargi, bo go to okropnie wzruszało. A kiedy nie było taty, to uwalałem się na ramieniu mamy. Obydwoje głaskali mnie wtedy, było  bezpiecznie, przytulnie i miło. Pełny komfort.

No i oczywiście spaliśmy wszyscy razem. Tato zamówił wielkie łóżko, które było jak wyspa na morzu. Wieczorem wszyscy złaziliśmy się tam. Awa spała przytulona do taty, a my z bratem zwykle po obu stronach głowy mamy, a czasem przytuleni do siebie.

Tak minęło lato, a we wrześniu rodzice zabrali nas wszystkich na wakacje. Jechaliśmy do Łeby! Cichosza znowu był nieszczęśliwy, a ja też trochę marudziłem w czasie tak długiej podróży, ale jak tylko poczułem znajome zapachy okolic Parku Słowińskiego, to przestałem się wiercić i już tylko wciągałem znajome powietrze.

Nasi ludzie wynajęli to samo mieszkanie, co przed rokiem, ale nie miałem złych skojarzeń. Czułem się dobrze, a mętne wspomnienia dzieciństwa intrygowały mnie możliwością konfrontacji tamtego mnie i dzisiejszego.

Tato zrobił nam konstrukcję z siatką na tarasie, żebyśmy mogli jak najwięcej przebywać na powietrzu, ale jednak bezpiecznie oddzieleni od tubylczych kocurów, które codziennie grasowały pod domem ( w końcu były u siebie). Ganialiśmy się z bratem, polowaliśmy na siebie nawzajem, a potem godzinami rozszyfrowywaliśmy wiadomości niesione wiatrem znad  mokradeł  i od morza.

Któregoś popołudnia mama zabrała mnie na smyczy na zachodnią plażę. Pozwoliła mi spokojnie obwąchać wszystkie znajome kąty na parkingu, gdzie spędziłem dzieciństwo, byliśmy też razem nad samym brzegu morza. Było pięknie, wcale się nie zestresowałem, miałem już w sobie pewność, że jestem pod dobrą opieką, więc mogłem bez emocji powracać do wspomnień. Czułem, że moje rodzone stado jest w pobliżu i wiedziałem też, że jest tam moja kocia mama, to znaczy ze przeżyła kolejną zimę i pewnie urodziła kolejne dzieci.

Usłyszałem potem jak mama mówiła pani Magdzie, od której ludzie wynajęli mieszkanie, że znów jest pięć małych kociąt z drugiego miotu i trzeba coś zrobić…Pani Magda podjęła wyzwanie i zgodziła się przyjąć dwa, trzy kotki. Miała duży dom z ogrodem koło Słupska. Tylko… no właśnie, trzeba było te kotki złapać. Tato znów stanął na wysokości zadania. Przygotował siatkę i rękawiczki i pojechali z mamą na parking. Pani Magda z mężem czekała z transporterem przed domem.

Mama nalała mleko do dużej miski, oczywiście zaraz kocia czereda wyłoniła się z kątów i rzuciła do miski. Wtedy tato zarzucił siatkę… Podobno panika była nieprawdopodobna. Większe koty pouciekały od razu, a z maluchów udało się złapać tylko szaro-białego pręgowanego kotka, który z przerażenia darł się wniebogłosy i próbował drapać. Pani Magda zabrała więc tylko tego jednego dzikusa. Potem relacjonowała mamie przez telefon, że Lenor (dzieci dały mu takie imię, bo był bardzo puszysty) dość szybko się oswoił i codziennie przychodził do dzieci na głaskanie. Niestety kilka miesięcy później dowiedzieliśmy się, że Lenor nie przeżył spotkania z samochodem. Pani Magda znalazła go na ulicy przed domem, był jeszcze ciepły…

Mama powiedziała wtedy, że już nie będzie zabierać żadnego kotka z parkingu przy plaży. Napisała do stowarzyszenia opieki nad zwierzętami w Lęborku i opowiedziała im jaka jest sytuacja kotów w tym miejscu. Tacy mili państwo, którzy prowadzą sklep wędkarski w Łebie zobowiązali się zimą dokarmiać tamte  koty. To się chyba udało, mieliśmy później relacje od znajomych. Teraz podobno ktoś postawił dla nich nawet domki na zimę.

cdn.

Siedem godzin trwała podróż po ocalenie. Doktor Michał, tak jak obiecał, przyjechał zaraz, jak tylko dotarliśmy. Wziął mnie w dłonie i powiedział: „ Nie chcę Was martwić, ale nie wygląda to dobrze. Ale będziemy próbować.” Doktor zawiesił kroplówkę na lampie, odciągnął mi skórę na plecach. „O, widzicie, on jest tak odwodniony.” – powiedział. Skóra została w tym samym miejscu, sztywna jak blacha. „ Będzie nawet trudno wbić igłę.”

I tak było. Trzeba było  brać grubsze igły, by zrobić mi zastrzyk czy podać kroplówkę.

Tamtej pierwszej kroplówki prawie nie pamiętam. Czułem, że coś się ze mną dzieje, że jestem w nowym miejscu, ale pachniało tam  psem Awą i czarnym kotem Cichoszą, więc instynkt nie zmuszał mnie już do próby ucieczki w mysią dziurę. Zresztą i tak bym nie dał rady. Przecież nic nie widziałem.

To było trzydziestego października. Dwa dni później było Święto Zmarłych. Mimo to doktor przyjechał na kolejną kroplówkę, bo państwo próbowali mi sami ją podać, ale pani tak niefortunnie wbiła igłę, że poczułem ją w kręgosłupie i odruchowo ugryzłem ją w palec. Mocno, ale przecież nie chciałem, to się nie liczy, to było w samoobronie!

Po kilku dniach doktor Michał stwierdził poprawę i pozwolił przejść na normalne karmienie i podawanie antybiotyków w  jedzeniu. Pani gotowała rosołek i rozpuszczała tabletkę, a ja posłusznie wypijałem wszystko, chociaż wiedziałem, że tam jest coś dosypane. Ale ufałem państwu i bardzo chciałem żyć.

Powoli nabierałem sił i zacząłem zwiedzać nowy dom. O dziwo Cichosza już mnie nie atakował. Widać uznał, że nie stanowię dla niego zagrożenia. Wiedział, że oślepłem. Miał dobry charakter, poczuł się gospodarzem  i powiedział, że mi wszystko pokaże. I rzeczywiście, przeciągnął mnie po wszystkich meblach, parapetach, tak że po tygodniu miałem już mapę mieszkania w głowie. Tylko jak ktoś przestawił krzesło albo postawił torbę, to waliłem głową, ale starałem się  być ostrożny, a i Cichosza ostrzegał jak mógł. Postanowiłem uznać Cichoszę za brata. Niewiele dobrego spotkało mnie od rodzonych braci, tych, którzy przeżyli, a ten kotek, starszy ode mnie o rok, jest naprawdę dobry, opiekuńczy, nigdy nie odepchnął mnie od miski, no i w ogóle fajny kumpel. Jak brat.

Była jeszcze pani Awa. Do niej nie miałem śmiałości i sam nie mogłem uwierzyć, że wtedy wskoczyłem jej pod pysk. Ona ma ze czterdzieści pięć kilo  i   jest ogromna. Ale to starsza pani   i – chociaż ma dobry charakter – to nie bardzo lubi, żeby gówniarze kręcili jej się pod nogami. Zasadniczo schodzę jej z drogi, czasami jednak niestety wpadam na nią, wtedy karci mnie warknięciem. Uciekam.

Kolejne wizyty doktora potwierdzały moje szanse na wyzdrowienie. Państwo dziękowali doktorowi za pomoc, ale on skromnie odpowiadał: „ Ten kot sam się leczy, musi mieć bardzo silne geny, żeby wylizać się z takiego stanu”. Ale tam! Geny genami, ale gdyby nie doktor Michał, to i starania państwa nic by nie pomogły. Kocham go za uratowanie mi życia! Nie postawił na mnie krzyżyka, jak tamci w Lęborku. Doktor Michał, poza ogromną wiedzą, ma serce na właściwym miejscu, o czym przekonał nas jeszcze nie raz.

Jakoś po dwóch miesiącach chore oko się obkurczyło prawie do normalnych rozmiarów. Doktor nam wytłumaczył, że nerwy wzrokowe u kotów są ze sobą splecione, więc zwykle przy uszkodzeniu jednego oka, kot nie widzi na oba. Tak było i ze mną. Dlatego doktor chciał uniknąć usunięcia gałki ocznej  i próbował wyleczyć zakażenie nieinwazyjnymi środkami. Ale pomógł nam jeszcze przypadek, który wydawał się tragiczny, a przyniósł zbawienny skutek. Któregoś dnia biegłem dość nieostrożnie i nadepnąłem na głowę śpiącej Awy. Ona zerwała się gwałtownie ze szczekaniem, a ja z przerażenia wylądowałem pyskiem na szafie. Boże, jak to bolało! Uderzyłem chorym okiem o drzwi, oko pękło, wpadłem do łazienki, dookoła pełno krwi, pani krzyczy z przerażenia, a ja wyję w niebogłosy, aż się Awa schowała pod biurko. Pani utuliła w końcu moją rozpacz i przerażenie. Potem doktor orzekł, że właściwie dobrze się stało, bo oko się oczyściło, pękł wrzód (a nie oko) i teraz szybciej powinna nastąpić poprawa. Dzięki temu po niedługim czasie prawym okiem zacząłem zauważać plamy światła. Pani powiedziała, że źrenica prawego oka zaczęła działać.

Wreszcie uwierzyłem, że będę zdrowy. Co prawda doktor nie dawał szansy lewemu oku, bo tam wszystko było wymieszane jak kogel-mogel, ale nerwy wzrokowe uratowane, więc miałem szansę            patrzeć chociaż trochę, chociaż jednym. Wtedy postanowiłem się usynowić…, to znaczy uznać panią i pana za  mamę i tatę. Miałem co prawda swoją kocią mamę; mama była śliczną  czarno-białą kotką, ale ona rodziła dzieci dwa razy do roku , więc była drobna i słaba, nie potrafiła mnie obronić. Kociego ojca nigdy nie poznałem i to pewnie – na szczęście, bo jego pojawienie  oznaczałoby kłopoty dla wszystkich maluchów. Wystarczyło, że widziałem popłoch kiedy wujek Pumak przychodził z lasu i wyjadał nam lepsze kąski. W nocy przybiegał z lasu, zeskakiwał z dachu

baru, a stado rozpierzchało się we wszystkie strony. Pumak był wielkim czarnym kotem leśnym, miał grube futro, ostre pazury i żadnych skrupułów. Nawet pani przeraziła się kiedy zjawił się sycząc w trakcie karmienia któregoś wieczoru jesienią.

Teraz mieszkałem w mieście z państwem i od czasu, jak zachorowałem,  nikt już nie mówił, że będę musiał odejść. Uznałem, że czas się odwdzięczyć mamie i tacie i uznać ich za rodzinę.

cdn.

 

Na drugi dzień pani znowu zabrała mnie do weterynarza. Czekaliśmy z kolejce i był tam taki pan w zielonym ubraniu i jego piesek, jamnik szorstkowłosy, który został postrzelony w czasie polowania. Cicho skowyczał. Rozumiałem go dobrze, bo znałem ten ból.

Od wczoraj trochę lepiej się czułem, ale byłem słaby i kręciło mi się w głowie. A ten doktor znowu dał mi zastrzyki i kolejną gorzką tabletkę wepchnął mi do pyska. Powiedział, że to na odrobaczenie. Tym razem nawet próbowałem protestować, bo tabletka  paliła mnie w brzuszku, ale nikt mnie nie słuchał. Kiedy wracaliśmy do domu zrobiło mi się słabo. W domu pani dała jedzenie, ale jakoś nie mogłem nic przełknąć, wypiłem tylko wodę, bo coś paliło mnie w środku. Położyli mnie spać do domku ze skrzynek, ale niewiele spałem. Poczułem jak gorący prąd przebija mi wnętrzności. Płakałem. Pani przybiegła i powiedziała: „ Nie jest dobrze, on robi kupę z krwią”. Wyjęła mnie z pudła i postawiła w kuwecie, ale ja już nie wiedziałem co się dzieje, tylko czułem rozdzierający wnętrze płomień i zacząłem jeść żwirek z kuwety, by ten ogień zgasić. Pani przerażona zabrała mnie z powrotem do skrzynki. Czułem, że tracę przytomność. Drugi raz zobaczyłem śmierć. Śmierć jest brzydka.

Rano było już całkiem źle. Leżałem bezwładny na boku i czułem pulsowanie w lewym oku. Pani owinęła mnie w kocyk i położyła na kanapie obok psa i kota, które razem teraz spokojnie mi się przyglądały. One wiedziały, że koniec bliski. Państwo zadzwonili do kogoś i usłyszałem jak mówili, że oko mi napęczniało i jest wielkości piłki golfowej, że jest wypełnione krwią, że krwawa biegunka i co robić?

A tamten doktor przepytał ich, co mi podał weterynarz w Lęborku. Powiedział, że prawdopodobnie byłem odwodniony i miałem anemię, więc taka ilość leków na raz spowodowała skazę krwotoczną. I że trzeba podać kroplówkę z soli fizjologicznej i jak najszybciej przyjechać do Łodzi, on spróbuje pomóc. Obiecał, że przyjedzie do domu, jak tylko tam dotrzemy.

Pan zdecydował: „ No to wracamy. Jedź z nim na tę kroplówkę, a ja wszystko spakuję”. I pojechaliśmy. Kiedy weterynarz z Lęborka mnie zobaczył,  mruknął: „No, tu już nic się nie da zrobić” i coś tam mętnie próbował tłumaczyć, kiedy pani przedstawiała mu zdanie lekarza z Łodzi, ale sól fizjologiczną wstrzyknął mi pod skórę i z takim wodnym garbem Państwo zabrali mnie w długą podróż, bo do tej Łodzi to było prawie pięćset kilometrów.

Niewiele pamiętam z drogi. Leżałem u pani na kolanach, głaskała mnie i ciężko wzdychała. Państwo wiedzieli, że umieram i postanowili dać mi imię, żebym nie odszedł  anonimowo, bo stracili już kiedyś kotka i wiedzieli jak to jest…

Pan wymyślił – Kapitan Morgan, ale doszli do wniosku, że to nie fair robić ze mnie pirata, ponieważ mam krwiak w oku. Pani bezwiednie międliła koniec mojego ogona i w końcu powiedziała – Pędzelek, bo miałem taki czarny pędzel na końcu pręgowanego ogona. Tak zostało. Dostałem imię, ale czułem, że życie ze mnie wycieka, trzymało się na takiej wątłej niteczce, przyciąganej przez siłę, jakiej dotąd nie poznałem – miłość.

Przez głowę przelatywały mi obrazki z dzieciństwa przy plaży. Latem, kiedy się urodziłem, było ciepło, dużo ludzi przychodziło do baru, więc zostawiali sporo resztek. Moja mama  była najedzona, więc i nam nie brakowało mleka. Dzieci brały nas na ręce. Taka miła dziewczynka zabierała mnie nawet ze sobą do drewnianego domku na kempingu i tam się ze mną bawiła, ale potem rodzice kazali jej odnieść mnie na miejsce. Dziewczynka wyjechała, na morzu zrobił się sztorm, liście pospadały z drzew i zaczął się głód. Majaczyłem, leżąc bezwładnie na kolanach pani.

cdn.