Doczołgaliśmy się z mężem do etapu wykończenia domu (piszę doczołgaliśmy, bo to jest okropny wysiłek, gdy buduje się bez kredytu). Wielka radość, bo wreszcie widać szansę na przeprowadzkę, ale też i okropne ciśnienie finansowe, bo to jest najkosztowniejszy etap budowy. Nikt nie jest w stanie dobrze wyliczyć kosztów na tym etapie ( zresztą na innych też nie sposób, to jest jakaś wiedza tajemna, czy co?), ale na pewno będą większe niż się zakłada. Dlatego postanowiłam, że spróbuję obniżyć koszty o koszty robocizny, wykonując niektóre prace samodzielnie.

Nauczyłam się kłaść płytki, co okazało się wcale nie takie trudne i to zarówno pod względem obciążenia fizycznego, jak i technicznie. Obejrzałam kilka stron z poradami dla glazurników, filmy instruktażowe. Przeczytałam dokładnie to, co jest napisane na worku z klejem. A jeszcze wcześniej prześledziłam fora, na których ludzie przekazywali sobie doświadczenia na temat stosowanych klejów. No i doszłam do wniosku, że skoro prawie każdy facet z budowy posiadł tę umiejętność, to nie powinnam mieć kłopotów z opanowaniem tajników glazurnictwa, jeśli tylko poćwiczę.

Kafle miałam upatrzone wcześniej. Były duże i drogie, więc wybór był jasny – albo kupimy takie kafle, które nam się podobają, ale zaoszczędzimy na robociźnie, albo trzeba będzie wybrać coś tańszego i dać komuś zarobić. A to są koszty niebagatelne, bo teraz cena ułożenia  jednego metra kwadratowego glazury waha się od 35 do 70 złotych. Przy powierzchni stumetrowej powstaje poważna sumka.

Wspierana przez męża ( który zawsze powtarza, że nie stać nas na tanie rzeczy, bo szybko trzeba je będzie naprawiać lub zmieniać), zamówiłam kafle ze sklepu internetowego. Warto dobrze poszukać i przeczytać warunki dostaw, by rzeczywiście móc porównać ceny. Wyszukiwarki cenowe czasami wprowadzają w błąd, podając jedynie częściowe informacje. Na przykład obok ceny jest załączona winieta: dostawa darmowa. A to kuszące, bo kafle ciężkie i najczęściej płaci się za każdą paletę. Ale kiedy przeczytałam  szczegóły w sklepie, to się okazało, że tylko jedna paleta jest darmowa, za pozostałe trzeba zapłacić znacznie więcej niż w innych sklepach, więc to pic marketingowy. W końcu jednak znalazłam firmę, która oferowała darmowy transport przy odpowiednio dużym zamówieniu, no i cenę też można było jeszcze negocjować. Warto  było poczekać te dwa tygodnie, aż ściągną towar od producenta ( zwykła procedura). Nie spieszyło mi się, bo posadzki jastrychowe jeszcze musiały dobrze wyschnąć ( powinny oddychać minimum 28 dni, kiedy jest dostatecznie ciepło i sucho).

O właśnie,  muszę wspomnieć o tych wylewkach. Dopiero przy kładzeniu płytek przekonałam się jak ważne jest, by posadzki były profesjonalnie wykonane maszynowo! Warto zainwestować w takie suche jastrychy z miksokreta, nawet gdyby były droższe niż ręczne wylewki. Mamy porównanie – tynki robił nam majster ręcznie. Trwało to dwa tygodnie, a teraz okazało się, że nigdzie nie ma kąta prostego. Na oko tego nie widać, ale kiedy trzeba złapać oś do położenia płytek, to się bardzo ujawnia. Nie mogę dać pełnych płytek pod ścianą, która będzie najbardziej widoczna, bo akurat tam się panom tynki rozjechały z wymiarami ścian. Trzeba więc będzie ciąć i z jednej i z drugiej strony pokoju.

Namawiam więc serdecznie, by zarówno tynki, jak i posadzki kłaść maszynowo. Oczywiście najlepiej jak firma już robiła u sąsiada i on ją poleca. Jest to też wielka oszczędność czasu i ambarasu. Tynki -  dwa dni, a posadzki – jeden.

Oprócz dużych kafli, zamówiłam też gres techniczny do kotłowni i garażu. Tu ważny jest nie tylko stopień ścieralności ( im wyższy, tym lepszy), ale i antypoślizgowość – powinna mieć wartość powyżej 10. Są to standardowe kafelki 30 na 30 centymetrów, lekkie i wygodne do układania, i właśnie na nich postanowiłam się wyćwiczyć.

W domu mamy poprowadzone ogrzewanie podłogowe tylko w części pomieszczeń. Takie ogrzewanie jest przyjemne, ale nie służy niektórym schorzeniom, więc warto mieć podłogówkę w łazienkach i korytarzu, gdzie wchodzi się w mokrych butach, ale na pewno nie w salonie czy gabinecie, gdzie w pozycji siedzącej spędza się dużo czasu. Ale to oznacza, że poszczególne fragmenty posadzki będą inaczej pracować i trzeba to uwzględnić dobierając klej. Do podłogówki stosuje się klej elastyczny, co powoduje, że cała podłoga powinna być przyklejona na klej elastyczny, a ten jest droższy od zwykłego ponad trzykrotnie. Znowu więc poszukiwanie dostawcy. A ceny różnią się nawet o 40 procent. Warto dobrze sprawdzić zarówno okoliczne hurtownie, jak i internet. Mnie wyszło taniej ze sklepu internetowego, mimo dodatkowych kosztów transportu.

Najgorsze jest odważyć się.  Najpierw ułożyłam sobie kilka rzędów płytek na sucho i od razu wyszły mankamenty braków katów prostych. Przekładałam więc tak długo, aż zdecydowałam która ściana będzie podstawą osi układania. No gdzieś ten kąt prosty trzeba wyprowadzić! Warto też sprawdzić jak rozjeżdżają się ściany, by nagle nie musieć docinać dwucentymetrowych pasków. Jak już to przetrawiłam, uznałam, że jestem gotowa.

Ale pierwsza czynność to zagruntowanie podłoża. Grunt musi wyschnąć.

Jeszcze raz przeczytałam przepis na kleju. Worek waży 25 kilogramów. Nie ma mowy abym rozrobiła cały, ani nawet pół, więc postawiłam sobie wagę łazienkową, wiadro, łopatkę, miarki do wody. Przygotowałam wiertarkę i mieszadło do niej. Jedna czwarta worka to 6,25 kilograma. Wiadro z odpowiednią ilością wody waży 2, 20 kilograma. No to najpierw woda ( w przeciwnym przypadku będzie bardzo trudno rozmieszać suchy klej na spodzie wiadra), potem doważamy klej i kiedy na wadze mamy 8,45, można mieszać. Najpierw wolno, by nie rozchlapać, a potem szybko do gładkiej konsystencji ciasta, a może raczej kremu do tortu.  Potem przerwa 5 minut i znowu mieszamy. A teraz całe 8 godzin na pracę.

Wychodzi tego pół wiadra, więc nie jest ciężkie do przenoszenia. Potrzebna jest jeszcze  duża  i mała szpachla, poziomica, grzebień i gąbka oraz wiadro z czystą wodą, które u mnie jest jednocześnie podstawką do smarowania płytek.  Grzebień powinien być dostosowany do grubości płytek. Ja używałam ósemkę ( tzn. ząb ma 8 mm głębokości). Wyczytałam, że jeśli się ciągnie grzebień pod katem 60 stopni, to powinno się otrzymać odpowiednio grubą warstwę. Ponadto samą płytkę ( jeśli ma powyżej 20 centymetrów) też należy starannie posmarować klejem, zasmarowując specjalne ryflowanie i sfazowane brzegi. Do tego służą właśnie szpachle, które powinny być miękkie, uginające się. Tylko wtedy jesteśmy w stanie wtłoczyć gładki klej w nierówności. Przyda się też coś miękkiego pod kolana, bo to robota na klęczkach. Znakomicie sprawdza mi się zużyta poduszka ergonomiczna.

Najtrudniej jest położyć pierwszą płytkę. Dlatego wcześniej warto sobie zrobić znaczniki na ścianie, bo po posmarowaniu klejem, zawsze z naddatkiem, znaczków na podłodze nie zobaczymy. Klej nakładamy szpachlą, przeczesujemy go grzebieniem w różnych kierunkach, a na koniec nadajemy równomierny rysunek pod kątem tych wspomnianych 60 stopni. Płytkę kładziemy od jednego boku i potem ją ślizgamy minimalnie dociskając, by klej się ułożył równomiernie, oczywiście sprawdzamy poziom. No i teraz już pójdzie. Krzyżyki między płytki, by zostawić regularną fugę. Nie ma co liczyć, że uda się położyć z minimalną fugą, bo płytki nawet w pierwszym gatunku są najczęściej niekalibrowane, a jeśli na opakowaniu widnieje informacja o kalibracji: 2, to znaczy, że płytki mogą się różnić długością o 2 mm z każdej strony. A to naprawdę dużo. Jeśli się trafi początek z mniejszymi, a potem ujawnią się większe płytki, może być kłopot z utrzymaniem równej linii dla fugi. Wtedy mogą nas uratować kliniki ( niektóre fragmenty fugi będą węższe, ale linia prosta zostanie utrzymana).

Warto pamiętać, że w ciągu godziny można jeszcze wprowadzać korekty. Warto też jeszcze zdjąć jakąś płytkę, by sprawdzić, czy klej  równomiernie przywiera. Uprzedzam, że bardzo trudno jest oderwać płytkę, ale warto to zrobić na próbę, bo zdarza się, że czasem płytka wpadnie za nisko i wtedy trzeba dodać kleju. Płytkę trzeba  wtedy podważyć dużą szpachlą i to wymaga  wysiłku, ale dzięki temu widzimy z jaką siłą płytka przywiera do podłoża.

Pierwsze pomieszczenie o powierzchni 10 metrów kwadratowych zabrało mi trzy dni. Zostały jeszcze boczne kawałki do docięcia, ale to już zostawiam dla męża. Na razie maszyna do cięcia płytek mnie przeraża. Ale może i to się zmieni.

Fugowanie jest proste, wystarczy przeczytać przepis na opakowaniu i się do niego zastosować. Wszystko wymaga wprawy i odpowiednich narzędzi. Ale warto próbować. To naprawdę daje satysfakcję, nie mówiąc o oszczędnościach. I mam  głębokie przekonanie, że żaden fachowiec  nie będzie tak cyzelował tej układanki, jak wy same, drogie panie. Więc do roboty!