Podejmując tę decyzję wiedzieliśmy, ze będziemy musieli wziąć kredyt. Mieliśmy jakieś tam oszczędności, ale większość zapłaty miała być pokryta ze sprzedaży mieszkania. A , z kolei, nie chcieliśmy sprzedawać go na łapu-capu, bo wiadomo, ze to znacznie obniża cenę.

Podpisaliśmy z Warszawiakami umowę przedwstępną u notariusza, wpłaciliśmy zadatek i , ponieważ w akcie ustaliliśmy termin finalizacji transakcji za cztery miesiace,  z wielką dozą optymizmu  zabraliśmy się za załatwianie kredytu. Szybko dowiedzieliśmy się, ze dla banków jesteśmy ludźmi drugiej kategorii. Dwa banki od razu nam odmówiły, jak tylko się dowiedziały, ze mamy tak zwane wolne zawody. Ale te, w sumie, okazały się najuczciwsze, bo kolejne cztery naciągnęły nas na operaty szacunkowe, zaświadczenia i kolejne zaświadczenia, oczywiście płatne, co w efekcie kosztowało nas ponad dwa tysiące. No i już, już mieliśmy dostać kredyt, jeszcze tylko jakiś  analityk w centrali zerknie na papiery…A na koniec zawsze dostawaliśmy odmowę na podstawie jakiegoś kuriozalnego argumentu – a to nieruchomość za duża, a to w starej chałupie nie ma łazienki, ale podstawowym problemem było, że nie jesteśmy wiarygodni, bo nie pracujemy na etacie. Dyrektor jednego z banków przyznał, że dla banku bardziej wiarygodna jest pani sprzątająca ubikacje za tysiąc dwieście, ale na etacie, niż jakiś tam twórca, nawet wielokrotnie więcej średnio zarabiający, ale nieregularnie.

Dotkliwie przeżywaliśmy te wiwisekcje w kolejnych bankach. Czuliśmy się upokorzeni, gdy musieliśmy się tłumaczyć z wydatków, dostarczać umowy z dwudziestu-paru lat pracy, a wszystkie dokumenty były skrzętnie kserowane i trafiały bóg wie gdzie. Inwigilacja godna ubecji.

Ale termin zapłaty reszty kwoty z aktu notarialnego zbliżał się nieubłaganie. Oddaliśmy się więc w ręce pośredników. Jakimś cudem podobno pośrednik łatwiej załatwi kredyt niż sam delikwent i jeszcze jest za to dopieszczany przez bank. Konia z rzędem temu kto zrozumie dlaczego.

Niestety pierwszy pośrednik poległ i całkiem już odebrało nam humory. Nie pozostało nic innego jak tylko zawiadomić Warszawiaków, że nie jesteśmy w stanie zapłacić w terminie, bo ten właśnie mijał. No a trzeba wiedzieć, że umowa przedwstępna, z tytułu prawa, przewiduje taką sytuację, że – jeśli nabywca w zapisanym terminie nie zapłaci reszty sumy – to traci zadatek, a sprzedający może wziąć zadatek do kieszeni i znaleźć innego nabywcę. Wielu by tak zrobiło…

Nasi Warszawiacy okazali się nadzwyczajni! Powiedzieli, że rozumieją i poczekają. A my, zdołowani do granic, powierzyliśmy sprawę kredytu kolejnemu pośrednikowi. Tym razem z dobrym skutkiem, choć trwało to jeszcze dwa miesiące i musieliśmy między innymi prosić łaskawy sad ksiąg wieczystych aby zrobił to, co  powinien był już dawno zrobić, a urzędników z rejestru gruntów  – by nanieśli poprawki, które czekały na to już osiem lat. Ale to właśnie ów moloch wielkomiejski pozwala na takie bezduszne bałaganiarstwo w dokumentach. Któż z nas jest w stanie dociec kto przed laty miał to zrobić, a nie zrobił? A w małej gminie wiadomo – wtedy była pani Zosia, teraz jest pani Teresa.

Może to stwierdzenie z grubej rury, ale uważam, ze zmieniła się też zależność socjalna na wsi i w miastach – dziś mieszkańcy miast są często niewolnikami ( niewolnikami banków, korporacji), a ludzie na wsi są zdecydowanie bardziej wolni. Na pewno biedniejsi, ale bardziej wolni. W jakimś sensie to sprawiedliwość dziejowa.

 

Tak oto dokonało się; podpisaliśmy ostateczny akt notarialny i zostaliśmy właścicielami nieruchomości na Warmii. Ziemianami, jak żartują nasi przyjaciele, rolnikami, jak się nam wydawało w nieświadomości naszej mieszczańskiej.

Była…

 

Wiosna 2011

 

Nasza radość została szybko przesłonięta przez kłopoty zdrowotne naszej suczki. Awa, już trzynastoletnia, co dla psów dużych ras jest poważnym wiekiem, od dłuższego czasu miała problemy, powiedzmy starcze. Chociaż wyglądała ciągle na zdrowego, silnego psa, nie straciła żadnego zęba, zdarzało jej się siusiać bez czucia, okresowo miała tez kłopoty z oddychaniem. A ponieważ Awka spała z nami w łóżku, przez ostatnie miesiące w nocy musiała nosić pampersa, no i staraliśmy się z nią wychodzić na siku co trzy, cztery godziny, także w nocy. Dzieliliśmy się z Jackiem obowiązkami i jakoś się układało.

Od kilku lat w batalii o zdrowie naszej suczki wspierał nas wspaniały doktor weterynarii  Michał. Szczególnie po poprzednich doświadczeniach z weterynarzami, był on jak zbawienie, zarówno dla Awki, jak i Pędzla, którego po prostu cudem uratował. Kilkakrotnie wyciągnął Awę z ataków duszności, regularnie dostawała leki i wydawało się, że jeszcze będzie się z nami cieszyć wolnością na naszej wsi, którą zresztą od razu polubiła.

 

Ale niestety. Awka dziesiątego maja skończyła  czternaście lat, a dziewięć dni później już nie żyła. To były straszne dni. Wszyscy umieraliśmy razem z Awusią. Koty znakomicie czuły co się dzieje. A Cichosza, który zawsze spał z Awką i któremu ona na wszystko pozwalała, zastygał przy jej materacyku i tak spał.

Leki przestały pomagać, w płucach zebrała się woda i nasza kochana suczka po prostu zaczęła się topić, walczyła o każdy oddech i – chociaż właściwie już tylko leżała – potrafiła się zerwać i na chybotliwych nogach stawała pyskiem do ściany i  tak stała, jakby chciała wyjść z własnej cielesności. Pozwoliliśmy jej odejść.

Tak smutno zaczęło się nasze gospodarzenie na wsi. Zabraliśmy Awkę, by ją pochować pod jabłonką już przed nowym domem. Znów pięknie kwitł bez i kalina, z trawy wychylały się rozsiane orliki, zielone morze soczystych traw, drzew i krzewów dookoła. Mam nadzieję, że tam gdzie jest,  też jest tak pięknie i może hasać bez bólu po łąkach. Chociaż wiem, że za daleko nie odejdzie od swojego pana, bo uwielbiała go  miłością niepowtarzalna i bezwarunkową.

Jacek zabrał Awę z hodowli  kiedy już miała trzy miesiące, a to trudniejszy moment dla pieska na rozstanie z mamą niż gdy  odbiera się z gniazda ośmiotygodniowego szczeniaka. Być może dlatego panicznie bała się zostawać sama.

Ja pojawiłam się w życiu Awki, gdy miała już cztery lata. Na dodatek pojawiłam się ze swoim psem Pastelem, owczarkiem nizinnym. Musieliśmy więc ułożyć swoje stosunki, ale – o ile Awa ustawiła Pastelka od razu na niższej pozycji w stadzie ( jej zbójeckie prawo, w końcu była suczką, nie mówiąc że dwa razy większą) – ja nigdy nie miałam z nią problemów, dostąpiłam łaskawości i mogłam się nawet przytulać do pana. Taka dobra suczka.