owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: prawdziwa historia

Samochód to najstraszniejsza broń na świecie. Na dodatek prawie każdy z nas dostaje ją do ręki, tak naprawdę bez świadomości jaka jest groźna. Można wyczytać w Wikipedii, że na świecie w wypadkach samochodowych ginie rocznie milion dwieście tysięcy ludzi. A zwierzaków? Miliardy. Gdyby zaznaczyć czerwonymi kółkami miejsca, gdzie samochód zabił zwierzę, to nasze drogi byłyby czerwone, nie czarne.

Na drogach codziennie spotykamy rozjechane szczątki kotów, psów, lisów, wiewiórek, zająców, jeży czy borsuków. Nikomu nie przyjdzie do głowy, by zdjąć je z drogi po wypadku. Są miażdżone przez kolejne samochody, aż w końcu zamieniają się w bezkształtny placek futra.  Większe potrącone zwierzęta są zabierane z drogi, bo stanowią zagrożenie dla ludzi w samochodach, ale małe nie.

Kto wie, że zgodnie z Ustawą o Ochronie Zwierząt prowadzący pojazd mechaniczny, który nieumyślnie potrąci zwierzę, obowiązany jest  do zapewnienia mu stosownej pomocy lub zawiadomienia odpowiednich służb (art. 25 ustawy ). Natomiast świadome potrącenie zwierzaka, w przypadku gdy można było temu zapobiec, może zostać zakwalifikowane jako przestępstwo z art. 35 ust. 1 ustawy z dnia 21.08.1997 r. o ochronie zwierząt, dotyczące zabijania zwierząt. To jest niestety martwe prawo.

Ludzie! Jeśli już zdarzy się wam potrącić na drodze jakieś zwierzę, to zatrzymajcie się, sprawdźcie czy można mu pomóc, zawołajcie opiekunów, jeśli to się zdarzyło między domami, a jeśli zwierzak jest martwy, to zabierzcie go na pobocze, by zachować godność śmierci. Każdej czującej istocie należy się szacunek. To jest po prostu szacunek wobec życia. 

Pędzelek był najmilszym kotkiem, jakiego kiedykolwiek poznaliśmy. Całym sobą starał się dać do zrozumienia, że jest wdzięczny za uratowanie. Był łagodny, przytulaśny, mruczący i bardzo potrzebował kontaktu z człowiekiem. Lgnął  nie tylko do nas, ale do naszych przyjaciół, a nawet do dalszych znajomych, którzy nas odwiedzali. Inne koty, w pełni sprawne, człowieka potrzebują tylko do spełniania własnych potrzeb i zachcianek. A Pędzelek był bardzo wrażliwy na nasze nastroje i zawsze stawał się szczególnie czuły, gdy my tego potrzebowaliśmy.

Wypuszczając ślepego  kota na wolność musieliśmy być przygotowani na taki dramatyczny koniec. Ale, wierzcie mi, nie byliśmy. Do tego nie można się przygotować. Jest nam bardzo smutno i pewnie długo jeszcze będziemy odruchowo usuwać przeszkody na trasach wędrówek Pędzelka…Zresztą nie tylko my cierpimy. Cichosza i Tusia też nie mogą dojść do równowagi.

Ale pomimo bólu, uważamy, że otwarcie bramy to była słuszną decyzją, bo wolność jest równie ważna jak samo życie. Jeśli ten, kogo kochasz, chce iść dalej, pozwól mu. Jeżeli sam wróci, to będziesz czuł się szczęśliwy jak nigdy dotąd.

Wyjazdy na wieś były niewątpliwą atrakcją dla wszystkich członków stada, ale w mieście też nam się nie nudziło. Nasi ludzie mieli swoją pracę i inne sprawy, a my z bratem swoje gonitwy i zapasy, różne zabawki,  wygrzewanie się na słońcu i słodkie obżarstwo. A do tego rytuały. Codziennie wieczorem właziłem na stół albo biurko ( zależy, gdzie tato akurat siedział) i układałem się na lewym ramieniu taty, zawsze na lewym, tym samym, na którym pierwszy raz położył mnie sobie w Łebie. Mościłem się tak, mruczałem  i zasypiałem. Często po prostu przeszkadzałem mu w pracy na komputerze, ale on, biedny,  znosił to bez skargi, bo go to okropnie wzruszało. A kiedy nie było taty, to uwalałem się na ramieniu mamy. Obydwoje głaskali mnie wtedy, było  bezpiecznie, przytulnie i miło. Pełny komfort.

No i oczywiście spaliśmy wszyscy razem. Tato zamówił wielkie łóżko, które było jak wyspa na morzu. Wieczorem wszyscy złaziliśmy się tam. Awa spała przytulona do taty, a my z bratem zwykle po obu stronach głowy mamy, a czasem przytuleni do siebie.

Tak minęło lato, a we wrześniu rodzice zabrali nas wszystkich na wakacje. Jechaliśmy do Łeby! Cichosza znowu był nieszczęśliwy, a ja też trochę marudziłem w czasie tak długiej podróży, ale jak tylko poczułem znajome zapachy okolic Parku Słowińskiego, to przestałem się wiercić i już tylko wciągałem znajome powietrze.

Nasi ludzie wynajęli to samo mieszkanie, co przed rokiem, ale nie miałem złych skojarzeń. Czułem się dobrze, a mętne wspomnienia dzieciństwa intrygowały mnie możliwością konfrontacji tamtego mnie i dzisiejszego.

Tato zrobił nam konstrukcję z siatką na tarasie, żebyśmy mogli jak najwięcej przebywać na powietrzu, ale jednak bezpiecznie oddzieleni od tubylczych kocurów, które codziennie grasowały pod domem ( w końcu były u siebie). Ganialiśmy się z bratem, polowaliśmy na siebie nawzajem, a potem godzinami rozszyfrowywaliśmy wiadomości niesione wiatrem znad  mokradeł  i od morza.

Któregoś popołudnia mama zabrała mnie na smyczy na zachodnią plażę. Pozwoliła mi spokojnie obwąchać wszystkie znajome kąty na parkingu, gdzie spędziłem dzieciństwo, byliśmy też razem nad samym brzegu morza. Było pięknie, wcale się nie zestresowałem, miałem już w sobie pewność, że jestem pod dobrą opieką, więc mogłem bez emocji powracać do wspomnień. Czułem, że moje rodzone stado jest w pobliżu i wiedziałem też, że jest tam moja kocia mama, to znaczy ze przeżyła kolejną zimę i pewnie urodziła kolejne dzieci.

Usłyszałem potem jak mama mówiła pani Magdzie, od której ludzie wynajęli mieszkanie, że znów jest pięć małych kociąt z drugiego miotu i trzeba coś zrobić…Pani Magda podjęła wyzwanie i zgodziła się przyjąć dwa, trzy kotki. Miała duży dom z ogrodem koło Słupska. Tylko… no właśnie, trzeba było te kotki złapać. Tato znów stanął na wysokości zadania. Przygotował siatkę i rękawiczki i pojechali z mamą na parking. Pani Magda z mężem czekała z transporterem przed domem.

Mama nalała mleko do dużej miski, oczywiście zaraz kocia czereda wyłoniła się z kątów i rzuciła do miski. Wtedy tato zarzucił siatkę… Podobno panika była nieprawdopodobna. Większe koty pouciekały od razu, a z maluchów udało się złapać tylko szaro-białego pręgowanego kotka, który z przerażenia darł się wniebogłosy i próbował drapać. Pani Magda zabrała więc tylko tego jednego dzikusa. Potem relacjonowała mamie przez telefon, że Lenor (dzieci dały mu takie imię, bo był bardzo puszysty) dość szybko się oswoił i codziennie przychodził do dzieci na głaskanie. Niestety kilka miesięcy później dowiedzieliśmy się, że Lenor nie przeżył spotkania z samochodem. Pani Magda znalazła go na ulicy przed domem, był jeszcze ciepły…

Mama powiedziała wtedy, że już nie będzie zabierać żadnego kotka z parkingu przy plaży. Napisała do stowarzyszenia opieki nad zwierzętami w Lęborku i opowiedziała im jaka jest sytuacja kotów w tym miejscu. Tacy mili państwo, którzy prowadzą sklep wędkarski w Łebie zobowiązali się zimą dokarmiać tamte  koty. To się chyba udało, mieliśmy później relacje od znajomych. Teraz podobno ktoś postawił dla nich nawet domki na zimę.

cdn.

Siedem godzin trwała podróż po ocalenie. Doktor Michał, tak jak obiecał, przyjechał zaraz, jak tylko dotarliśmy. Wziął mnie w dłonie i powiedział: „ Nie chcę Was martwić, ale nie wygląda to dobrze. Ale będziemy próbować.” Doktor zawiesił kroplówkę na lampie, odciągnął mi skórę na plecach. „O, widzicie, on jest tak odwodniony.” – powiedział. Skóra została w tym samym miejscu, sztywna jak blacha. „ Będzie nawet trudno wbić igłę.”

I tak było. Trzeba było  brać grubsze igły, by zrobić mi zastrzyk czy podać kroplówkę.

Tamtej pierwszej kroplówki prawie nie pamiętam. Czułem, że coś się ze mną dzieje, że jestem w nowym miejscu, ale pachniało tam  psem Awą i czarnym kotem Cichoszą, więc instynkt nie zmuszał mnie już do próby ucieczki w mysią dziurę. Zresztą i tak bym nie dał rady. Przecież nic nie widziałem.

To było trzydziestego października. Dwa dni później było Święto Zmarłych. Mimo to doktor przyjechał na kolejną kroplówkę, bo państwo próbowali mi sami ją podać, ale pani tak niefortunnie wbiła igłę, że poczułem ją w kręgosłupie i odruchowo ugryzłem ją w palec. Mocno, ale przecież nie chciałem, to się nie liczy, to było w samoobronie!

Po kilku dniach doktor Michał stwierdził poprawę i pozwolił przejść na normalne karmienie i podawanie antybiotyków w  jedzeniu. Pani gotowała rosołek i rozpuszczała tabletkę, a ja posłusznie wypijałem wszystko, chociaż wiedziałem, że tam jest coś dosypane. Ale ufałem państwu i bardzo chciałem żyć.

Powoli nabierałem sił i zacząłem zwiedzać nowy dom. O dziwo Cichosza już mnie nie atakował. Widać uznał, że nie stanowię dla niego zagrożenia. Wiedział, że oślepłem. Miał dobry charakter, poczuł się gospodarzem  i powiedział, że mi wszystko pokaże. I rzeczywiście, przeciągnął mnie po wszystkich meblach, parapetach, tak że po tygodniu miałem już mapę mieszkania w głowie. Tylko jak ktoś przestawił krzesło albo postawił torbę, to waliłem głową, ale starałem się  być ostrożny, a i Cichosza ostrzegał jak mógł. Postanowiłem uznać Cichoszę za brata. Niewiele dobrego spotkało mnie od rodzonych braci, tych, którzy przeżyli, a ten kotek, starszy ode mnie o rok, jest naprawdę dobry, opiekuńczy, nigdy nie odepchnął mnie od miski, no i w ogóle fajny kumpel. Jak brat.

Była jeszcze pani Awa. Do niej nie miałem śmiałości i sam nie mogłem uwierzyć, że wtedy wskoczyłem jej pod pysk. Ona ma ze czterdzieści pięć kilo  i   jest ogromna. Ale to starsza pani   i – chociaż ma dobry charakter – to nie bardzo lubi, żeby gówniarze kręcili jej się pod nogami. Zasadniczo schodzę jej z drogi, czasami jednak niestety wpadam na nią, wtedy karci mnie warknięciem. Uciekam.

Kolejne wizyty doktora potwierdzały moje szanse na wyzdrowienie. Państwo dziękowali doktorowi za pomoc, ale on skromnie odpowiadał: „ Ten kot sam się leczy, musi mieć bardzo silne geny, żeby wylizać się z takiego stanu”. Ale tam! Geny genami, ale gdyby nie doktor Michał, to i starania państwa nic by nie pomogły. Kocham go za uratowanie mi życia! Nie postawił na mnie krzyżyka, jak tamci w Lęborku. Doktor Michał, poza ogromną wiedzą, ma serce na właściwym miejscu, o czym przekonał nas jeszcze nie raz.

Jakoś po dwóch miesiącach chore oko się obkurczyło prawie do normalnych rozmiarów. Doktor nam wytłumaczył, że nerwy wzrokowe u kotów są ze sobą splecione, więc zwykle przy uszkodzeniu jednego oka, kot nie widzi na oba. Tak było i ze mną. Dlatego doktor chciał uniknąć usunięcia gałki ocznej  i próbował wyleczyć zakażenie nieinwazyjnymi środkami. Ale pomógł nam jeszcze przypadek, który wydawał się tragiczny, a przyniósł zbawienny skutek. Któregoś dnia biegłem dość nieostrożnie i nadepnąłem na głowę śpiącej Awy. Ona zerwała się gwałtownie ze szczekaniem, a ja z przerażenia wylądowałem pyskiem na szafie. Boże, jak to bolało! Uderzyłem chorym okiem o drzwi, oko pękło, wpadłem do łazienki, dookoła pełno krwi, pani krzyczy z przerażenia, a ja wyję w niebogłosy, aż się Awa schowała pod biurko. Pani utuliła w końcu moją rozpacz i przerażenie. Potem doktor orzekł, że właściwie dobrze się stało, bo oko się oczyściło, pękł wrzód (a nie oko) i teraz szybciej powinna nastąpić poprawa. Dzięki temu po niedługim czasie prawym okiem zacząłem zauważać plamy światła. Pani powiedziała, że źrenica prawego oka zaczęła działać.

Wreszcie uwierzyłem, że będę zdrowy. Co prawda doktor nie dawał szansy lewemu oku, bo tam wszystko było wymieszane jak kogel-mogel, ale nerwy wzrokowe uratowane, więc miałem szansę            patrzeć chociaż trochę, chociaż jednym. Wtedy postanowiłem się usynowić…, to znaczy uznać panią i pana za  mamę i tatę. Miałem co prawda swoją kocią mamę; mama była śliczną  czarno-białą kotką, ale ona rodziła dzieci dwa razy do roku , więc była drobna i słaba, nie potrafiła mnie obronić. Kociego ojca nigdy nie poznałem i to pewnie – na szczęście, bo jego pojawienie  oznaczałoby kłopoty dla wszystkich maluchów. Wystarczyło, że widziałem popłoch kiedy wujek Pumak przychodził z lasu i wyjadał nam lepsze kąski. W nocy przybiegał z lasu, zeskakiwał z dachu

baru, a stado rozpierzchało się we wszystkie strony. Pumak był wielkim czarnym kotem leśnym, miał grube futro, ostre pazury i żadnych skrupułów. Nawet pani przeraziła się kiedy zjawił się sycząc w trakcie karmienia któregoś wieczoru jesienią.

Teraz mieszkałem w mieście z państwem i od czasu, jak zachorowałem,  nikt już nie mówił, że będę musiał odejść. Uznałem, że czas się odwdzięczyć mamie i tacie i uznać ich za rodzinę.

cdn.

 

Na drugi dzień pani znowu zabrała mnie do weterynarza. Czekaliśmy z kolejce i był tam taki pan w zielonym ubraniu i jego piesek, jamnik szorstkowłosy, który został postrzelony w czasie polowania. Cicho skowyczał. Rozumiałem go dobrze, bo znałem ten ból.

Od wczoraj trochę lepiej się czułem, ale byłem słaby i kręciło mi się w głowie. A ten doktor znowu dał mi zastrzyki i kolejną gorzką tabletkę wepchnął mi do pyska. Powiedział, że to na odrobaczenie. Tym razem nawet próbowałem protestować, bo tabletka  paliła mnie w brzuszku, ale nikt mnie nie słuchał. Kiedy wracaliśmy do domu zrobiło mi się słabo. W domu pani dała jedzenie, ale jakoś nie mogłem nic przełknąć, wypiłem tylko wodę, bo coś paliło mnie w środku. Położyli mnie spać do domku ze skrzynek, ale niewiele spałem. Poczułem jak gorący prąd przebija mi wnętrzności. Płakałem. Pani przybiegła i powiedziała: „ Nie jest dobrze, on robi kupę z krwią”. Wyjęła mnie z pudła i postawiła w kuwecie, ale ja już nie wiedziałem co się dzieje, tylko czułem rozdzierający wnętrze płomień i zacząłem jeść żwirek z kuwety, by ten ogień zgasić. Pani przerażona zabrała mnie z powrotem do skrzynki. Czułem, że tracę przytomność. Drugi raz zobaczyłem śmierć. Śmierć jest brzydka.

Rano było już całkiem źle. Leżałem bezwładny na boku i czułem pulsowanie w lewym oku. Pani owinęła mnie w kocyk i położyła na kanapie obok psa i kota, które razem teraz spokojnie mi się przyglądały. One wiedziały, że koniec bliski. Państwo zadzwonili do kogoś i usłyszałem jak mówili, że oko mi napęczniało i jest wielkości piłki golfowej, że jest wypełnione krwią, że krwawa biegunka i co robić?

A tamten doktor przepytał ich, co mi podał weterynarz w Lęborku. Powiedział, że prawdopodobnie byłem odwodniony i miałem anemię, więc taka ilość leków na raz spowodowała skazę krwotoczną. I że trzeba podać kroplówkę z soli fizjologicznej i jak najszybciej przyjechać do Łodzi, on spróbuje pomóc. Obiecał, że przyjedzie do domu, jak tylko tam dotrzemy.

Pan zdecydował: „ No to wracamy. Jedź z nim na tę kroplówkę, a ja wszystko spakuję”. I pojechaliśmy. Kiedy weterynarz z Lęborka mnie zobaczył,  mruknął: „No, tu już nic się nie da zrobić” i coś tam mętnie próbował tłumaczyć, kiedy pani przedstawiała mu zdanie lekarza z Łodzi, ale sól fizjologiczną wstrzyknął mi pod skórę i z takim wodnym garbem Państwo zabrali mnie w długą podróż, bo do tej Łodzi to było prawie pięćset kilometrów.

Niewiele pamiętam z drogi. Leżałem u pani na kolanach, głaskała mnie i ciężko wzdychała. Państwo wiedzieli, że umieram i postanowili dać mi imię, żebym nie odszedł  anonimowo, bo stracili już kiedyś kotka i wiedzieli jak to jest…

Pan wymyślił – Kapitan Morgan, ale doszli do wniosku, że to nie fair robić ze mnie pirata, ponieważ mam krwiak w oku. Pani bezwiednie międliła koniec mojego ogona i w końcu powiedziała – Pędzelek, bo miałem taki czarny pędzel na końcu pręgowanego ogona. Tak zostało. Dostałem imię, ale czułem, że życie ze mnie wycieka, trzymało się na takiej wątłej niteczce, przyciąganej przez siłę, jakiej dotąd nie poznałem – miłość.

Przez głowę przelatywały mi obrazki z dzieciństwa przy plaży. Latem, kiedy się urodziłem, było ciepło, dużo ludzi przychodziło do baru, więc zostawiali sporo resztek. Moja mama  była najedzona, więc i nam nie brakowało mleka. Dzieci brały nas na ręce. Taka miła dziewczynka zabierała mnie nawet ze sobą do drewnianego domku na kempingu i tam się ze mną bawiła, ale potem rodzice kazali jej odnieść mnie na miejsce. Dziewczynka wyjechała, na morzu zrobił się sztorm, liście pospadały z drzew i zaczął się głód. Majaczyłem, leżąc bezwładnie na kolanach pani.

cdn.

 

Nic nie pamiętam z kolejnych godzin tamtej nocy. Ocknąłem się o świcie na murku, gdzie próbowałem łapać ciepło wschodzącego słońca. Siedziałem zdrętwiały, kiedy nadjechał granatowy samochód. Nawet nie drgnąłem. Nie było już we mnie woli walki. Ale z auta wysiadła ta pani co wczoraj i powiedziała; „ Chodź, kotku”. Normalnie pognałbym  do niej całym swoim futrzanym bytem, ale nie mogłem się ruszyć. Pani się zawahała, ale podeszła do murku, wzięła mnie na ręce, a ręce były cudownie ciepłe, zacząłem mruczeć ( jak ja dawno nie mruczałem, chyba ostatni raz kiedy mama nas karmiła) i …zasnąłem natychmiast.

Pani ułożyła mnie w samochodzie w skrzynce, przykryła ręcznikiem i pojechaliśmy. Auto łagodnie kołysało i było mi cudownie ciepło. Ostatkiem świadomości usłyszałem jak pani mówi: „ Jedziemy do lekarza, a potem znajdziemy ci dom”.

Nie wiem na jak długo odpłynąłem. Ocknąłem się u pani na kolanach, w ręczniku, w jakimś pomieszczeniu pełnym ludzi ze zwierzakami, ale zaraz znów zatopiłem się w sen. Nie obudziłem się, gdy weterynarz robił zastrzyki, kiedy opatrywał mi pogryzioną łapę i rany po śrucie, nie dotarło do mnie, że kropił mnie na pchły i kleszcze. Dopiero kiedy poczułem, że ktoś mi na siłę otwiera pyszczek i wkłada gorzkie lekarstwo, ocknąłem się, ale tylko na moment. Zaraz znów zapadłem w ciemność.

Podobno pani jeszcze robiła zakupy, bo weterynarz kazał karmić mnie wątrobą, podobno, bo budziłem się dopiero kiedy pani wyjęła mnie ze skrzynki i zaniosła na górę. A tam oprzytomniałem, bo usłyszałem syk i prychanie kota. Skuliłem się odruchowo, ale pani nie wypuściła mnie z rąk. W pokoju rzeczywiście był czarno-biały, jak mi się wtedy wydawało – wielki kot. Nie był zachwycony moim towarzystwem, czego wyraz dawał groźnym prychaniem i prężeniem ogona i grzbietu.

„Cichoszku, zostaw kotka” – powiedział pan, wyraźnie nadąsany.

„Muszę mu zrobić kontener ze skrzynek, żeby go jeszcze Cichosza nie uszkodził” – powiedział pan do pani.

Pani postawiła mnie na podłodze, a przede mną miseczkę z mlekiem i drugą – z cudownym czerwonym czymś… Smak mleka znałem, ale to drugie coś czułem pierwszy raz, a jednak od razu wiedziałem, że to nasz koci przysmak – wątróbka. Nie wierzyłem, że to dla mnie, więc chociaż bardzo chciałem jeść, trochę się cofnąłem, odruchowo czekając na atak. Ale nikt na mnie nie napadł, a pani podsunęła jedzenie bliżej. Wtedy już nie mogłem się powstrzymać. Połykałem kawałki wątróbki jeden po drugim, a potem szybko wylizałem mleko. Cały mój organizm jadł razem ze mną, czułem jak wewnętrzne ciepło rozlewa się po żyłach i znowu zasnąłem. Kiedy się obudziłem pani znowu mnie nakarmiła ( smakowitym białym serem), a potem postawiła w takim pudełku z czymś podobnym do piasku i wyraźnie czułem, że to jest intymne miejsce dla tamtego kota. Jakiś instynkt kazał mi zrobić siusiu, a pani mnie pochwaliła.

Teraz rozejrzałem się po pokoju. O matko! tam na łóżku leży ta ogromna góra czarnego futra, suczka sznaucerka olbrzymka, ale jakimś cudem w ogóle się mną nie interesuje. Natomiast czarny kot nadal podchodzi i prycha. Tylko państwo trzymają go na dystans. Pan wziął mnie i położył sobie na ramieniu, a pani zrobiła mi zdjęcia. Podsłuchałem, że rozmawiali z kimś miłym przez telefon, a potem stukali na klawiaturze i powiedzieli, że może będę miał dom w  mieście. Pani wyraźnie starała się jak najszybciej go znaleźć. Opowiadała, że była w Łebie u rzeźnika i taka sprzedawczyni to by wzięła kotka dla synka, ale musi być zdrowy i żeby nie drapał. Nie do końca rozumiałem co to znaczy, ale postanowiłem być grzeczny, bo już potrafiłem docenić, że u ludzi jest ciepło i nie trzeba walczyć o jedzenie. Tylko ciągle byłem taki słaby.

Pan zbudował mi domek ze skrzynek. Dostałem tam ręczniczek do leżenia, miskę z wodą i coś w rodzaju toalety z takim samym piaskiem, jaki miał tamten kot. Domek stanął na korytarzu. Było ciepło, cicho i bezpiecznie. Zasnąłem jak kamień.

cdn.

Kotku – opowiedzieć Twoją historię, tylko tyle już mogę zrobić…

Pamiętam, byłem mały, głodny i było mi strasznie zimno. Już od kilku godzin było ciemno. Przecież to koniec października. Od morza wiał wiatr, a my skuleni pod ścianą baru, jak zwykle czekaliśmy na cud. Bo czasami cud się zdarzał i na parking przy plaży przyjeżdżali ludzie, którzy przywozili nam coś do zjedzenia. Ale nawet gdyby dziś ktoś taki się zjawił, to wiedziałem, że mnie i tak już nie dopuszczą do miski…

Od czasu kiedy do mnie strzelali i nie udało mi się uciec,  byłem ranny, więc stado uznało, że i tak nie mam szans na przeżycie. Jedzenia trafiało się niewiele, jadły tylko najsilniejsze. Niby to wiedziałem, ale byłem taki głodny, że wczoraj spróbowałem złapać jakiś kąsek. Niestety starszy brat  Szylkret od razu mnie skarcił, mocno ugryzł mnie w łapę. Bardzo boli.

Nie mam już siły się bronić, siedzę  sam, trzymam się z dala od naszej grupy, która ulokowała się w kręgu światła latarni, bo to daje złudzenie ciepła. Właściwie wiem, że umieram. Już to widziałem tyle razy. Wtedy kiedy chłopcy z Łeby przyjechali terenówkami sobie postrzelać, Totuś, mój brat bliźniak miał mniej szczęścia ode mnie. Dopadli go ze śrutówką na asfalcie i już nie uciekł. Zrobili z niego sito. Toto umierał w ciszy.  Potem jeszcze go rozjechali oponami aut i został takim futrzanym plackiem na drodze. Chodziłem tam i próbowałem go wygrzebać, ale jego tam pod spodem już nie było.

Obiecałem sobie, że ja się nie dam, że się wyliżę z ran, że będę bardzo ostrożny i ucieknę przed każdym samochodem i już nie dam się skrzywdzić ludziom. Tak, łatwo powiedzieć, tylko skąd wziąć siły, kiedy brzuszek pusty, a rany coraz bardziej się paprzą.

Nagle rozbłysło światło reflektorów. Jedzie samochód. Alarm! Chować się po kątach, o tej porze to raczej nie turyści, tylko oprawcy z bronią! Ale nie, to inne auto. Wjeżdża spokojnie na parking, otwierają się drzwi, wysiada pani i ach…! Pani otwiera tylne drzwi, a stamtąd bije takie ciepło… Nie, nie mogę się powstrzymać, ostatkiem sił zbieram się, zamykam oczy i wskakuję do środka, do tego cudownego cieplutkiego piecyka na kółkach. Ojej, a co to za góra futra nade mną? To nic, nieważne, trzeba wołać o pomoc, to ostatnia szansa. I z całych sił, jakie tylko udało mi się wykrzesać, krzyknąłem rozpaczliwe: miaaaau!

Wtedy pani mnie zauważyła i powiedziała do pana: „ Jakiś kotek wskoczył do Awy. No musi być okropnie zdesperowany, że wskoczył psu pod pysk.” Pan mruknął niechętnie: „Żadnych więcej kotków, daj im jedzenie i idziemy na spacer”.

I stało się, pani wyciągnęła rękę i wygarnęła mnie spod tylnego siedzenia i postawiła na betonie. Ogromna suczka wyskoczyła z auta i radośnie podbiegła do pana, który już kierował się w stronę plaży. Pani wysypała pachnące chrupki pod ścianą i nawet złapałem kilka, zanim przybiegła cała banda, która rozpierzchła się na widok wjeżdżającego auta. Pani poszła za swoim stadem, a mnie rodzina odepchnęła od jedzenia.

To koniec, już nie miałem siły dalej walczyć. Nie wiem ile czasu minęło. Ale jedzenie, jak zawsze zniknęło w kosmicznym tempie, reszta stada znów się poukrywała, a ja stałem tam, gdzie mnie pani postawiła i czułem, że znikam, staję się przeźroczysty, nie ma mnie. Nawet nie zauważyłem kiedy Państwo wrócili i odjechali. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem swoją śmierć.

cdn.