Nikomu nie życzę, by z facebooka dowiedział się o śmierci bliskiej osoby. A tak właśnie się stało. Wśród całej zamieci wiadomości ważnych i mniej ważnych, nagle zobaczyłam legitymacyjne zdjęcie Zośki z lat osiemdziesiątych, a pod nim krótką notatkę, że zmarła 25 maja… kierowniczka produkcji telewizyjnych spektakli teatralnych i filmów…w dorobku… O Boże! To nie może być prawda! To jakiś diabelski żart, przecież bym wiedziała…, czułabym…

Złapałam za telefon i zadzwoniłam do Zośki. Nie odebrała.

Napisałam wiadomość do Kazika z pytaniem: „Czy to prawda?” I miałam wielką nadzieję, że spyta: „Ale co?” Niestety, potwierdził, że nie ma już z nami Zosi.

Zośka była blondynką  w typie urody Catherine Deneuve. Bardzo podobała się mężczyznom. Mój Jacek mówił o niej zawsze: piękna Zocha. Miała w sobie dystynkcję damy i pewnego rodzaju powściągliwość i niedostępność, szczególnie wobec obcych,  a jednocześnie miała w sobie ogromne pokłady dziecięcego zachwytu i radości życia. Była bardzo świadoma tego, jak żyje, co robi i jakich dokonuje wyborów. Zawsze lekko uśmiechnięta, często w rozmowach służbowych zasadnicza, prywatnie była wulkanem radości, a jej cudowny chichot będzie mi towarzyszył w pamięci do końca.

Zosia była niezwykłą kobietą. Mądrą, odważną, trochę szaloną. Nietuzinkową. W latach osiemdziesiątych sama przejechała Maluchem  całą Europę. Będąc dwudziestoparoletnią dziewczyną zaprzyjaźniła się   w Szwecji z siedemdziesięciolatką i sekundowała jej miłości, podczas gdy większość młodych ludzi patrzyłaby z niesmakiem na bliskość starych ludzi, bo Zośka już wtedy wiedziała, że na miłość nigdy nie jest za późno. Zośka zawsze żyła na sto procent. Zachłystywała się pięknem przyrody, gdy jeździła po świecie, ale doceniała też łagodne chwile w swoim malutkim ogródku przy domu. Podziwiała przestrzenie Australii  i z  takim samym zachwytem pochylała się nad małym kamykiem. Świętowała życie w każdym jego przejawie.

Uwielbiała  swoją pracę i doceniała fakt, że może współtworzyć spektakle i filmy. Świadomie nie zatopiła się w reklamie. Dla Zosi było bardzo ważne, by to, co robi, miało wartość, by niosło przesłanie. Zawsze obdarzała zaufaniem twórców, z którymi pracowała i wierzyła w ich sukces. I to nie był żaden marketing, tylko prawdziwe oparcie i zaangażowanie.  Nie wszystkie produkcje okazywały się tego warte, ale Zosia i tak zawsze starała się w nich odnajdywać te lepsze strony. Czy to była produkcja dla wielkiej gwiazdy, czy niszowego reżysera, który w środowisku uznawany jest za niebezpiecznego świrusa, Zosia przede wszystkim widziała w nich artystów i razem z nimi zagłębiała się w dramaty ludzi. Zawsze głęboko przeżywała czyjeś cierpienie, miała bardzo wrażliwy układ współczulny.

Natomiast Zośka nie znosiła obłudy, bezmyślności i chamstwa. Brzydziła się  polityką. Niestety przez ostatnie lata spotkała wielu nieuczciwych ludzi w branży. W tej chwili przy pracy w filmie bardzo często spotyka się oszustów, co także przytrafiało się Zosi i miała wtedy wielki problem, jak zmusić tak zwanego producenta, by zapłacił ludziom za pracę. Boleśnie to przeżywała i nigdy się nie pogodziła  ani z nieuczciwością, ani z bylejakością, do której często zmuszała nadmierna pazerność producentów i zatrudnianie znajomych królika. Ale miała też świadomość granic swoich możliwości.

Zosia była perfekcjonistką w każdej dziedzinie. Pamiętam kolejne wynajmowane przez Zosię mieszkania – wszystkie doprowadzała  do stanu idealnej czystości; lubiła białe ściany i dużo światła słonecznego, które przecież ujawniłoby każdy okruszek. A później  tak pięknie i czysto  urządziła swój dom. Przy tym Zosia nie ulegała modom. Miała swój styl, który nie poddawał się żadnym koniunkturalnym ocenom.

Prywatne życie Zośki mogłoby być kanwą scenariusza filmu romantycznego. Nie ma się co nadymać, każdy chce być szczęśliwy i kochać, a naprawdę niewielu jest to dane. Zośka miała szczęście i, co prawda dość późno, ale znalazła swoją drugą połówkę jabłka. Książę jeździł łazikiem, a nie na białym koniu, ale porwał i zauroczył. Kazik,  jako rasowy epuzer,  jechał pięćset kilometrów tylko po to by dać Zosi bukiet kwiatów i zjeść razem śniadanie.  Pokazał jej  cudowności przyrodnicze, zabierał w miejsca, o których istnieniu większość ludzi nie ma nawet pojęcia. Razem zwiedzali świat, ale też o każdej porze roku jeździli nad ukochany Bałtyk. Bo Zośka bardzo kochała morze, chociaż wychowała się na południu Polski.

Oboje szanowali swoją odrębność, szanowali swoją pracę, która często oddalała ich przestrzennie, ale za to wspólny czas traktowali zawsze jak święto. Kazik jest…był… jednak jest dla Zosi najważniejszym człowiekiem, więc pewnie dlatego zdecydowała, by każdą z chwil, które jej zostały, spędzić tylko z nim. Nikomu nie powiedziała o swojej chorobie. Strasznie mnie  zabolało, że nic nie wiedziałam, ale teraz myślę, że czuła, jak mało ma czasu i jak wiele spraw do przygotowania do drogi, więc rozumiem  i szanuję jej decyzję. Szczególnie w dzisiejszych czasach, gdzie wszystko, nawet umieranie, dzieje się pod okiem kamer, Zosia dała nam lekcję jak  ochronić prywatność, jak zachować dla siebie to, co najistotniejsze, najintymniejsze. Wierzę też, że dzięki Kazikowi nie bała się, bo do końca trzymał ją za rękę…

Niestety Zosia bardzo wcześnie poczuła oddech śmierci. Jako nastolatka straciła mamę, niedługo potem brata. Kilkanaście lat temu w najdłuższą drogę odprowadziła swojego tatę, a i wielu przyjaciołom towarzyszyła w pożegnaniach bliskich. Obcowanie ze śmiercią buduje szacunek dla życia, ale też daje bolesną wiedzę, jak to jest.

Zośka, moja przyjaciółka od trzydziestu lat. Połączyła nas praca przy filmie, ale potem rozjechałyśmy się w różne strony. Jednak stałyśmy się sobie bliskie i wspierałyśmy się w trudnych decyzjach, towarzyszyłyśmy sobie w ciężkich chwilach, opowiadałyśmy o najważniejszych sprawach. Ostatnio to nie było zbyt często, ale  co jakiś czas ucinałyśmy sobie godzinną rozmowę przez telefon. Ceniłam te rozmowy dlatego, że nie gadałyśmy o pierdołach, ale o tym, co najważniejsze dla człowieka – o sensie, o miłości, o zdrowiu, o szczęściu i o drodze do boga. Oczywiście planowałyśmy, że  przyjadą z Kazikiem na to nasze odludzie, ale ciągle coś stało na przeszkodzie.  Wystarczała mi świadomość, że zawsze mogę zadzwonić.  Nie miałam nawet mglistego przeczucia, że może nie być na to czasu. Planowałyśmy przecież, że na emeryturze, otoczone kwiatami, każda w swoim ogrodzie   będziemy spisywać anegdoty filmowe i rozpieszczać nasze zwierzaki…

Jestem Ci wdzięczna, Zosio ( lubiła kiedy tak do niej mówiłam), za przyjaźń,  dobre serce i  Twą czystą duszę. Dziękuję, że byłaś.