owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: przyroda

Wreszcie spadł śnieg. To wybawienie dla wypalonej  suszą zeszłego lata ziemi. Nawet deszcze nie są w stanie nawodnić ziemi tak, jak śnieg. Śnieg jest także kołderką dla roślin. Pod jego ochroną nie są im straszne żadne, nawet najgorsze mrozy.

Na początku tej zimy przyszły mrozy poniżej 15 stopni i to zniszczyło wiele upraw. Rolnicy mówią, że rzepak zmarzł zupełnie i trzeba będzie na wiosnę siać coś innego. Pytałam, czy ubezpieczenie to im wyrówna. Podobno na ziarno powinno wystarczyć. Ale nie wszyscy są ubezpieczeni. Narzekają, że stawki ubezpieczeń są tak wysokie, że muszą wybierać, czy się ubezpieczyć od mrozu czy od suszy, bo obydwa ubezpieczenia pochłonęłyby cały zysk z uprawy.

Śnieg, topniejąc, powoli nawilża glebę. Wtedy woda nie spływa do rowów czy kanalizacji, a rzeczywiście wsiąka w ziemię. Zresztą pod śniegiem nawet sama ziemia odmarza. Dlatego krety mogą swobodnie pod nią buszować, wyrzucając od czasu do czasu czarny kopiec na biały dywan.

Pod śniegiem myszki wędrują tunelami. Pozornie daje im to poczucie bezpieczeństwa, ale lisy, koty dobrze je słyszą i polują nurkując w śniegu, co może wygląda malowniczo, ale kończy się krwawo.

Inne zwierzęta jakoś radzą sobie – sarny rozkopują śnieg na polach, by dostać się do oziminy czy rzepaku. Bażanty wydeptują sobie takie kręgi i dookoła objadają zielone pędy. Ale chyba  leśne zwierzęta nie lubią brodzenia w śniegu, bo jeśli tylko odgarnie się ścieżkę na ich trasie, to skwapliwie z niej korzystają.

Na śniegu widać ślady. Łatwo więc zobaczyć jakie zwierzaki nas odwiedzają. Tropy sarny, jelenia, łosia, zająca czy bażanta są dość oczywiste. Natomiast zdziwiły mnie ślady wydry. Wyglądają jak odciski łap całkiem sporego psa, a charakterystyczne jest to, że wydra idąca na polowanie  właściwie nie zagłębia się w śniegu, natomiast jej powrotny szlak, kiedy wraca ze zdobyczą, jest głęboki i wygnieciony na całą szerokość jej wydrzej mości. Tu mówią – jak na stawie jest wydra, to wyciągnie całą rybę. A wybiera stawy, bo w nich łatwiej dogonić zdobycz niż w jeziorze. Jej zbójeckie prawo.

No, a poza wszystkim, śnieg daje w zimie światło. Dzięki niemu wydaje się, że dłużej jest jasno na dworze. No i wiejski krajobraz staje się bajkowy, wyciszony, otulony, spokojny.

Credo

Brak komentarzy

Kiedy chcemy zwrócić się do kogoś miło i czule, to mówimy do niego misiu, żabko, króliczku… Mówimy – mój wróbelku, myszko, rybko, kwiatuszku. Wszystkie te określenia, które przecież nas rozczulają, pochodzą ze świata fauny i flory. (Jakoś nie wpada nam w tych okolicznościach skojarzenie – ludziku, człowieczku. Ciekawe dlaczego… )

Masz usta jak pączek róży, oczy jak migdały, no wydawałoby się, że to najwyższy   poziom uznania dla doskonałości elementów przyrody, ale niestety nie ma żadnej za tym idącej konsekwencji w postaci szacunku dla tych ideałów samych w sobie. Mówimy przymilnie „robaczku”, ale kiedy widzimy dżdżownicę albo gąsienicę – to bleee… Jesteśmy do cna zakłamani,  żyjemy w totalnej obłudzie, my – ludzie.

Najgorsze, że już nawet tego nie zauważamy. W witrynach sklepów mięsnych, na opakowaniach rysujemy uśmiechnięte prosiaczki, kolorowe koguciki i hasające po łące krówki. A na tackach, pod tymi kolorowymi obrazkami leżą przecież rozczłonkowane i wypreparowane, ale zwłoki zwierząt! Nikt nie narysuje półtuszy ociekającej krwią, bo przecież klient tego nie kupi. Odwróciłby głowę z niesmakiem. To co? Nie wie z czego to jest? Nie wie jak to się robi?

Spotykam wielu ludzi, którzy nie byliby w stanie samodzielnie zabić zwierzęcia. Już nawet widok oskubanej wiejskiej kury powoduje zmianę apetytu. Ale stworzony przez człowieka przemysł śmierci wytworzył produkt, który nie piszczy, nie ucieka, nie ma ogromnych z przerażenia oczu i nie ocieka krwią. Na tackach leżą blade wypreparowane kawałki białka, bardziej podobne do plastiku niż mięsa. Nooo, to możemy zjeść w każdej ilości. Żadnych złych skojarzeń, poczucia winy i tym podobnych. Nieważne, że w tych rezerwuarach białka nadal tkwi cały strach i ból najpierw nieludzko ( co za przewrotne określenie!) traktowanych w czasie hodowli, potem bezdusznie transportowanych w okropnych warunkach i na koniec – taśmowo zabijanych lub wręcz ćwiartowanych na żywca ( filmy do zobaczenia w necie) zwierzaków.

Mnie nie dziwi wzrost agresji  u ludzi, czy nerwowości u dzieci. Dlaczego niby miało by być inaczej? Już wieki temu wiedzieli ludzie, że jak się upoluje uciekającego zająca, to trzeba go zostawić czas jakiś, by skruszał, bo w mięsie są wszystkie toksyny strachu i ucieczki, które są po prostu niezdrowe dla jedzącego. To co? Nagle posiedliśmy cudowny środek, który rozpuszcza te toksyny za machnięciem czarodziejskiej różdżki? …Zżeramy je po prostu i trują nam mózgi. Nam – ludziom.

Nic nie pomogą wyliczone w centymetrach przez instytucje unijne boksy dla stojących krów. To nie jest normalne, by krowa całe życie – od poczęcia przez inseminację, kolejne zapłodnienia przez weterynarza, przez porody i całe lata dojenia, do wywozu do rzeźni – stała na krótkim łańcuchu w jednym miejscu w oborze i słońce widziała tylko przez okno, a trawę, kiedy gospodarz ma dobry humor, skosi trochę i podrzuci.

Nie jest normalne, gdy maciora po porodzie zostaje położona w ciasnej klatce na jednym boku tak, by nie mogła w ogóle się odwrócić, a prosiaki, trzymane w sąsiedniej klatce, mają dostęp do sutków, jak do maszyny z mlekiem.

To jest wynaturzenie, gdy na jednym metrze kwadratowym hoduje się kilkanaście kur. To jest zbrodnia, gdy tuczy się gęsi na stłuszczone wątróbki, zadając im taki ból, że aż próbują popełnić samobójstwo waląc głowami w ścianę ( widziałam na własne oczy na filmie dokumentalnym). To jest idiotyzm pazerności, gdy skarmia się zdrowe zwierzęta padłymi. Już sobie człowiek tak wyhodował bse i świńską grypę.

Ale przecież my to wszystko wiemy – my ludzie. Jednak wierzymy w jakiś cud mniemany, że ujdzie nam to na sucho, że przyroda wreszcie sama nie zrobi z tym porządku. A wystarczy jeden wirus…

Rozumiem ludzi, którzy idą do lasu na polowanie, bo są głodni. Ale nigdy nie zaakceptuję myśliwego, który strzela do sarny z karabinu z lunetą, siedząc w swoim samochodzie na asfaltowej drodze, bo w takim głębokim poważaniu ma życie tej sarny, że nawet dupy mu się nie chce ruszyć. Nigdy nie wybaczę zwyrodnialcom, którzy wrzucają kociaki czy szczeniaczki do bagna, by się potopiły, do śmietnika w worku – by się udusiły, albo zakopują żywcem… Bestialstwo! czy aby? Zwierzęta nigdy by tak nie zrobiły, nie są tak przemyślne w swoim okrucieństwie. Więc mamy oto człowieczeństwo we współczesnym wydaniu.   Piąte przykazanie: nie zabijaj! Gdzie jest powiedziane: nie zabijaj tylko ludzi?

A przecież mamy pewnie jedyni we wszechświecie taką cudowna szansę, by żyć. Żyć zatopieni we wspaniałej przyrodzie. Wystarczy popatrzeć pod nogi. Każdy płatek koniczyny, każde źdźbło trawy, mrówka czy ślimaczek są skończonym arcydziełem. Człowiek nie jest zdolny stworzyć nic równie doskonałego. I nie człowiek stworzył te istnienia, ale zniszczyć ich się nie zawaha. Bezmyślnie kopiemy grzyby, depczemy mrowiska, rozgniatamy dżdżownice, dręczymy myszy w pułapkach, katujemy psy, koty, bijemy dzieci, pastwimy się psychicznie nad starymi ludźmi, znęcamy się nad żonami, donosimy na kolegę z pracy, by zająć jego miejsce, obmawiamy sąsiadkę tak, że popełnia samobójstwo, i tak dalej, dalej…

Zadajemy ból , pasiemy się obrazami przemocy w telewizji, filmie. Wszędzie kult mordobicia, zawiść i wszechpotężna kasa.  Nie ma już miejsca na słuchanie boskiej muzyki Mozarta czy Beethovena. Jakaś garstka ludzi, którzy jeszcze mają taką potrzebę,  jeszcze egzystuje, ale w pewnym sensie musi się ukrywać się w jaskiniach, a na pewno ma etykietkę odmieńców.

W każdej chwili ktoś gdzieś  się rodzi, ktoś umiera, ktoś jęczy z bólu, ktoś inny opłakuje stratę. Cierpienie jest wszechobecne już z powodu samego cyklu życia. Nie dokładajmy więc go od siebie  innym istotom. Zatrzymajmy się w tym oszalałym pędzie i popatrzmy na cuda przyrody, na chmury i gwiazdy na nocnym niebie. Zrozumiemy wtedy, że jesteśmy tylko pyłeczkiem w kosmosie, że nasze wydumane żądze nic nie znaczą wobec ogromu tego wszechświata, jego nieskończoności i skończoności zarazem.

Skłońmy głowę z poczuciem wdzięczności, szanujmy świat, w którym nam dane żyć. Stąpajmy uważnie po ziemi, pamiętając, że pod naszymi stopami mieszczą się jeszcze inne niezliczone mikroskopijne wszechświaty, których nie mamy prawa niszczyć. Amen.

 

AHOJ PRZYRODO!

 
Ta budowa dostarcza nam i radości, i nerwów, bo cięgle prześladuje nas strach, czy starczy pieniędzy, by dom zamknąć pod dachem przed zimą. Ale na wszystkie te smutki najlepszy jest spacer albo przejażdżka po okolicy.

Nieważne, że czasami siąpi ( a i tak u nas więcej słońca niż ma reszta kraju), cały czas przyroda włazi nam pod oczy i kusi, zdumiewa,  zaskakuje i zadziwia.

Czy widzieliście kiedyś dobrze namokniętego zająca kicającego po majowym polu w strugach deszczu? To niesłychany widok! Wygląda jak nasączona gąbka, uszy ma przyklejone do pleców i kica jakoś tak blisko ziemi, prawie słychać ten plask przyklejającego się mokrego futerka. Pada od trzech dni, ale biedak przecież musi… Gdzieś ma zabunkrowane młode, no i sam, albo sama też musi zjeść.

 Kiedy się jedzie krętą drogą wśród pól trzeba uważać aby nie przewrócić bociana, bo łazi na samym skraju i w ogóle nie boi się samochodów. Nigdy wcześniej nie mogłam oglądać tych ptaków z tak bliska. Co prawda mieliśmy kiedyś Maćka przy teledysku, ale to był bociek tresowany. To nie to samo.

Lubię też podglądać żurawie jak dostojnie paradują w swoich stylowych srebrzystych tiurniurach. Też specjalnie nie boją się ludzi, ale szczekająca Tuśka już im trochę przeszkadza. Przylatują zawsze pierwsze, często jeszcze w lutym i martwimy się czy mają co jeść, ale jakoś dają sobie radę, bo na wiosnę chodzą niewielkimi stadami i dokonują jakichś roszad matrymonialnych, a potem do jesieni prowadzają się parami ( ale gdzie one właściwie mają gniazda?), po czym  w październiku znów zbierają się, tym razem w większe grupy.  Jak kiedyś, jeszcze pod Łebą, obserwowaliśmy odloty, to było ich kilkaset. Potem słychać pożegnalne charakterystyczne krzyki. Oj,  głosy żurawie mają awanturnicze, Jacek mówi, że  po prostu „wydzierają dzioby”. Ale ja je lubię i już!

Czasami też, niestety, mam kontakt z martwymi zwierzątkami, których pewnie normalnie nie mogłabym sobie szczegółowo obejrzeć. Są to ofiary naszych kotów, a przede wszystkim Cichoszy, który jest niezwykle łownym kotem. Od wczesnej wiosny w tym roku namiętnie poluje na bogu ducha winne szczury wodne. Są to piękne zwierzęta, futerko mają ciemnobrązowe, delikatne, bardzo podobne do piżmaka, tylko ogonek jest okrągły w przekroju i cztery przednie zęby bardzo żółte.

Nie mam  niestety sposobu, by wytłumaczyć kotu, że one nie są szkodnikami, więc nie powinien ich prześladować, tak samo zresztą jak krety. Cóż, Cichosza zna kocie prawa, a ja, chociaż cierpnę na samą myśl, muszę się liczyć z tym, że na mojego Cichoszka też coś może zapolować.

Latają nad nami niezwykłe drapieżniki. O rodzinie orłów Bielików już pisałam, ale jest ich bardzo wiele i niektórych w ogóle nie znam ani nigdy nie widziałam w żadnym albumie. Kiedyś przeleciały nad nami trzy bielusieńkie jak śnieg ptaki o charakterystycznych kształtach i rysunku skrzydeł dla drapieżców, ale co to było – nie wiem.

Czy słyszeliście kiedyś szczekanie saren? Za pierwszym razem kompletnie zdębiałam, bo to brzmi, jakby człowiek niewprawnie próbował krzyczeć: „hau, hau”. Teraz już poznaję te nawoływania, szczególnie głośne na wiosnę, i już nie wydają mi się przerażające.

 

Często spotykamy tu zaskrońce, ale i żmiję Jacek ostatnio wyminął na asfalcie. Wygrzewała się na nagrzanym słońcem czarnym podłożu zwinięta w spiralę.

 

 Dużo chodzę po lesie, szczególnie jesienią i raz miałam spotkanie ze stadem dzików, ale to był mój błąd, bo późną jesienią dziki wcześniej wychodzą na żer ( przecież wcześnie  robi się ciemno), a ja się wybrałam do lasu po piętnastej.

 

Ale chciałam sprawdzić swoje miejsce na rydze, które mieści się opodal świerkowego młodniaka. Najpierw usłyszałam jakiś ruch w świerkach, a potem zobaczyłam zbite w gromadkę młodziki, takie roczniaki. Powiedziałam:„ przepraszam, chłopaki” i spokojnie, oczywiście na pozór,  odeszłam w przeciwną stronę, ale zdecydowanie wprost do samochodu. Chwilę później jechałam leśną drogą i stado w dwóch częściach ( i stare, i młode) przebiegło mi drogę. Jednak się spłoszyły. Pewnie dźwięk zapalanego silnika przekroczył ich wytrzymałość.

 

Tej wiosny na naszym podwórku zamieszkała wróbla rodzinka. Są to wróble mazurki, z białymi kołnierzykami, podobno coraz rzadsze w Polsce.

Najpierw Jacek zauważył, że wróbel wyciąga wełnę mineralną z ocieplenia budyneczku zewnętrznej łazienki. Sądziliśmy, że zabiera ją i ociepla któryś z drewnianych domków, zawieszonych na drzewach. Ale okazało się, że on po prostu tu robi sobie miejsce na własną konstrukcję gniazdka, a dookolna wełna będzie stanowić dobre ocieplenie. To powinno nam było od razu zasugerować, że zima tego roku będzie chłodna. Warto nauczyć się czytać takie sygnały od przyrody. Tak jak w przypadku kopców kretów, już teraz wiem, że jeśli krety budują korytarze u podórza góry – będzie suchy rok, a jeśli na szczycie – rok będzie mokry, co można łatwo udowodnić, bo i właśnie tak teraz jest. Tylko górkę jakąś porządną trzeba mieć do obserwacji…

No i znosiły tam gałązki i piórka, a potem wysiadywały. Jacek zauważył, że nasz pan wróbelek lata do tego gniazda, ale i zagląda do domku na drzewie… Czyżby zamieszkał u nas wróbel bigamista? Kiedy wróblowa oszalała i zaczęła co rano      ( regularnie budziła nas o świcie) walić dziobem w szybę i atakować najbliższe  okno, byliśmy gotowi założyć, że niestety tak jest, bo przecież bez powodu nie byłaby taka nerwowa. A ona pewnie widziała swoje odbicie w szybie, bo akurat rano słońce operuje z tamtej strony, więc atakowała domniemaną konkurentkę, ratując swoje stadło.

 

Serce nam zamarło kiedy któregoś dnia zobaczyliśmy jak Pędzel ściska w pysku wróbelka. Zabrałam mu ptaszka, choć strasznie protestował ( kot wtedy warczy ostrzegawczo), ale niestety wróbel nie żył. No i czekaliśmy przerażeni, czy pojawi się nasza parka w komplecie, bo nawet nie wiedzieliśmy na jakim etapie jest wychowanie  wróblich dzieci.

 

…uff, są obydwa. A jeszcze pojawiła się dwójka podlotków, już całkiem pięknie upierzonych, które ćwiczyły z rodzicami loty. Teraz musieliśmy bardziej uważać na koty, ale mama wróblowa za każdym razem nas informuje, że  dzieci są na zewnątrz charakterystycznym trzaskaniem dziobem ( może stąd wziął się ten termin?). No i nadal ma problem z rywalkami – zobaczyła siebie w samochodowych lusterkach i dawaj atakować swoje odbicie. Ona jednak musi mieć jakąś traumę z powodu niewiernego męża!

 

Wraz z wiosennym szczekaniem saren, pojawiają się niestety odgłosy strzelania. To nas okropnie oburza, więc wyobrażacie sobie jak nas zamurowało, kiedy któregoś dnia na skraju naszego pola pod lasem zaparkował samochód, wysiadł z niego facet z dubeltówką, pozdrowił oniemiałego Jacka i skrajem naszego pola zszedł do naszego lasu nad jezioro, skąd potem usłyszeliśmy strzały.

 

Ja się zagotowałam, ale najpierw musieliśmy ustalić stan prawny. Okazuje się, że koła łowieckie mają wydzierżawione przez wojewodów tereny i bez względu na to, kto jest ich właścicielem ( państwo, gmina, czy prywatna osoba) myśliwi mają prawo wejść na teren i polować, oczywiście nie w okresach ochronnych, ale na przykład na dzika to już mogą przez cały rok. Jedynym ograniczeniem jest dla nich teren ogrodzony. A tak, przyjeżdżają o zmroku i zasadzają się w krzakach. Mogliby mi zastrzelić psa na spacerze na prywatnym terenie! To jak to jest z tym prawem własności, które jest podstawą naszego ustroju? Ciekawe ilu ludzi o tym wie.

 

Okropnie nas to oburza, ale nie stać nas na ogrodzenie całego terenu. Jednak nie pozwolimy u nas  na strzelanie do zwierząt. Choćby krzykiem można ostrzec zwierzaki.

 

Mamy fantastycznego leśniczego, który też jest przeciwny zabijaniu zwierząt i sam ogrodził leśniczówkę po pięćset metrów z każdej strony, by mu myśliwi tam nie strzelali.

 

Jakoś trudno mi uwierzyć w dobroczynne działania myśliwych. Podobno zabijają słabe i chore, to skąd się biorą te wielkie, piękne i regularne poroża? No i te bigosiki nad pokotem trupów, taka tradycja … Ech…, szkoda gadać.