Bywały takie dni, że nagle dookoła pojawiało się dużo nowych przyjezdnych osób, nowych dźwięków i zapachów. Ludzie to nazywali długimi weekendami. Czasami wtedy też odbywały się imprezy z głośną muzyką. Nie lubiliśmy tych anomalii, bo zakłócały porządek rzeczy. Starałem się wtedy trzymać na uboczu, unikać wchodzenia na teren sąsiadów, do których czasem przyjeżdżały obce psy. Tylko wcześnie rano, gdy ludzie jeszcze spali, robiłem obchód moich miejsc, podsłuchiwałem co nowego w norach, no i przekąsiłem to i owo. Potem zaszywałem się gdzieś w krzakach i przeczekiwałem dzień.

Był właśnie taki czerwcowy weekend. Nie wiem co mnie wtedy pognało na ten asfalt. O drugiej  po południu. Noc mieliśmy wszyscy zarwaną, bo u jednego sąsiada  były głośne imieniny, a u drugich – ognisko. Na dodatek było upalnie, a ja byłem jakiś rozkojarzony. Po porannym obchodzie leżałem spokojnie w cieniu bzów i nagle coś mi wpadło do głowy, ale już nie wiem, co to było. Wyszedłem na drogę, a tam, niestety, złapał mnie kolejny atak duszności. Na środku drogi.  Nie mogłem się ruszyć, jak zwykle w takich sytuacjach byłem bezradny. Stałem z szyją wyciągniętą jak struna i próbowałem złapać powietrze.

I wtedy zobaczyłem szary samochód. On też mnie zauważył i nawet zwolnił, ale zaraz potem centralnie we mnie wjechał. Poczułem jak taran uderza mnie i wciąga pod swój niski brzuch. Zrolował mnie i odjechał. Nawet nie wydałem żadnego dźwięku. Straciłem przytomność.

Jak przez mgłę usłyszałem krótkie szczeknięcie Tuśki i poczułem jak przerażona mama  podnosi mnie z asfaltu. Oprzytomniałem i poczułem straszny ból. Zamiauczałem boleśnie. Wiedziałem, że tylne łapy mam bezwładne, połamane żebra, a ogon złamany u nasady. Mama pobiegła z krzykiem w stronę domu do taty, a ten zaraz wybiegł do ogrodu. „Połóż Pędzelka na stole i dzwoń do doktor Agaty” – powiedział. Mama pobiegła po telefon, a mnie tato próbował utulić.

A ja w tym czasie walczyłem, bo zobaczyłem, że ONA przyszła po mnie. Broniłem się, chciałem ją przegonić, z całej siły waliłem przednimi łapami, aż poczułem, że wbiłem pazury w tatę. Odpuściłem. Nie mogłem złapać oddechu, czułem w pysku krew. Tato mnie głaskał i w końcu się uspokoiłem.

Okazało się, że nasze doktorostwo niestety wyjechało i  trzeba jechać do…  „ Ale on umiera” – powiedział tato. Mama położyła mnie na trawie obok Tuśki, głaskała po głowie i szeptała do mnie uspokajająco. Słyszałem jak się modli, żebym nie cierpiał. Jeszcze dwa płytkie oddechy i …

I wtedy ich wszystkich ZOBACZYŁEM. Mamę, tatę, Tusię i Cichoszę.  Brat, który nigdy o tej porze się nie pokazywał na podwórku, już wiedział i przyszedł mnie odprowadzić. Pierwszy raz wyraźnie  zobaczyłem Tusię,  nasz dom, jezioro i las. Zrozumiałem, że  jestem już po drugiej stronie. Rodzice płakali.

Odzyskałem wzrok i jestem wolny. Czułem,  że teraz mogę iść dokąd tylko zechcę. Ale dokąd ja pójdę? Tu byłem szczęśliwy. Zostanę tutaj i poczekam na resztę stada…