W naszej okolicy od jakiegoś czasu funkcjonuje spółdzielnia socjalna, zajmująca się suszeniem ziół i przetwarzaniem  ich na herbatki, syropy i soki. Można by pomyśleć, że idealna działalność w idealnym miejscu. Ksiądz założył tę spółdzielnię mając nadzieję, że stworzy miejsce pracy dla licznych tu bezrobotnych i liczył na entuzjazm i zaangażowanie, a spotkało go ogromne rozczarowanie.

Nie wdając się w szczegóły, można powiedzieć, że twór prawny o nazwie spółdzielnia socjalna jest opłacalny tylko dla instytucji doradczych, które opiniują  działanie spółdzielni i decydują o rozdziale środków unijnych oraz innych dotacji. Te firmy żyją dostatnio biorąc sowite wynagrodzenia za szkolenie pracowników czy też członków spółdzielni socjalnych (to nie to samo). W ciągu dwóch lat na szkolenia ta biedniutka spółdzielnia zielarska musiała zapłacić ponad pięćdziesiąt tysięcy za takie szkolenia. Oczywiście nie z wypracowanych środków, ale z dotacji celowej, przy tym dla porównania dodam, że w tym samym czasie prezes i pracownicy na spółdzielczych umowach o pracę byli zatrudnieni tylko na jedna ósmą etatu, bo nie było środków na wyższe płace.

Założenie dla działania spółdzielni socjalnych jest takie, że mają przywracać na rynek pracy osoby długotrwale bezrobotne lub wykluczone z powodu niepełnosprawności, narkomanów, alkoholików, bezdomnych czy też matki powracające na rynek pracy. Przez pierwsze dwa lata spółdzielnia dostawała dotacje na zatrudnione osoby – częściowo na ich wynagrodzenie i na składki. Dodatkowo za każdą zatrudnioną osobą szła dotacja w postaci możliwości zakupu wyposażenia i urządzeń, które stworzą stanowisko pracy oraz nisko oprocentowane kredyty na budowę i rozbudowę bazy. Nasza spółdzielnia korzystała z jednego i drugiego. Zakupili busy do przewozu ziół i osób, wybudowali suszarnię ziół, wyposażyli kuchnię do przerobu.

Był tylko jeden problem – członkowie spółdzielni  nie pracowali. Od czasu, kiedy na szkoleniu dowiedzieli się, że i tak muszą dostawać pieniądze, bo na to spółdzielnia dostała dotację, niektórzy w ogóle przestali się pokazywać w spółdzielni, a inni  łaskawie przebywali na terenie przez dwie godziny dziennie, ale o pracy nie było mowy. Pracował zarząd. Skup ziół, uprawa i zbieranie z własnego pola, suszenie, pakowanie, udział w jarmarkach – to wszystko robiły dwie, trzy osoby i to po godzinach swojej normalnej pracy, bo oni akurat nie są bezrobotni.

A ci zatrudnieni bezrobotni doczekali do końca dwuletniego okresu i przeszli na zasiłek ( bo już im się należał) albo „pomostówki” i tyle ich widziano. A  „na deser” ksiądz  dowiedział się, że w trzecim roku działalności musi poddać się lustracji,  która go będzie kosztować  od trzech i pół do sześciu tysięcy złotych. O tym jakoś nikt z doradzających firm mu wcześniej nie wspomniał.

Z ustawowego założenia zysk spółdzielni socjalnej może być przeznaczony tylko na zatrudnianie kolejnych bezrobotnych i na wyposażenie. Nie ma podziału zysku, jak to jest w normalnych spółdzielniach. Aby spółdzielnia mogła istnieć, musi mieć co najmniej pięciu członków, z którymi musi pozostawać w stosunku pracy, czyli płacić wynagrodzenie i wszystkie odpowiednie składki. Sytuacja spółdzielni jest gorsza niż każdej innej działalności gospodarczej, bo jej działania ( czytaj: płacenia składek) nie można  zawieszać ani przerywać, chociaż  spółdzielnia zielarska z konieczności ma charakter sezonowy.

Zaczęłam się interesować losami innych spółdzielni. Byłam ciekawa czy komuś się  udało  i czy się opłaca. Okazało się, że kilka spółdzielni całkiem dobrze sobie radzi, ale wszystkie świadczą usługi i to w mieście. W zasadzie osoby prowadzące swoje działalności gospodarcze ( fryzjer, cukiernik, ogrodnik, itd.) połączyli się w spółdzielnię i robią to, co przedtem, tyle, że wspólnie mogą korzystać z dotacji na rozbudowę i tanich kredytów. Na wsi to się chyba nie może udać.

 ANEKS

Przyszła wiosna i kolejny sezon zbierania ziół. Postanowiłam na własnej skórze przekonać się jak to jest. Wydaje się, że praca lekka, jak powiedziała jedna pani – nie trzeba myśleć, no i kasa leży blisko domu, w lesie, w każdym rowie i na każdej łące.

Zabrałam się za zbieranie kwiatów czarnego bzu. Spółdzielnia płaci złoty pięćdziesiąt za kilogram. Wzięłam taczkę i objeździłam okoliczne krzewy bzu na naszym terenie, nad jeziorem i w lesie. Gryziona przez komary, muchy i gzy, zrywałam rozkwitnięte baldachy kwiatów przez dwa dni. W sumie zabrało mi to około dziesięciu godzin i okazało się, że zebrałam osiemnaście kilogramów. Czyli zarobiłam dwadzieścia siedem złotych, co daje dwa siedemdziesiąt na godzinę. Jednak skorzystałam z podwiezienia samochodem do spółdzielni  (jakieś piętnaście kilometrów w jedną stronę), więc gdyby odjąć koszty paliwa, zarobiłabym złoty siedemdziesiąt za godzinę pracy.

No nie jest to zachęcająca kalkulacja i jakby mniej się dziwię, że nie ma chętnych do zbierania ziół.