Na drugi dzień pani znowu zabrała mnie do weterynarza. Czekaliśmy z kolejce i był tam taki pan w zielonym ubraniu i jego piesek, jamnik szorstkowłosy, który został postrzelony w czasie polowania. Cicho skowyczał. Rozumiałem go dobrze, bo znałem ten ból.

Od wczoraj trochę lepiej się czułem, ale byłem słaby i kręciło mi się w głowie. A ten doktor znowu dał mi zastrzyki i kolejną gorzką tabletkę wepchnął mi do pyska. Powiedział, że to na odrobaczenie. Tym razem nawet próbowałem protestować, bo tabletka  paliła mnie w brzuszku, ale nikt mnie nie słuchał. Kiedy wracaliśmy do domu zrobiło mi się słabo. W domu pani dała jedzenie, ale jakoś nie mogłem nic przełknąć, wypiłem tylko wodę, bo coś paliło mnie w środku. Położyli mnie spać do domku ze skrzynek, ale niewiele spałem. Poczułem jak gorący prąd przebija mi wnętrzności. Płakałem. Pani przybiegła i powiedziała: „ Nie jest dobrze, on robi kupę z krwią”. Wyjęła mnie z pudła i postawiła w kuwecie, ale ja już nie wiedziałem co się dzieje, tylko czułem rozdzierający wnętrze płomień i zacząłem jeść żwirek z kuwety, by ten ogień zgasić. Pani przerażona zabrała mnie z powrotem do skrzynki. Czułem, że tracę przytomność. Drugi raz zobaczyłem śmierć. Śmierć jest brzydka.

Rano było już całkiem źle. Leżałem bezwładny na boku i czułem pulsowanie w lewym oku. Pani owinęła mnie w kocyk i położyła na kanapie obok psa i kota, które razem teraz spokojnie mi się przyglądały. One wiedziały, że koniec bliski. Państwo zadzwonili do kogoś i usłyszałem jak mówili, że oko mi napęczniało i jest wielkości piłki golfowej, że jest wypełnione krwią, że krwawa biegunka i co robić?

A tamten doktor przepytał ich, co mi podał weterynarz w Lęborku. Powiedział, że prawdopodobnie byłem odwodniony i miałem anemię, więc taka ilość leków na raz spowodowała skazę krwotoczną. I że trzeba podać kroplówkę z soli fizjologicznej i jak najszybciej przyjechać do Łodzi, on spróbuje pomóc. Obiecał, że przyjedzie do domu, jak tylko tam dotrzemy.

Pan zdecydował: „ No to wracamy. Jedź z nim na tę kroplówkę, a ja wszystko spakuję”. I pojechaliśmy. Kiedy weterynarz z Lęborka mnie zobaczył,  mruknął: „No, tu już nic się nie da zrobić” i coś tam mętnie próbował tłumaczyć, kiedy pani przedstawiała mu zdanie lekarza z Łodzi, ale sól fizjologiczną wstrzyknął mi pod skórę i z takim wodnym garbem Państwo zabrali mnie w długą podróż, bo do tej Łodzi to było prawie pięćset kilometrów.

Niewiele pamiętam z drogi. Leżałem u pani na kolanach, głaskała mnie i ciężko wzdychała. Państwo wiedzieli, że umieram i postanowili dać mi imię, żebym nie odszedł  anonimowo, bo stracili już kiedyś kotka i wiedzieli jak to jest…

Pan wymyślił – Kapitan Morgan, ale doszli do wniosku, że to nie fair robić ze mnie pirata, ponieważ mam krwiak w oku. Pani bezwiednie międliła koniec mojego ogona i w końcu powiedziała – Pędzelek, bo miałem taki czarny pędzel na końcu pręgowanego ogona. Tak zostało. Dostałem imię, ale czułem, że życie ze mnie wycieka, trzymało się na takiej wątłej niteczce, przyciąganej przez siłę, jakiej dotąd nie poznałem – miłość.

Przez głowę przelatywały mi obrazki z dzieciństwa przy plaży. Latem, kiedy się urodziłem, było ciepło, dużo ludzi przychodziło do baru, więc zostawiali sporo resztek. Moja mama  była najedzona, więc i nam nie brakowało mleka. Dzieci brały nas na ręce. Taka miła dziewczynka zabierała mnie nawet ze sobą do drewnianego domku na kempingu i tam się ze mną bawiła, ale potem rodzice kazali jej odnieść mnie na miejsce. Dziewczynka wyjechała, na morzu zrobił się sztorm, liście pospadały z drzew i zaczął się głód. Majaczyłem, leżąc bezwładnie na kolanach pani.

cdn.