Pierwsze dni w nowym miejscu to było szaleństwo. Rodzice i ich znajomi rozpakowywali rzeczy i budowali swoją kuwetę, a nas zamknęli w chałupie. Cichosza zabrał się do penetrowania kątów. Kazał mi siedzieć i czekać aż wróci. Niby nie chciałem go słuchać, ale czułem się dość niepewnie, bo tu wszystko absolutnie inaczej pachniało. Mieliśmy, co prawda, swoje wiklinowe koszyki i poduszki, ale wszystko wokół wydawało się nieprzyjazne. Chata pachniała świeżą farbą, spod której jednak wyłaniał się smród stęchlizny i jakieś odległe wspomnienia zwierzaków, które tu kiedyś mieszkały. Cichosza już zaczął znaczyć  swoim zapachem, co mi trochę dodawało odwagi (my, kastraty, zostawiamy zapach nieczytelny dla ludzi, ale koty znakomicie odczytują z niego wszystkie informacje, to nasza poczta). Ale potykałem się stale o jakieś rozstawione pakunki. Nie było miło.

W końcu brat wrócił i powiedział, że znalazł strych, a  tam pod deskami słychać myszy. No super! Polowanko we własnej chałupie. Ekstra. Zaraz poszedłem za nim, ale to nie było proste, bo miałem do pokonania dość strome schody. Właziłem na macanego za bratem, to jeszcze jakoś szło, ale powrót był dużo trudniejszy. W końcu jednak zakończyłem zwiedzanie bez kontuzji. Natomiast na strychu czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka – nietoperze. Czuliśmy je i słyszeliśmy jak drapią pazurkami, ale nie bardzo wiedzieliśmy co się z nimi robi.

Później jeszcze odkryliśmy warsztat, który kiedyś był oborą. Tam to dopiero słychać było przemykanie myszy i szczurów polnych. Pomyślałem, że to będzie moje ulubione miejsce, ale jednak najlepiej czułem się na dworze.

Rodzice na początku wypuszczali mnie tylko na krótko w takim zasiatkowanym kojcu. Ale niby co ja mogłem robić na dwudziestu metrach kwadratowych? Wkurzałem się i awanturowałem, próbowałem zwiać. Na szczęście szybko zrobili ogrodzenie i już miałem kawał ogrodu do penetrowania. Najbardziej spodobały mi się niskie jabłonie, na które łatwo mogłem się wdrapać i siedzieć półtora metra nad ziemią. Później właziłem i wyżej, bo tam słyszałem ptaszki. Wchodzenie nie było zbyt trudne, ale schodzenie – makabryczne. Kiedyś spadłem tak niefortunnie, że kulałem potem przez dwa tygodnie. Ale byłem zawzięty, nie przestałem włazić na drzewa.

W takich razach rodzice dzwonili po poradę do doktora Michała, ale jasne było, że trzeba znaleźć dobrego lekarza na miejscu. Pierwsze próby były fiaskiem. Wiejscy weterynarze nie mają pojęcia o kotach i psach, a jeśli mają odrobinę sumienia, to się do tego sami przyznają. Zresztą doświadczony opiekun to od razu pozna. Rodzice szukali najpierw w Nowym Mieście i po kilku kiepskich trafieniach, wylądowaliśmy u doktor Karoliny. Miła, kompetentna i kochająca. U niej czułem się bezpiecznie, ale kiedy zaczęły się poważne problemy z moim zdrowiem, doktor Karolina sama wysłała nas do specjalisty do Iławy. Tak trafiłem w ręce doktor Agaty i jej męża Huberta.

Tak,   jakoś po roku zacząłem  mieć problemy z pęcherzem. Zdarzało mi się posikiwać z krwią, napinałem się, a tu tylko kropelka i straszny ból. Płakałem, mama pakowała mnie do samochodu i jechaliśmy na zastrzyki. Później już mama sama robiła zastrzyki, ale zawsze była okropnie zestresowana. Czułem się  winny, bo nie chciałem zjeść żadnej tabletki. Nic nie mogłem jednak na to poradzić – kiedy ktoś próbował mi włożyć tabletkę do pyska, zawsze przypominał mi się pierwszy weterynarz , który mnie prawie otruł, więc odruchowo broniłem się do upadłego.

Dopiero tato znalazł na mnie sposób. Specjalnie preparował moje ulubione chrupki. Robił w nich dziurkę mikrowiertarką, wkładał tabletkę i zasmarowywał masłem oraz obsypywał pokruszoną chrupką. No jubilerska robota! Taka niespodzianka była umieszczana precyzyjnie na wierzchu stosiku z moim posiłkiem i pierwszym chapsem połykałem tabletkę, zanim cokolwiek zauważyłem. Gdybym tylko ją wyczuł, to bym wypluł i po zawodach.

cdn.