owaPASTELOWA – LEPSZE ŻYCIE

Pewnie niektórym z Was śni się ucieczka na wieś. Nam sie to udało i zaczęliśmy lepsze życie.

Wpisy z tagiem: wolność

Skończyła się zima i nagle na naszym spokojnym podwórku pojawiło się kilku panów i jakiś warczący ciężki sprzęt.  Rodzice zaczęli budowę domu. Koparki, wykopy, spaliny, krzyki. A jeszcze mama gotowała robotnikom, więc kręcili się też po domu.

Zacząłem szukać miejsc schronienia, ale te hałasy i obce głosy zupełnie wybiły mnie z równowagi i straciłem poczucie bezpieczeństwa. Niestety rodzice nie zauważyli tego, bo bardzo byli zajęci. Pozornie wszystko było jak dawniej, mama wychodziła z nami na spacery, ale właściwie wszystko było podporządkowane budowie i atmosfera stała się dość nerwowa.

Wróciły problemy z pęcherzem. Znowu posikiwałem krwią, kolejne wizyty u lekarza, zastrzyki, cewnikowanie. Niestety nie pomogły. W końcu kompletnie się zatkałem, wyłem z bólu i żadne leki nie dawały mi ulgi. Doktor Agata zrobiła mi usg i  orzekła – natychmiast operacja. Miałem krwotoczne zapalenie pęcherza.

Oczywiście rodzice byli ze mną. Przed operacją dostałem „głupiego jasia” i zwymiotowałem… martwego tasiemca. Wszyscy byli zaskoczeni, bo przecież regularnie dostawałem środki na odrobaczenie. Okazało się, że nie były skuteczne na wszystkie pasożyty. Odtąd co kwartał dostawaliśmy z bratem specjalne zastrzyki na tasiemca.

Doktorostwo operowali razem. Uprzedzili rodziców, że jeśli rozcięcie i wyczyszczenie pęcherza nie da skutku, to kolejnym krokiem będzie wyszycie cewki moczowej. Tłumaczyli, że będę sikał jak dziewczynka. Pomyślałem – nigdy! Tego nie zniosę. Ale by Cichosza miał używanie! No i nie mógłbym znaczyć terenu. Postanowiłem się skoncentrować i wyzdrowieć. Tylko niech mi nic nie wyszywają…

Operacja poszła dobrze. Rozcięli, wyczyścili z piasku i krwi, zaszyli,  a doktor Hubert zrobił mi piękny szew śródskórny. Niestety założyli mi też cewnik, a na dodatek  kołnierz , żebym sobie tego cewnika nie wyjął.  Doktor Agata powiedziała, że najlepiej by było, aby mocz cały czas odpływał. Rodzice specjalnie przygotowali  pokój, wyłożyli go folią i mama spała tam ze mną  przez kilka dni.

Najgorzej znosiłem plastikowy kołnierz, ale obiecałem sobie przecież zrobić wszystko, by wyzdrowieć. I tak też się stało. Zagoiło się jak na psie  (sic!). Wkrótce po szwie nie było śladu. Sikanie wróciło do normy. Rodzice zmienili mi karmę na specjalną antystruwitową. Żal mi tylko było, że nie mam już dostawać surowej ryby, mojej ulubionej, pachnącej morzem, ech… Ale przecież tyle świeżego mięska biegało po ogrodzie. Jakoś dam sobie radę.

Najważniejsze jednak były rozważania doktor Agaty. Próbowała dociec dlaczego to mi się przytrafiło. dopytywała się czy coś się w naszej rodzinie ostatnio wydarzyło, zmieniło… No tak, przecież w domu rewolucja, bo zaczęła się budowa. To wszystko jasne. Doktor Agata wytłumaczyła rodzicom, że koty bardzo często mają zaburzenia somatyczne na tle psychicznym. A ja, jeszcze ślepy, straciłem poczucie bezpieczeństwa. Podziwiałem doktor Agatę, że taka mądra i cieszyłem, że nam to wytłumaczyła, bo przynajmniej wiedziałem teraz jak się bronić przed powtórką. Rodzice też obiecali zrobić wszystko, by zapewnić mi azyl i dobre samopoczucie. Nawet brat odpuścił, znowu był opiekuńczy, a Tusia to już całkiem oszalała, obiecała że mnie będzie bronić przed wszystkimi.

Dość szybko wróciłem do formy, znowu wychodziłem do ogrodu, polowałem, codziennie spacerowałem z Tusią i mamą. Szybko zapomniałem o przestrogach doktor Agaty, bo znowu zaczęło mi się robić ciasno na podwórku. Wydeptałem nawet ścieżkę wzdłuż płotu, tak mnie wkurzało, że Cichosza może chodzić wszędzie sam, a ja nie. I nakręcałem się. Aż któregoś razu przyuważyłem jak Cichosza przeskakuje przez płot. Spróbowałem zrobić to samo w tym samym miejscu. Nagle znalazłem się na słupku. Eureka! Już wiem jak to się robi! Tylko co dalej? Jak zejść? trudno, skoczyłem na oślep, nie mając pojęcia, co jest po drugiej stronie, ale dobrze trafiłem, więc tylko biegiem, zanim się zorientują…

Rodzice szybko zauważyli, że zwiałem, a że poszedłem wcześniej zapamiętaną drogą spacerową, to  szybko mnie znaleźli i z powrotem zaaresztowali za ogrodzeniem. Ta seria ucieczek trwała jakiś czas. Rodzice próbowali wymyślać przeszkody. A to zakładali jakieś gałęzie na płot, które miały mi przeszkadzać. Znalazłem lukę. A to tato założył kawałki blachy na słupki, po których się wspinałem – żebym się ześliznął pazurami. Dałem radę. Tak się wyćwiczyłem, że jednym susem byłem od razu na górze słupka. Rodzice byli podłamani. Naradzili się z doktor Agatą, długo debatowali i w końcu ustalili, że trzeba  dać mi wolność. WOLNOŚĆ!

cdn.

20150730_152444

Jacek poszedł na budowę, a  po chwili przybiegł i woła: „Weź grube rękawice i chodź!”. Pobiegłam, a tam w otworze przyłącza wodnego leży zwinięta kulka z kolcami. Wyjęłam ją i czekamy czy będzie jakaś oznaka życia, bo przecież nie wiemy ile dni tam biedak siedział. Jeżyk, młody, bo miał jakieś dwadzieścia centymetrów długości, był cały uwalany wapnem, poobklejany styropianem i kawałkami folii – widać próbował się wygramolić, ale tam ścianki betonowe pionowe i nie miał szans.

Zupełnie się nie ruszał, ale wydawało nam się, że oddycha. Obraliśmy go ze śmieci i zabraliśmy gościa w cień na trawę, na wilgotny piasek i położyliśmy koło małej kałuży. Musiał być odwodniony, więc jeśli miał przeżyć, na pewno  musiał  się napić. Zostawiliśmy go w spokoju, żeby poczuł się wolny. Po kilku minutach wróciliśmy, a nasz jeżyk już się rozwinął i próbował chwiejnym krokiem przemieścić się … no chyba sam nie wiedział gdzie, bo kręcił się bezładnie.

Postanowiliśmy więc zabrać go do środka i poczekać aż wróci do sił. W płaskim kartonowym pudle ułożyliśmy trochę roślin łąkowych, spodeczek z wodą i  – przyznaję się, mam je na sumieniu – dżdżownice, które wykopałam na grządce. Zostawiliśmy jeżyka, który z powrotem się zwinął, w spokoju. Po jakimś czasie okazało się, że  nasz pacjent skonsumował dżdżownice i rozgląda się za jeszcze. Przyniosłam z kuchni trochę posiekanego mięsa i rosół w postaci galaretki. Rzuciliśmy to na liście, a kolczasty koleś zaczął pałaszować z zapałem. Pozerkiwał na nas bokiem, ale wcinał.

Do tej pory nie wiedzieliśmy, że jeże gadają.  A nasz pensjonariusz cały czas burczał. To coś między chrumkaniem i chrapaniem. Przedziwne, ale sympatyczne, chociaż pewnie było ostrzegawcze. No i oznaczało, że coraz pewniej się czuje.

Nie wiedzieliśmy też wcześniej, że jeż ma takie dziwne kołkowate zęby, a nasz bohater zaprezentował je nam w całej okazałości, kiedy na pożegnanie rozwinął się w moich dłoniach i fantastycznie ziewnął.

Po posiłku wylazł z pudełka i zaczął zwiedzać dom. Poruszał się tak żwawo, że uznaliśmy, iż jest gotowy wyjść z paki. Zrobiliśmy tylko pożegnalne zdjęcie i puściliśmy jeżyka w trawę. Dziarsko popędził przed siebie i zniknął pod paletą z dachówkami. Pewnie wrócił do domu. Mamy nadzieje, że niedługo go znów zobaczymy i to w dobrej kondycji.

Tym razem wszystko się dobrze zakończyło. Ot, życie…

dedykuję Agacie

Jakoś trzy miesiące  temu zaczęły się ucieczki Pędzla za płot…
Pędzel to nasz ślepy kot, którego historię opisałam w
jednym z pierwszych rozdziałów. Dla jego bezpieczeństwa ogrodziliśmy teren i zawsze uważaliśmy, by nie zostawiać otwartej furtki.

Od jakiegoś czasu Pędzel ze złością przeganiał z ogrodzonego terenu naszego drugiego kota, Cichoszę. Tylko w domu był rozejm, a na dworze ścisły podział, prychanie, gonitwa i walenie łapą. A Pędzel, chociaż niepełnosprawny, jest duży i silny. Biedny Cichoszek skradał się do domu zawsze w stresie i wyraźnie unikał „brata”. Nie załatwiały sprawy nawet przynoszone myszki, Pędzel ewidentnie  był zazdrosny o wyjścia drugiego kota. Zaczęliśmy więc go zabierać raz dziennie na spacery z Tuśką. Najpierw chodził na smyczy, później już wolno, jednak zawsze pod kontrolą.

Ale przyszedł taki dzień, że kot nam zniknął z zagrodzenia. Okazało się, że nauczył się wspinać na słupki przy furtce i spacerował sobie po krawędzi furtki, aż spadał po drugiej stronie. No i tak zaczął zwiedzać wieś… Okropnie się martwiliśmy, byliśmy przekonani, że nie ma szans uchować się na drodze przed samochodami, że dostanie lanie od innych kotów, że psy go poturbują.

Zaczął się więc wyścig zbrojeń. Jacek wymyślał i budował coraz to nowe przeszkody. Najpierw druciki pod kątem utrudniające wejście na górę bramy. Pędzel po kilku dniach nauczył się radzić sobie z nimi radzić. Znowu szukaliśmy go po polach. Potem sąsiad poradził, by pokryć słupki bramy blachą. Pomogło na tydzień. Nauczył się wspinać po samej siatce, omijając słupki. Założyliśmy więc śliskie płyty na siatkę. Trzy dni ( coraz szybciej się uczył) i znowu hulał u sąsiadów, a my umieraliśmy ze strachu. Zdarzyło się, że zgarniałam go z drogi spod jadącego autobusu, szukaliśmy go po nocy, wypatrując w świetle latarki jednookiego, bo tylko jedno jego oko ma wyściółkę odblaskową, drugie wygląda tak, jakby ktoś zmieszał tęczówkę z białkiem na kogel-mogel, i jeszcze jest pokryte białą błoną.

Nasza brama przypominała nieudaną instalację plastyczną, a kot i tak znajdował sposób, by dać dyla. A jeśli nawet był jeszcze za płotem, to chodził wściekły wzdłuż płotu i  aż tupał ze złości. Wydeptał niezłą ścieżkę, pies stróżujący by się nie powstydził. Wiedzieliśmy, że takie napięcie mu nie służy, bo może znowu wywołać komplikacje z pęcherzem ( brzmi to dziwnie, ale koty miewają problemy z zapaleniem pęcherza na tle nerwowym i Pędzel już wcześniej takie zaliczył).

Sytuacja stawała się nie do wytrzymania. Mieliśmy już wizję, że będziemy musieli podawać mu środki uspokajające. Ale zadzwoniliśmy do naszej pani weterynarz, Cioci Mrówki, która w długiej rozmowie rozważyła z nami wszystkie za i przeciw i orzekła, że trzeba kotu dać wolność. Oczywiście ryzykuje, oczywiście z samochodem nie ma szans, ale trzymanie go w zagrodzeniu, kiedy drugi kot buszuje po całej wsi, tak go unieszczęśliwia, że i tak się zaraz objawi jakąś poważną chorobą.

Zdjęliśmy więc przesłony i poprosiliśmy okolicznych sąsiadów, by uważali na niego na drodze. Dyskretnie obserwowaliśmy dokąd idzie. Wyraźnie szedł po śladach starszego „brata”. Znalazł dziurę w ogrodzeniu sąsiada i zaczął tam najpierw zwiedzać liczne – jak tu mówią – szałerki i drewutnie, a potem paradować na podwórku, wśród pięciu psów i dziesięciu innych kotów. Nie mogliśmy uwierzyć, że daje sobie radę. Czasami wraca podrapany, ale wraca. Kilka razy dziennie się odmeldowuje na jedzenie i picie, a o zmierzchu przychodzi na wołanie i grzecznie przesypia całą noc.

Sądziliśmy, że  nie przeżyje tygodnia. A teraz mija miesiąc.  Oby tak dalej.  Pędzel  wypuszcza się w coraz odleglejsze rewiry, ale sąsiedzi dla naszego spokoju donoszą gdzie go widzieli. Takich mamy dobrych sąsiadów! Mówią tu, że „kot przewidział”. Faktycznie robi wrażenie, że widzi, a przecież nie mogło mu się odtworzyć widzenie w zniekształconej gałce ocznej. Może natomiast poprawiło mu się widzenie drugim okiem. Nasz łódzki doktor wzbraniał się przed usunięciem tego chorego oka ( skaza krwotoczna i wrzód wielkości piłki golfowej w gałce ocznej u trzymiesięcznego kota), bo – jak mówił – nerwy wzrokowe kota są splecione i przy usunięciu jednego oka, uszkadza się nerw drugiego. Po cudownym wyleczeniu Pędzla ponad pięć lat temu byliśmy zadowoleni, że to drugie oko po kilku miesiącach w ogóle się uruchomiło, to znaczy zaczęło reagować na światło. Ale do dziś jest tak, że kiedy się Pędzelek zdenerwuje albo przestraszy źrenica otwiera mu się tak, że widać całe dno oka. I wtedy nie widzi. A w lepszych momentach, kiedy źrenica działa prawidłowo, na pewno widzi to, co w oddali. Z bliska nic, bo regularnie wpada na przedmioty, jeśli tam przedtem nie stały, uderza się o samochód czy drzewo. Ale – z drugiej strony – potrafi upolować mysz albo ptaszka. zawsze sądziliśmy, że nadrabia słuchem, ale może faktycznie nastąpiła jakaś regeneracja i lepiej teraz widzi.

W każdym razie – BOŻE, JAKI ON JEST SZCZĘŚLIWY! I kiedy rozważaliśmy nasz dylemat: uwolnić go czy otumanić prochami, to zadaliśmy sobie pytanie, co sami byśmy wybrali, będąc w takiej sytuacji. Wolność ponad wszystko! Nawet jeśli jego życie będzie przez to krótsze, to szczęśliwe. A przecież wszystkim nam chodzi właśnie o to. Na pewno biedne małpy pozamykane w klatkach w zoo wolałyby zamienić swoje wieloletnie więzienie choćby na jeden dzień wolności w swoim naturalnym środowisku. Wystarczy otworzyć klatki. Które ze zwierząt tam pozostaną?

Modlimy się, by mu się  nic nie stało i codziennie wieczorem dziękujemy bogu, że wrócił cały. Mamy nadzieję, że nadal będzie mu sprzyjało szczęście.

 

…7 miesięcy później

Nasz Pędzelek jest cały, zdrowy i bardzo szczęśliwy. Nauczył się wsi, zahacza też o przyległy las, zwiedza odległe pola sąsiadów. Ułożył  sobie stosunki ze zwierzakami z sąsiedniego gospodarstwa na tyle skutecznie, ze nie przychodzi poraniony. Schudł, bo stale jest w ruchu i nie ma śladu nawrotów poprzednich dolegliwości, mimo że na pewno zjada biedne myszki i tym podobne  – zabronione dla kotów z chorobami układu moczowego – przysmaki.

Jest szczęśliwy! Codziennie to okazuje. Wraca na noc, śpi na poduszce obok naszych głów. Kilka razy dziennie głośno melduje swoje przybycie i zajada sucha karmę. Uwielbia być głaskany i przytulany, ale o świcie jest znów gotowy do drogi po nowe odkrycia i  przygody. Niech tak będzie jak najdłużej.